Fragment „Wspomnień” Janiny z Żółtowskich Ludwikowej Morstinowej


Paryż 1919

Nie pamiętam pierwszego spotkania z naszym posłem Ordynatem Zamoyskim1, który okazał się być najmilszym szefem dla Ludwika, a ich dom prawdziwym dla nas domem. Masę mieli dzieci i co roku jedno przybywało; mimo to jego żona była niezmordowana we wszelkich społecznych obowiązkach, a czego tam nie oczekiwano od niej. Więc był św. Kazimierz, przytułek dla staruszków, była Opieka z uroczą, ale chyba dosyć nieporadną, p. Chmielowską na czele, były jakieś choinki dla dzieci emigrantów, dawnych i dla dzieci hallerczyków, a poza tym normalne obowiązki bywania dyplomatycznego.

Mnie szczęśliwie do tego nie ciągnęła, ale skarżyła mi się nieraz, że ledwo żyje; często nas zapraszali na obiady, na sławną w Paryżu ich kuchnię, stosunkowo niewymyślną, ale najwyższej jakości, tak jak normalnie w dużych polskich domach.

Francuzi bardzo sobie cenili zaproszenie do Zamoyskich i bardzo cenili posła.

Przyjeżdżając do Paryża pełni nadziei na niepodległość, ambicji na wytargowanie granic, zetknęliśmy się w Paryżu z rodzajem kwaśnego przyjęcia przez tamtejsze władze polskie, tj. tych, którzy całą wojnę dłubali koło polskich spraw, t.zw. Komitet Narodowy2. Kogo tam nie było! Więc Ignacy Paderewski, Roman Dmowski, Szymon Askenazy /przyjechał tak jak my z Polski/, Rozwadowski, kuzyn naszego szefa Misji, straszliwy cudak, bardzo podjudzający naszego Generała3 na Piłsudskiego – był ku mojej radości i stryj Jaś Żółtowski z Czacza, też w urzędowym charakterze, Wielowieyski. Ci wszyscy ludzie uważali, że oni Polskę reprezentują, oni ją swoimi usiłowaniami wepchnęli jako uznany problem do załatwienia w czasie Traktatu Wersalskiego, a na nas patrzyli krzywo – że nasza Misja reprezentuje Piłsudskiego i kraj, którym rządzi oprócz niego Daszyński, Moraczewski i inni socjaliści. Ludwik miał zresztą kłopot ciągły z Generałem, którego musiał trzymać za poły, żeby zanadto nie wygadywał na swego mocodawcę!

Komitet uważał, przyjechaliśmy niepotrzebnie, nikogo nie znamy, stosunki mają oni, nie my itd. No, a my cóż – myśmy mieli to poczucie, że przyjeżdżamy z kraju, który jest, jaki jest, podlegamy jego rządowi, od niego odbieramy wskazówki i wiadomości, i my właśnie wiemy, jaki on jest. No i zaczęła się realna praca: zajęliśmy apartament w Hotelu Wagram na rue de Rivoli, na najwyższym piętrze. Był narożny salon, gdzie było biuro, za tym z jednej strony pokój Generała, za jego pokojem pokój Ola Zalewskiego i potem Romaniszyna, z drugiej strony salonu był nasz pokój z oknami na Tuillerie i Louvre w bok z lewej strony – no cudo. Jadaliśmy na mieście gdzie popadło, zwykle szliśmy całą grupą z Generałem.

Urzędowanie było nieregularne, ale roboty coraz więcej; tłumaczyliśmy komunikaty z frontu: ukraińskiego pod Lwowem i w Poznańskim na francuski, z tym Ludwik leciał do Focha4, który był szefem wszystkich wojsk alianckich w Europie i misja nasza była przy nim.

Po rozmowach z nim wysyłaliśmy szyfry do Warszawy. Szyfr przywieźliśmy ze sobą, nieduża to była książka – znaki czterocyfrowe odpowiadały jakiemuś słowu. To było tak prymitywne, że ja po paru tygodniach wiele cyfr wiedziałam na pamięć, jakie słowa znaczą; książka ta była przechowywana w szufladach misji. Bardzo prędko zorientowaliśmy się, że Quai d’Orsay czyta nasze szyfrowane telegramy bez żadnej trudności, bo jak kiedyś było coś przekręconego i Ludwik zaniósł naszą depeszę do władz francuskich, to oni ją, śmiejąc się, uzupełnili. Poczym oczywiście dostaliśmy nowy, już bardzo skomplikowany system.

Mieliśmy maszynę do pisania, ale nikt z członków misji nie umiał pisać. Generał absolutnie nie chciał wziąć sekretarki widząc, że ja wystukuję na niej jednym palcem, powiedział że bardzo dobrze to robię i musimy sobie sami poradzić. Tak to zostałam bezpłatną „siłą” w misji i męczyłam się bardzo, bo wiecznie był gwałt. Generał nie rozumiał pracy inaczej i nieraz późno w noc stukałam jeszcze te przeklęte referaty.

Prawdziwe piekło było w dniu odjazdu kuriera do Warszawy. Zawsze na ostatnią chwilę pieczętowanie kopert i jazda kawaleryjska przez Paryż na Gare de l’Est. Szofera miała misja z początku Amerykanina, przydzielonego nam wojskowego: to był Polak, ale bardzo śmiesznie po polsku mówił, bardzo mało był posłuszny, bez żadnego uszanowania mówił do wszystkich „ty”, jako szofer prawdziwy akrobata. Kiedyś wiózł Generała na ostatnią, jak zwykle, minutę i była prawa strona ulicy zawalona autami. Generał kazał wziąć lewo nieprzepisowo. Szofer skręcił wołając na Generała, żeby się schylił, bo będą strzelać i dał gazu; kula świsnęła. Co się okazało, że stał akurat policjant amerykański wojskowy, którego zadaniem było pilnowanie Amerykanów, a nasz szofer był w [amerykańskim] mundurze.

[…] Kiedyś, zaraz z początku, prosił mnie Generał, żeby mu coś podać z jego pokoju i jego torby podróżnej; otwierając ją zobaczyłam cały plik banknotów – tak między skarpetkam: przyniosłam je Generałowi mówiąc, że może by to zanieść do banku? Generał zgodził się, że może lepiej, więc przeliczyliśmy i odnieśliśmy do banku. Oczywiście nie wiedziałam ani ja, ani tym bardziej koledzy z misji, jak się mamy pieniędzmi zarządzać. Nie było powiedziane, ile mamy wydawać etc. Zrobiliśmy rodzaj obliczenia, ile musi każdy z oficerów wydać dziennie i przeznaczyliśmy sobie, pamiętam, po 80 fr dziennie,Generała, zdaje mi się – 100 i coś miesięcznie na reprezentację. No i jarobiłam wypłatę. Żeby uniknąć wydawania naraz wszystkiego, zarządziłam wypłaty co 10 dni, no i zapisywałam te wydatki. Myślę, że Generał, który później miał takie przykrości, mnie zawdzięcza, że jego paryskich czasów nie mogli się czepić, bo wszystko było w porządku. A naturalnie w miarę jak Kraj się organizował, zaczęli wymagać raportów kasowych; kontrola była coraz bardziej wścibska i pamiętam, że po miesiącach przyszła kiedyś w surowym tonie adnotacja jakiegoś gryzipióry, dlaczego Ludwik jadąc do Londynu jechał nie Paris Doovres, tylko na Calais, choć ten bilet kosztował parę franków drożej.

A ta jazda była spowodowana depeszą sztabu, w którym żądano, żeby natychmiast zapytać Focha, czy gwarantuje, że Śląsk będzie Polsce przyznany, gdyż inaczej wybuchnie tam powstanie. Foch odpowiedział, że żadnej gwarancji dać nie może wobec nieprzychylnego stanowiska Anglii w tej sprawie. Ludwik opowiadał, że go zastał przy śniadaniu w hotelu bardzo rozdrażnionego. Zaprowadził Foch Ludwika do okna i pokazując Londyn powiedział: „Ja tego nie dożyję, ale Pan kiedyś się dowie, że Niemcy to miasto zbombardują ze swoich armat, kiedy znów będą uzbrojeni i silni”. Ludwik wrócił bardzo przerażony i całą rozmowę [w raporcie] do sztabu opisał.

Z Fochem miałam jeszcze takie zdarzenie na jednym z oficjalnych przyjęć. Weygand5, który przy mnie siedział przy obiedzie, bardzo mnie zwymyślał za naszą [polską] politykę z Czechami. „Czemu jest Pani taka smutna?” – spytał mnie Foch po obiedzie. „Le General ma engueule, Monsieur le Marechal” – i powiedziałam, o co mu chodziło. „Biedna mała – rzekł Foch biorąc mnie za. rękę – i cóż ty temu winna … Niedobry Generał …”

Później, żeby mnie pocieszyć, wziął serwetkę ze stołu [papierową] i powiedział: „Zrobię Pani okręcik na pamiątkę”. Wtedy zbliżył się do nas marszałek Joffre, patrzył chwilę i powiedział: „Źle on to robi, ja Pani pokażę, jak się robi taką zabawkę” i swoimi grubymi palcami zaczął niezręcznie kręcić papier”. Gdy ktoś podszedł do marszałków, zdaje mi się nasz poseł, i przerwał im tę robotę, usunęłam się na bok, by nie przeszkadzać w ważnej politycznej rozmowie.

Wielkim naszym przyjacielem był Jan Rosen, malarz /freski z kaplicy papieskiej w Castel Gandolfo/, w Paryżu jako oficer przydzielony do misji zakupów broni. Odwiedzał nas często. Opowiadałam mu kiedyś o ciotce mojej Andzi Mielżyńskiej z domu Kwileckiej /siostra mojego dziadka/, która mieszkała w Dreźnie i odwiedzałam ją tam jako panna. Odgrywałam przy tym całą scenę, jak ciotka chce się napić kawy i nie wie, czy jej nie zaszkodzi. Pyta więc o to Niemca kamerdynera, który się nazywał Zelner, potem każe sobie przez Zelnera po kolei wołać całą służbę: klucznicę, pannę służącą i pyta się ich o to samo. Wreszcie znowu dzwoni na Zelnera i każe sobie przynieść tę kawę, a mnie się pyta: „Jak myślisz, czy on zrozumiał, o co mi chodzi?”. Ta historia się tak podobała Jankowi, że kazał sobie kilka razy jąpowtarzać.

Kiedyś Rosen wyjechał do Genewy w jakiejś misji. Musimy wyjść na kolację, gdy przychodzi szyfr z Genewy – trudno, trzeba odszyfrować. Ludwik bierze książkę, ja siadam przy maszynie i notuję cyfry. Odczytaliśmy tekst: „Jak nazywał się służący cioci Andzi, zapomniałem. Podpis – Rosen”. Ludwik się trochę gniewał, ale w końcu śmialiśmy się oboje i odpowiedzieliśmy już nie szyfrem, ale telegraficznie: „Służący mojej ciotki Andzi nazywał się Zelner. Myślę, że to właśnie uważano za jakiś szyfr. Z początku chcieliśmy napisać długi telegram szyfrem, żeby się Rosen musiał pomęczyć rozszyfrowaniem, ale doszliśmy do przekonania, że nie można używać szyfrów do takich żartów.


1 Maurycy Zamoyski (1871-1939), polityk, dyplomata, działacz społeczny, wiceprezes Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu, poseł w Paryżu (1919-1924), minister spraw zagranicznych.

2 Komitet Narodowy Polski w Paryżu, organizacja polityczna działająca 1917-1919 założona w Lozannie z siedzibą w Paryżu. KNP, pod znacznym wpływem Dmowskiego, dążył do odbudowy państwa polskiego przy pomocy ententy; uznawany przez rządy Francji, W. Brytanii, Włoch i USA za oficjalne reprezentacje Polski.

3 Gen. Tadeusz Rozwadowski (1866 -1928), Szef Sztabu Generalnego 1918, 1920, inspektor kawalerii (1921-1926), dowódca wojsk rządowych podczas przewrotu majowego. Stał wówczas na czele Polskiej Misji Wojskowej (1919), której zadaniem było służenie radą wojskową polskiej delegacji na Konferencję Pokojową w Paryżu, utrzymywał łączność ze Sztabem Gen Focha.

4 Ferdinand Foch (1851-1929), marszałek Francji, W. Brytanii i Polski, naczelny dowódca sił sprzymierzonych w tym Armii Polskiej we Francji (Hallera).

5 Maxime Weygand, generał francuski, wódz naczelny wojsk sojuszniczych we Francji.

B. W.

One thought on “Fragment „Wspomnień” Janiny z Żółtowskich Ludwikowej Morstinowej

  1. Mariusz Patelski pisze:

    Interesujące wspomnienia, ukazują nieznane – mniej oficjalne oblicze gen. Rozwadowskiego. Czy dostępna jest pełna wersja tych pamiętników?
    Z poważaniem
    Mariusz Patelski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *