Moje życie. Siedem dziewcząt w Albratrosie, a Tyś jedyna

 Ciemna nocka nad górami
Świeci księżyc nad smrekami
Drży powietrze nad halami
Góral poznał Hankę swą.
Lekko wsparłszy się na sośnie
W oczy patrzył jej miłośnie
Popłynęły w dal donośnie
Tęskne słowa pieśni tej.

Wsłuchani w słowa i melodię tej bardzo popularnej piosenki, granej na wszystkich zabawach w tamtym okresie, siedzieliśmy ze Stenią na murku okalającym taras przed lokalem, w którym odbywał się kolejny zapoznawczy bądź pożegnalny wieczorek wczasowiczów z Ośrodka Drogowskaz w Przewięzi.
Nie wykupiliśmy stolika z braku pieniędzy, więc siedzieliśmy na zewnątrz, ale tak naprawdę to dziesięć metrów od orkiestry. Drzwi wszystkie otwarte, a taras pełen młodzieży. A więc nie tylko nam brakowało pieniędzy.
Był  rok 1974 lato. W Pogotowiu Ratunkowym w Warszawie udało mi się wziąć dwa miesiące urlopu. Jeden miesiąc płatny, a drugi bezpłatny. Paniom w Działu Planowania nie bardzo się to podobało, ale mój znakomity zmiennik zaświadczył, że wszystkie moje dyżury w sierpniu  bierze on. Miałem naprawdę dobrego zmiennika, a że był na czwartym roku medycyny i miał dwójkę dzieci, dodatkowe moje dyżury podreperowały jego budżet. Naprawdę wspaniały i odpowiedzialny był mój zmiennik. Jak on miał ćwiczenia, to ja za niego jeździłem, gdy ja miałem, on jeździł za mnie. Przykro mi, ale nie mogę  sobie przypomnieć jego nazwiska.
Urlop dwumiesięczny był mi potrzebny, bo uzgodniłem z dyrekcją Szpitala Powiatowego w Augustowie, że przyjmą mnie jako sanitariusza na okres wakacji. A i owszem przyjęli i to z dużą radością. Raz, że okres urlopowy i wielu pracowników chce mieć wolne, a po drugie, że pierwszy raz mieli do czynienia ze studentem Akademii Medycznej i to już jeżdżącym trzy lata w Warszawie.
Czasami myślę, że te dwa miesiące w Augustowie więcej mi dały niż rok w Warszawie. Lekarze bardzo sympatyczni. Często zapraszali mnie na swoje oddziały i pokazywali różne przypadki chorobowe. Nauczyli mnie osłuchiwania płuc, oskrzeli i serca. Pokazywali różne patologie tarczycy. Kiedy pewnego razu w wypadku samochodowym kierowca połamał kość piszczelową i fachowo założyłem mu szynę, ordynator chirurgii dr Janke chciał jeździć w te dni, kiedy ja miałem dyżur. Nauczyli mnie szyć drobne rany. Pamiętam, jak szyłem piętę młodej dziewczynie, która weszła do jeziora, gdzie jakiś barbarzyńca rzucił zbitą butelkę do wody. Rana prawie 5 cm i strasznie twarda skóra. Dzięki Bogu dziewczyna dostała znieczulenie i wytrzymała moje prymitywne praktyki w szyciu ran. Przeżyła.
Były też przypadki, które powinienem, ku przestrodze, opisać. Młodzi ludzie rozbili się  obozem nad jeziorem. Gotowali obiad. Mieli prymus na benzynę. Kiedy kończyło się paliwo, młody mężczyzna wziął butelkę z benzyną, chcąc dolać do prymusa. Butelka wybuchła, a on był tylko w kąpielówkach. Jak on wył z bólu, tego do końca życia nie zapomnę. Cały szpital to był jeden krzyk. Zmarł po dwóch godzinach.
Pewnego poranka w  Przewięzi, gdzie często bywałem, ojciec z synem wybrali się na ryby. Byli niedaleko od brzegu. Wiem, bo sam to widziałem, ale ode mnie ok. pół kilometra. Nagle ojciec zaczął krzyczeć o ratunek. Ratownik błyskawicznie wziął kajak i popłynął w tamtym kierunku. Co się okazało: syn umiał pływać, ojciec nie. Na wędkę złapali dużą rybę. Zapewne wielkiego  szczupaka,  może karpia.  Ryba ich holowała w stronę trzcin. Kiedy byli już na płytkiej wodzie, syn owinął sobie żyłkę wkoło dłoni  myśląc, że jak złapie dno, to się uda doholować rybę. Ryba w wodzie miała wielokrotną przewagę. Utopiła go.
Naszym celem, tzn. moim i Steni, było aby tego lata  zarobić na obrączki.
Dlatego chciałem te pieniądze zarobić w Augustowie. Dostałem nawet kilka złotych więcej niż w Warszawie. Czasami miałem  wolne, ale Stenia musiała pracować w swojej Bazie Kruszyw w Żarnowie, pięć kilometrów od Augustowa. Nie miała urlopu i w tamtych czasach nie było wolnych sobót. Spotykaliśmy się wieczorami, chyba, że miałem noc. Ale jak udało się  wspólnie pojechać do Przewięzi na kolejny wieczorek przy muzyce, to byliśmy tacy szczęśliwi i tacy bliscy sobie i tak nam było dobrze i stanowiliśmy parę, która siedząc na murku tarasu, się obejmowała, mając oczy pełne  miłości i radość ze spotkania. Byliśmy szczęśliwi a z podestu orkiestry na sali dobiegały  słowa:

Góralko Halko
Krasny leśny mój kwiecie
Tobie jednej na świecie
Powiem, co to jest żal
Choć serce kocha
Jakaś dziwna tęsknota
Twoje serce omota
Szczęście znów umknie w dal!

Noc była bardzo ciepła, bez wiatru. Tafla jeziora jak lustro, bez odrobiny fali. W lustrze wody przeglądały się tysiące gwiazd sierpniowego nieba.
Niebo w sierpniu jest chyba najpiękniejsze. Powoli noc odchodziła i nad lasem zaczęło jaśnieć. My nadal siedzieliśmy na tarasie. Poznaliśmy młodych ludzi, którzy podobnie jak my spędzali tę noc. Umówiliśmy się za tydzień w Albatrosie w Augustowie. Tam stale były dancingi, gdzie królował Janusz Laskowski z kultową dziś piosenką „Siedem dziewcząt w Albatrosie tyś jedyna”. Beata z Albatrosa była bisowana kilka razy każdej nocy. Tu już musieliśmy wykupić stolik  i konsumpcję. Ale warto było.
Tańce trwały do rana. Pamiętam jak wracaliśmy do domu, czerwona kula słońca zawieszona nad horyzontem wygoniła ciepłą noc na rzecz chłodnego świtu. Szliśmy do domu przytuleni do siebie i tacy szczęśliwi.
Po powrocie do Warszawy mama moja powiedziała, że nie wie, co ze mną jest: albo śpię w Pogotowiu, albo mam zajęcia na uczelni, a jak są wolne trzy dni to jestem w Augustowie. „Ożeniłbyś się w końcu i ustatkował”. Pojechałem do Steni. Tata obiecał pracę w  Warszawie. Rozmawialiśmy długo, poszliśmy na spacer nad Necko i do lasu. Nie pamiętam treści rozmów, ale zgodni byliśmy – ślub na Boże Narodzenie.  

RAFAŁ  z Korycina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *