Pamiętnik wojenny 1939-1945

Roman Żółtowski

Po nieszczęsnej i upokarzającej kampanii wrześniowej w 1939 r. jako podoficer w stopniu plutonowego walczącego w pierwszej linii 32. pp w obronie Modlina uciekłem z transportu jeńców wojennych, obrońców Modlina jadącego do Prus, w Mławie. Wieziono nas w towarowych, zabitych deskami i odrutowanych wagonach bez wody z konserwą i kawałkiem chleba w ręku. W Mławie pociąg stanął na stacji; w kilka minut z obu stron zgromadził się tłum Polaków różnej płci z wiadrami wody, konewkami i różnoraką żywnością, a nawet wódką. Wokół płacz i lament. Konwojenci byli bezsilni, mimo groźnej postawy, krzyku i broni. W czasie jazdy z Poniechówka obluźniliśmy deski i druty, ponieważ kilkunastu z nas postanowiło uciec z transportu w nocy, skacząc z jadącego pociągu. Mam tu na myśli wagon, w którym jechałem. Na pewno w innych wagonach było podobnie, ale nie wszyscy byli do tego zdolni; szczególnie ludzie starsi, powołani z rezerwy, wyczerpani fizycznie, a nawet pełni rezygnacji.

Nam chyba wszystkim udało się w harmidrze, krzyku i załatwianiu „propozycji handlowych” (nikt pieniędzy nie brał) – właśnie wtedy uciec.

Tu na tym miejscu gorąco chcę podziękować młodemu małżeństwu, które się mną zaopiekowało: przenocowało, nakarmiło, zaopatrzyło w kilkadziesiąt złotych na drogę do domu.

Do domu, o którym myślałem, że go już nigdy nie zobaczę, domu – to moja żona, ojciec i matka.

Nie liczyłem kilometrów z Mławy do Bodzanowa, ale w dwa dni na piechotę byłem, unikając Niemców, już na miejscu, gorąco witany, o którym nie wiadomo, czy żyje i gdzie się podziewa. Zameldowałem się władzy miejscowej jako zwolniony z niewoli w Modlinie.

Choć interes szedł kiepsko z braku przydziału mąki i cukru, prowadziłem wspólnie z ojcem naszą małą piekarnię, opalaną drzewem do 1942 r. Byłem potrzebny, choć czasowo, Niemcom i jakoś w tym czasie nie było amatorów z miejscowych folksdojczów na zły interes.

Mieliśmy jako taką egzystencję i możliwość przetrwania. Mieliśmy niezachwianą pewność, że Niemcy ostatecznie wojnę przegrają i Polska będzie wolna i trzeba coś robić, aby takie przekonanie mieli inni. Mimo nakazu Niemców w końcu października 1939 r., aby pod karą śmierci zdać wszystkie posiadane aparaty radiowe, myśmy swojego czterolampowego telefunkena nie zdali, ukrywając go w składzie na drewno.

Już w 1940 r. w porozumieniu z kilkoma wtajemniczonymi osobami wyjąłem aparat z ukrycia i przeniosłem w biały dzień w worku na plecach do Jakuba Woźniaka prowadzącego sklep żelazny vis a vis naszego domu i tu zaczęliśmy pierwsze nasłuchy. Niedługo to trwało, ponieważ Woźniak bał się trzymać aparat u siebie i prosił, aby go przenieść w inne miejsce.

I jak poprzednio w worku przeniosłem radio do miejscowego kominiarza Czesława Barcholca mieszkającego na peryferiach naszej osady.

Słuchane komunikaty radia z Moskwy i Londynu dla pokrzepienia serc, jak pisał kiedyś Sienkiewicz, w formie ustnej i pisemnej, w miarę możliwości rozpowszechnialiśmy w najbliższej okolicy i wśród miejscowych ludzi.

Był to okres największych zwycięstw militarnych Niemców, okres ich upojenia sukcesami. III Rzesza pod wodzą „genialnego Hitlera” miała być wieczna, a oni panami świata. My roboczym bydłem, które zlikwiduje się w odpowiednim czasie.

