Duma i pokora


Jan Żółtowski

Artykuł pisany po śmierci Romana Dmowskiego – 1939 r.

Okoliczności zrządziły, że przez kilka lat najważniejszych zapewne w życiu i działalności ś.p. Romana Dmowskiego, podczas wielkiej wojny i bezpośrednio po niej, byłem bliskim tej działalności świadkiem, częściowo brałem w niej nawet udział.

Dało mi to możność poznania znamiennych rysów jego umysłu i charakteru, ocenienia ich potęgi i hartu. Nie wchodząc tu w rozpatrywanie politycznego znaczenia jego indywidualności, jego poczynań i osiągniętych rezultatów, chcę ograniczyć się do podkreślenia niektórych cech jemu właściwych. Może przyczyni się to do lepszego zrozumienia tej niezwykłej postaci oraz niezmiernie silnego jej promieniowania na bliskich a nawet dalekich.

W Dmowskim nie zauważyłem nigdy objawu pychy, jeszcze mniej próżności, za to przebijała we wszystkich jego poczynaniach i wypowiedzeniach silna i męska duma. Duma ta była w pierwszym rzędzie narodową, ale łączyła się ona z silnym samopoczuciem. Głęboko wierzył i w swój światopogląd i w swoją misję. A wiara ta nie była czczym urojeniem, opierał ja na głębokich przemyśleniach i z niesłabnącą energią ją proponował. Naród ze swej strony przywierał coraz liczniej do nowych myśli i zasad, które w beznadziejności dnia powszedniego budziły nieutopijne nadzieje.

A jeżeli siła bijąca od tego mocnego człowieka udzielała się Polakom, to działała również na cudzoziemców, którzy się z nim na terenie politycznym spotykali. We wszystkich jego rozmowach i wystąpieniach publicznych za granicą dźwięczała podstawowa nuta wielkości polskiego narodu, żądającego wiele, bo wiele mu się należy, dla dobra swego, niemniej jak i dla dobra Europy.

Ton samopoczucia polskiego, od którego wielkie państwa były już odwykły, brzmiał z początku obco, niepokojąco. Ale gdy wypadki zaczęły wyraźnie iść po linii, którą wskazywał, ton taki stawał się coraz bardziej dominujący nie tylko w ustach naszych, ale i obcych.

Obok tych nut brzmiących silnie i twardo, a wykazujących dojrzały i niezmienny światopogląd, odnaleźć można było w jego duszy nieustanną kontrolę siebie samego, pracę nad uzgadnianiem środków z celami, nurtu życia z regulującymi go prawami. A że była to natura bujna i krewka, więc nietrudno sobie wystawić, jak się w niej zmagać musiał temperament z rozwagą, ideał z realizmem.

Kto z nim rozmawiał lub przysłuchiwał się dyskusji, mógł być zdziwiony sposobem, w jakim je prowadził. Brak tam było tej arbitralności, z którą każdy nie znający go bliżej mógł się liczyć. Przeciwnie, uderzało wsłuchiwanie się Dmowskiego w myśl partnera, chęć wniknięcia w istotę jego twierdzeń, wyciąganie z nich możliwie najwięcej korzyści i praktycznych wniosków. Dopiero potem przystępował do krytyki i do przekonywania argumentacją bardzo zwykle prostą i niezwykle logiczną. Krytykę ujmował w kilku zasadniczych cięciach, trafiając prawie zawsze w samo sedno. Nigdy się w polemice nie lubował. Słysząc takie dyskusje, miało się wrażenie, że się wnika do laboratorium, w którym metodycznie, ale ostrożnie urabiają się jego myśli o nieobliczalnych nieraz konsekwencjach. Zdarzało się czasem, że ktoś z jego bliskich go zaczepił, zarzucił mu błędność lub lekkomyślność jakiegoś przedsiębranego kroku. Widział dobrą wolę, unikał zaostrzenia dyskusji, obracał sprawę w żart, lub zastanawiał się chwilę nad słusznością zarzutu. Nigdy go nie widziałem obrażonym, nigdy nie brał za złe krytyki lub sprzeciwu.

Na dowód, jak umiał podporządkować swą osobę, a nawet swą ambicję, którą uważał za doniosłą, chcę przytoczyć dwa przykłady. Po pierwszej rewolucji rosyjskiej Erazm Piltz, przeniósłszy się z Petersburga do Warszawy, powołał do życia tzw. Biuro Pracy Społecznej. Miało ono zbieraćmateriały, badać statystyki, przygotowywać projekty dla kół poselskich, dla samorządów albo innych instytucji publicznych.

Zadanie bardzo celowe i ważne, ale bezbarwne, bezpartyjne i żadnej wnętrznej nie przynoszące chwały. Otóż gdy Dmowski po złożeniu prezesury Koła Polskiego w Dumie wrócił do kraju, przyszedł pierwszy do tej instytucji, ofiarowując jej swą współpracę.

„Zadania mego w Petersburgu spełnić nie mogłem. Może inni lepiej rzecz poprowadzą, ale chcę, by moje doświadczenie nie poszło na marne i proszę o przydzielenie mi jakiej pracy”.

Piltz, który mi to opowiadał, a z którym Dmowski był naówczas w dość zaostrzonej politycznej walce, był tym aktem dobrej woli i skromności głęboko ujęty.

Może krok ten pierwszy na drodze do stworzenia podczas wojny międzypartyjnego bloku w kraju i w Petersburgu, a Komitetu Narodowego zagranicą.

Drugi epizod odnosi się do czasów wojennych. Gdy toczyły się układy pokojowe w Brześciu, prof. Jan Rozwadowski, członek Komitetu Narodowego, od którego mam tę informację, starał się wpłynąć na Dmowskiego, by wystąpił z oświadczeniem piętnującym szacherki brzeskie. Dmowski zbywał go półsłówkami. Dopiero gdy ogłoszono warunki pokoju, Dmowski w imieniu Komitetu Narodowegodał silny wyraz publiczny poglądom i uczuciom, na jakie zasługiwały. Na pytanie Dmowskiego, dlaczego uczynił to tak późno, odrzekł mu: „Nasze oświadczenie nic by w rezultacie nie zmieniło, a z drugiej strony było możliwe, że Kucharzewskiemu uda się coś korzystnego dla Polski uzyskać. Nie należało mu tej karty z rąk wytrącać i gry mu utrudniać”. Gdy się uwzględni, że Dmowski Kucharzewskiego politycznie nie lubił, a w tym poszczególnym wypadku stał na przeciwległym orientacyjnym biegunie, takie postawienie sprawy jest wysoce znamienne.

Na zakończenie chciałbym w powyższych uwagach i stwierdzeniach znaleźć odpowiedź na zapytanie, które w ostatnich czasach jedno z pism postawiło. Czym wytłumaczyć, że młodzież polska poszła od czasów powstania Polski w ogromnej większości za suchym realistą Dmowskim? Otóż dlatego zapewne, że realizm jego nie był bezdusznym wyrachowaniem, ale wynikiem głębokich zmagań, w których ostatecznie zwycięstwo odnosiła zawsze wielkoduszność. W jej ramach duma i pokora umiały się harmonijnie kojarzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.