Rozmowa przy kawie

Mam osobiste i głębokie  marzenie, by Związek nie malał, ale powiększał się, a młodzi Żółtowscy byli bardziej zaangażowani we współpracy i kultywowali rodowe tradycje.

Jacku, od ilu lat przyjeżdżasz na Zjazd Związku Rodu Żółtowskich?

Od 25 lat , od drugiego Zjazdu w Zajączkowie. Pierwszy odbył się w Skierniewicach. Opuściłem jeden w Pobierowie. Tego roku zmarła moja mama. Tęsknię za corocznymi spotkaniami z kuzynami. Zarówno  mnie, jak też najbliższej rodzinie, przynoszą one wiele radości. Im dalej odbywają się Zjazdy [śmiech], tym bardziej się cieszę.

Kto Cię odnalazł i zaprosił  na Zjazd?

 Student Michał Żółtowski z Łodzi. Odnalazł moje nazwisko w książce telefonicznej. Zatelefonował do pracy i umówiliśmy się na spotkanie. Michał zbierał informacje o Żółtowskich. Jeździł  po Polsce, by w archiwach kościelnych szukać informacji o nich. Zaczął swoje poszukiwania od Gostynina. Miłość do poszukiwań  wpoili mu babcia Kazimiera i  rodzice Elżbieta i Wacław.  Posiadał dużą wiedzę o ich korzeniach, zarówno w Polsce, jak i zagranicą.  Właśnie od niego dowiedziałem się o reaktywowaniu Zjazdu Rodu w Skierniewicach. Zaprosił mnie i rodzinę na spotkanie Żółtowskich w Zajączkowie. I tak właśnie rozpoczęło się moje wielkie zamiłowanie do corocznych wyjazdów na Zjazdy.

Jakie było Twoje wrażenie z pierwszego Zjazdu z Żółtowskimi?

Dowiedziałem się, że są inni Żółtowscy, spoza Popłacina, z których się wywodzę ja i moja siostra Basia. Rozmowom i opowiadaniom o rodzinie, o poszukiwaniu wspólnych przodków nie było końca.  Cieszyłem się  ze spotkania z wnukami Albina, brata mojego ojca Józefa, Rafała z Korycina i Michała z Warszawy z rodzinami. No cóż, radość, ciepło na sercu i taka duma, że jest nas tak dużo i możemy reaktywować Związek.

Proszę, abyś przybliżył nam historię swojej rodziny. Twoje własne korzenie?

Linia mojej rodziny wywodzi się z odnogi gostynińskiej. Prapradziadkiem był Wawrzyniec. Urodził się w 1820 r. Nadleśniczy w lasach rządowych w Chojenku w powiecie Gostynin. Pochowany w Popłacinie, parafii Radziwie. Mój ojciec Józef urodzony w 1902 roku w Popłacinie był szóstym dzieckiem Bazylego Żółtowskiego ur. w 1864  wójta gminy Radziwie.  Dziadkowie posiadali kilka włók ziemi we wsi Popłacin. Jako dziecko lubiłem tam jeździć. Siostry ojca,  zwłaszcza ciocia Leokadia, i wujek Edward, brat ojca dużo opowiadali o rodzinie. Cieszyli się ogromnym szacunkiem wśród  okolicznych mieszkańców. Los rzucił moich rodziców Eugenię i Józefa, młodych nauczycieli, do Sierakówka w powiecie gostynińskim. Rodzice byli bardzo zaangażowani w  działalność szkoły. W 1928 r. ówczesny dziedzic wsi Sierakówek Michał Wodzyński przekazał teren na potrzeby szkoły. Zawiązał się Komitet Budowy  Szkoły, w  skład którego oprócz wójta gminy Skrzany oraz okolicznych mieszkańców wszedł mój ojciec. W październiku 1929 r. odbyło się poświęcenie  nowej szkoły, a pierwszym kierownikiem pięcioklasowej szkoły powszechnej został tata. Był  inicjatorem powstania  pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego na terenie tejże szkoły. Pomnik był symbolem zwycięstwa Polaków nad bolszewikami. Powstał 24 czerwca 1931 r. Mama Eugenia osobiście wyhaftowała sztandar szkoły. W 1928 r. przyszło na świat ich pierwsze dziecko – Basia, a syn Jacek, czyli  w 1930 r. Ze wzruszeniem i nostalgią wspominam wczesne beztroskie dzieciństwo w Sierakówku. Okres rozkwitu szkoły i naszej  rodzinnej szczęśliwości przerwał czas wojny. Nauczyciele zostali aresztowani. Do rodziców przyjechali dawni ich uczniowie, których uczyli. Byli dziećmi dawnych kolonistów niemieckich w gminie Skrzany. Dali dwie godziny na ewakuację. Wywieźli nas do lasu w pobliże wsi Lisice. Okoliczni mieszkańcy znając rodziców, przyjęli ich na nocleg. Następnego dnia z tobołkami dotarliśmy do Gostynina, do ojca mojej matki, właściciela trzech domów. Ojciec konspiracyjnie działał w Armii Krajowej. Został aresztowany i wywieziony do obozu pracy na Rugię. Mamę w tym czasie  z małymi  dziećmi wysiedlili z Gostynina do Leśniewic. Tata wraz z innymi współwięźniami wykonywał niewolniczą pracę  w lesie przy wycince drzew. Składowano je w kolby,  następnie ładowano  na wagony i przewożono niemieckimi parowozami do Włocławka. Parowozy te obsługiwali  w części także polscy kolejarze, którzy niejednokrotnie działali konspiracyjnie. Przy pomocy działaczy podziemia udało mu się uciec w przebraniu  kolejarza niemieckiego. Transportem kolejowym jako  palacz w parowozie dotarł do okolic Chełma Lubelskiego  i tam dalej działał w konspiracji.  Dostał rozkaz wraz z sześcioma oficerami dotarcia do Rzeszowa. Awansował  na kapitana 10. dywizji AK. Przeszedł cały szlak bojowy: Rzeszów – Pragę Czeską – Wrocław, po Nysę Łużycką. Ranny w lewą nogę dotarł aż do przedmieść Berlina. Rosjanie nie pozwolili im dalej iść. Po wojnie reszta jednostki  wraz z ojcem osiadła w Jeleniej Górze. W grudniu 1945 r. tuż przed Świętami Bożego Narodzenia tata ściągnął nas do Jeleniej Góry. Łzom szczęścia  ze spotkania całej rodziny nie było końca.  Ojciec jako osiedleniec wojskowy dostał mieszkanie w Gryfowie na Śląsku. Poniemieckie miasteczko nie było zniszczone. Ściągnięto ze Wschodu osadników. Musieliśmy zorganizować  sobie życie od początku.

Dlaczego wybrałeś Łódź na miejsce zamieszkania? Przypadek czy przemyślana decyzja?

Przypadek, a także przemyślana decyzja rodziców. W Gryfowie nie było możliwości rozwoju. Rodzice dalej chcieli pracować w swoim zawodzie. Duże miasto dawało większe szanse kształcenia także nam dzieciom. Mama znalazła pracę w szkolnej bibliotece, natomiast tato ze względu na przynależność do AK  nie mógł podjąć pracy w swoim ukochanym zawodzie nauczyciela. Skończył kurs księgowości i pracował jako urzędnik w Zakładzie Transportowym.  W Jeleniej Górze chodziłem do gimnazjum. W Łodzi zdałem maturę i skończyłem Politechnikę Łódzką o specjalności technologia budowy samochodów i maszyn.

Proszę, opowiedz o swojej pracy zawodowej. Jak wspominasz tamte lata?

Jako młody inżynier dostałem przydział pracy do Starachowic. Nie chciałem wyjeżdżać z Łodzi i  opuścić  rodziców. Zresztą uważałem, iż  w większym mieście będę miał lepszy startw zawodzie. Chciałem dalej się uczyć. Udało mi się podjąć pracę w Fabryce Szlifierek w Łodzi na stanowisku szefa kontroli. Awansowałem cyklicznie co trzy laty. W tym czasie skończyłem  zaocznie Handel Zagraniczny. Uczyłem się języków obcych. Znam bardzo dobrze z literatury rosyjskiej techniczne zagadnienia. Także język niemiecki i angielski. Przydała mi się znajomość języków i handlu do współtworzenia Działu Technicznej Obsługi i Współpracy z Zagranicą. Byłem kierownikiem tego działu. Fabryka obrabiarek, specjalizująca się w projektowaniu i budowie szlifierek uniwersalnych i zadaniowych,  miała duże zapotrzebowanie nie tylko na rynku krajowym w przemyśle motoryzacyjnym i samochodowym. Potrzebne były dolary.  Zaczęliśmy wysyłać produkty na rynki zewnętrzne. W tym czasie oddelegowano mnie do pracy w Przedsiębiorstwie Handlu Zagranicznego Metaleksport”.  Byłem przedstawicielem handlowym i serwisu. Stąd moje częste wyjazdy za granicę. Przez pół roku pracowałem we Francji, a przez pięć lat we Włoszech, Szwecji i Pakistanie.

Lubiłem moją pracę i dzięki niej spełniłem się zawodowo. Przyniosła mi dużo satysfakcji i  osobistego rozwoju,  a także poznania dzięki wyjazdom zagranicznym, (co w tamtym czasie nie było łatwe), jakże odmiennego kolorowego Zachodu. Co z porównaniu z naszą szarością i pustkach w sklepach smuciło.  Cieszę się , że teraz mamy zupełnie inną rzeczywistość.

Twoje hobby, pasje?

Lotnictwo. Jestem pilotem szybowcowym. Przelatałem samodzielnie 15 godzin w powietrzu. Uwielbiam pływanie. Mam uprawnienia płetwonurka. Lubię motory i szybką na nich jazdę, a także samochody. Moją pasją jest zwiedzanie świata i podróżowanie po naszym pięknym kraju. Ciekawią mnie ludzie, a rozmowy z nimi  sprawiają dużo radości.    Interesuję się wojskowością. Mam tradycje rycerskie – moi przodkowie dziadkowie, stryjowie począwszy od powstań, wszyscy byli żołnierzami. Ja też mam stopień kapitana.

Z czego jesteś dumny?

Że przeżyłem ciekawie życie.  Mam oddanego i kochającego syna Bogdana. Jest pracownikiem dydaktycznym na Wydziale Fizyki Technicznej, Informatyki i Matematyki Stosowanej na Politechnice Łódzkiej w stopniu naukowym dr inż. Pełni tam także funkcje kierownicze. Synowa Anna jest znakomitym i niezmiernie oddanym pacjentom lekarzem. Kochana wnuczka Kasia jest tłumaczką,  mieszka i pracuje w Łodzi. Ma śliczną córkę Marię, a więc jestem szczęśliwym pradziadkiem.  Z żoną Barbarą łączy nas miłość i wiele wspólnych i ciekawych przeżyć. Wzajemnie się wspieramy i pocieszamy, gdy dokuczają nam choroby.

Dumny jestem z moich bliskich. Mieszkamy razem we wspólnym rodzinnym domu. Zawsze możemy na siebie liczyć i się wspierać. Wszyscy bardzo interesujemy się Związkiem Rodu Żółtowskich. Dzieci ze względu na napięte życie zawodowe nie mogą przyjeżdżać na spotkania, ale czasem wpadają z krótką wizytą.

Jakie masz marzenia?

Zdrowie moje i bliskich i by wszyscy wzajemnie się szanowali. Mam takie osobiste głębokie marzenie, by Związek nie malał, tylko się powiększał, a młodzi Żółtowscy bardziej angażowali  się we współpracy i kultywowali rodowe tradycje.

 

Dziękuję Ci za rozmowę i życzę wielu lat życia w zdrowiu i pogodzie ducha.

Z Jackiem z Łodzi rozmawiała ELA z KUTNA

  

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *