Wspomnienie o moim ojcu Edwardzie Żółtowskim

Zdjęcie Ojca Halina z Podkowy 123Na świat przyszedł w rodzinnym majątku w Żołnowie 3 lutego 1920 roku  we wsi położonej w województwie kujawsko-pomorskim, w powiecie Nieszawa. Jego ojcem był Franciszek Żółtowski, mamą – szlachcianka Helena Żółtowska z rodu Skibińskich. Tata miał troje rodzeństwa: starszego brata Czesława i dwie młodsze siostry Alinę i Zenobię. W moim rodzinnym domu niewiele się mówiło o arystokratycznym pochodzeniu czy powiązaniach rodzinnych, ponieważ, chcąc pozostać po 1945 roku w wojsku, Tata podał o sobie niezupełnie prawdziwe informacje, a i tak był ciągle inwigilowany przez władze komunistyczne, które nie wierzyły w jego oświadczenia o pochodzeniu inteligencko–chłopskim.  Po latach zaprzyjaźniony z Tatą  „kadrowiec” pokazał mu jego teczkę personalną, na której widniał duży czerwony znak zapytania, postawiony na niej w czasach stalinizmu. Oznaczało to tylko jedno, że gdyby po 1956 roku nie nastąpiła tzw. odwilż,   wyrzucono by go z wojska, a niewykluczone, że jako wróg ludu trafiłby śladem innych do więzienia.

Ojciec wychowywał się w atmosferze przedwojennego domu ziemiańskiego. O dzieciństwie i okresie młodzieńczym wiem niewiele. Mówiono, że był pracowity, ambitny, chętnie i dobrze się uczył, był ciekawy świata. W Konecku uczęszczał do szkoły podstawowej i ogólnokształcącej i jeszcze przed II wojną światową zrobił tzw. dużą maturę. Zaraz potem  wybuchła wojna, która zasadniczo zmieniła zarówno Jego świat, jak i świat pozostałych rodaków.

W 1939 roku tak jak wszyscy młodzi mężczyźni został powołany do Wojska Polskiego. Był uczestnikiem wojny obronnej, a dowodzony przez niego pluton brał udział w walkach z niemieckim najeźdźcą w rejonie Torunia, Włocławka, Kutna i w Łasku. Po klęsce wrześniowej działał wraz ze starszym bratem w partyzantce i z tego powodu  obaj musieli się ukrywać. Pod przybranymi nazwiskami zatrudnili się w cukrowni swojego wujka w Dobrym. Rodzina Żółtowskich została przez Niemców wykwaterowana ze swojego domu , który znajdował się w okolicach Łowiczka. Dom ten stał się siedzibą rezydujących w tamtej okolicy Niemców. Niemcy aresztowali dziadka Franciszka, chcąc dowiedzieć się, gdzie przebywają jego synowie. Po kilku miesiącach aresztu rodzinie udało się dziadka „wykupić”, ale nie odzyskał on już nigdy dawnej formy i w krótkim czasie zmarł. O działalności partyzanckiej Taty nic więcej nie wiem, ponieważ cała rodzina zgodnie milczała na ten temat po wojnie, obawiając się represji.

Kiedy Wojsko Polskie, idąc na Berlin, dotarło w okolice Nieszawy, Dobrego i Torunia, Tata mój dołączył do nich i pomaszerował z wojskiem na Berlin – już jako żołnierz Ludowego Wojska Polskiego. Do Berlina doszedł i od kwietnia 1945 roku całe swoje życie związał z Ludowym Wojskiem Polskim. W drodze powrotnej został skierowany w okolice Szczecina gdzie dowodził  plutonem moździerzy, a następnie kompanią 41. pułku piechoty 12. DP, w 1946 roku uzyskał stopień ppor. piechoty. Otrzymał też odznakę i tytuł „Kościuszkowca” – Bojowej Jednostki I. Warszawskiej Dywizji Zmechanizowanej Wojska Polskiego.

Za ten okres służby wojskowej odznaczono go medalami: „Za udział w Wojnie Obronnej 1939”,  brązowy medal  „Zasłużony na Polu Chwały 1944”, oraz  „Za udział w walkach o Berlin”.

Jeszcze w czasie wojny (pomimo zakazu Niemców) ożenił się z Lucyną Duszyńską – moją Mamą. Ślubu udzielił im zaprzyjaźniony ksiądz, (dziadek Franciszek wybudował miejscowy kościół), a o tym fakcie przypomniał naszej rodzinie ksiądz proboszcz, kiedy chowaliśmy naszą ciocię Zenobię (Taty siostrę), i nie chciał przyjąć od nas pełnej, zwyczajowo pobieranej za pochówek opłaty.  Akt ślubu ukryli pod drzewem na terenie parafii. Mama pochodziła z poznańskiego. Na Kujawach znalazła się przez przypadek, ponieważ jej ojciec Władysław Duszyński wybudował i uruchomił w 1936 roku pensjonat w Ciechocinku (nota bene upaństwowiony w 1956 roku – nowym właścicielem zostało Polskie Biuro Podróży „Orbis”, a dom znajdujący się na posesji,  przeznaczony  na mieszkania dla pracowników zatrudnionych w pensjonacie, przejęła we władanie miejscowa organizacja PZPR –  i tak zakończyła się jedna epoka, a rozpoczęła druga).

Rodzice mieli tylko jedno dziecko – mnie, urodzoną w Aleksandrowie Kujawskim 15 maja 1947 roku Halinę Zofię Żółtowską (później noszącą kolejno nazwiska Fijałkowska, Susłow i Janiszewska). W czasie moich narodzin Tata na stałe przebywał już w Warszawie, gdzie pracował i uczył się. Mama chciała urodzić dziecko, będąc wśród bliskich, a bliscy mieszkali w Ciechocinku, więc urodziłam się w najbliższym od Ciechocinka szpitalu z oddziałem położniczym, czyli w Aleksandrowie Kujawskim.

Jak już wspomniałam, w 1947 roku Tata wrócił do Polski centralnej i podjął studia w Akademii Sztabu Generalnego w Rembertowie. Dyplom ukończenia ASG WP uzyskał w sierpniu 1952 roku. Pozostał już w Akademii i poświęcił się działalności naukowo-badawczej. W tej najstarszej wyższej uczelni Polskich Sił Zbrojnych był między innymi starszym pomocnikiem szefa Oddziału Naukowo-Badawczego uczelni, a następnie pracował na stanowisku docenta zastępcy szefa Oddziału Naukowego ASG WP. W 1958 roku otrzymał tytuł oficera dyplomowanego. Stopień pułkownika WP otrzymał 1962 roku.

W 1962 roku uzyskał tytuł doktora nauk wojskowych, broniąc pracę doktorską pt. „Zaskoczenie w II wojnie światowej”, a następnie się habilitował. Na podstawie pracy doktorskiej napisał potem książkę pt. „Zaskoczenie w wojnie współczesnej”. I tu ciekawostka: Melchior Wańkowicz w książce „Wojna i pióro” (Wydawnictwo Literackie.1978, str. 118), analizując „o ile cięższe wymogi nerwom ludzkim będzie stawiać wojna atomowa”,  powołuje się na ocenę tej kwestii  zawartą w książce mojego Taty „Zaskoczenie w wojnie współczesnej” i przytacza cytat z tej książki. W kolejnych latach pracy w ASG WP  Tata habilitował się i otrzymał tytuł doktora habilitowanego nauk wojskowych.

W 1975 roku odszedł z ASG WP, przeniósł się do Sztabu Generalnego WP i został powołany na stanowisko redaktora naczelnego redakcji czasopisma „Myśl Wojskowa” oraz Biuletynu Informacyjnego Sztabu Generalnego WP. Pomimo odejścia z ASG w dalszym ciągu współpracował z uczelnią. Funkcję redaktora naczelnego pełnił do czasu odejścia ze służby, czyli do 23 stycznia 1985 roku. Przechodząc w stan spoczynku, nie zakończył pracy naukowej, pracował nadal na stanowisku starszego specjalisty kierownika w Sztabie Generalnym WP i pracownika naukowo-badawczego Instytutu Badań Strategiczno-Obronnych Akademii Sztabu Generalnego WP.

Ojciec mógł się poszczycić całkiem sporym dorobkiem naukowym. Jest autorem kilku książek i wielu artykułów o tematyce wojskowej. Jedne z ważniejszych to: współautorstwo w opracowaniu  powojennej historii Wojska Polskiego pt. „Rozwój Ludowego Wojska Polskiego w latach 1945-1983” oraz  „Mała Encyklopedia Wojskowa” (trzy tomy), poza tym jest autorem książek:  „Kto, kiedy, dlaczego? O wojsku i obronności kraju”, jak również  „Zaskoczenie w wojnie współczesnej” i jeszcze kilku innych.

Otrzymał też wiele orderów i medali, lista jest długa, wymienię najważniejsze:

  • Krzyż Kawalerski Odrodzenia Polski  otrzymał w 1968 r.,
  • Medal Komisji Edukacji Narodowej,
  • Order Sztandaru pracy II klasy otrzymał w 1983 r.

Pomimo osiągnięć naukowych i zajmowania etatu generalskiego kariera jego była hamowana. Uważam, iż przyczyna tkwiła w nie wyjaśnionym znaku zapytania na teczce personalnej, w ziemiańskim pochodzeniu  niemile widzianym w tamtych czasach  oraz braku zaangażowania w socjalistyczną ideologię (starał się omijać w swoich pracach tematy ideologiczne, koncentrując się na czysto wojskowych).

Jako Ojciec był cudowny – ciepły, wyrozumiały, cierpliwy, zawsze znalazł wytłumaczenie.  Potrafił wytłumaczyć także Mamie,   dlaczego jego kochana córeczka narozrabiała. Dbał o rodzinę zarówno najbliższą, jak i dalszą. Dużą wagę przywiązywał do wykształcenia nie tylko  mojego czy też swojej wnuczki, ale także dopingował do podnoszenia kwalifikacji podległych mu pracowników. Pracownicy bardzo go lubili, szanowali i szczerze chwalili, był dla nich prawdziwym autorytetem. Dbał o nich i zawsze walczył o ich interesy. Sam był skromny i raczej nieśmiały. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, służący mądrymi radami.

Był cudownym mężem – zarówno dla mojej Mamy, która zmarła nagle w 1969 roku wskutek pęknięcia tętniaka aorty płucnej, jak i dla drugiej żony Zofii, którą poślubił  dwa lata później i z którą był do końca swych dni. Zosia miała dwoje dzieci syna Zbigniewa i córkę Lidię oraz dwójkę wnuków. Dzieci Zosi i jej wnuki uwielbiały mojego ojca, był dla nich wzorem ojca i przyjaciela.  Lubił podróże, ale najchętniej już pod koniec życia czas spędzał na działce, niedaleko domu, zajmując się ogrodnictwem i ciesząc życiem rodzinnym. Nie lubił wracać wspomnieniami do młodości, chyba że opowiadał o mojej Mamie.  Był dobrym psychologiem.  Lepiej wiedział, jak postąpię, niż ja sama – znał mnie jak nikt inny. Nie tylko mnie znał.  On mnie także rozumiał. Oboje byliśmy uparci, więc nieraz mieliśmy różnice zdań, ale miałam w nim ogromne oparcie, był moim wychowawcą, nauczycielem i prawdziwym przyjacielem.

Wojsko to nie tylko ciężka i odpowiedzialna praca, to samo życie z wszelkimi jego przejawami – tragedii i humoru. Przytoczę zabawną historyjkę: Mój Tata w towarzystwie komendanta ASG gen. Kuropieski szedł na obiad do miejscowego kasyna, obydwaj po cywilnemu. Wcześniej gen. Kuropieska wydał zakaz sprzedawania w kasynie żołnierzom wódki. Przed kasynem stoi żołnierz i zwraca się do obydwu panów z prośbą o kupienie mu pół litra wódki, bo „taki, nie taki komendant wydał zakaz sprzedawania alkoholu”. Tata zamarł, a gen. Kuropieska mówi, „daj pieniądze zaraz kupię”, żołnierz dał i stoi w towarzystwie Taty czekając na pół litra.  Wraca gen. Kuropieska podaje wymarzoną butelkę i mówi do szeregowca: „masz i żebyś mi więcej nie wysyłał generała po wódkę!”.

Dr hab. płk Edward Żółtowski zmarł 5 lipca 2005 roku w wieku  85 lat. Pochowany został w asyście kompanii honorowej Wojska Polskiego na cmentarzu na Wólce Węglowej (taką decyzję podjęła Jego żona – nie chciała pochować Taty na Powązkach Wojskowych) w Warszawie, po pięknej wojskowej ceremonii pogrzebowej w Katedrze Wojska Polskiego przy ul. Długiej. Towarzyszyła mu w tej ostatniej drodze cała rodzina, w tym żona Zofia i jej dzieci oraz wnuki, pisząca te słowa Halina ( jedyne jego dziecko), jedyna wnuczka Anna Czepkowska oraz prawnuczka Magdalena Czepkowska.

HALINA z ŻÓŁTOWSKICH  JANISZEWSKA

z Podkowy Leśnej

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *