Magia kina

Wydarzeniem kulturalnym w Poznaniu w 1927 roku było otwarcie kina „Słońce” przy placu Wolności. Pierwszym filmem wyświetlonym był „Zew morza”. Główna sala widowiskowa jak na tamte czasy urządzona była bardzo nowocześnie. Wzbudzała wielkie zainteresowanie i podziw widzów. Przed rozpoczęciem seansu filmowego sufit kina rozświetlało słońce we wszystkich swoich fazach, od świtu aż po zmierzch, następnie ukazywały się planety, później gwiazdy, aż następowała ciemna noc, co było sygnałem rozpoczęcia projekcji filmu. Widowisko zaskakiwało pomysłowością i rozmachem, działało na wyobraźnię widza, odrywało go od szarej rzeczywistości, wprowadzając w tajemniczy, inny świat – w kosmos.
Krzesła były tak skonstruowane, aby widz mógł swobodnie obserwować to, co się działo nad głową, a następnie na ekranie kina.
Przy kinie „Słońce” mieścił się teatrzyk kukiełkowy, w którym rodzice zostawiali pod opieką personelu na czas seansu filmowego swoje dzieci.
Pewnego dnia, a był to rok 1939, moi rodzice wybrali się wraz ze mną do kina, jednakże z ważnych powodów teatrzyk kukiełkowy w tym dniu był nieczynny. Wobec tego postanowili zabrać mnie na seans filmowy. Odbyła się projekcja filmu pt. „Szarańcza”. Pamiętam treść filmu, ale nie to było dla mnie najważniejsze, nie film mnie zainteresował. I tak przypadek zrządził, że zobaczyłam to kosmiczne zjawisko przed seansem filmowym, które pozostawiło niezapomniane wrażenie, podsyciło ogromną ciekawość świata.
Słońce, planety, gwiazdy na suficie sali kinowej – to była atrakcja, to było najważniejsze.
1 września 1939 r. skończyło się sielskie dzieciństwo. Wybuchła wojna. Wysiedlono nas z Poznania do obozu hitlerowskiego, później do małego miasteczka w Generalnym Gubernatorstwie. Zupełnie inna rzeczywistość – rzeczywistość okupacyjna.
W tym miasteczku też jest kino, a nawet dwa. I nikt nie mógłby mi wytłumaczyć, że to, co czynię, jest naganne, bardzo niebezpieczne, bo nikt się nie domyślał, gdzie spędzałam czas, nawet najbliżsi. Może taka szara myszka, mała, chuda, niepozorna – byłam niewidoczna. Niebezpieczne było takie chodzenie do niemieckiego kina, większość widzów to umundurowani okupanci ze swoimi damami. Ale przemożna chęć zobaczenia filmu była silniejsza aniżeli głos rozsądku czy instynkt samozachowawczy. Zresztą to było bardzo dziwne, wchodziłam do kina zupełnie niezauważalna, co było jeszcze dziwniejsze, powtarzało się często, tak często jak zmieniano program filmowy i trwało aż do końca wojny. Jakby chroniła mnie X Muza i zasłaniała niewidzialnym płaszczem. Nikt nigdy nie zapytał mnie o cokolwiek, nie kupowałam biletu, wchodziłam razem z widzami, siadałam w kącie na podłodze. Poddawałam się urokowi innego świata, które ukazywało życie łatwe, piękne, przyjemne, wypełnione muzyką, pozbawione zła, jest tylko miłość, radość, taniec, ludzie dobrzy, mili, szlachetni, piękne krajobrazy. Jedna wielka filmowa iluzja, żadnych trosk ani problemów. Gdy tam, za murami kin, brud, łachmany, ludzka nędza, pogarda dla drugiego człowieka, niepewność każdej minuty, smak brukwi, gliniastego czarnego chleba, ale zawsze chleba tak niezbędnego do życia.
A może kino to jest antidotum na straszną rzeczywistość, na zabicie tęsknoty za tym życiem lat dziecięcych, lat bez strachu? Czyż można żyć bez złudzeń, bez nadziei – przecież każdy koszmar kiedyś się kończy. Kino daje tę ułudę, chwilę wytchnienia, jest wielkim oszustem, o czym dobrze wiemy, ale przecież po każdej nawałnicy przychodzi cisza, nowy lepszy dzień.
Pewnego dnia skończył się koszmar okupacji niemieckiej, było to wiosną 1945 r.
Moja fascynacja kinem trwała nadal, widziałam bardzo dużo filmów różnego rodzaju, były przeciętne, propagandowe, o których nawet nie warto pamiętać, zresztą dawno wyrzuciłam je z pamięci. Widziałam też arcydzieła, na wspomnienie których się wzruszam.
Piątego września 2012 r. w programie I TVP wyemitowano film, który uważam za wyjątkowy pt. :”W cieniu nienawiści”, wyreżyserowany przez pana Wojciecha Żółtowskiego. Jest to przepiękny, mądry film, oddaje atmosferę tamtych okupacyjnych dni. Nie ma w nim przekłamań, jest prawdziwy i szczery. Realia oddane są z niezwykłą rzetelnością w najdrobniejszych szczegółach: kostiumy, fryzury, makijaż, wystrój wnętrz. Oglądając film, przypomniał mi się zapach karbidówki, smak zbożowej kawy słodzonej sacharyną, czarnego razowego chleba z marmoladą z buraków. Jestem świadkiem tamtej epoki. Pod wpływem filmu odżyły wspomnienia. To jest jeden z nielicznych filmów, ukazujących prawdę o tamtych latach, pozbawiony zbędnego patosu, pustego patriotyzmu, ale pełen empatii do drugiej istoty, cichego bohaterstwa, męstwa i humanizmu. Nie rozumiem tylko bardzo późnej pory emisji filmu, który powinien być dostępny młodzieży polskiej. Składam serdeczne podziękowanie panu Wojciechowi Żółtowskiemu i całej ekipie filmowej za ten mądry i piękny film.

ANNA NOWOTNA – LASKUS
z domu Żółtowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *