W Domu Rodziny Rodzin


Obrazki z życia polskiej wsi

Jesień. Po leczeniu ciężkiej i przewlekłej choroby skierowano mnie do Domu Rodziny Rodzin w Krynicy, który z polecenia księdza Prymasa Wyszyńskiego prowadziła bezhabitowa siostra – ósemka – Róża Siemieńska.

„Ósemki” to bezhabitowe zgromadzenie zakonne powołane w czasie II wojny światowej przez księdza Prymasa. To, co Róża stworzyła w niezwykle trudnych czasach, zasługiwałoby na osobną publikację. Nie znam początków tego Domu, ale wiem, że Róża była osobą nieprzeciętną. Miała za sobą rok szkoły teatralnej i wszystko, co związane było z literaturą, poezją i ładną dykcją niezwykle ją pasjonowało. Gdy się poznaliśmy, była kobietą mniej więcej sześćdziesięcioletnią. Miała trafny sąd o ludziach. Wiedziała, że nie są aniołami, ale odnosiła się do nich z życzliwością. Umiała też podejść do każdego człowieka jak do indywidualisty. W Krynicy znano ją jako „Panią Różę”: Opowiadano, że kiedyś przyszedł list adresowany: „Pani Róża, Krynica” i listonosz bez trudu sobie z tym poradził.

Dom Rodziny Rodzin mieścił się przy ulicy Leśnej 19, o paręset metrów od lasu. Spędziłem tam co najmniej sześć tygodni, nadejście wiatru halnego spowodowało takie skoki ciśnienia, że musiałem wyjechać. Z początku musiałem się leczyć i wtedy, z polecenia Róży, poznałem paru lekarzy o różnych specjalnościach. Wystarczył jeden telefon od niej, by być jak najlepiej przyjętym i zawsze za darmo. A dotyczyło to doktorów z instytucji źle usposobionych do zakładów chrześcijańskich, jak np. w sanatorium nauczycielskim. Zaraz pierwszego dnia Róża zaproponowała, abyśmy byli po imieniu i traktowała mnie jak brata. Takie odnoszenie się jej do mieszkańców domu stwarzało niespotykaną atmosferę.

W jednym z pierwszych dni pobytu popsuło się coś w urządzeniach kuchennych. W mieście znajdowała się zawodowa szkoła ślusarska – znałem tego rodzaju szkoły i panujące tam stosunki. Kiedy Róża powiedziała mi, że mam tam pójść i umówić wizytę hydraulika, niezbyt mi się to uśmiechało. Nie chciałem jednak odmówić i poszedłem. Czekał już na mnie ktoś z dyrekcji szkoły i wystarczyło powiedzieć: „Pani Róża prosi”, by natychmiast otrzymać odpowiedź, że zaraz kogoś poślą. Posłali i doskonale zrobili wszystko, oczywiście za darmo.

W Domu Rodziny Rodzin była duża kaplica, lecz nie było księdza. Przyjeżdżali przygodni kapłani i wtedy zawiadamiano pensjonariuszy pobliskich sanatoriów nauczycielskich. Przychodzili tłumnie ci, którzy w ówczesnej sytuacji nie śmieli przekroczyć progu kościoła.

Pani Róża urozmaicała nam, pensjonariuszom, czas ciekawymi opowiadaniami o zwierzętach z pobliskiego lasu. Wspomnę tu tylko parę jej opowieści. Pewnego razu szedłem skrajem lasu, zobaczyłem strumyczek a dookoła ślady różnej zwierzyny: jeleni, lisów i zajęcy. Idąc dalej ścieżką przez zagajnik, dojrzałem też wiele śladów wilczych. Wilk, jeśli wraca tą samą ścieżką, zawsze trafia we własne ślady. Jeśli idzie stado, to wszystkie sztuki idą po tropach pierwszego. Niedaleko od tej ścieżki była gajówka, przy której kiedyś pasła się koza uwiązana do kołka. W biały dzień rzucił się na nią wilk, zadusił i chciał zarzucić na grzbiet. Przeszkodził mu jednak łańcuch, na którym koza była uwiązana. Gdy wilk się z nią szamotał, wybiegli ludzie z widłami i łopatami, a on zbiegł – bez kozy.

Do naszego domu przy Leśnej, gdy było więcej gości, przychodziła do pomocy młoda dziewczyna z odległej o godzinę drogi wioski. Musiała iść do nas przez las. Wieczorem często nie chciano puścić jej do domu z obawy przed wilkami. Dziewczyna ta opowiadała ciekawe rzeczy o żbikach. Żbik przypomina wyglądem dzikiego kota, ale jest od niego tęższy i większy. W Polsce obecnie jest rzadkością. W lasach koło Krynicy było żbików kilka. Dziewczyna opowiadała, że gdy była młodsza, urządzała z koleżankami zabawy ze żbikami, wabiąc je miauczeniem w okresie ich parowania. Dzieci bawiło, że na odgłos wabienia wypadał nagle żbik z lasu, wściekły, że się dał oszukać i ścigał dzieci, a one chroniły się do ojcowej zagrody. Kiedyś wyleciało z lasu naraz kilka żbików tak rozwścieczonych, że dzieci musiały schować się do szopy.

Ciekawą, a zarazem pełną grozy historię opowiadał odwiedzający Dom Rodziny Rodzin gajowy. Pewnego ranka, idąc na obchód lasu, zauważył, że od jednej z dróg biegnie w bok maleńka dróżka wydeptana przez zwierzynę. Zaciekawiony skierował się w tamtą stronę. Wśród krzewów ujrzał rozłożone na ziemi duże gniazdo, a w nim, w czarnym puchu cztery małe kocięta, zobaczył siedzącą powyżej na gałęzi drzewa samicę rysia. Wpatrywała się w niego strasznym wzrokiem, a on czuł, że całe ciało oblewa mu zimny pot. Wiadomo, że wilk rzuca się do gardła swoich ofiar, natomiast ryś wskakuje na kark i miażdży kręgi szyjne. Gajowy zorientował się, że grozi mu za chwilę straszne niebezpieczeństwo i że wszystko zależy od tego, jak się zachowa. Powoli, bardzo powoli zaczął cofać wyciągniętą rękę, stopniowo się wyprostował, centymetr po centymetrze cofał stopy. Wycofał się wreszcie aż na główną drogę i… tam zaczął biec, ile miał tylko sił w nogach.. Przypomniało mu się, jak kiedyś, gdy był w oddziale partyzanckim, został otoczony przez ostrzeliwujących go Niemców. Chcąc się uratować, musiał przebiec dużą pustą przestrzeń na jakiejś polanie. Pamięta, że przebiegł ją lotem błyskawicy. Teraz jednak biegł o wiele szybciej.

Długo można by opisywać urozmaicane ciekawymi opowiadaniami Pani Róży nasze wieczory w Krynicy. Pobyt mój z powodu wiatru halnego niespodzianie się skończył i żałuję, że nigdy więcej, niestety, nie wróciłem w tamte strony.

Michał z Lasek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.