Życiorys mój

Ciąg dalszy z poprzedniego numeru.

Po ucieczce Niemców w dniu 18 stycznia 1945 r. wróciliśmy z rodzicami do naszego domu. Następnego dnia zgłosił się do nas delegat PKP pan Michał Szczęsny z poleceniem objęcia przez mojego ojca stanowiska zawiadowcy stacji PKP w Aleksandrowie Kujawskim. Ojciec polecenie przyjął.

Po rozpoczęciu przeze mnie nauki w Gimnazjum Ogólnokształcącym Księży Salezjanów w Aleksandrowie Kujawskim stale przebywałem z ojcem na dworcu kolejowym, stanowiąc jego ochronę. Miałem krótką broń, która w tym czasie częstych sporów z Sowietami była konieczna (zdarzały się częste wypadki rozbijania magazynów przez Sowietów, kradzieże itp., z którymi musiał walczyć mój ojciec, pełniąc swoją funkcję).

W ciągu jednego miesiąca z kilkoma kolegami – Zdzisławem Sochaczyńskim, Tadeuszem Wiśniewskim, Henrykiem Wołczyńskim, Alojzym Lewandowskim – z ocalałych książek przerabialiśmy po pracy materiał pierwszej klasy gimnazjum ogólnokształcącego i zdawaliśmy do drugiej klasy typu semestralnego. Egzamin zdałem pomyślnie i z dniem 15 marca 1945 roku rozpocząłem naukę.

Ucząc się w klasach semestralnych, w czerwcu 1946 r. zdałem małą maturę oraz wstąpiłem na Kurs Wstępny kierunku Matematyczno-Przyrodniczego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Po ukończeniu tego kursu, który był równoznaczny z dużą maturą, zostałem przyjęty na pierwszy rok studiów wyższych Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Kopernika w Toruniu.

Chcę podkreślić, że nieprawdą jest, jakoby działalność Armii Krajowej ustała, a nawet, jak twierdzą niektórzy, wręcz się rozpadła po wkroczeniu Sowietów do Polski, z powodu represji. Wręcz odwrotnie, nie mówiąc o tych, którzy się ujawnili, pozostali działali nadal, walcząc już teraz z systemem komunistycznym. Byliśmy przekonani, a następnie pewni, że kiedyś system ten się zawali i że Polska będzie znowu suwerenna.

Nasze radio ukryte pod piecem przetrwało okres okupacji niemieckiej. Osiedleni w naszym domu Niemcy nie odkryli tego radia. Był to sześciolampowy aparat marki Telefunken. Mieliśmy zaraz po ucieczce Niemców najświeższe wiadomości z Londynu. Wiedzieliśmy, że musi się zmienić. Nie mogliśmy czekać, trzeba było działać. Na represje początkowo NKWD, a później UB i SB odpowiadaliśmy drobnymi, ale częstymi wystąpieniami, jak rozrzucanie ulotek, rozlepianie plakatów, napisy na murach, np. „precz z komuną” itp. W czasie wyborów zrywaliśmy i zalepialiśmy afisze komunistyczne, np. bloku 3 x tak. Ulotki otrzymywaliśmy z Włocławka, a plakaty były wykonywane na miejscu. W rozwieszaniu ich brali udział malżonkowie Ożażewscy, Janina Kowalska (pielęgniarka) i ja, Stanisław Żółtowski. Były jeszcze i inne zespoły których nazwisk nie znałem.

Wracając jeszcze do pierwszych dni po wkroczeniu Sowietów do Aleksandrowa Kujawskiego, chcę nadmienić, że obydwaj moi bracia wstąpili do pracy na kolei (PKP). Romuald początkowo pełnił służbę w Straży Ochrony Kolei (SOK), a po przeszkoleniu objął funkcję dyżurnego ruchu w Ciechocinku.

Na własną prośbę, 9 lutego 1946 r. został skierowany na studia politechniczne w Akademii Górniczo-Hutniczej na Wydziale Komunikacji w Krakowie. Po skończonych studiach pracował w resorcie komunikacji w Warszawie. Brat mój Henryk również początkowo pełnił służbę w Straży Ochrony Kolei (SOK), a po przeszkoleniu został kasjerem biletowym. Na własną prośbę, w październiku 1945 r., został zwolniony z PKP i zdał egzamin na Politechnikę w Gdańsku, na Wydział Budowy Dróg i Mostów. Studia ukończył i rozpoczął pracę w Gdańskim Biurze Projektów Budowy Mostów.

Jednym z poważniejszych działań podziemnej organizacji Armii Krajowej, skupiającej w przeważającej części pracowników PKP, było porwanie i uprowadzenie Sowietom całego transportu kolejowego (pociągu składającego się z 46 wagonów), załadowanego nowymi urządzeniami stacyjnymi i kolejowymi, jadącego z Niemiec do ZSRR, i konwojowanego przez dwóch żołnierzy sowieckich.

Dowódcą całej akcji był mój ojciec Albin Żółtowski, pełniący w tym czasie funkcję zawiadowcy stacji PKP w Aleksandrowie Kujawskim. Wtajemniczeni: Stefan Wieczorkowski – nadzorujący urządzenia hydrauliczne stacji, komendant Straży Ochrony Kolei Polachowski, dyżurny ruchu nastawni nr 1 Pomiechowski, dyżurny ruchu stacji Ciechocinek Romuald Żółtowski (mój najstarszy brat), naczelnik oddziału ruchu PKP w Kutnie Kazimierz Łukomski, i ja – Stanisław Żółtowski (ochrona i łączność ojca).

Rano, 15 czerwca 1945 r. ojciec został telefonicznie powiadomiony przez pracowników PKP w Toruniu (nazwisk nie znam), że przed wieczorem będzie jechał przez Aleksandrów Kujawski sowiecki transport kolejowy z urządzeniami kolejowymi. Należało wszystko przygotować, aby można było ten transport zatrzymać w Aleksandrowie.

W nocy z 15 na 16 czerwca 1945 r. pociąg sowiecki nr. 1879/472/473, składający się z 46 wagonów, 96 osi i ważący 810 ton, mający niemiecką rejestrację wagonów, przybył do Aleksandrowa i został zatrzymany pod sygnałem. Parowóz tego pociągu obsługiwali Polacy, ojciec mmój wytłumaczył maszyniście, że musi wracać do Torunia do parowozowni. Ma powiedzieć konwojentomsowieckim, że parowóz ma uszkodzone hamulce i nie może dalej ciągnąć wagonów transportu. Należy go wymienić. W jednej chwili parowóz odczepiono od składu pociągu i zaczął bardzo wolno wracać do Torunia. Inny parowóz, obsługującyprzetoki na stacji Aleksandrów, został wcześniej ukryty na torze w Ciechocinku, aby nie stwarzać możliwości ewentualnej wymiany parowozów na miejscu. Konwojenci sowieccy domagali się zastępczego parowozu. Ojciec mój oświadczył im, że otrzymają go dopiero po zamówieniu parowozu w parowozowni w Toruniu-Kluczykach. (Ojciec znał język rosyjski ponieważ sześć lat służył w carskim wojsku w Rosji i świetnie dogadywał się z Rosjanami). Aby całe działanie w oczach sowieckich konwojentów wyglądało na autentyczne, ojciec w obecności obydwóch żołnierzy sowieckich telefonował do parowozowni Toruń-Kluczyki i zamówił parowóz zastępczy. Parowozownia oświadczyła, że obecnie są trzy parowozy w naprawie i gdy naprawa się skończy, jeden z nich zostanie skierowany do Aleksandrowa. Może to jednak potrwać do samego rana. Wiadomość powyższą ojciec przekazał konwojentom sowieckim.

Obydwaj konwojenci zadowoleni wyszli z biura zawiadowcy stacji i zabrałem ich na gorący posiłek do stołówki PCK, która znajdowała się na tym samym peronie dworca. Po zjedzeniu kolacji mieli ochotę na coś mocniejszego, a zwłaszcza pytali o „spirit”. Dostarczyłem im dwa razy po pół litra spirytusu gorzelnianego, który pili w kubkach bez rozcieńczenia wodą. Przedtem musiałem z nimi trochę wypić, aby rozwiać obawy, że jest zatruty. Konwojenci sowieccy tak się rozochocili, że wypili cały litr spirytusu. Widocznie byli bardzo zmęczeni, bo już wkrótce obaj spali na ławach w stołówce PCK. Upewniliśmy się, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby cały transport odjechał. Wiadomość przekazałem mojemu ojcu oświadczając, że konwojenci sowieccy śpią w stołówce PCK. Ojciec natychmiast telefonicznie zażądał przybycia parowozu z Ciechocinka (dyżur w Ciechocinku pełnił Romuald Żółtowski). Po półgodzinie cały transport sowiecki jechał już do Ciechocinka.

Ciechocinek usytuowany jest na bocznej linii kolejowej i połączenie do głównej linii Aleksandrów – Kutno ma tylko przez Aleksandrów. Wszystkie wagony niemieckiej rejestracji załadowane nowym sprzętem kolejowym zostały wepchnięte na ślepą bocznicę kolejową, pod Warzelnią Soli w Ciechocinku. Parowóz do odwołania również pozostał na stacji w Ciechocinku. Następnie ojciec telefonicznie powiadomił naczelnika odcinka ruchu PKP w Kutnie, Kazimierza Łukumskiego o udanej całkowicie akcji.

Po przebudzeniu konwojenci sowieccy szukali swojego transportu. Zostali poinformowani, że pociąg po zmianie parowozu wcześniej odszedł w kierunku Kutna, a wszyscy byli przekonani, że konwojenci nocowali w pociągu i pojechali razem z transportem. Wobec takiej sytuacji chcieli jak najszybciej pojechać za swoim transportem. Początkowo mieli zamiar jechać pociągiem osobowym do Włocławka, a następnie do Kutna. Tymczasem Toruń powiadomił dyżurnego ruchu, że w stronę Aleksandrowa jedzie następny transport sowiecki z urządzeniami fabrycznymi. Ojciec doradził konwojentom, żeby zabrali się właśnie tym transportem, który jedzie do ZSRR i w Kutnie szukali swego konwoju. Ojciec dokładnie się orientował, że transporty sowieckie nie były ściśle ewidencjonowane (zabierano wszystko, co wpadło im do ręki i wysyłano do ZSRR). Również i konwojenci nie byli ściśle rejestrowani. Konwojenci zgubionego pociągu w tym wypadku jadąc innym transportem zwiększali tylko liczbę konwojentów tego transportu i mieli możliwość przemilczeć zgubienie swojego transportu – w ten sposób uniknęliby kary. Tak się też stało, jak proponował ojciec. Na stacji dano sygnał do zbliżającego się pociągu sowieckiego, aby zwolnił bieg, obydwaj konwojenci wskoczyli do niego i wyjechali z Aleksandrowa. Od tego czasu nic o nich nie wiedzieliśmy. Nie było również szukania pociągu przez władze sowieckie.

Należy zauważyć, że transport sowiecki jadący do ZSRR wolno było zatrzymać tylko z bardzo ważnego powodu, jak uszkodzenie parowozu lub wagonu grożące katastrofą. Na stacji odwołano pogotowie akcyjne i wszystko wróciło do normalnego biegu. Wagony z rejestracją niemiecką całego transportu przemalowano i po kilka z nich rozsyłano do stacji podanych przez odcinek ruchu w Kutnie. Na jednej platformie pociągu był nawet samolot niemiecki ze złożonymi skrzydłami. Był to Fockerwolf. Samolot ten przewieziono do Warszawy i był to pierwszy samolot Polskiej Kolei Państwowej w stolicy. Według oświadczenia naczelnika Łukomskiego z Kutna, wszyscy biorący udział w akcji mieli być odznaczeni. Niestety, w październiku 1945 r. do Oddziału Ruchu PKP w Kutnie przysłano Sowieta na stanowisko głównego dyspozytora, który kontrolował całą pracę odcinka ruchu w Kutnie i współpracował z NKWD. Wówczas trzeba było milczeć i o sprawie uprowadzonego transportu sowieckiego nic nie wspominać. Było to polecenie naczelnika Łukomskiego.

Stanisław Żółtowski z Aleksandrowa

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.