W większości zakłady rzemieślnicze, młyny, masarnie i sklepy obsadzano miejscowymi folksdojczami. Obiecując im złote góry, ubrano w żółte mundury z hakenkrojcami, dano władzę. Mieli nas pilnować i donosić, komu trzeba. Byli bardzo dumni ze swojej roli, często „zapominali” o polskiej mowie, zabierali lepsze mieszkana i rzeczy wywłaszczonych Polaków, kombinowali na kartkach żywnościowych, okradali Żydów, deprawowali zatrudnione u nich polskie dziewczęta.

Ten sielski czas zabaw i uciech skończył się z chwilą kiedy im powiedziano, że jako pełnoprawni Niemcy, dla których wódz stworzył tak piękne życie i wspaniałe perspektywy na przyszłość, muszą mu jednak w realizacji planów pomóc dla dobra ich samych. Zaczęto tych „przyszłych panów świata” braćdo wojska; przychodziły zawiadomienia o „bohaterskiej śmierci” najbliższych osób czy znajomych, a oni ucichli i zmaleli, nie byli już tak pewni siebie i butni. Perspektywa bohaterskiej śmierci nie bardzo im odpowiadała, czuli, że nie jest tak, jak myśleli. Przecież nie po to oswobodzono ich od tych „przeklętych Polaków”, aby teraz ginęli na różnych frontach; właśnie teraz, kiedy im dobrze. Do czasu mojego aresztowania powodziło się im jednak znakomicie.

Do dziś nie wiem, kto nas wsypał. Jednak doszło do nas, że żandarmi szukają pracującego radia na terenie Bodzanowa i są na naszym tropie. Jeśli znajdą aparat, będziemy niewątpliwie aresztowani i straceni. Radio zostało zakopane na podwórku Barcholca, miejsce zamaskowane.

Kiedy wróciłem z obozu w 1945 r. dowiedziałem się, że szukano i kopano, ale dzięki Bogu nie trafili. Oglądałem radio – było zupełnie zbutwiałe i przerdzewiałe. a przecież w swoim czasie było tak pożyteczne i w razie wykrycia groziła nam szubienica. Dnia 13 sierpnia 1942 r. w nocy zostałem aresztowany przez gestapo wraz z moim ojcem Adamem Żółtowskim, kowalem K. Woźniakiem, listonoszem Jakubem Czyżem, adwokatem Leokadią Skalmowską, której mąż, lekarz weterynarii, zdążył zbiec. Na miejscowym posterunku, żandarmerii znaleźliśmy się razem. Klęczeliśmy z twarzami odwróconymi do ściany i z podniesionymi do góry rękami, lecz długo nie dało się utrzymać tej pozycji, na co już potem nie zwracano uwagi. Ja w czasie aresztowania tęgo oberwałem, ale na posterunku, choć dostaliśmy też zdrowo, nie bito zbyt mocno. Szkoda było pani Skalmowskiej, którą młody byk gestapowski bił po twarzy krzycząc: „polnische Huren” – polska kurwa.

W moim domu została bardzo chora żona, po drugim dziecku – Andrzejku, który urodził się 4 sierpnia 1942 r., więc niecałe 2 tygodnie przed aresztowaniem. Chłopak był zdrowy, ale matka dostała skrzepu w nodze i kilka miesięcy leżała w łóżku bez ruchu. Dzięki pomocy teściowej, braci żony i sióstr oraz opiece miejscowej akuszerki p. Urbańskiej, jakoś doszła do siebie.

Tej nocy była śmiertelnie przerażona. Ile ją to wtedy kosztowało! …Do dziś ma uraz i staje się pełna strachau, gdy widzi ludzi w mundurach. Ile nerwów zużytych! Zawsze, kiedy na ten temat mowa, moja żona płacze.

W tym czasie wykryto w Bodzanowie organizację o charakterze wojskowym. Znaleziono karabiny ukryte w stodole. Byli to młodzi chłopcy w wieku przedpoborowym. Zostali straceni przez powieszenie. Byli to odważni i dzielni ludzie, chcieli walczyć. Zdradzeni prawdopodobnie zostali przez swego przywódcę podchorążego wojsk polskich Franciszka Rokickiego, który zginął również.

O tym dowiedzieliśmy się w więzieniu w Płocku. Podobno nie wytrzymał gestapowskich tortur, ponadto stracony został wydany przez niego mieszkaniec wsi Przymuszewo Antoni Rakowski, człowiek w średnim wieku, który na zlecenie Rokickiego przechowywał u siebie broń. Otoczony gestapowcami Rokicki wskazał miejsce ukrycia na terenie gospodarstwa Rakowskiego broni pochodzącej z czasów wojny 1939 r. Smutne i straszne były to czasy.

Mnie, ojca, kowala, listonosza i p. Skalmowską przewieziono do więzienia w Płocku, tam nas rozdzielono zamykając w oddzielnych celach. Zaczęły się badania, na które doprowadzano nas z więzienia do budynku gestapo. Były tam drzwi wejściowe żelazne, otwierane i zamykane automatycznie prądem.

Jak mogliśmy chodzić – chodziliśmy, jak śledztwo było zbyt intensywne – odwożono nas. Sprawę naszą starano się połączyć z organizacją Rokickiego. Młode i wypasione byki znały swoją robotę, toteż zbytnich ceregieli nie było. Nie chcesz gadać, gdzie ukryta broń – lanie; nie powiesz, kto należał do organizacji – bicie i kopanie; gdzie ukryto radio, kto słuchał, komu rozpowszechniano wiadomości – ogólne katowanie batem z kulką, bicie po twarzy, kopanie butami w twarz, szczucie psem, zmuszanie do wpatrywania się w bardzo silną żarówkę elektryczną. Na wszystkie pytania odpowiedzi były negatywne, ponieważ przyznanie się do czegokolwiek równało się śmierci, a myśmy chcieli żyć. Z naszej grupy nikt się nie załamał. Leczono nas, czasem dano papierosa i znowu to samo. Jako pamiątkę z płockiego gestapo wyniosłem wybite zęby, osłabiony wzrok i ślady po psich zębach na ręku. Jedno było ważne: pytania były tak formułowane, że byliśmy pewni, że dokładnych danych o nas nie mają i to dodawało nam otuchy. Mówili, że oni „wszystko wiedzą, tylko chcą potwierdzenia”. Dało nam to życie, choć tymczasem.

W końcu września czy na początku października 1942 r. Sondergericht Bezirk Ziechanau na sesji wyjazdowej w Płocku (Nadzwyczajny Doraźny Sąd z Ciechanowa) naszą grupę w osobach: Leokadia Skalmowska, Adam Żółtowski, Roman Żółtowski, Jakub Czyż, Kazimierz Woźniak i Janina (Alina) Janowska (?) skazano do końca wojny na pobyt w obozach koncentracyjnych, a po wojnie dopiero będą właściwie osądzeni za wrogą działalność przeciw III Rzeszy Niemieckiej i odpowiednio skazani.

Nie byliśmy głodzeni – kawa, chleb z marmeladą, zupa bez mięsa, wieczorem herbata, chleb. Prycza na ścianie zamykana o 6. rano, otwierana o 20. do spania, mały stoliczek i stołek, okratowane małe okienka. W każdej celi pozostawiono w różnych formach tak pisanych, jak rysunkowych ostatnie być może życzenia byłych mieszkańców celi w postaci „J.B. 1940”, „Czesiek tu był 1941” i wiele innych, tylko trzeba było dobrze się wczytać. Ściany i mury więzienia mówią dużo tym, którzy słuchają i czują innych towarzyszy niedoli, tych poprzednich. Cela mimo grubych ścian oddzielających jedną od drugiej nie jest głucha, doskonale słyszy się szczególnie w nocy.

Kroki nerwowo chodzącego więźnia, pukania do drzwi, otwieranie celi, czasem krzyki i szamotanie. Naprzeciwko były cele, z których właśnie w nocy zabierano więźniów. Dokąd? Podobno do Królewca pod topór. Za co? Czekali na wyroki z Berlina długo, czasem kilka miesięcy. Mówiono, że „topór” to gilotyna urządzona na wzór tej z Francuskiej Rewolucji. Wkłada się głowę i już. Przeklęte niech będą wynalazki, które niszczą życie ludzkie. Więzień ma bardzo wyostrzony słuch, wszystko słyszy: lekkie odchylenie judasza przez strażnika, ruchy na poziomie naszego piętra, kroki dozorców czasem chytrze ciche, otwieranie lub zamykanie celi, zapalania papierosów. To był jakiś dodatkowy zmysł i nerw nam dany… Odróżniałem nawet kroki strażnika dobrego od złego Byli naprawdę w tych czasach źli i dobrzy strażnicy.

Przeważnie przez pierwsze 3 dni nic się nie je, za to chciało mi się bardzo palić… Choć raz zaciągnąć się. Strażnicy doskonale o tym wiedzieli i jak trafiło się na „dobrego”, to dostawało się „cygareta” zapalonego, rzucali też w czasie spacerów „kipy”. Niektórzy, starsi już ludzie, pochodzący z Mazur rzucali czasem – oglądając się – polskie słowo i dobre spojrzenie, dawali cygaretkę, zapałkę i draskę, uprzedzając, że trzeba uważać, bo w nocy może mieć służbę jakiś „siurek”. Zapałkę łupało się na pół, kawałkiem szkła znalezionym we framudze okna lub pryczy. Był to skarb, bo skąd wziąć tyle zapałek?

I tu widziało się rękę poprzednika myślącego o tym, którypo nim tu będzie, może domyśli się i znajdzie. Zostawiłem tu kawałek szkła, draskę i całą zapałkę, może posłuży mojemu następcy? Dziś nie palę, ale wtedy nikotyna uspokajała nasze nerwy, ułatwiała myślenie. Więzienie płockie było jednym z lepszych, jakie poznałem w swojej wędrówce do obozu śmierci Mauthausen, gdzie wyrokiem zbrodniarzy miałem zostać popiołem użyźniającym pola. Nie pamiętam numeru celi, wiem, że było to pierwsze piętro, żelazne schody i na lewo.

Pewnego dnia rano wywołano mnie, kazano zabrać rzeczy – jakie? Na podwórzu: ojciec, Czyż, Woźniak i Janowska, a obok mała ciężarówka z plandeką, dwóch żandarmów z karabinami i bronią krótką u boku.

Dostaliśmy chleb, kiełbasę, margarynę i w drogę – dokąd? Nie było Skalmowskiej. Jak się po wojnie dowiedziałem od niej samej, z Płocka wraz z innymi kobietami odstawiono ją bezpośrednio do Rawensbruck, obozu wybitnie kobiecego.

Zdawało mi się, że Janowska jest w ciąży, a może się myliłem, płakała. W Działdowie zginęła nam z oczu; jakaś Niemka w mundurze zabrała ją. Podobno żyje, ale kontaktów z nią nie miałem.

Ciąg dalszy w następnym numerze.

Pamiętnik, którego fragmenty przedrukowaliśmy przesyła Krystyna Żółtowska ze Szczęsnego k. Olsztyna. Autorem tego bardzo ciekawego utworu jest teść Krystyny. Przybliżymy jego postać w najbliższych numerach kwartalnika. Dziękujemy Kici, ponieważ włożyła wiele wysiłku, aby go nam udostępnić.

B.W.

One thought on “Pamiętnik wojenny 1939-1945

  1. Poszukiwania pisze:

    Witam serdecznie
    Przed kilkoma tygodniami znalazłem dokument z 1936 roku, na którym widnieje pieczęć: BIURO PODAŃ / ROMANA ŻÓŁTOWSKIEGO / W ZABŁUDOWIE
    Po dokonaniu kwerendy w archiwum parafialnym, odnalazłem w spisie parafian z 1936 roku informację, że Roman Żółtowski urodził się w 1884 roku, prawdopodobnie był stanu wolnego, jak również był sekretarzem Związku Strzeleckiego w Zabłudowie. Innych informacji nie znalazłem.
    W związku z tym że chciałbym napisać kilka słów na jego temat w miejscowej gazecie, chciałbym poprosić o pomoc w odnalezieniu innych informacji na jego temat. Zastanawiam się, czy Roman Żółtowski który był w Zabłudowie to ten sam o którym jest mowa w tekście powyżej.
    Za wszelką okazaną pomoc serdecznie dziękuję.
    Z wyrazami szacunku
    Andrzej Górski.
    gorski80@wp.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *