Był taki Marzec’68. Studencki zryw wolności

Maria uczy się w parku

Lata studiów w Warszawie należą do niezwykle ważnych i brzemiennych w skutki okresów naszego życia. Studiowaliśmy na Uniwersytecie Warszawskim: ja  historię, Marysia Kleitz, prawo. I nagle trafiliśmy w  „oko cyklonu”  wielkiej polityki. Wybuchł strajk studencki, nocna okupacja uczelni, petycja do władz, represje.  Aleksander Hall – polityk i historyk, działacz opozycji w PRL-u pisał o nim w syntetycznej  publikacji  „Marzec, czyli początek”: (…) Dla młodego pokolenia, które w latach 70. tworzyło opozycję demokratyczną, wydarzenia marcowe były inicjacją polityczną bądź legendą i impulsem wyzwalającym wolę działania.(…) Marzec ‘ 68 wpisał się w tradycję oporu przeciw totalitarnemu systemowi, tak jak Październik ’56, wydarzenia milenijne roku 1966, Grudzień ’70 czy wreszcie Sierpień ’80. Marzec nie dzieli więc czasów PRL na dobre i złe, ale jest jedną z wielkich dat naszej niepodległościowej tradycji   i wydarzeniem, które spowodowało, że przeciw systemowi komunistycznemu zaangażowała się najbardziej wrażliwa moralnie i intelektualnie wyrobiona część młodego pokolenia. (I.W.  Świadectwo Bydgoszcz 2000)
Na początku w akademikach  przekazywaliśmy sobie z rąk do rąk  ulotki  o „Liście 34” skierowanym do Urzędu Rady Ministrów PRL. Najznakomitsi intelektualiści protestowali w nim przeciwko  ograniczaniu  swobody twórczej przez rządzącą, pezetpeerowską klikę. Komentarze dawało się wysłuchiwać wieczorami z Radia Wolna Europa. Mniej uwagi przywiązywaliśmy do  informacji o  wyrzucaniu niektórych  członków Komitetu Uczelnianego z PZPR. Rozgrywki w reżimowych  organizacjach  nie obchodziły  nas. Chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że czerwona legitymacja jest  łatwą  drogą do awansów.  Było to poniżej godności człowieka z zasadami. Dlatego z dystansem  traktowaliśmy karierowiczów. Dla Marii wartością była nauka i każdą chwilę jej poświęcała. Tym wyrobiła sobie opinię zdolnej  studentki z indeksem pełnym bardzo dobrych ocen.
Coraz ostrzejsze  dyskusje   toczyły się w klubie na „ Kica”, gdzie  Rada Osiedlowa Domów Studenckich  zwoływała od czasu do czasu zebrania mieszkańców. Chodziło  nam o   brak kulturalnych  imprez, otwartych  dyskusji na każdy temat albo o głodowe stypendia, jak nasze 360 zł na miesiąc. Była to równowartość  obiadów  w stołówce.   Wyższe dotacje  przyznawały specjalne komisje  działaczom partyjnym i młodzieżowym. Ci „zasłużeni dla władzy ”  i dzieci mocno ustawionych w reżimowym systemie rodziców,  wyjeżdżali na delegacje i praktyki zagraniczne.  My dostawaliśmy skierowania na robotnicze praktyki w teren lub szliśmy do prac fizycznych w Studenckiej Spółdzielni    „Plastuś”. Rozładowywało się wagony węgla na bocznicach  lub sprzątało mieszkania emerytów, których było na to stać. Nieźle można było zarobić przy przeprowadzkach  biur, bo liczyła się stawka godzinowa, a szefowie firm nie żałowali   studentom godzin  za  pomocą tak zwanego długiego ołówka. Człowiek się tylko sporo nachodził po piętrach z paczkami dokumentów, segregatorów,  z meblami.  Ale przynajmniej było co dołożyć do stypendium.
Głośnym wydarzeniem kulturalnym, a z czasem i politycznym stało się na przełomie lat 1967/68  wystawienie „Dziadów” Adama Mickiewicza  na deskach Teatru Narodowego w reżyserii Kazimierza Dejmka.  Zbierając na bilety, dowiedzieliśmy się, że na skutek interwencji ambasadora ZSRR mają być zdjęte z afisza. Raził go  antyrosyjski wydźwięk  tekstu naszego dramatu. A i nasze komunistyczne władze pewnie musiały wziąć do siebie słowa wieszcza:    Nie dziw, że nas tu przeklinają,   (Wszak to już mija wiek, Jak z Moskwy w Polskę nasyłają,)  Samych łajdaków stek.
W tej sytuacji patriotycznym obowiązkiem stało się  obejrzenie scen, które rozgrzewały widownię. Doszło  jednak do awantur publiczności z milicją   przed budynkiem teatru i pod pomnikiem Adama Mickiewicza. I  inscenizację dzieła szybko  zakazano.    
8 marca przed południem  po korytarzach   akademika biega  tam i z powrotem niski, czarnowłosy chłopak  i rozpaczliwie  drze się w niebogłosy  –  „Zabili studentkę, idziemy na uniwerek, zabili studentkę, idziemy protestować…. Drzwi w pokojach się pootwierały,  wysypali się chłopcy na korytarze i poszliśmy…
Za bramą uniwerka  zbierał się już na dziedzińcu spory tłumek. Na kratę bramy  wdrapał się jakiś chłopak i krzyczał o … zabitej studentce. Inni mówili o wyrzuceniu  „Dziadów”, o relegowaniu studentów z uczelni, o tłumieniu   wolnego słowa przez  cenzurę . O  tym ostatnio rozmawialiśmy w naszym gronie, bo 29 lutego odbył się Zjazd Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Doszło na nim do ostrej krytyki polityki kulturalnej  rządu.
Po mniej więcej godzinie wiecujący przenieśli się do największej sali w Audytorium  Maximum. Skandowaliśmy  –  „ Przeżyliśmy potop szwedzki, przeżyjemy i sowiecki”. Sala wrzała.  W końcu,   późnym popołudniem,  zapadła decyzja, przy ogólnym aplauzie, o skierowaniu do  rządu,  za pośrednictwem rektora Uniwersytetu  petycji z naszymi postulatami.  Głównie  chodziło o: – zniesienie cenzury i umożliwienie swobodnego dostępu do dzieł narodowej kultury,  – poparcie dla protestu pisarzy i intelektualistów, – przywrócenie na studia relegowanych z uczelni studentów, – obronę wolności i studenckich praw. Rano tekst dokumentu miał trafić do  prof. Turskiego.
Nie było wątpliwości, że petycja ma ogromny ciężar i wydźwięk polityczny. Dotychczas nie był znany w Polsce  w  środowisku akademickim  żaden tego typu protest.  Można się było spodziewać  wściekłej reakcji władz. Atmosfera wiecu nie pozwalała jednak na refleksję.  Czuliśmy siłę i jedność myśli w tej spontanicznie zebranej masie ludzi, którzy przecież  wcześniej się nie znali. A była tam pełna aula.  Byliśmy pewni, że mamy obowiązek domagać się konstytucyjnych praw.  I właśnie nadszedł moment, żeby mocno i wyraźnie wypowiedzieć się  publicznie i do tego w formie możliwej do przyjęcia przez cywilizowane społeczeństwo. Wierzyliśmy, że vox populi musi być  usłyszany.
W środku nocy zmęczenie wzięło górę nad emocjami. Wrzawa cichła. W salach,  na korytarzach i schodach pokotem zalegały śpiące postacie. Wtedy wśród kręcących się jeszcze studentów zauważyłem Tereskę  z Płocka i  Marysię   razem z  Dzidką i Mirką z Socjologii. Mieszkały razem w akademiku przy Kickiego  w jednym pokoju, na około 14. m². Tam do kompletu miały jeszcze Lucynę,  też z Socjologii. Poza dziewczynami  musiało się  tu zmieścić 5 łóżek, stolik, dwa taboreciki i szafa wbudowana w ścianę. W jej zakamarkach wisiały ubrania, a na półkach jedzenie przywożone z domu – najczęściej  przetopiony smalec i przetwory albo trochę stołówkowego wiktu.
Tym razem ludzie z akademików na „ Kica” nocowali na uczelni.  Na dziewczyny padł blady strach, bo ogłoszono, żeby nie wychodzić poza teren uniwersytetu – za bramą na ulicy milicja łapała i aresztowała studentów. Chodziły słuchy, że może dojść do szturmu  specjalnych oddziałów, że już jadą  czołgi… Zostajemy  wszyscy. Rozpoczął się strajk okupacyjny. Pierwszy w  PRL-u studencki protest.
Osobiście to nawet byłem zadowolony z takiego biegu  wydarzeń. Emocje  w auli rozgrzewały do czerwoności. Raz słuchano  tekstów lejących miód na serce,  raz skandowano obrazoburcze hasła, w innym momencie buczono na lizusowskie głosy. Potem przyjmowanie petycji. Wreszcie uspokojenie.
Namówiłem Marysię na spacer  po uniwersyteckich alejkach – pustych, cichych. Wiele nas łączyło – pierwsze wyprawy do Teatru Wielkiego, na  Koncerty Chopinowskie w Parku Łazienkowskim, godziny wspólnej nauki  w zacisznej sali BUW-u i  niedzielne wyjazdy  na msze św. do kościoła Bazylianów na Starym Mieście, gdzie cała oprawa we wschodnim  obrządku opierała się na pięknych  głosach kantorów.  Atmosfera  zagrożenia  sprzyjała szczerej, niekonwencjonalnej  rozmowie. Ona była na drugim roku studiów, ja na ostatnim.
Dyskutowaliśmy też o  przyczynach  tego  spontanicznego  wybuchu.  W  zakłamanej rzeczywistości żyliśmy przecież  od dawna. Co innego  było w domu, a co innego  na ulicy i w  miejscach publicznych. Skoncentrowani na nauce i zaliczaniu kolejnych egzaminów nikomu do głowy nie przychodziło przewracać ustrój. Sowiecka dominacja widoczna była na każdym kroku.  Dywizje Czerwonej Armii  stacjonowały na naszej ziemi od wojny. W drodze z  Berlina  zatrzymały się tu i nie chciały wracać do Azji.  PZPR  panowała nad wszystkimi dziedzinami życia. Może poza Kościołem, chociaż i tam miała pełno konfidentów.  I w takiej  sytuacji  akademicka  młodzież zrywa się do walki z władzą.
Chłód nocy zaczął nasuwać wątpliwości i pytania o najbliższe godziny, przyszłość i konsekwencje. Petycja zawierała słuszne naszym zdaniem  żądania  a  na uniwerku mieliśmy prawo przebywać.  Zresztą można było liczyć na starego rektora, doświadczonego  profesora Turskiego. W końcu to on rządził na uniwersytecie – tak myśleliśmy.
Jako puentę naszych dyskusji zacytuję  przytoczoną przez Marysię myśl  Zbigniewa  Herberta  z  „Pana Cogito”- „… ocalałeś  nie po to, żeby żyć   – masz    mało czasu. Trzeba dać świadectwo – bądź odważny. Gdy rozum zawodzi  –  bądź odważny. W ostatecznym rachunku – jedynie to się liczy.”
O świcie zaczęło się robić jakoś luźniej. Ludzie porozchodzili się po wydziałach. Marię i  dziewczęta przeprowadziliśmy  z chłopakami przez mur od ul. Oboźnej. Tam było spokojnie i  żadnych patroli.  Miały zajęcia na Studium Wojskowym, a nikt nie chciał  zawalać spraw wojskowych. Główna brama była  zamknięta  w obawie przed prowokatorami  i  specsłużbami w cywilu. No i  przed patrolami milicji  chodzącymi z psami po ulicy. Na taki właśnie patrol natknęły się dziewczyny po południu 9 marca  po zajęciach na Studium. Na Krakowskim Przedmieściu psy zapędziły je do bramy, a mundurowi Marysi  zabrali  legitymację studencką.

      Milicja pod Uniwersytetem Warszawskim

Tymczasem z resztą strajkujących  zebraliśmy  się  przed Pałacem Kazimierzowskim. Prorektor  Rybicki  wykrzykiwał z tarasu, żebyśmy  zakończyli  protest. Na   balkon  wyszli też  nasi delegaci i krótko  oświadczyli, że spotkali się z rektorem. Rozchodziliśmy się z poczuciem pewnego niedosytu.  I wtedy  przez bramę wjechały trzy autokary. Stanęły rzędem wzdłuż chodnika od bramy do BUW-u.  Z nich wysypały się gromady cywilów ubranych jednakowo w ciemne jesionki  i z długimi  pałami w łapach. „ Robotnicy z Ursusa”, jak ich później przedstawiały gazety, bili  na lewo i prawo wszystkich chodzących  po dziedzińcu.  Biegali grupkami po kilku i osaczali dziewczyny i chłopaków.  Szalejący sadyści przewracali na ziemię swe ofiary i tłukli wściekle leżących, bezbronnych ludzi. Biegaliśmy na oślep, szukając wyjścia. Zaskoczenie było kompletne. Myśleliśmy, że teren Uniwersytetu ma zagwarantowaną autonomię i wewnątrz  jesteśmy bezpieczni. A tu banda zbirów szaleje po placu i drze się  jeszcze – „ Studenci do nauki, literaci do piór”. Otoczony budynkami i płotami teren nie dawał szans na ucieczkę z matni. Ratunkiem były  jakiekolwiek najbliższe drzwi.
Z kolegami wpadliśmy do najbliższego gmachu,  do naszego Instytutu Historycznego  na poddasze.  W trakcie gorączkowej, bezładnej  dyskusji przyszedł  dobrze nam znany i szanowany wykładowca –  prof. Henryk Samsonowicz.  Apelował o rozwagę i spokój. Szeroko wyjaśniał tło studenckich protestów. Najbardziej bulwersujące były informacje, że młodzież  z akademików i nasze spontaniczne, autentyczne  oburzenie w zaplanowany sposób wykorzystali przedmiotowo, cyniczni  polityczni gracze z „warszawki”.
Sami  należeli do PZPR-u i partię, „ przewodnią siłę narodu”,  zmieniali od środka. – „ Celem pierwszym  było zdobycie wpływu na młodzież Wydziałów Filozofii i Ekonomii UW, a potem rozszerzenie tych wpływów na młodzież innych wydziałów – pisała w broszurze pt.        „ Marzec 1968 – Nieudana próba zamachu stanu” – doc. Ida Martowa. / str. 21/….Niemniej jednak zaczynali oni dostrzegać, że bez poparcia szerszego ogółu  studentów będą drobną, izolowaną grupą. Cytat z oświadczenia  jednego z  relegowanych studentów: rozmawialiśmy m.in. na temat  „komandosów”. Powiedziałem bez ogródek, że „istniejący stan rzeczy w grupie jest nie do utrzymania na dłuższą metę. Albo panowie i panie   «intelektualiści»   pomyślą realnie o studentach z akademika i zamiast pić koniak etc. wezmą się do rzetelnej roboty, albo likwidujemy interes”/ str. 31/.
Dwa budynki  na Kickiego, to był największy w stolicy  kompleks, gdzie   mieszkali studenci z  historii, prawa, socjologii, filozofii, ekonomii, matematyki i fizyki. Kierunki , na których  antysowieckie  nastroje  dawały się zauważyć. Na „ Kica” najłatwiej można było trafić na  odpowiedni  grunt i „młodych gniewnych” oraz  brak  wyrobienia  politycznego.  Potrzebny był tylko detonator, którym okazało się zdjęcie   „Dziadów” ze sceny  i nasz  zryw.
Na skutki nie trzeba było długo czekać. W kilka dni po strajku ogłoszono, że wyrzuconych jest 72. studentów. Usunięto też wielu  naukowych pracowników, głównie profesorów.  Rektor rozwiązał filozofię, ekonomię, socjologię,  psychologię oraz III rok wydziału matematyczno-fizycznego. Od razu zarządził też ponowne wpisy dla 1616. studentów.  Relegowani, w tym nasze koleżanki z  socjologii – Dzidka i Mirka,  nie przeszli przez sito speckomisji.  Zajęcia przerwano do 22 maja. Zdaniem władz w  strajku okupacyjnym brało udział około 2 tys. osób. Nie podali jednak jaką część stanowili ludzie z akademików.           
Marysia,  w związku z zatrzymaniem przez  milicyjny patrol na ulicy, dostała urzędowe wezwanie do Pałacu Mostowskich, jak nazywano  Komendę Stołecznej Milicji. Wzięła ciepłe ubranie i sweter, kanapki i  herbatę, i pojechaliśmy przed otoczony złą sławą pałac. Szła jak na stracenie albo do więzienia.  Wejść mogła tylko wezwana. I po wielu  godzinach… wyszła?! Legitymacji studenckiej nie oddali, ale pytali o wszystko, co im do ewidencji widać było potrzebne – o  rodziców, adres, źródła i środki utrzymania,  powody kręcenia się przy  uniwerku, udział w strajku itp. Straszne wrażenie zrobiło protokołowane śledztwo, które, nie wiadomo czym miało się skończyć.
Po tym  wyjechała do domu. Egzaminy miała już  zdane. Niepokojąca tylko była myśl, co zastaniemy  po  zakończeniu wydłużonych ferii.  Bez legitymacji studenckiej  nie można było funkcjonować  na uczelni.  Wstęp do bibliotek i czytelni wymagał każdorazowo wyjaśnień. Nie przysługiwały też ulgi na kolej, autobusy, tramwaje. Nawet nie było szansy na tańsze bilety w placówkach kultury.
Przez około dwa miesiące trwał stan niepewności. Dziekan Wydziału Prawa prof. Bogusław Leśnodorski  robił, co mógł,  starał się bronić swoich wychowanków i zabiegał o zwrot  dokumentów.  W końcu z sekretariatu Wydziału Prawa przyszło  eleganckie  zaproszenie  osobiście  od dziekana i Marysi oddał legitymację. Znowu stała się pełnoprawną studentką.    
11 marca Koło Poselskie ZNAK  – co warte jest odnotowania- skierowało do Sejmu Interpelację.  Znalazły się w niej pytania: – Co zamierza Rząd  uczynić, aby powściągnąć brutalną akcję milicji i ORMO wobec młodzieży akademickiej i ustalić odpowiedzialność za brutalne potraktowanie młodzieży? – Co zamierza Rząd uczynić, aby merytorycznie odpowiedzieć młodzieży na stawiane przez nią  palące pytania, które nurtują także szeroką opinię społeczną, a dotyczą demokratycznych swobód obywatelskich i polityki kulturalnej Rządu? Był to liczący się głos i świadczył o tym, że nie jesteśmy osamotnieni.
Przez reżimową prasę przetoczyła się fala potępienia młodzieży. W fabrykach organizowano,  niby oddolnie  inspirowane, „ masówki” , na których wyrażano, jak  głosiła  propaganda, „oburzenie klasy robotniczej”.
Kiedy  jechaliśmy 8 marca na wiec,  nie sądziliśmy, że wypadki potoczą się w  nie przewidywanym  kierunku. Po ciężkiej nocy i złożeniu petycji emocje opadały. Masakra, jaką zgotowali studentom  „robotnicy z Ursusa” , rozwścieczyła nas. Szukaliśmy sposobu, aby dać  tak zwanym  „robotnikom” odpowiedź, konsekwentnie pokazać  siłę i wyszliśmy na ulice. Na Krakowskim Przedmieściu poza patrolami pojawiły się też „suki”. Ale na naszą gromadę było ich za mało. Skierowaliśmy się  na Politechnikę, gdzie miał być solidarnościowy wiec. Faktem jest, że w pobliżu  Komitetu Centralnego  PZPR  ci bardziej zdenerwowani  młodzi ludzie  przewracali  kosze na śmieci i wszystko, co dało się ruszyć. Aleje  Jerozolimskie wyglądały jak pole po bitwie. Poszliśmy jednak dalej i doszliśmy. A  tam pusto. I po sprawie…   Wiec  odbył się na polibudzie później.
Wracam  na uniwerek, a przed bramą na całej szerokości ulicy kordon mundurowych, w hełmach i z pałami. Idą w  kierunku pomnika Kopernika. Wpadam na schody kościoła Świętego Krzyża, jak inni ludzie z ulicy i wpychamy się do kruchty.  Jeszcze w drzwiach krótka szamotanina z cywilami blokującymi  drzwi. Ubrani są tak samo jak ci „robotnicy”  pałujący nas na dziedzińcu Uniwersytetu. Krewkich chłopaków w kruchcie jest pełno, a i mnie krzepy nie brakuje, bo ćwiczę codziennie na wiosłach,  to szybko  uciekają do  swoich golędziniaków.
Za moment znów jesteśmy na schodach. Odchodzącym  w tyralierze rzucamy wygrzebane z kieszeni drobniaki  i chórem krzyczymy –  „Gestapo” –  „Płatne pachołki Moskwy”. Ten manewr powtarza się jeszcze kilkakrotnie, kiedy  przechodzi ulicą  tyraliera. Ale w końcu ich pewnie odkomenderowali, bo zniknęli. Na uniwerku też już spokój. Pora wracać do swoich na „Kica”. Tam siadam z kolegami przed mikrofonami osiedlowego radiowęzła. Tu jesteśmy u siebie. Mówimy jak było.
Gazety później opisywały nas jako chuliganów. Faktycznie nie byłoby zajść i konfrontacji z mundurowymi, gdyby władza nie masakrowała studentów, a prasa i radio nie kłamały,  fałszując obraz strajku. Satysfakcję mieliśmy, słuchając Radia Wolna Europa. Stąd dowiedzieliśmy się, że za Uniwersytetem poszła Politechnika i inne uczelnie w kraju. Masakra studentów pokazała światu, jak komunistyczna władza rozmawia z  młodzieżą.  Z czasem protest studentów przeszedł do historiografii pod nazwą -„ Marzec‘ 68”.

                                                                                                                           ANDRZEJ KAZIMIERZ
Płock, marzec 2017

   Maria – legitymacja studencka

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *