Wywiad ze Sławomirem ze Szczecina. Moje hobby, moja praca.

Sławku, czy pamiętasz pierwsze spotkanie Związku Rodu Żółtowskich?

Michał Żółtowski z Łodzi przysłał list do mojego ojca Mieczysława z prośbą o spotkanie i zaprosił nas do Skierniewic, do domu rodzinnego Zbigniewa. Pojechaliśmy z ojcem rozemocjonowani. Pamiętam, że przybyło ok. 30. Żółtowskich z różnych stron Polski. Wcześniej się nie znaliśmy. Zawsze myślałem, że Żółtowscy, to ja i mój ojciec, no i nasza bliska rodzina, czyli brat taty, stryj Roman i siostra ciocia Daniela z męża Winiarska, a także stryjeczni bracia Witek i Janusz. Gospodarz spotkania Zbigniew oraz Michał z Łodzi stworzyli niezwykle sympatyczną atmosferę. Posiadali dużą wiedzę na temat historii rodu i pochodzenia Żółtowskich, byli tak emocjonalni i prawdziwi, iż odniosłem wrażenie, jakbyśmy znali się od dawna. Atmosfera spotkania była od pierwszych chwil rodzinna i serdeczna. Można powiedzieć, że stanowiliśmy jedną rodzinę. Jestem dumny, że uczestniczyłem z ojcem w pierwszym Zjeździe Założycielskim Związku Rodu Żółtowskich, a było to 6 września 1992 roku. Zrobiliśmy wspólne zdjęcie uczestników zjazdu na schodach przed domem Zbigniewa i Natalii. Tata bardzo lubił przyjeżdżać na kolejne zjazdy, podobnie jak ja z rodziną. Nie byłem tylko na dwóch zjazdach, tzn. w Ciechocinku, kiedy miałem problemy zdrowotne z kręgosłupem. Leżałem prawie dwa miesiące. Była wtedy jednak moja żona Hania z dziećmi, Olą i Michałem oraz mój ojciec. Nie byliśmy też w ubiegłym roku na 27. zjeździe w Podlesicach na terenie Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Tak więc co roku przyjeżdżamy i cieszymy się ze spotkań z Żółtowskimi. Nawiązaliśmy wiele serdecznych przyjaźni. Data zjazdu też nam odpowiada. Wystarczy wziąć tylko jeden dzień urlopu. Od lat wszyscy wiedzą, że w okolicach Bożego Ciała nie ma mnie w pracy.

Kiedy spotykamy się na kolejnych zjazdach, widzę Cię zawsze uśmiechniętego i z humorem. Co jest powodem Twojego zadowolenia?

Zawsze byłem uśmiechnięty. Zapewne mam to po mamie i także po ojcu. Mamie towarzyszyły zawsze uśmiech i optymizm. Nie roztrząsała na drobne każdego problemu. Dowcipem i dobrym humorem potrafiła rozładować każdą trudną sytuację. Powtarzała: ”Naprzód i do pracy”. Moja żona i dzieci też są pełne optymizmu i uśmiechu na co dzień. W naszej rodzinie dobrze się układa i to jest zapewne powód do radości. Lubimy się uśmiechać pomimo różnych problemów, które zapewne każdemu z nas czasem towarzyszą.

Proszę, przybliż nam historię Twojej rodziny. Dlaczego Szczecin?

Urodziłem się w Płocku. Rodzina pochodzi z Mazowsza. Tata Mieczysław wywodzi się z miejscowości Stara Biała, a mama pochodzi z pobliskiej miejscowości Stare Draganie.
Tata bardzo pragnął być lekarzem, ale były to lata pięćdziesiąte, więc na medycynę nie było łatwo się dostać. Po ukończeniu liceum podjął pracę w szkole podstawowej, gdzie uczył matematyki. Nie porzucił jednak marzenia o studiach medycznych. Rozpoczął staże w różnych szpitalach, żeby zdobyć punkty i dostać się na upragnione studia. Pracował w Orzyszu, Kamieniu Pomorskim i w końcu trafił do Szczecina. I tutaj właśnie podjął studia. Mama ukończyła szkołę dla laborantek. Podczas gdy rodzice uczyli się, ja mieszkałem u dziadków – rodziców mojego ojca w Starej Białej. Okres ten wspominam bardzo miło. Dziadkowie mnie rozpieszczali. Po powrocie do Szczecina zajmowała się mną opiekunka. Do szkoły podstawowej poszedłem rok wcześniej, czyli w wieku sześciu lat. Często się przeprowadzaliśmy. Mieszkaliśmy w różnych dzielnicach Szczecina i już na trwałe pozostaliśmy w nim. Tato, dr nauk medycznych, stał się cenionym lekarzem. Przez długie lata był ordynatorem oddziału położniczo-ginekologicznego w Szpitalu Kolejowym, inspektorem ds. położnictwa i ginekologii Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia, specjalistą wojewódzkim ds. położnictwa i ginekologii. Odznaczony został m.in. Złotym Krzyżem Zasługi, odznaką Gryfa Pomorskiego i odznaką „Za wzorową pracę w służbie zdrowia”.

Jakie wspomnienia wyniosłeś z rodzinnego domu i jakie wartości przeniosłeś do Twojego domu?

Ojciec pochłonięty był podobnie jak ja, pracą. Właściwie praca to dla nas jednocześnie hobby. Tata zawsze powtarzał, że wszystko, czego się podejmujemy należy wykonywać z należytą starannością, czyli „Słowo droższe od pieniędzy”. I ja te zasady stosuję i także powtarzam to moim młodszym kolegom. Np. nie lubię się spóźniać. Po prostu źle się z tym czuję.

Wykonujesz bardzo prestiżowy i odpowiedzialny zawód. Jesteś doktorem nauk medycznych ze specjalizacją położnictwa i ginekologii oraz onkologii ginekologicznej. Proszę opowiedz nam o swojej pracy?

Wyjeżdżam do pracy o godzinie siódmej. Wracam do domu na kolację. Jak mówi mój kolega, pracuję osiem godzin, tj. od ósmej do ósmej. Pracuję w Szczecińskim Szpitalu Klinicznym Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego i w prywatnych gabinetach w Szczecinie oraz w Kamieniu Pomorskim. Osiem lat temu zrobiłem specjalizację z onkologii ginekologicznej. Wykonuję specjalistyczne i skomplikowane zabiegi operacyjne kobietom z nowotworami. Czasami nad stołem operacyjnym stoi się kilka godzin. Nie będę ukrywał, że takie zabiegi wymagają kilku lat pracy w zawodzie i dużego doświadczenia.
Może nie byłoby potrzeby przeprowadzania takich długich i skomplikowanych operacji, gdyby kobiety częściej się badały. Często zdarza się, że przychodzą do lekarza w zaawansowanej chorobie nowotworowej. Guz osiąga ponad 20 centymetrów i pomimo, że jest usunięty, to pacjentka czuje się coraz gorzej. Rodzina ma wtedy pretensje do lekarzy, bo uważa, że chora trafiła do szpitala jeszcze w dość dobrym stanie. We wczesnym stadium zdiagnozowania nowotworu jesteśmy w stanie z dużym prawdopodobieństwem wydłużyć życie o kilkanaście lat. Od lat prowadzone są bezpłatne badania mammograficzne i cytologiczne. Według danych statystycznych badania cytologiczne w programie ministerialnym wykonało od 8 do 20 procent kobiet w całej Polsce, to oznacza, jak niewielki odsetek kobiet skorzystała z badań. Nie wszystkie o siebie dbają. Popieram postawę osób znanych mówiących o zdrowiu lub swoich chorobach. Poprzez nagłośnienie swojej choroby nowotworowej, wywołują wzrastanie świadomości w społeczeństwie o konieczności przeprowadzania profilaktycznych badań. Także choroba koleżanki, bądź kogoś w rodzinie może być impulsem dla pozostałych do wybrania się na kontrolne badania.

Czy kobiety są coraz bardziej świadome, aby nie bać się odwiedzić ginekologa czy wybrać się na profilaktyczne badania piersi i cytologię?

Wspomniałem już o dobrej roli celebrytów. Świadomość wśród kobiet jest, bo jest powszechny dostęp do Internetu. Nie ma jednak w nas nawyku nauki i poszerzenia wiedzy. Cieszymy się, że wykonało badania 20% kobiet, ale 80% kobiet badaniami nie jest zainteresowanych. Chociażby jadąc na zjazd, widzę na domach kilka anten satelitarnych. Może gdyby telewizja w serialach poruszała temat badania piersi i cytologii, to może wzrosłaby świadomość kobiet. Rak jest mordercą i trzeba z nim walczyć. Na razie jako społeczeństwo z nim przegrywamy. My lubimy sensacje. Pojawiają się różni szarlatani, którzy wykorzystują naiwność i bezradność ludzi. Wymyślają proste leczenie ziołami i witaminą C pod tytułem „Czego Ci lekarz nie powie na temat Twojego zdrowia”. Wiadomo, że lekarz w gabinecie na NFZ ma dla pacjenta tylko 15 minut i długą listę oczekujących w kolejce. W Niemczech ma 45 minut i może dokładnie pacjenta zdiagnozować, a także odpowiedzieć na wszystkie zadawane pytania. Trochę lepiej jest u nas w gabinetach prywatnych, gdzie czas poświęcony pacjentowi jest dłuższy. Z kolei dla zobrazowania problemu wyobraźmy sobie, że gdyby zlikwidowano gabinety prywatne, to czas oczekiwania pacjenta przyjmowanego na NFZ wydłużyłby się do 5-10 lat.

Systematyczne badania profilaktyczne są koniecznością, to zapewnia nam kobietom długie życie w dobrym zdrowiu.

To tak jak z przeglądem samochodu, który mamy obowiązek dokonywać regularnie. Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje badania cytologiczne raz na trzy lata. Jest to za długi okres. My nie mamy pewności, że przez okres trzech lat nie zajdą jakieś zmiany. Polecam także wykonanie cytologii przynajmniej raz w roku w gabinecie prywatnym. Rozumiem, że każda wizyta u lekarza jest stresująca, a zwłaszcza oczekiwanie w kolejce i później na wynik badania. Miałem pacjentkę, która tak się zestresowała, że zapomniała nawet swojego adresu. No, ale trzeba jakoś przełamać strach i robić regularnie badania. Dotyczy to także profilaktyki piersi, powinno się je wykonywać co roku. Zaleca się tzw. samobadanie piersi pod prysznicem, najlepiej po każdej miesiączce. Do 40. roku życia powinno się wykonywać badania USG piersi, a po czterdziestce mammograficzne. Jeśli wystąpią jakieś wątpliwości, to kieruję pacjentkę na badania uzupełniające, czyli na wykonanie rezonansu magnetycznego. To daje nam poczucie spokoju o stan zdrowia. Powinniśmy mieć też na uwadze, czy któraś z kobiet z najbliższej rodziny chorowała na raka. I wreszcie należy pamiętać, iż wcześnie wykryty rak daje szansę na wyleczenie. Mój zawód opiera się na dużym zaufaniu pacjentek. Kobieta, która raz zrazi się do odwiedzenia gabinetu ginekologicznego, to później trudno jej będzie przełamać niechęć czy lęk. Zatem musi istnieć zaufanie pomiędzy pacjentką a lekarzem.

Czy wyobrażasz sobie wykonywanie innego zawód?

Osiągałem w liceum bardzo dobre wyniki w sporcie. Mogłem bez egzaminu dostać się na Akademię Wychowania Fizycznego. Pół roku przed maturą ojciec przeprowadził ze mną poważną rozmowę, argumentując, że po Akademii Wychowania Fizycznego mogę być instruktorem sportu lub trenerem. Jak trafi się jakiś talent sportowy i zostanie gwiazdą, to raczej rzadko pamięta się o pierwszym trenerze. Tak więc tata ostatecznie przekonał mnie do zdawania na medycynę. Zostało jednak mało czasu. Pół roku do matury, a ja właściwie tak średnio byłem przygotowany do egzaminów na studia medyczne. Lubiłem biologię i fizykę, ale chemię niekoniecznie. Egzaminy na medycynę zdałem i zostałem studentem wydziału lekarskiego w 1975 roku. Studia medyczne nauczyły mnie systematyczności w pogłębianiu wiedzy. Miałem spore zaległości w liceum ze względu na nieobecności spowodowane udziałem w zajęciach i zawodach sportowych. Sporo mnie kosztowała nauka anatomii, a moja pani profesor nie stosowała taryfy ulgowej. Nauczyłem się uczyć i tak już zostało. Zapisałem się w 1976 roku do kółka ginekologicznego i chodziłem na dyżury w szpitalu w którym następnie podjąłem pracę. To moje dyżurowanie trwa już 43 lata. Pół roku po skończeniu studiów czekałem na etat. 1 kwietnia 1982 roku zostałem przyjęty na Oddział Ginekologii Operacyjnej PAM w Szpitalu Klinicznym. Jako stażysta miałem już jakieś doświadczenie, należąc wcześniej do kółka ginekologicznego. Nie lubię pracy biurowej, ale na pewno wyspecjalizowałem się w wykonywaniu zabiegów operacyjnych. Umiem i lubię to robić. Nie wyobrażam sobie wykonywania innego zawodu.

W Internecie przeczytałam same dobre opinie o doktorze Sławomirze Żółtowskim.

Nie czytam opinii na mój temat w Internecie. Wiem, że można każdego opluć. Trudno się obronić, choć już są przepisy i lekarze wygrywają procesy sądowe dotyczące fałszywych oskarżeń. Pacjentki trafiają do mnie najczęściej poprzez opinie przekazywane drogą pantoflową, a to jakaś koleżanka poleciła, a to babcia lub mama chodziła do mojego ojca. Jeżeli wykonuje się pracę z należytą starannością, to procentuje dobrym zdrowiem pacjentek i satysfakcją z wykonywanej pracy.

Nowocześnie wyposażony gabinet sprzyja komfortowi pracy?

Oczywiście, że tak. Za technologią trudno nadążyć. Byłem u dr Płazo w Belgii i on co trzy lata wymienia sprzęt w swoim gabinecie. Tam jednak dostają kredyt z oprocentowaniem 0,9 lub 1%, a u nas można uzyskać 10% kredyt. Jest różnica? Moje gabinety mają nowoczesny sprzęt i to sprzyja dobremu zdiagnozowaniu każdej pacjentki. W urządzaniu gabinetów, by miały przyjazny kobiecy styl, pomogły mi moje dziewczyny: Hania i Ola. Po wizycie w Belgii miałem pewną wizję, jak powinien wyglądać nowoczesny gabinet. Na pewno musi być przestronny i schludny, żeby pacjentka czuła się komfortowo.

Sławku, czy możesz opowiedzieć o swojej najbliższej rodzinie?

Moi najbliżsi, to: Hania, moja żona, oraz dwoje dzieci, Aleksandra i Michał. Ola skończyła szkołę podstawową , liceum i studia w Szczecinie. Założyła przedszkole i z sukcesem prowadziła je przez kilka lat. Aktualnie mieszka w Poznaniu. Pracuje w firmie „Arvato”, w dziale personalnym.
Michał, podobnie jak Ola, wszystkie szczeble edukacji przeszedł w Szczecinie. Na Uniwersytecie Szczecińskim ukończył Instytut Kultury Fizycznej. Założył firmę Happy Travel, która organizuje dla dzieci i młodzieży półkolonie, zimowiska, obozy wakacyjne i zielone szkoły. Firma współpracuje z wieloma szkołami, organizacjami. Jest lokalnym patriotą i jak mówi, Szczecina nie opuści. Michał założył rodzinę. Ożenił się z koleżanką z Roku, Oliwią. Mają dwoje dzieci, czteroletniego Leona i dwuletnią Barbarę. Hania moja żona była położną. W okresie, gdy ja przygotowywałem się do swoich egzaminów i obrony doktoratu, Hania zajmowała się dziećmi. Pracowała w Szkole Położnych w Szczecinie. Przeszła wszystkie szczeble awansu, a zakończyła na stanowisku dyrektora szkoły. Od niedawna jest na emeryturze, ale nadal jest aktywna zawodowo i wykłada w kilku uczelniach na studiach zaocznych. Pomaga mi logistycznie w prowadzeniu gabinetów.

Jakim jesteś dziadkiem dla swoich wnucząt?

Dziadek powinien być dziadkowy. Dzieci lubią do nas przyjeżdżać. Jak wyciągamy ręce do naszych wnuków, do mnie pierwsza przytula się Basia, a do Hani Leoś. Nie wiem, być może to kwestia przyciągania płci? Jesteśmy weekendowymi dziadkami i pomagamy naszym dzieciom. Michał jest ciągle w rozjazdach, Oliwia podjęła drugi kierunek studiów. Jest na III roku rehabilitacji. Wnuki mają gdzie się u nas wybiegać.

Czy masz czas na hobby, bo że jest to praca, to już wiem?

Tak, moje hobby to moja praca. Ale tak na poważnie, to wieczorem lubimy z żoną filmy i książki. Jestem fanem jazdy na motorze, ale już od dwóch lat nie jeżdżę, z czego cieszy się Hania. Mój motor stoi w garażu. Uwielbiam czytać. Nie ma wieczoru, żebym nie przeczytał choć kilku stron książki. Słucham też dużo książek (audiobooków) w samochodzie, gdy dojeżdżam do pracy lub gabinetu. One przenoszą mnie w inny świat. Najczęściej czytam kryminały. Nie są to książki filozoficzne, lecz one mnie w jakiś sposób odstresowują. Z polskich autorów czytałem Chmielewską, Mroza, Bondę, Krajewskiego. Najwięcej jednak czytam kryminałów zagranicznych autorów. Lubimy z żoną podróżować. Trochę tych wyjazdów było. Mam nadzieję, że jeszcze wszystko przed nami. Moją pasją jest też jazda na nartach. Co roku wyjeżdżamy z Hanią do Austrii. Przejechaliśmy właściwie już całą Austrię, tym bardziej, że jeździmy tam już 25 lat. Ostatnimi laty dołączyły do nas wnuki. Cieszymy się, że Leon w wieku 3,5 lat zjechał z góry na nartach, co prawda trzymany na szelkach. Czekamy teraz na debiut Basi. Może zmienię proporcję pracy. Zweryfikuję ilość godzin, będzie więcej wypoczynku.

Jakich słów nie lubisz?

„Nie można”, „nie da się”, nie lubię smerfa marudy. Trochę to przeczy mojej tezie „nie da się”, gdy robiąc studia podyplomowe w Zachodniopomorskiej Szkole Biznesu z Zarządzania w Służbie Zdrowia, ukończyłem ją, lecz nie pisząc pracy dyplomowej, nie zdobyłem dyplomu. Po prostu zabrakło mi czasu, gdyż praca była najważniejsza. Do dziś tego żałuję. Być może otworzę jeszcze jedną specjalizację z seksuologii. Mniejszy wysiłek fizyczny, a więcej porad i rozmowy.

Lubisz swoje miejsce na ziemi, Szczecin?

Szczecin jest pięknym portowym miastem. Odbywają się tutaj żeglarskie święta. Dużo zieleni i zabytków: Wały Chrobrego, to symbol Szczecina, Muzeum Narodowe, Katedra pw. św. Jakuba, Stare Miasto, Brama Portowa. Jest mnóstwo parków miejskich, a okolice Szczecina obfitują w piękne lasy, jeziora, rzeki i mokradła. Lubię Szczecin. Jestem domatorem i najpiękniejszym dla mnie miejscem jest mój dom.

Z czego jesteś dumny ?

Że mam fajną rodzinę i pracę.

Czego ci wobec tego życzyć?

Zdrowia. Tego się nie kupi.

Dziękuję bardzo za tak ciekawą rozmowę. Życzę Tobie i Twoim bliskim zdrowia i realizacji swoich celów.

                                                             ELŻBIETA z Kutna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.