Ślub rodziców w Krasnobrodzie


Izabela z Żółtowskich Broszkowska

Od Redakcji

Autorka, córka Benedykta Żółtowskiego z Godurowa, opublikowała w 1999 „Wspomnienia z dzieciństwa i młodości” obejmujące lata 1940-1954 („Kwartalnik” nr 20, 21, 22). Obecnie wraca do wydarzeń, których świadkiem być nie mogła, przywołuje zatem wspomnienia Ojca i ciotki, Janiny z Puttkamerów Żółtowskiej, przedstawia zachowane z tego czasu rodzinne pamiątki.

Od Autorki

Dzieje rodziny Benedykta Żółtowskiego z Godurowa znane są wielu czytelnikom „Kwartalnika”. Związek Rodu opublikował w formie książeczki jego wspomnienia, a w kilku numerach naszego pisma drukowane były fragmenty wspomnień moich, czyli jego najstarszej córki.

Uzupełnieniem tej rodzinnej historii jest drukowany poniżej opis ślubu B.Ż. autorstwa Janiny z Puttkamerów Żółtowskiej – żony jego kuzyna Adama i uczestniczki uroczystości. Przedstawiam tu fragment jej dzienników będący świadectwem obyczajów panujących w okresie międzywojennym w środowisku ziemiańskim. Mam nadzieję, że zdjęcia, teksty toastów i program uroczystości dodają temu opisowi „smaku”, a krótkie charakterystyki bohaterów przybliżą czytelnikowi całe zdarzenie.

Dla informacji dodam, że ślub odbywał się w Krasnobrodzie – majątku rodziców panny młodej. Ponieważ obie rodziny były bardzo liczne, listę zaproszonych gości ograniczono tylko do najbliższych. Benedykt był najmłodszym dzieckiem, a w dniu ślubu miał trzydzieści cztery lata. Jego brat Andrzej, będący wówczas po pięćdziesiątce, pełnił tu rolę najstarszego w rodzinie, bo ojciec już nie żył. Róża miała lat dwadzieścia dwa, a więc zarówno rodzeństwo jej męża, jak i autorka dzienników byli w wieku jej rodziców! Uderza w opisie uroczystości to, że najważniejszym punktem programu był sam ślub, a nie późniejsze przyjęcie, nazwane tutaj „śniadaniem”. Jego menu – jak na dzisiejsze obyczaje – było więcej niż skromne. Natomiast uwagi autorki dziennika uszła ceremonia składania życzeń młodej parze przez pracowników majątku w Krasnobrodzie, która odbyła się na trawniku przed domem, w prezencie zaś przyniesiono tradycyjne „korowaje”, tj. gałązki oblepione upieczonym ciastem, jako symbol płodności.

Ale nie wyręczajmy autorki opisu…

Oto postaci głównych bohaterów uroczystości:

Benedykt Żółtowski, syn Marcelego i Ludwiki z Czarneckich. Urodził 28 marca 1902 roku w Godurowie – woj. poznańskie, w siedzibie rodzinnego majątku ziemskiego, jako dziesiąte i najmłodsze dziecko. Do dwunastego roku życia uczył się w domu. W latach 1914-1918 uczęszczał do Gimnazjum św. Marii Magdaleny we Wrocławiu. W czasie Powstania Wielkopolskiego przerwał naukę i jako ochotnik dołączył do walczących braci. Następnie, do wojny bolszewickiej 1920 roku, kontynuował naukę w Gimnazjum św. Marii Magdaleny w Poznaniu. W 1920 zaciągnął się do formowanego przez Ignacego Mielżyńskiego 215. Pułku Ułanów. Walczył na Pomorzu, potem na froncie wschodnim, gdzie był poważnie ranny. Po demobilizacji (1921) zdał „wojskową” maturę. W roku 1924 ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy, a pięć lat później otrzymał awans na porucznika rezerwy. W latach 1924-1927 odbył kilka praktyk rolniczych, w tym półroczną w Danii, i w roku 1927, po śmierci ojca, objął administrację rodzinnego majątku Godurowo. W 1933 został jego współwłaścicielem wraz z matką. Początek lat trzydziestych to czasy wielkiego kryzysu – również w rolnictwie – i B.Ż. z wielkim trudem udało się wyprowadzić majątek z tego kryzysu. W roku 1936 ożenił się z Różą Fudakowską.

26 sierpnia 1939 został zmobilizowany do 17. Pułku Ułanów Wielkopolskich i w tym dniu na zawsze pożegnał się z rodzinnym domem i majątkiem. Wraz z 17. pułkiem przeszedł szlak bojowy Wielkopolskiej Brygady Kawalerii – od granicy niemieckiej do Warszawy. 25 września w Warszawie został ciężko ranny, w wyniku czego stracił nogę. Do lipca 1940 przebywał z przerwami w szpitalu wojskowym w Warszawie. Resztę okupacji, do stycznia 1944, spędził B.Ż. wraz z rodziną w majątku rodziców żony w Krasnobrodzie na Zamojszczyźnie. Pomagał w administracji majątku, a jego znakomita znajomość mentalności i języka Niemców pozwalała mu na ratowanie rodaków od wywózek na roboty.

Z obawy przed wkraczającymi wojskami radzieckimi, które „eliminowały pomieszczyków”, rodzina przeniosła się do Ojcowa pod Krakowem. B.Ż. był bez pracy. Wiosną 1945 Rodzice podjęli próbę życia od nowa – na 8-hektarowym gospodarstwie w Cieszynie k. Odolanowa, a następnej wiosny znówsię przenieśli – do Nieświastowa k. Konina, gdzie B.Ż. objął administrację upaństwowionego majątku. Końcem tej pracy było aresztowanie przez UB – z powodu donosu pracowników, którym nie pozwalał kraść.

Po wypuszczeniu z więzienia – wiosną 1947 – B.Ż. objął posadę dyrektora Państwowej Stadniny Koni w Rzecznej w Olsztyńskiem na Ziemiach Odzyskanych. W ciągu kilku lat doprowadził stadninę do rozkwitu. W czasie wojny i pobytu w Rzecznej przyszły na świat kolejne dzieci, tak że w 1949 była ich już szóstka. W 1953, po rozlicznych szykanach i próbach udowodnienia mu marnotrawstwa i sabotażu, wyrzucono go z pracy jako element o niewłaściwym pochodzeniu społecznym.

Pracował potem dorywczo jako meliorant, a rodzina musiała zamieszkać w wiejskiej chałupce. Dopiero po roku otrzymał następną stałą pracę jako kierownik wielkiej tuczarni świń pod Iławą, gdzie znów przeprowadziła się rodzina.

Wreszcie w roku 1955 dobił do przystani życiowej. Był nią zespół majątków hodowlanych w Suszu k. Iławy. Został agronomem, a wkrótce zastępcą dyrektora i tam pracował już do emerytury. Zamieszkał z rodziną w służbowym domku w majątku Kamieniec – jednym z gospodarstw zespołu suskiego. Mieszkał tam do swej śmierci w roku 1982.

B.Ż. był człowiekiem bezpośrednim w stosunkach z ludźmi, stanowczym w decyzjach i prawym w postępowaniu. Za te cechy charakteru cenili go współpracownicy i obdarzali wielką sympatią podwładni. Był doskonałym rolnikiem praktykiem, kochał swoją pracę i odnosił duże sukcesy w hodowli i produkcji rolnej.

Będąc na emeryturze, B.Ż. sporządził pracochłonną dokumentację fotograficzną wielkopolskiej linii rodziny Żółtowskich. Z zebranych od różnych członków rodziny zdjęć zrobił reprodukcje i opracował album, a potem wykonał 25 jego kopii (techniką wklejania odbitek fotograficznych – nie było wówczas kserografu). Album zawiera widoki siedzib oraz sceny rodzajowe i portrety niemal wszystkich członków poszczególnych rodzin. Zebrał w ten sposób bardzo bogaty materiał historyczny. Napisał także Wspomnienia, wydane przez nasz Związek w 1994 roku.

B.Ż. zmarł w Kamieńcu 2 lipca 1982 roku i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Pyrach w Warszawie.

B.Ż. otrzymał odznaczenia: za wojnę 1920 roku – Krzyż Walecznych, za wojnę 1939 roku – dwukrotnie Krzyż Walecznych i Krzyż Virtuti Militari V kl.

Róża Żółtowska, córka Kazimierza i Marii Fudakowskich. Urodziła się 5października 1913 roku w Krasnobrodzie na Zamojszczyźnie. W 1915, po wybuchu wojny światowej, w obawie przed walkami, w których wszystkie zabudowania Krasnobrodu zostały spalone, rodzice wysłali dwuletnią R.Ż. wraz ze starszym bratem Jerzym i pod opieką niani do Dziuńkowa na Ukrainie – do majątku kuzynów Kraczkiewiczów. Do domu rodzinnego wróciła dopiero w roku 1918 – okrężną drogą przez Piotrogród, Szwecję, Danię i Berlin.

Początkowo – jak większość dziewcząt ze środowiska ziemiańskiego tego czasu – uczyła się w domu rodzinnym, odbudowanym przez ojca ze zniszczeń wojennych. Wykształcenie średnie otrzymała w sławnej szkole sióstr Sacré Coeur we Lwowie, gdzie zdała maturę w roku 1932. Przez powiązania rodzinne – dwie siostry jej ojca były zakonnicami w tym zgromadzeniu, kuzyn Tadeusz Fedorowicz był w seminarium we Lwowie – zetknęła się z ruchem młodzieży katolickiej „Odrodzenie”. Dom rodzinny, szkoła i ruch młodzieżowy dały jej głęboką formację religijną. Była wierząca bez dewocji, całe życie postępowała zgodnie z zasadami swej wiary i nigdy nie wątpiła, że Opatrzność Boża czuwa nad nią i jej rodziną.

Po maturze zamieszkała w Krasnobrodzie, pomagając matce w prowadzeniu domu, z przerwami na wyjazdy – w roku 1935 na pół roku do Paryża, gdzie chodziła na kursy historii sztuki w Luwrze, czy do Warszawy, gdzie ukończyła kursy sióstr Czerwonego Krzyża; w Warszawie bywała też na balach karnawałowych. Swego przyszłego męża poznała w domu pp. Morawskich w Lublinie. 17 czerwca 1936 roku w Krasnobrodzie odbył się ich ślub.

Od tego momentu dzieliła losy Benedykta Żółtowskiego, opisane w jego życiorysie. W bardzo trudnych wojennych i powojennych czasach, wśród ciągłych przeprowadzek i niepewności losu ludzi o „niewłaściwym” pochodzeniu urodziła i wychowała siedmioro dzieci. W najtrudniejszych chwilach, gdy nie było co jeść i wyrzucano ich z mieszkania, mówiła, że skoro Pan Bóg daje dzieci – daje i na dzieci. I to się jej sprawdzało, zawsze w ostatniej chwili znajdowało się wyjście z trudnej sytuacji czy też spotykała dobrych ludzi, którzy spieszyli z pomocą. Nazajutrz po przeprowadzce, do coraz to gorszych i ciaśniejszych pomieszczeń, zawieszała firanki, rozwieszała na ścianach obrazki i tworzyła dom rodzinny. Musiało być zawsze czysto, dzieci umyte i oprane, a za ostatnie grosze kupowała książki. A w małym domku było jeszcze miejsce dla gości – w lecie zawsze jakaś równie biedna ciotka przyjeżdżała do nas na letni wypoczynek.

Do roku 1982 mieszkała wraz z mężem na wsi. Po jego śmierci i po ciężkiej chorobie przeniosła się do Warszawy do córki i tu zmarła 25 września 1995 roku.

Pochowana obok męża na cmentarzu w Pyrach.

Tak opisał wydarzenia roku 1936 Benedykt Żółtowski:

Wspomnienia. Fragment dotyczący zaręczyn, ślubu, wesela i podróży poślubnej w 1936 roku

W 1936 roku postanowiłem dobrać sobie towarzyszkę życia. Nie była to sprawa łatwa. Proponowano mi różne poważne panny, lecz za pieniądze mnie nikt nie kupi. Miałem w domu mamę moją najdroższą, trzeba było dobrać do niej taką synową, by w cnotach jej dorównywała i by współżycie było dobre. Duch Święty oświecił, mama wymodliła.

Zdecydowałem się oświadczyć o pannę Różę Fudakowską, którą dwalata wcześniej poznałem u Jasiów Morawskich w Lublinie. Od razu mi podpadła – inteligentna, hoża, o dobrych oczach i ładna. Dom jej rodziców znany. Ojciec gorący patriota, oddany bez reszty organizacji polskiego rolnictwa. Decyzja powzięta i do dzieła. 28 lutego spotkaliśmy się w Warszawie i w kawiarni nowo otwartego lotniska na Okęciu zaręczyliśmy się. Rodzice narzeczonej, nieco zaskoczeni nagłością naszej decyzji, widząc nasze rozradowane twarze, pobłogosławili nam. A ja chwyciłem za telefon, by zawiadomić o fakcie kochaną mamę.

Oficjalne zaręczyny odbyły się w Krasnobrodzie 4 marca, w dniu imienin mego teścia. Na tę uroczystość przyjechał mój najstarszy brat Andrzej i najstarsza siostra Maria, by podziękować rodzicom mej narzeczonej za przyszłą bratową. Datę i miejsce ślubu ustalono na 17 czerwca tegoż roku, w Krasnobrodzie. Jeszcze w ciągu marca moja narzeczona przyjechała do Godurowa, by przedstawić się mojej mamie. Z tej okazji brat mój Franciszek z Brześnicy urządził nam miłe przyjęcie, zapraszając krewnych i sąsiadów.

W dniu wyznaczonym na ślub zjechały się obydwie nasze rodziny, a związek nasz został pobłogosławiony w kościele parafialnym przed Cudownym Obrazem Matki Boskiej Krasnobrodzkiej. Dzień był prześliczny, wspaniałe słońce. Poprzedniego dnia spadł deszcz, więc natura wykąpana i orzeźwiona, co w otoczeniu przepięknego parku i prawdziwie polskiego dworu tonącego w kwiatach było wspaniałą oprawą tej uroczystości. By przedstawić ducha, jaki panował wśród zebranych dwóch naszych rodów, na następnych stronicach przytaczam dwie mowy wygłoszone w czasie weselnego obiadu. Jedna mojego brata Andrzeja na cześć rodziny Fudakowskich, a druga stryja mojej żony, Bronisława Fudakowskiego, na cześć naszej rodziny. Niestety, pięknego i wzruszającego przemówienia mego teścia nie mamy, gdyż przemawiał zawsze „z głowy”.

Program dnia 17 czerwca 1936

g. 8-10Ranne śniadanie w jadalnym pokojug. 10-10.15Goście schodzą się w salonieg. 10.15-10.30Błogosławieństwog. 10.30-11.00Wyjazd do kościoła samochodami w porządku osobno wskazanymg. 11.00Przyjazd Państwa Młodych do kościoła. Goście oczekują w kruchcie, gdzie ustawiają się w orszak w porządku osobno wskazanym.
Uformowany orszak wyrusza do prezbiterium.
Rozmieszczenie w kościele.
Prezbiterium:
ławka lewa: p.p. K. Kicińska, M. Kunicka, Hr-na T. Rostworowska
ławka prawa: Hr-na Andrzejowa Żółtowska, p. Janowa Kowerska p. Janowa Lipska, Hr-na Adamowa Żółtowska
krzesła: za klęcznikami z lewej strony:
Hr-na Marcelowa Żółtowska, Hr. Andrzej Żółtowski
krzesła za klęcznikami z prawej strony:
p. Maria Fudakowska, p. Kazimierz Fudakowski
krzesła przy lewej ławce:
drużbowie: p. Jerzy Fudakowski, Hr. Jan Żółtowski
krzesła przy prawej ławce:
druhny: p. Krystyna Fudakowska, Hr-ka Elżbieta Żółtowska
pozostali członkowie orszaku zasiadają w pierwszych rzędach krzeseł ustawionych dla gości poza prezbiterium.g. 11.15Msza świętag. 12.00Wyjście z kościoła w orszaku, w takim porządku jak przy wejściug. 12.15Wyjazd z kościołag. 13.00Przywitanie młodej pary w domug. 13.30Śniadanieg. 20.30Kolacja

Lista gości weselnych

Rodzina Fudakowskich

  • Kazimierz Fudakowski (ojciec Panny Młodej, dalej K.F.)
  • Maria Fudakowska z Kicińskich (matka Panny Młodej dalej M.F.)
  • Jerzy Fudakowski – brat Panny Młodej
  • Krystyna Fudakowska – siostra Panny Młodej
  • Maria Kunicka z Bielskich – ciotka K.F.
  • Karolina Kicińska z Rakowskich – matka M.F.
  • Bohdan Kiciński – jej syn
  • Bronisław Fudakowski – brat K.F.
  • Lech Fudakowski – syn Bronisława
  • Maria Fudakowska (Marysiunia) – kuzynka K.F.
  • Jadwiga Kowerska z Fudakowskich – siostra K.F.
  • Jan Eustachy Kowerski – jej mąż
  • Teresa Rostworowska z Fudakowskich (dalej T.R.) – siostra K.F.
  • Jerzy Rostworowski – jej syn
  • Stefan Rostworowski – jej syn
  • Stanisław Swieżawski – kuzyn M.F.
  • Stanisław Kowerski (dalej S.K.) – kuzyn K.F.
  • Jędrek Kowerski – jego syn
  • Basia Kowerska – jego córka
  • Andrzej Fudakowski – syn Bronisława

Rodzina Żółtowskich

  • Ludwika (Lincia) Żółtowska – matka Pana Młodego
  • Andrzej Żółtowski – brat Pana Młodego
  • Wanda Żółtowska z Czetwertyńskich – jego żona
  • Róża Żółtowska – ich córka
  • Maryś Żółtowska – ich córka
  • Betka Żółtowska – ich córka
  • Rodzeństwo Pana Młodego:
    • Ludwik Żółtowski
    • Franciszek Żółtowski
    • Jan Żółtowski
    • Maria Żółtowska
    • Róża Żółtowska
    • Elżbieta (Liza) Żółtowska
    • Antonina (Ina) Lipska z Żółtowskich
  • Jan Lipski – mąż Iny (brat ambasadora w Berlinie)
  • Władysław Żółtowski – kuzyn z Niechanowa
  • Stefan Czarnecki – kuzyn z Dobrzycy
  • Janina Czarnecka – kuzynka z Dobrzycy
  • Marian (Ryś) Czarnecki – kuzyn z Ruska
  • Janina Żółtowska z Puttkamerów żona Adama (autorka dzienników)
  • Adam Żółtowski – jej mąż, kuzyn z Niechanowa

TOASTY

Toast wzniesiony przez ojca Panny Młodej – Kazimierza Fudakowskiego

Niestety pięknego, wzruszającego przemówienia nie zapisano, przemawiał zawsze „z głowy”.

Toast wygłoszony przez stryja Panny Młodej, Bronisława Fudakowskiego

Niedawno temu jeden z członków naszej rodziny, w liście do mnie pisanym, tak się wyraził o uczuciach, jakie według niego rodzinę wiązać powinny: „Jak każde nieszczęście i każdy smutek, tak każda radość w rodzinie powinna znajdować jedną duszę i jedno serce, choć w wielu jednostkach mieszkające”.

Jeżeli pozwalam sobie zacytować te słowa, to czynię to dlatego, że wyrażają one w sposób prosty i niezwykle ujmujący istotę ideału rodziny, w jakim dziadowie i ojcowie nasi nas wychowali i które my dzieciom naszym staraliśmy się wszczepić. Stanowią one dalej dowód, że kult rodziny, tej podstawy społeczeństw i narodów, również w młodym pokoleniu głębokie znajduje zrozumienie. Przede wszystkim jednak przytoczyłem te słowa dlatego, że znajdują one dzisiaj, w dniu tak radosnej uroczystości rodzinnej piękne zastosowanie.

Czyż bowiem radość opromieniająca nas w tej chwili „nie znalazła jednej duszy i jednego serca, choć w wielu jednostkach mieszkających”? I czy nie jest ona inną zgoła niż te zdawkowe objawy radości, towarzyszące często uroczystościom weselnym? Śmiem twierdzić, że tak – bo źródło jej jest głębsze i wartości wyższej miary stanowią jej podłoże.

Kochana Rózia nasza wchodzi do rodziny państwa Żółtowskich, z dawna świecącej przykładem cnót obywatelskich „miłości ojczyzny i poszanowaniem zacnych tradycji i dobrego obyczaju, a przede wszystkim pielęgnującej kult rodziny w najlepszym tego słowa znaczeniu”. Stąd nasza ufność, że Rózi dobrze będzie i na tej ufności oparta radość. Oddajemy perełkę prawdziwą i wierzymy, że znajdzie ona poczesne miejsce wśród cennych klejnotów zdobiących koronę ukutą ze szczerego złota.

Wznoszę zdrowie szanownej rodziny państwa Żółtowskich w ręce najczcigodniejszej pani Żółtowskiej.

Toast wzniesiony przez brata Pana Młodego, Andrzeja Żółtowskiego

Dar wymowy, dar słowa jest może najpotężniejszym orężem, w jaki Pan Bóg w Swej łaskawości wyposaża człowieka przeznaczonego do czynu. A jeśli to słowo jest poparte głębokim rozumem, to wtedy człowiek ten staje się potężnym szermierzem za sprawę, której się oddał, którą ukochał.

Toteż przebiegając myślą życie Szanownego Pana tutejszego Domu, widzę Go ciągle w pierwszych szeregach ludzi, co ojczyznę budowali, co ją prowadzą, co dnia znojnie o jej jutro i dobro zabiegają. Rozumnie a uparcie, jak czynili ojce, jak poczynali dziadowie, bez jednego spojrzenia w bok – w zapomnieniu o sobie kroczy szlakiem, nad którym drogowskazami: rycerz spod Wiednia, męczennik sybirski… i tylu męczenników doby ostatniej… za Wiarę i Ojczyznę!

Szczęśliwy, którego to hasło jest życiem.

Słowa przed chwilą wypowiedziane przez niego, nie tylko młodej parze, ale nam wszystkim, głęboko wryły się w serca i pamięć. Bóg mu zapłać.

Stoję tu, niestety, w zastępstwie świetlanej postaci mego ojca, którego siły przedwcześnie stargały te same troski, ta podobna praca do tej, w jakiej Pan Domu co dnia się trudzi.

Będąc świadkiem dzisiejszych zaślubin, myślałem bardzo o moim ojcu i wierzę, bardzo mocno wierzę, że duch jego raduje się, bo w gniazdo nasze wkroczyła córka rodu o takiej tradycji i takich przekonaniach, jakim służył i jakim życie oddał. I jestem spokojny, że młoda Pani godurowskiego Domu wysoko poniesie sztandar tak utrwalonych tam i żywych życiem naszych rodziców zasad: Dla Wiary i Ojczyzny!

Wychowana w otoczeniu tak przecudnie polskim, będzie zawsze radą i czynem wspierać Benedykta i pomagać mu, a tym radować naszą matkę. I w tym znajdzie szczęście i uszczęśliwi męża.

A będzie czyniła to naśladując swą matkę i jego matkę, dla których odwaga czynu i heroizm w potrzebie – rzecz zwyczajna, a treścią życia wiara i poświęcenie.

Przez rodzinę, z wiarą dla Ojczyzny!

Takim to paniom zawdzięczamy nasze tradycje ziemiańskie, naszą rację stanu.

Dziękując raz jeszcze za dar, jakim obdarzyliście naszego brata, wznoszę zdrowie rodziny państwa Fudakowskich, w ręce Gospodarzy –

Niech żyją!

Opis ślubu Benedykta Żółtowskiego i Róży Fudakowskiej 17 czerwca 1936 roku w Krasnobrodzie przez Janinę z Puttkamerów Żółtowską, żonę profesora filozofii Adama (fragment dzienników)

Janina z Puttkamerów Żółtowska urodziła się 9 lipca 1889 roku w Wilnie. Była córką Wawrzyńca (1859-1923), patrioty polskiego, ziemianina i polityka, i Zofii z Kieniewiczów. Otrzymała staranne wykształcenie domowe, dziedziczyła posiadłości: Rajcza, Bolcienniki i Korelicze. Pisała dziennik. W 1910 wyszła za Adama Franciszka Żółtowskiego (1881-1958) prof. filozofii i polityka, pochodzącego z wielkopolskiej gałęzi rodziny. W latach 1921-1933 prowadziła salon intelektualny w Poznaniu, grupujący ziemian, ludzi nauki i polityki. Pisała i publikowała pod pseudonimem Jan Rajecki powieści obyczajowe i krytykę literacką. W 1939 wraz z mężem opuściła Polskę i osiadła w Londynie. Pisała tam nadal, drukując swoje teksty głównie na łamach „Wiadomości” i „Sprawy – Common Cause”. W 1959 (II wyd. 1998) wydała część swoich dzienników, obejmującą lata do 1910. Oceniono je jako „celnie zarysowaną kronikę rodzinną, obyczajową i polityczną” (Stefan Kieniewicz, 1992), a także: „żywo i szczerze, z wyostrzonym darem krytycznej obserwacji […] życia i ludzi…” (Krystyn Ostrowski, 1968). Zmarła 8 lutego 1968 w Londynie.

Rękopisy dzienników przechowuje Biblioteka Narodowa, prowadzone są prace przygotowujące do wydania części przedstawiającej wydarzenia po roku 1910. Stamtąd pochodzi opis dotyczący uroczystości ślubnych Benedykta i Róży z Fudakowskich Żółtowskich, w których brała udział z tytułu pokrewieństwa męża Adama z Benedyktem – byli braćmi stryjecznymi.

Jeszcze ciągle odczuwałam zawód z powodu tego, że nie będę w Czaczu, ale jednego byłam pewna, że szalenie zaciekawił mnie Krasnobród. Jechaliśmy z Lublina przez Zamość drogą okropną, ale tak malowniczą, że nawet wyboje i podskoki samochodu poszły w zapomnienie. Nowogródzkie, tak sławne w poezji i tak niegdyś urocze, zostało zakasowane przez widoki o bardziej stromych i żyźniejszych pagórkach. W pełni lato, przepych urodzajów stanowił już przyjemność samą w sobie. Minęliśmy dwór p. Łosia, malowniczy jak marzenie, przejechaliśmy przez Dąbrowę i piękny las, a w rezultacie nie skręcili w porę na folwark iszosą idącą pagórkami przelecieli koło dworu.

Powitania przed gankiem były potem oszałamiające, pomimo iż połowa z witających składała się ze znajomych osób. Troska o kuferki i walizki wpływała na moje roztargnienie, bo nie przeczuwałam, jak wszystko będzie świetnie zorganizowane. Zaraz zaprowadzono nas na górę do pokoju wbudowanego w dach systemem mansardowym z dużym półkolistym oknem, zaledwie wystającym nad podłogę i przez dobrą półgodzinę co chwila wpadała do nas inna służąca, ofiarowując swe usługi. Zupełnie jak owa Rózia i Fruzia biegające po scenie u Fredry. Pokój nasz był oklejony tapetą w szaro-błękitno-brązowe liście, okno było pomalowane na biało, w żardinierkach stały pelargonie. Gęsta ściana drzew zaglądała do okna i wszystko razem robiło wrażenie pensjonatu w niemieckim kurorcie, tak że przezwałam nasz pokój Bad Wilningen. Na dole w większym salonie przy zakąskach okazało się, że pomimo ograniczonej ilości zaproszeń zebrało się przeszło 40 osób. Panie z rodziny Żółtowskich wystąpiły w sukniach balowych – Ina w bardzo okazałej, zielonej atłasowej, sprawionej dla przyjęć ambasadorskich w Berlinie. Na fortepianie ustawiono prezenty ślubne, ani bardzo ładne, ani kosztowne, tak że ciocia Lincia chwaliła tylko boleściwie mosiężny świecznik, dar miejscowego rabina. Wśród samych nieznajomych odnalazłam tylko Świeżawskiego – byłego szefa Kancelarii cywilnej Prezydenta, który dość szczęśliwie z tego stanowiska ustąpił i wyczekuje placówki w dyplomacji. On i Jaś Lipski prezentowali opinie prorządowe – w atmosferze prawie wyłącznie endeckiej. Jaś, wodząc rybim okiem, powiedział Adamowi: „Boję się, żeby mnie tutaj nie zjedzono”, na co Adam odparł: „Zaczekamy, aż nie skruszejesz”.

Pierwszego wieczoru prowadził mnie do obiadu p. Kiciński – brat pani domu – młody jeszcze człowiek o dość brutalnym wyglądzie, podobno rozwiedziony, typowy szlachcic do burd i do sprzeciwu, ale rezonujący zdrowo i normalnie o swoim prawie do bytu i polityce rusińskiej rządu. Pan domu, znający się na architekturze, wybudował na tę okazję stół okrągły bardzo obszerny, do którego przysuwano inny podłużny. Kuchnia okazała się normalnie dobra, a dekoracja stołu była prześliczna, gdyż p. Fudakowska namiętnie zajmuje się ogrodem i nawet o tej porze roku olśniła nas zasobami swoich kwiatów.

Oboje z Adamem cieszyliśmy się na poznanie odległych i niedostępnych zakątków Polski, ale Krasnobród prześcignął wszelkie nasze oczekiwania. Dwór został zrabowany i spalony w czasie wojny. P. Fudakowski odbudował go trochę odmiennie – starą część zamieniając na lamus. Dwa główne budynki stoją do siebie pod rozwartym kątem i są połączone kolumnadą. We dworze mieszkalnym pierwsze piętro mieści się już w ogromnym gontowym dachu. Nigdzie może brak symetrii, tak przeciwny polskiemu stylowi, nie został równie szczęśliwie zastosowany. Owe dwa dwory, połączone kolumnadą, ciągną się w połowie dużego pagórka, a nawet od strony zajazdu prawie do niego przylegają. Od strony ogrodu trawnikami, a potem tarasami schylają się do stawu, który z początku brałam za Wieprz. Wokół trawnika, a bliżej wody, rosną najprzepyszniejsze stare drzewa, do stawu schodzi się schodami jak tarasy, po czym odkrywa się ukrytą i skanalizowaną rzekę, a za nią następny staw rybny. Naprzeciw ganku, w oddali, w przerwie między drzewami wznosi się góra lasem pokryta, cała błękitna i marząca, i kryjąca znowu na swoich dalszych zboczach bardzo starą kapliczkę św. Rocha. Na całym zboczu od strony miasteczka ciągnie się ogród owocowy, przecięty ogromną aleją bylin, a nad nim rosną parosetletnie lipy, pamiętające króla Jana III.

Pogoda 17 czerwca była prześliczna, roziskrzona, lekko nawet ochłodzona poprzednimi burzami, więc kiedy wyszłam na ganek i zobaczyłam widok między białymi słupami a ukwieconą balustradą, stwierdziłam, że jest jednym z najpiękniejszych w kraju. Organizacja całej uroczystości była imponująca. Każdy z nas zastał w pokoju kopertę, a w niej wypisane na maszynie różne cetle i wskazówki, numer samochodu, jakim miał jechać do kościoła, układ całego orszaku. Adam otrzymał specjalnie dwukrotnie powtarzający się plan stołu z wymienieniem osób, które miał prowadzić. Pod tym względem codziennie następowały zmiany. Adam był specjalnie serdecznie witany ze względu na przyjaźń, jaka go łączyła z młodym Fudakowskim poległym na wojnie. Odnalazł tutaj jego siostrę i ciotki.

Panna młoda była uderzająco podobna do swego przyszłego męża, tego samego co on wzrostu z szeroką górną częścią twarzy i pięknymi oczami. Przeszliśmy dość szybko przez wzruszenia błogosławieństwa w dużym salonie i oczekując na dalszy rozwój ceremonii usiedli sznurem na owym ganku z widokiem jak marzenie.

Pojechaliśmy do kościoła naszym własnym samochodem bardzo obskurnym, co mnie pomimo wszystko bolało, a Adamowi było obojętne. W kościele w przedsionku czekaliśmy dość długo, podczas gdy młodzież z oporami ściągała nowych przybyszów. Pani Kowerska z domu Fudakowska opowiadała mi, że kościół wybudowała Marysieńka, jeszcze jako ordynatowa Zamoyska, jako wyraz swojej wdzięczności za ocalenie po ciężkim poronieniu, że słynie on i jego cudowny obraz w całej okolicy, a odpust uroczysty przypada w dzień 2 lipca. Architektura barokowych ołtarzy była równie okazała jak bogata, bardzo typowa i polska, ale niewyróżniająca się pięknością. Nawet miejsca w kościele były z góry przeznaczone dla mnie, Wandzi i p. Kowerskiej w ławce z lewej strony prezbiterium. Państwo młodzi klęczeli tuż przed nami, obok nich panna Fudakowska i Jaś ze Strzelec oraz Becia i Jerzy Fudakowski tworzący śliczną parę drużbów. W prezbiterium również siedzieli rodzice panny młodej oraz ciocia Lincia i Jędrek, grający nieprawdopodobną dla nas wszystkich rolę najstarszego w rodzinie. W ławce naprzeciwko pani Kicińska babka, pani Kunicka – obie siostry z domu Bielskie, pani Rostworowska z domu Fudakowska i Marysia. Reszta orszaku siedziała za kratkami. Podczas całej uroczystości, kiedy to parokrotnie trzeba było z klęcznika wstawać, zbliżyć się do ołtarza i w stronę klęcznika powracać, panna młoda ruszała się z wielką powagą i szlachetnością, a Benedykt był szczerze i głęboko wzruszony.

Byłam uderzona pięknością i dostojnością widowiska, strojnością orszaku, powagą starych murów i ołtarza strojnego w świece i kwiaty. Dziękowałam Panu Bogu, że mamy jeszcze prawo obchodzić nasze święta wedle dawnego obyczaju. Czułam się ukołysana starą melodią, z tych, które są zawsze miłe do przesłuchania, bo chwytają za serce. Szczęśliwi ludzie, w których mania nowości nie wykorzeniła przywiązania do tych samych kształtów i obrzędów. Zarazem przypomniałam sobie własną młodość i do jakiego stopnia ówczesna obyczajowość była pozbawiona cech religijnych i jak ważność sakramentu w całej mocy zajaśniała dopiero od niedawna. Dawniej obawiano się tylko opinii, co prawda znacznie surowszej od dzisiejszej, moralność miała aspekt czysto świeckich sankcji – a nikt nigdy mi nie powiedział, że nie można łamać przysięgi złożonej uroczyście przed Panem Bogiem. Po prostu przejmował mnie rodzaj lęku na ludzkie zaślepienie pod tym względem.

Myśli te zostały spłoszone przez przemówienie proboszcza i prałata, który przypominając utarte prawidła, zdołał powiedzieć tylko rzeczy przykre a niemające nic wspólnego ani ze szczęściem, ani z prawdziwym tragizmem życia. Absolutnie wielkość naszej religii dałaby się udowodnić choćby za pomocą umysłowej nicości jej sług, zamkniętych w najciaśniejszym formalizmie.Przerasta ich ona ciągle nadmiarem udzielonych łask z jednej i nadmiarem wad ludzkich z drugiej strony.

Czekanie na powrót państwa młodych zajęło jak zwykle dużo czasu, więc Adam zdołał się do głębi porozumieć z p. Kowerskim. Ten ostatni, prowadząc mnie do stołu, wyraził najwyższy dla Adama zachwyt, dodając bardzo inteligentnie, że życie z takim człowiekiem musi być ciągłym świętem.

Obiad był poprawnie dobry, dekoracja stołu znowu prześliczna. Ze znudzeniem myślałam o nieodzownych przemówieniach, tym bardziej że Adam znając z różnych zebrań Fudakowskiego twierdził, że jako prezes i polityk będzie mówił bardzo długo. Tymczasem mowa jego była prosta, bardzo rodzinna, pełna rzeczywistego wzruszenia, wolna od frazesu i patosu, operująca sugestią. Jędrek odczytał swoją, a była równie dobra jak krótka. Starszy pan [Bronisław] Fudakowski o miłym błękitnym wejrzeniu i siwej bródce pił zdrowie duchowieństwa, a na koniec zamiast dawnego „kochajmy się” wzniesiono zdrowie wojska. Utartym obyczajem Benek brał ślub w mundurze – cała młodzież tego ranka wystąpiła w mundurach, a wychodząc z kościoła przeszliśmy pod rzędem skrzyżowanych szabli. Wzruszenie, któremu tak łatwo ulegamy, jest zapewne rzeczą banalną – niemniej przebieg tego święta rodzinnego był wzruszający. Państwo młodzi siedzący obok siebie u góry okrągłego stołu byli młodzi, zdrowi, zakochani, sympatyczni. Powoływanie się na rodzinność, tradycję i religię dlatego tak pociągało i cieszyło, że Krasnobród był uroczy i ślub wydawał się jak sen na jawie – wśród grożących zewsząd niebezpieczeństw. Nie wiem, jakie uczucie więcej ściskało za serce – czy to, żeśmy zdołali tyle uratować, kochając rzeczy proste, czy obawa, aby rzeczom kochanym nie groziły nowe niebezpieczeństwa. Po obiedzie siedzieliśmy jeszcze długo na werandzie, z cudnym widokiem na ogród. Potem obeszłam ogród podziwiając nieskończoną ilość grzęd z kwiatami, przynajmniej pięciokrotnie przewyższającą ilość kwiatów w Bolciennikach. Część młodzieży pojechała do Kowerskich do Zamościa. Adam i inna część gości poszli na wielki spacer do kaplicy św. Rocha, a ja się położyłam, zmęczona absolutnie w tym stanie zużycia, do jakiego doprowadza mnie zawsze każda zabawa.

Tego wieczora Wandzia jaśniała wyjątkowym wdziękiem. Ubrana była w niebieskofiołkową suknię z długimi rękawami o kroju na wpół greckim, a na wpół zakonnym – wygorsowana tylko na plecach. Ładnie zaondulowana fryzura przepysznie ocieniała jej twarz, a cała postać była zgrabna i bardzo młoda. Iny strój był bardzo bogaty i umiejętnie dostosowany do niewysokiej figury – z jasnoszarego, lśniącego atłasu. Wandzi córki gorzej ubrane od matki. Pani Fudakowska włożyła aksamitną czarną suknię.

Jak zwykle ślub zbiegł się z dwiema świeżymi żałobami w rodzinie – śmiercią ojca pani domu i żony starszego p. Fudakowskiego, z domu Wołowskiej. Dlatego nie tańczono w wigilię ślubu, wieczorem zaś tej uroczystości młodzież wyemigrowała z gramofonem pod drzewa na trawę, a gdy starsze panie poszły spać, wróciła do domu i tańczyła do 3, tak że w końcu poszła w pląsy i p. Fudakowska.

Większość gości zabawiła jeszcze do czwartku z rana, a ja do czwartku po obiedzie, bo zabierałam ze sobą Lulusia i Różę – samochodem do Siedlisk, a Luluś oświadczył kategorycznie, że nie może zapakować się z rana.

Pocieszyłam się tym, że ciocia Lincia zmusi Fudakowskich do honorów i wysiłku jeszcze do piątku. Koło jedenastej wśród nieopisanego rwetesu i zamieszania, przy ciągłym fotografowaniu, podczas gdy Stefan Czarnecki i Luluś udawali kłócących się Żydów – podjechał wreszcie ogromny autobus, wiozący do Lublina połowę gości, z których zaś paczka miała się zatrzymać w Milanowie. Był to wśród melodii rdzennie polskich nowy akord z Bad Wilningen.

Raz jeszcze fragment wspomnień Benedykta:

Nazajutrz po ślubie wyjechaliśmy do Jugosławii, gdzie po paru dniach pobytu w Crikwenicy, zwiedzając statkiem wybrzeże adriatyckie, dotarliśmy przez ówcześnie jeszcze funkcjonujący Kanał Koryncki do Pireusu i Aten. W powrotnej drodze zwiedziliśmy Delphi, Olimp, Trogir, Split, Dubrownik, wyspę Korfu i inne przepiękne miejscowości.

Czas szybko minął i trzeba było wracać do obowiązków, zahaczając o Lewków pod Ostrowem Wlkp., gdzie nas Ina i Jaś Lipscy gościnnie przyjmowali, wróciliśmy do Godurowa oczekiwani radośnie przez ukochaną matkę, siostry, braci i Padyńcię.

One thought on “Ślub rodziców w Krasnobrodzie

  1. Mariola pisze:

    Dzień dobry
    Przeglądając artykuły o państwu Fudakowskich, szukam jakichś informacji o ludziach którzy pracowali fizycznie przy pałacu za czasów Kazimierza Fudakowskiego. Zainspirowana opowieściami rodzinnymi i wspomnieniami jednej z córek Józefa Oszmańca – mojego dziadka, który pracował tam jako stelmach/stolarz. Podobno pani Róża Fudakowska, która z podziękowaniami za jego pracę, odwiedziła Józefa, mieszkającego już z rodziną ”poza dworem”, choć bardzo blisko niego, przez nieśmiałość i specyficzny, mało towarzyski charakter dziadka, być może mogła zostać potraktowana zbyt oschle. Muszę dodać, że dziadek wypowiadał się o Panu Kazimierzu Fudakowskim zawsze z szacunkiem, mówił, że był dobrym człowiekiem i chciałabym wiedzieć czy są jakiekolwiek wspominki o osobie mojego dziadka choć zdaję sobie sprawę, że to nikła nadzieja.
    Z pozdrowieniami
    Mariola Oszmaniec – Gradziuk.

Skomentuj Mariola Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.