Z pałaców do recepcji

Obszerne fragmenty z książki:

„SAGA  WROCŁAWSKA”

rok wydania 2004

Autor: Anna Fastnacht-Stupnicka

 

Z  PAŁACÓW  DO  RECEPCJI

                 „Dawni goście hotelu Monopol we Wrocławiu mogą pamiętać starszego recepcjonistę, biegle władającego kilkoma językami, pełnego elegancji i uprzejmości.  Był to pan Stanisław Żółtowski, wielkopolski ziemianin, potomek po kądzieli gen. Jana Henryka Dąbrowskiego, przed wojną właściciel majątku Kadzewo (powiat śremski). Jako recepcjonista  zaczął pracować w latach pięćdziesiątych. Był także portierem.

– Praca w hotelu nie była dyshonorem dla mojego ojca, absolutnie – zapewnia Anna Ulatowska, mieszkająca dziś na wrocławskich Wojszycach. – Pracował tam do emerytury. Z pogodą ducha.

Stanisław Żółtowski żył  103 lat. Zmarł w 1996 roku we Wrocławiu, z którym był związany przez prawie półwiecze po wojnie oraz przez kilka lat w wieku młodzieńczym. Tutaj bowiem przed I wojną światową kończył gimnazjum przy obecnej ulicy Hercena, będąc jednym z dwóch Polaków, uczęszczających wtedy do tej szkoły. Maturę zdał w Belgii, studiował na uniwersytetach w Louvain, Lozannie i na Uniwersytecie Jagiellońskim.  Przez całe życie największą pasją pana Żółtowskiego były konie, których hodowlę miał w folwarku w Marszewie.” (…)

„Nikogo z bliskich  więc nie zdziwiło, gdy sędziwy pan Żółtowski oznajmił, że swoje setne urodziny chce uczcić w siodle.”(…)

Ziemia i dzieci

 „Rodzina Żółtowskich herbu Ogończyk, aczkolwiek od wieków związana z Wielkopolską i słynąca z charakterystycznej dla tego regionu gospodarności, przybyła tutaj dopiero w XVII wieku. Pochodziła z Płockiego, gdzie w 1402 roku otrzymała dobra ziemskie od księcia mazowieckiego Ziemowita”. (…)

„Żółtowscy znani byli również z dbałości o wykształcenie swoich dzieci. Synowie uczyli się w gimnazjach, studiowali ekonomię, rolnictwo, prawo, filozofię na uniwersytetach w Niemczech i we Francji. W 1914 roku dziesięciu Żółtowskich posiadało dyplomy wyższych uczelni, w tym sześciu tytuły doktorskie.”(…)

W Jarogniewickim pałacu

„- Gdy ojciec  stracił Kadzewo, to jakby  mu ciężar spadł – mówi pani Anna Ulatowska. – Trudne były czasy przed wojną, panował kryzys gospodarczy i liczne problemy powodowały, że ojciec był nerwowy, spięty, często się irytował. Potem, gdy go pozbawiono majątku, pogodny optymistyczny, łagodny. Jak z tego widać, lepiej nie mieć za dużo – dodaje z uśmiechem.

Stanisław Żółtowski wychował się w rodzinnej posiadłości w Jarogniewicach pod Czempinem. Widoczny z głównej trasy do Poznania jarogniewicki pałac wzniesiono pod koniec XVIII w. według projektu Jakuba Kubickiego, wybitnego architekta doby klasycyzmu, projektanta m.in. Belwederu. Po II wojnie światowej obiekt przeznaczono na ośrodek dla niewidomych. W pierwszej połowie XX w. nabył tę posiadłość pradziad pana Stanisława, Jan Nepomucen Żółtowski, człowiek rzutki i zapobiegliwy, pomnażający swoje dobra licznymi zakupami kolejnych majątków (był również właścicielem Ujazdu, pod Grodziskiem Wielkopolskim, Białcza pod Kościanem, Niechanowa pod Gnieznem). W 1840 roku otrzymał tytuł Hrabiowski, dziedziczny, związany z posiadaniem dóbr Jarogniewice.” (…)

„Kolejnym dziedzicem Jarogniewic został Adam Żółtowski, ojciec  pana Stanisława. Należał do niego również majątek Kadzewo.  Adam Żółtowski znany był jako świetny gospodarz, doradca ekonomiczny właścicieli ziemskich w Wielkopolsce, człowiek wykształcony w agronomii i naukach humanistycznych, z tytułem doktora, ale zarazem posiadający opinię osoby niezwykle rygorystycznej w kwestiach finansowych.” (…)

„Zanim Stanisław Żółtowski ożenił się z Cecylią Ronikier, dwukrotnie przymierzał się do małżeństwa, lecz za każdym razem ojciec stanowczo przeciwstawiał się tym planom, ponieważ kandydatki nie spełniały jego oczekiwań. Za trzecim razem syn uparł się i już nie ustąpił. „Zakochałem się i będzie moją żoną” – powiedział stanowczo. Tym razem wybranką jego serca była panna bez grosza, choć pochodząca z dobrej, ziemiańskiej rodziny z Podola, Cecylia Ronikier.

– Mama opowiadała, że ojciec przyjeżdżał do niej z Kadzewa konno, z bukietem kwiatów wytrzęsionych okrutnie po drodze i pachnących koniem.

Teść, mimo początkowych oporów, też potem pokochał Cecylię. Była uroczą i wartościową kobietą, do dzisiaj z czułością jest wspominana jako wspaniała matka, pełna dobroci i miłości. Jej rodzice stracili cały majątek podczas rewolucji październikowej. Ojciec został rozstrzelany w Odessie przez NKWD, brat zastrzelony na granicy polsko-rosyjskiej. Matka z pięciorgiem dorastających dzieci uciekła przed bolszewikami do Rumunii, stamtąd do Polski. Po drodze została okradziona. W tej rozpaczliwej sytuacji przygarnęła ją rodzina w Wielkopolsce.  Tutaj właśnie Cecylia poznała Stanisława Żółtowskiego. Gdy się zaręczyli w 1919 roku, panna Cecylia miała na sobie pożyczone buty, spódnicę, bluzkę.

Żniwo wojny

Stanisław Żółtowski  po utracie swoich dóbr w 1945 roku pracował w kilku różnych instytucjach, przede wszystkim jako księgowy. Parę lat przed emeryturą, pod koniec lat pięćdziesiątych, zatrudnił się we wrocławskim hotelu Monopol na stanowisku recepcjonisty, pracował tam również jako portier. Zofia Helwig (patrz saga „Polska Tyberiada” str. 341) wspomina: „Wiele lat pracowaliśmy razem, zaprzyjaźniliśmy się. To był wspaniały człowiek, a co najważniejsze zadowolony z każdej chwili życia”. Dodajmy, że z funkcji hotelowego recepcjonisty również. Wymagany przez pracodawcę egzamin ze znajomości języków obcych zdał bez trudu, znał bowiem bardzo dobrze francuski i niemiecki, nieźle angielski, a wymaganego wówczas rosyjskiego szybko się douczył. Otrzymał solidne wykształcenie, więc i łacina i greka nie były mu obce. Do końca życia udzielał lekcji języków obcych, chętnie tłumaczył.” (…)

„Pogodny, pełen optymizmu, ciepły i niezwykle towarzyski, nigdy się nie uskarżał na skromne warunki, w jakich mu przyszło żyć po wojnie,  nie ubolewał nad utratą rodzinnych dóbr. Marzył jednak o powrocie do Kadzewa. Kiedy więc jego wnuk rozpoczął starania o odzyskanie majątku, czekał na to pełen nadziei, planując z radością, że zamieszka z nim, będzie patrzył jak gospodaruje, pomoże, doradzi. Nie doczekał. Zmarł rok przed powrotem rodziny do Kadzewa.” (…)

„Gdy wybuchła wojna, państwo Żółtowscy z synem (córki były już w tym czasie w szkole w Szymanowie), ze służbą i pracownikami majątku, uciekli w stronę Warszawy. Tam w obronie stolicy zginął ich osiemnastoletni syn Edward (nazywany Edmisiem), prawdopodobnie na wałach Pragi. Po roku Czerwony Krzyż przysłał jego dokumenty znalezione w zbiorowej mogile. Po wielu latach przyszła kolejna tragiczna wiadomość, że brat pana Stanisława, Marceli, porucznik 17. Pułku Ułanów, zginął w Katyniu. Nie jedyny to Żółtowski na liście ofiar Katynia, zginęli tam również Władysław z Niechanowa i Stefan z Wargowa. Inni z tej rodziny: Andrzej z Godurowa zmarł w Oświęcimiu, Henryk z Wargowa został zesłany w głąb ZSRR i tam zmarł pod koniec wojny, Alfred z Czacza zginął w 1939 roku, jego brat Juliusz walczył w powstaniu warszawskim, poległ w bitwie pod Jaktorowem.

Państwo Żółtowscy na początku wojny uciekli z Kadzewa. Po pewnym czasie wrócili, jednak w obawie przed aresztowaniami i rozstrzelaniem – bo już wiadomo było, że Niemcy w taki sposób rozprawiają się z polską inteligencją i powstańcami wielkopolskimi ( a pan Stanisław brał udział w tym powstaniu) – ponownie opuścił dom, przenosząc się do rodziny w Pławowicach pod Krakowem.” (…)

Profil z monety

„Całą okupacje spędzili państwo Żółtowscy w Pławowicach pod Krakowem, u siostry pana Żółtowskiego, Janiny Morstinowej, żony pisarza Ludwika Hieronima Morstina. Przed wojną ich dom był znanym ośrodkiem życia literackiego i humanistycznego, miejscem spotkań Skamandrytów, salonem artystycznym. W 1939 roku znalazło w nim schronienie wielu uciekinierów, przesiedleńców, literatów, przez całą okupację mieszkali Artur Maria Swinarski, Marian Piechal, ukrywał się przed Niemcami Arnold Szyfman pod przybranym nazwiskiem Adama Sławińskiego, po powstaniu warszawskim przyjechał Leopold Staff.

– Profil cioci Niny jest na przedwojennych monetach – pani Ulatowska pokazuje fotografię Janiny Morstinowej, znanej z klasycznej urody.” (…)

Cześć wam panowie magnaci

Przez lata wojny Stanisław Żółtowski pomagał Morstinom w prowadzeniu gospodarstwa. Córki kończyły tajne gimnazjum i liceum, a gdy trzeba było pracowały na plantacji tytoniu. Grozę wojny pogłębiały bandyckie napady rabusiów.

– Raz wpadli i zaczęli chodzić po domu, opróżniając szufladę po szufladzie. Nawet grzebienie pozabierali, wszystkie ubrania. Siedziałyśmy przerażone, z zapaloną gromnicą, przy łóżku babci Rostworowskiej (matki generała Rostworowskiego, który był ciotecznym bratem Ludwika Morstina) (…).

Minęła wojna i zaczęły się pod dworskimi oknami chłopskie wiece, śpiewanie „Międzynarodówki”, „Cześć wam panowie, magnaci”.

– W Pławowicach chłopi zrobili masówkę w jednym z pokoi, potem w ciągu dnia rozgrabili cały majątek. A przecież wcześniej żyliśmy w zgodzie, mama chodziła ich leczyć, ciocia też pomagała.

W czasie tej grabieży państwo Morstinowie mieszkali już w Krakowie. Potem swój dom otoczony pięknym parkiem przekazali Związkowi Literatów Polskich. Dzisiaj jest podobno w stanie tragicznym. Państwo Żółtowscy zamieszkali po wojnie w Nowym Dworze koło Szklar, ale i tutaj prześladowały ich śpiewy pod oknami, pijackie pokrzykiwania.” (…) W 1949 roku z ulgą przenieśliśmy się do Wrocławia”.

Powrót do domu

„Kilka lat temu Stanisław Byszewski, wnuk Stanisława Żółtowskiego, postanowił odzyskać Kadzewo (po wojnie mieściła się tutaj Stacja Hodowli Roślin). Odważnie deptał ścieżki w Agencji Własności Rolnej i wydeptał prawo wykupienia domu dziadków. Sprzedał swoje mieszkanie w Warszawie i dzisiaj mieszka już z rodziną w Kadzewie. Urządził się w pięciu pokojach, pozostałe chce przeznaczyć na hotel. Sprowadził tutaj swoja matkę. I tak jedna z córek Stanisława Żółtowskiego Irena Byszewska, emerytowana aktorka teatru w Tarnowie, wróciła po latach do rodzinnego domu.

– Moja siostra mówi, że nie jest pewna, czy to jawa, czy sen. Pojechałam tam po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat. Chodziłyśmy z siostrą po całym domu, zaglądałyśmy w każdy kąt. Pokazywałam  synowi: tutaj stało moje łóżko, tu parawan, a tu przed domem rósł wielki świerk, na którym spędziłam połowę mojego dzieciństwa.

Pani Ulatowska opowiada to z sentymentem, ale bez żalu.  Chyba z odziedziczonym po przodkach optymizmem i racjonalnym podejściem do rzeczywistości.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *