Nauczyciel z Ogończykiem w herbie


Portret malowany pędzlem i słowem

Portret

Dobrze pamiętam te wszystkie niedzielne poranki sprzed trzydziestu pięciu lat. Z kliniki przy ulicy Piotra Skargi wracałem do domu wyczerpany całodobową pracą wśród rodzących kobiet, pośród wrzawy i bieganiny pomiędzy ciasno ustawionymi, porodowymi łóżkami. Pamiętam te łzy szczęścia, dramaty krwotoków, kroplówki i zręczność personelu, których wtedy jeszcze nie rozumiałem. Nie przeszkadzało mi zmęczenie, mdły zapach moczu i krwi, co zostaje we włosach; „Inter faeces et urinam nascimur ”(św. Augustyn). Oszołomiony tym wszystkim szedłem w oślepiającym słońcu, które oblewało Jasne Błonia. Mijałem młode kobiety z wózkami. Rozpierała mnie duma. Czułem swój wielce znaczący udział w narodzinach tych wszystkich malców, których spotykałem po drodze. Ba, byłem przekonany, że bez mojej obecności i pomocy nie mogłyby przyjść na świat. Był to wspaniały czas młodzieńczego entuzjazmu dwudziestopięciolatka stawiającego pierwsze kroki w tym pięknym zawodzie. Jakże inne były to czasy. Kliniki przypominały jaśniepańskie folwarki ze swoją hierarchią i porządkiem. Pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego już wieku, nieodżałowany Ryszard Kapuściński pisał Cesarza. Wówczas przez czytającą i rozumną część narodu został obwołany krytykiem ówcześnie panującego stereotypu. Stało się to, o mało co, przyczyną ocenzurowania tego dzieła. Akcja reportażu rozgrywała się wprawdzie w dalekiej Etiopii, lecz wykpienie całej tej dworności z powszechnym „dawaniem ucha” i intrygami tak charakterystycznymi dla większości instytucji ówczesnej Drugiej Polski, było aż nadto aluzyjne. Mimo to z pewnym rozżaleniem spoglądam dziś na klimat tamtych lat. Całkowite hierarchiczne podporządkowanie, praca w zamkniętych oddziałach położniczych i blokach porodowo-operacyjnych miała swój urok i pozytywny sens. Uczyła pokory i całkowitego oddania zawodowi. Misyjne postrzeganie powołania lekarskiego było w moim odczuciu niemal powszechne. Nikt nie pytał o dni wolne, niewielu śmiało upomnieć się o podwyżkę, a prywatne praktyki należały do rzadkości i spotykały się z ostracyzmem środowiska akademickiego. Wtedy to właśnie spotkałem po raz pierwszy mojego bohatera. Był już wówczas dojrzałym lekarzem z osiemnastoletnim stażem klinicznym. Wysoki, szczupły, ruchliwy adiunkt z pomorzańskiej części Instytutu Położnictwa i Ginekologii PAM. Zawsze pogodny, skory do żartów, ale bardzo zasadniczy w sprawach służbowych i wymagający wobec personelu. Lubiany i ceniony przez kolegów, szanowany przez pacjentki.

Doktor Mieczysław Żółtowski zaczynał swoją lekarską karierę w 1956 roku jako stażysta w szpitalach województwa olsztyńskiego. W 1957 roku z grupą kilkunastu młodych absolwentów (jak to o nich mówiono ”czerwonych szczeniaków”), został oddelegowany jako stypendysta Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia do pracy w Klinice Położnictwa i Ginekologii PAM. Trafił tutaj z kolegami z roku. Kierownikiem Kliniki i pierwszym jego mistrzem był profesor Tadeusz Zwoliński. Nosił za nim kredę i kijek jako pomoce naukowe. Musiał wszystko wiedzieć, bo profesor w trakcie wykładu nagle pytał na przykład: „Powiedz no mi kochany, jak się nazywa po łacinie miednica ogólnie jednostajnie ścieśniona?”. Uczył się od swoich starszych kolegów i z jedynego wówczas podręcznika autorstwa profesora Zwolińskiego. Było to dzieło wzorowane na słynnym podręczniku Martiusa. Sam profesor nie troszczył się zbytnio o edukację najmłodszych, żył w swoim świecie, kontaktował się głównie ze swoimi „generałami”. Nowo przyjęci do kliniki byli strasznie gnębieni. W czasie posiłków w dyżurce lekarskiej starsi mawiali: „On nie nadaje się na położnika – zbyt wolno je”. Dzisiejszy mobbing jest niczym w porównaniu z niegdysiejszym traktowaniem nowo przyjętych pracowników. Nadszedł rok 1962. Docent Mikołaj Prochorow – jeden z ówczesnych „generałów” w klinice profesora Zwolińskiego szykował się do objęcia stanowiska kierownika II Kliniki Położnictwa i Ginekologii w odremontowanym budynku szpitala przy ulicy Powstańców Wlkp. Wybierał sobie najlepszych spośród zespołu. Zabrał ze sobą również doktora Żółtowskiego. Tak więc podjął on pracę w pomorzańskiej Klinice od początku jej istnienia. Będąc pierwszym asystentem docenta Prochorowa współorganizował pracę nowej kliniki. Wraz z nim pracowali doskonali lekarze. Niektórych jego kolegów oddelegowano wówczas do pracy w terenie, gdzie z czasem zadomowili się, zostając przez wiele lat ordynatorami oddziałów.

Doktor Żółtowski wspomina z sentymentem tamte czasy. Do pracy dojeżdżał motorem. Jego Jawa 250 była piękna, ale wywrotna – leżał kilka razy. Docent Prochorow wszystkich trzymał krótko. Mimo to był ulubionym szefem i znakomitym nauczycielem wielu lekarzy. Pytany czasem dlaczego jest tak surowy, odpowiadał: „Dobre słowo nie jest wam potrzebne. Sam wygarbuję wam skórę po to, żeby nikt inny wam jej nie garbował. Nie pozwolę jednak na to, żeby ktoś was skrzywdził. Wtedy będę was bronił”. To surowe, ojcowskie podejście wywarło wielki wpływ na osobowość doktora Żółtowskiego. Starał się go naśladować w życiu i w pracy. Wspomina, że rozpoczynając karierę w klinice nie tylko sam uczył się pilnie zawodu, ale pomagał swoim nauczycielom uczyć innych. Do historii przeszła anegdota, jak na pewnym wykładzie jeszcze w klinice przy ulicy Piotra Skargi późniejszy szef (docent Prochorow ) narzucił na niego, stojącego z rozpostartymi ramionami prześcieradło i rzekł do studentów: Popatrzcie! Mietek to macica: głowa to dno, rozpostarte ramiona – jajowody, a prześcieradło to więzadło szerokie. Mało kto miał taką wyobraźnię i pasję dydaktyczną. Tamten przykład z wyjaśnieniem struktur topografii miednicy małej jest wystarczająco spektakularny. Doktor Żółtowski czerpał od swojego mistrza całymi garściami. Do dziś wspomina, że docent Mikołaj Prochorow był jego najważniejszym nauczycielem.

W 1971 roku docent Mikołaj Prochorow zmarł. Odszedł w sile wieku, w czasie kształcenia studentów na społecznym obozie naukowym. Kierownikiem kliniki został profesor Zbigniew Pilawski. Wymiana zespołu nie dotknęła doktora Żółtowskiego. Wcześniej, bo w roku 1970 obronił on rozprawę doktorską pod opieką naukową profesora Stanisława Różewickiego. Do roku 1980 pracował jako adiunkt Kliniki. Opublikował ponad 60 prac naukowych, głównie z zakresu ergonomii, laparoskopii i onkologii. Był prekursorem diagnostyki laparoskopowej w Szczecinie. Od 1980 do końca 1996 roku był ordynatorem oddziału położniczo-ginekologicznego Szpitala Kolejowego. Przez kilkanaście lat był Inspektorem do spraw położnictwa i ginekologii Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia, później przez wiele lat pełnił funkcję Specjalisty Wojewódzkiego. Był członkiem Towarzystwa Ergonomicznego i wieloletnim wiceprezesem szczecińskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Był również współzałożycielem i wieloletnim kierownikiem przychodni ginekologicznej w Spółdzielni Lekarzy Specjalistów „Medicus”. Do czasu reaktywowania Izby lekarskiej pełnił funkcję Rzecznika Dobra Służby Zdrowia przy Wojewódzkim Wydziale Zdrowia. Został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką Gryfa Pomorskiego i odznaką „Za wzorową pracę w służbie zdrowia”. Od dwunastu lat jest emerytem, lecz mimo to aktywnie pracuje. Prowadzi indywidualną specjalistyczną praktykę lekarską, pracuje w NZOZ, jest zastępcą Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej OIL w Szczecinie.

Pięćdziesiąt dwa lata temu najlepszym przyrządem diagnostycznym były palce lekarza. Najważniejszym zaś wówczas sprzętem był aparat rentgenowski. Rozstrzygał wątpliwości co do topografii płodu, pozwalał na rozpoznawanie ciąży mnogiej. Drugim nieodzownym elementem wyposażenia kliniki były siatki w oknach. W tamtych czasach na porządku dziennym była rzucawka i psychozy poporodowe. Nierzadko zdarzały się samobójstwa położnic. Położnik musiał być doskonale wykształcony. Zresztą i położnictwo było wówczas nie lada sztuką. Ukończenie porodu przez cięcie cesarskie często oceniane było przez szefa jako porażka położnicza. Wynikało to ze statystyki powikłań śród i pooperacyjnych. Z czasem, wraz z postępem anestezjologii ryzyko operacyjne zmalało. Zmodyfikowano więc postępowanie na sali porodowej zmniejszając liczbę przedłużających się i trudnych, zabiegowych porodów drogami natury, niekorzystnie wpływających na stan noworodków. Nowe standardy uprościły postępowanie, uczyniły bezpieczniejszym przychodzenie na świat nowych obywateli. Mimo to w tej dziedzinie medycyny dramaty zawsze się zdarzają. Są one tragiczne, bo dotykają młodych kobiet, nierzadko już matek kilkorga dzieci. Doktor Żółtowski, jak każdy wieloletni klinicysta pamięta takie zdarzenia, wobec przebiegu których cały zespół kliniki jest całkowicie bezsilny.

Z odległej perspektywy czasu łatwiej o refleksję nad przebytą drogą i nad perspektywami rozwoju swojej specjalności. Zdaniem doktora Żółtowskiego położnictwo wydaje się dyscypliną spójną, mimo wyodrębnienia się wielu podspecjalizacji. Istotą bowiem tego działania jest od wieków sprawowanie opieki nad ciężarną i bezpieczne sprowadzenie dziecka na świat. Ginekologia zaś ulegając wpływom interdyscyplinarnym być może w przyszłości znacznie ewoluować, ulegnie podziałom i wyodrębnią się z niej samodzielne dyscypliny, które mogą zostać wchłonięte przez inne wielkie specjalności. Z wiekiem łatwiej też o rozważania natury etycznej. Przemiany społeczne i światopoglądowe spowodowały uprzedmiotowienie roli pacjenta. Zrewolucjonizowały one wiele niegdysiejszych stereotypów. Dzięki postępowi w leczeniu i profilaktyce zmniejszyła się ilość powikłań infekcyjnych. Otworzyły się oddziały położnicze i bloki porodowe. Ogólnodostępne i wszechobecne media podniosły poziom wiedzy i świadomości społecznej stając się rękojmią obrońców praw pacjentów i doprowadziły do nieznanej dotąd eskalacji roszczeń w zakresie należnych im świadczeń i zachowań. Wreszcie nadanie człowiekowi od chwili poczęcia godności osoby ludzkiej zmieniają stosunek lekarza do zjawisk prokreacji i modyfikują dotychczasowe procedury postępowania.

Doktor Mieczysław Żółtowski urodził się w 1930 roku w posiadłości rolnej swoich rodziców pod Płockiem. Rodzina pielęgnowała tradycje patriotyczne i narodowo-wyzwoleńcze. Tuż przed wybuchem wojny ojciec oddał pieniądze i kosztowności na zakup broni we Francji. Pierwsze lata nauki przerwała mu wojna. W 1950 roku ukończył najstarsze w Polsce Gimnazjum i Liceum im. Stanisława Małachowskiego w Płocku. Był to najgorszy okres stalinizmu i sowietyzacji w Polsce. Z powodu ziemiańskiego pochodzenia nie przyjęto go na studia medyczne w Warszawie, w Gdańsku, ani w Białymstoku. Dostał się na fizykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Warszawie. Po roku starań został studentem Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Lata intensywnej nauki i pracy nie sprzyjały oddawaniu się wspomnieniom i poszukiwaniom rodzinnych tradycji. Nie interesował się szczególnie swoimi protoplastami. Dopiero w końcu lat osiemdziesiątych spotkał ludzi badających genealogię rodu Żółtowskich. Okazało się, że jego rodzina wywodzi się z gałęzi płockiej. Pradziadek był powstańcem styczniowym, dziadek natomiast jako oficer kawalerii walczył w wojnie japońsko-rosyjskiej. Zaciekawił się do tego stopnia, że w 1992 roku sam został współzałożycielem i członkiem zarządu Związku Rodu Żółtowskich. Pierwszy zjazd założycielski familii odbył się w 1872 roku w Wielkopolsce. Do wybuchu II wojny światowej zjazdy odbywały się dość regularnie. Wojna przerwała spotkania a Żółtowscy rozpierzchli się po świecie. Ród ten ma ciekawą i starą historię. Za oficjalny początek jego istnienia podaje się rok 1300, kiedy to książę mazowiecki Ziemowit nadał herb Ogończyk (strzała skierowana do góry, hełm w koronie z półpierścieniem w rękach dziewczyny) przodkom współczesnych Żółtowskich – Ogonom. Wraz ze znakiem otrzymali ziemię, między innymi wieś Żółtowo koło Płocka. Piękna legenda mówi, że kiedy Piotr z Radzikowa jechał na wyprawę krzyżową, usłyszał krzyk niewieści. Pośpieszył na pomoc i wyswobodził dziewczynę z rąk Tatara. Ta z wdzięczności obiecała mu zamążpójście i na znak wierności przełamali pierścień na pół. Każde zachowało swoją część i tak się rozstali. Po latach spotkali się znowu, pobrali i stali się założycielami rodu.

Związek Rodu Żółtowskich wydaje własny kwartalnik i monografie. Za swoje główne cele uznaje podtrzymywanie tradycji rodu, propagowanie idei patriotyzmu, prawdomówności i dobrego wychowanie dzieci. Wśród przedstawicieli tego rodu były postacie wyróżniające się w życiu społecznym i politycznym. Z Żółtowskich wywodził się biskup płocki, generał Królestwa Polskiego, liczni ziemianie. Przedstawiciele linii wielkopolskiej doszli do tytułów hrabiowskich. Oni pierwsi sprzeciwili się Hakacie. Zawsze bliscy ideałom narodowo chrześcijańskim, w XIX i XX wieku otrzymali – jak żaden inny polski ród – sześć tytułów nadanych przez papieży. Ratowali dzieci Zamojszczyzny, byli wywożeni i traceni w Katyniu, Charkowie i Miednoje. W Polsce obecnie żyje około trzech tysięcy osób o tym nazwisku, lecz nie wszyscy dbają o poznanie swojej genealogii. Wielu przedstawicieli rodu żyje i pracuje poza granicami kraju.

Mieczysław Żółtowski tuż po maturze podjął pierwszą pracę w magistracie w rodzinnym Płocku. Potem został nauczycielem w czteroklasowej szkole powszechnej. Uczył przedmiotów ścisłych: matematyki, fizyki, potem biologii. Ta nauczycielska pasja pozostała mu na całe życie. Jako nauczyciel akademicki, ordynator, konsultant wykształcił wielu wspaniałych lekarzy. Wychował liczną grupę specjalistów, w tym wielu ordynatorów oddziałów położniczo-ginekologicznych. Sprawował nadzór merytoryczny nad placówkami pionu położniczo-ginekologicznego, kierował specjalizacjami, doskonalił zręczność młodych lekarzy i położnych prowadząc przez ponad dwadzieścia lat słynny Kurs Techniki Fantomowej. Będąc doskonałym diagnostą i operatorem zawsze dzielił się swoją wiedzą, doświadczenie i umiejętnościami. Przez szesnaście lat uczył w Szkole Położnych i zorganizował oddział ćwiczeń dla słuchaczek. Nigdy nie należał do żadnej partii politycznej. Nie działał również w Solidarności. Zawsze oddawał się tylko pracy zawodowej i kształceniu innych. Mówi dzisiaj o sobie: Żółtowski przez całe swoje życie uczył, uczył, uczył. Cieszy się zasłużonym autorytetem w środowisku lekarskim, a jego dbałość o wysokie wartości etyczne zawodu lekarskiego oraz niezwykła aktywność stawia go w rzędzie najbardziej zasłużonych dla ochrony zdrowia w naszym regionie. W roku 1997 Okręgowa Izba Lekarska w Szczecinie nadała doktorowi nauk medycznych Mieczysławowi Żółtowskiemu tytuł Członka Honorowego.

Zawsze był i pozostaje do dziś człowiekiem pogodnym, życzliwym i otwartym. Lubi tańczyć, lubi się śmiać. Doczekał się trojga wnucząt (Ola, Michaś i Martynka) od syna i córki. Córka Katarzyna jest magistrem ekonomii. Syn Sławomir kontynuuje dzieło ojca. Pracuje jako nauczyciel akademicki w klinice PAM, której jego ojciec był współtwórcą i wieloletnim pracownikiem. Jest doskonałym i wziętym ginekologiem – położnikiem. Po godzinach razem przyjmują we własnej praktyce. Doktor Mieczysław Żółtowski jest człowiekiem szczęśliwym. Spełnionym jako lekarz, nauczyciel i społecznik. Obdarowany przez los niezawodnym instynktem odróżniania dobra od zła i bezkompromisowego kroczenia prostą drogą prawdy. Historia jego rodu nie pomogła mu w karierze, ale utwierdziła w przekonaniu, że każdy człowiek powinien zawdzięczać wszystko własnemu uporowi, pracowitości i osobistej godności. To cechy typowe dla rodu Żółtowskich. Umiejętność zaś i umiłowanie dawania siebie innym są cnotami równie cennymi jak szlachecki rodowód, a co najważniejsze dostępnymi i osiągalnymi dla wszystkich.

Mieczysław Chruściel

Tekst przedrukowany za zgodą autora i redkacji Biuletynu Okręgowej Izby Lekarskiej w Szczecinie VOX MEDICI. Nr Listopad/Grudzień 2009

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *