Obrazki z polskiej wsi. Wakacje na wsi Siedliska-Bogusz

Wczasy odgrywają u większości ludzi szczególną rolę, ponieważ dają okazję do poznawania nowych ludzi, nieznanych dzielnic i do oddawania się zajęciom, na które w ciągu roku nie znajdowali czasu. Pracując w szkole, miałem dwa miesiące wakacji. W lipcu 1964 r, znalazłem się w wyjątkowo malowniczej, dużej gospodarskiej wsi dawnego zaboru austriackiego, niedaleko od Jasła. Historyczna przeszłość wycisnęła piętno na ziemiach polskich, pozostawiając ślady państw zaborczych. Dziwną drogą trafiłem raz do miejscowości o nazwie Siedliska-Bogusz, która leży w dolinie nad małą rzeczką i składa się z dwóch złączonych ze sobą wiosek. Namówiła mnie na to p. Munkowa, żona znanego filmowego reżysera. Kiedyś pod wodzą swego profesora socjologii z zespołem kolegów przebywała tam, by prowadzić wywiady z ludnością na temat Jakuba Szeli, rodem z Siedlisk. Zamiarem profesora było doprowadzenie do zbiorowego opracowania gloryfikującego krwawego wodza „rabacji”. Akcja ta spełzła na niczym, gdyż okazało się, że dzisiejsi mieszkańcy wsi nie są dumni, lecz raczej wstydzą się dawnego legendarnego prowodyra. W rodzinie Wójcików, do której skierowała mnie p. Munkowa, żyła jeszcze babka, która go pamiętała. Nie będąc pewnym nastawienia rodziny, wolałem nie poruszać trudnego tematu, póki nie poznam świadectwa o Szeli, jakie pozostawiła babka. Do tej sprawy wrócę na końcu mego opowiadania.

Miałem natomiast okazję zetknąć się bliżej z życiem wsi. Pan Wójcik był sołtysem, żona jego pracowała w urzędzie gminnym, a jej siostra w wiejskim sklepie. Dwóch synów chodziło do szkoły, była też czteroletnia córka, toteż tematów do rozmowy nigdy nie brakowało. Do sołtysa przychodzili ludzie z różnymi sprawami. Z rana ktoś wstąpił z wiadomością, że podczas pracy w polu koń kopnął w głowę jednego z sąsiadów i stan jego jest poważny. Wkrótce cała wieś o tym wiedziała i widziałem, jak przejmowano się tym nieszczęściem. Od pani domu dowiedziałem się, że dopiero co odbył się pogrzeb dziewczynki zabitej przez piorun. Zgodnie z ludowym obyczajem próbowano ją ratować, zakopując w ziemi, lecz i to nic nie pomogło.
Potem rozmowa zeszła na niedawno ukończoną elektryfikację wsi. Kosztowała poszczególnych gospodarzy niemało pieniędzy, lecz przyniosła wielkie korzyści. Chroniła przed częstym na wsi zaprószeniem ognia w budynkach gospodarczych, zapewniała lepsze oświetlenie w domu, napęd elektryczny do sieczkarni itd. ,,Ale – jak mówiła gospodyni – przysłano do tej pracy dwóch obcych ludzi, którzy zadanie wykonali, ale pozostawili po sobie dwoje nieślubnych dzieci. Gdyby zaangażowano elektryków pochodzących z Siedlisk, nie byłoby to się zdarzyło”. – Z każdą godziną dowiadywałem się czegoś nowego i czułem bijące tętno tej społeczności wiejskiej.
Upłynęło kilka dni i pani domu przyniosła mi ciekawą wiadomość. W rannych godzinach miało się odbyć wesele jakiejś młodej pary zamieszkałej w odległej wsi leżącej na skraju parafii i daleko od uczęszczanych szlaków. Radziła pójść pod kościół i popatrzeć, gdyż zapowiadała się niecodzienna uroczystość. Wziąłem szkicownik i składane krzesełko, po czym usadowiłem się niedaleko kościoła. Stało już tam jedenaście furmanek bogato przystrojonych i zaprzężonych w dobre konie. Na chomątach umieszczono różne ozdoby. Ani się spostrzegłem, gdy zjawił się przy mnie milicjant, ,,Kim pan jest i co pan tu robi?” zapytał. Musiałem się wylegitymować, a on skrzętnie notował wszystkie moje dane. No bo cóż? Nieznajomy człowiek, który rysuje, jest prawdopodobnie szpiegiem, agentem obcego wywiadu. Byłem wściekły, ale nie było rady. Sprawa zresztą nie miała dalszych skutków. Słyszałem, że mój dawny nauczyciel rysunku w szkole, Władysław Dołżycki, rektor Akademii Sztuk Plastycznych, przesiedział trzy dni w areszcie za to, że malował z daleka Wrocław.
Tymczasem wyszła z kościoła młoda para i wsiadła do ustrojonej furmanki. Pozostałe wozy ustawiły się w długi sznur i wszyscy ruszyli z miejsca, Nie ujechali więcej niż pięćdziesiąt metrów, gdy znowu wszystko stanęło. Zgodnie ze starym obyczajem toczono pertraktacje z towarzyszącą im orkiestrą i dopiero, gdy „bryka” ostro zagrała, zastęp furmanek puścił się w drogę.
Okazało się, iż długie pertraktacje z orkiestrą i uzgodnienie ceny należy do dawnych zwyczajów, które zatarły się w obecnych czasach.
Od opisywanego pobytu w 1964 r. upłynęło 25 Lat, gdy otrzymałem nagle zaproszenie na odwiedzenie rodziny Wójcików, od ich córki Marysi, którą pamiętałem jako czteroletnią dziewczynkę. Ona mnie jednak nie zapomniała, i prosiła o przyjazd w imieniu swoim i matki. W ciągu ćwierćwiecza wiele się w rodzinie zmieniło. Ojciec wyjechał do Ameryki za lepszym zarobkiem, bracia pożenili się i pracowali w Dębicy. Marysia była nauczycielką. Matka, osoba o pełnej przytomności umysłu, przyjęła mnie z wielką gościnnością. Dzięki temu pozostałem w Siedliskach całe trzy dni. Chcąc przypomnieć sobie dobrze mi znane widoki, doszedłem raz do końca wsi. Stał tam dom ładnie położony na wzniesieniu. Gdy mu się przypatrywałem dłużej, zobaczyłem przy samym domu gromadkę dzieci, przyglądających mi się z ciekawością. Po chwili ruszyły ku mnie biegiem i zaczęły opowiadać, że ich rodzice od razu mnie rozpoznali. ,,To jest ten sam pan, który malował”. Po tylu latach zachowała się pamięć o przybyszu, który zainteresował się ich wioską.
Jakże to porównać z postawą ludności miast gdzie napotkany przechodzień w ogóle się nie liczy.
Poruszę jeszcze temat Jakuba Szeli, bo przecież dzięki tej legendarnej postaci znalazłem się w jego rodzinnej wsi. Kiedyś pani Wójcikowa zaczęła mi o nim opowiadać i od razu mogłem wywnioskować, jakie wspomnienie o tym człowieku zachowało się w miejscowej tradycji. ,,Co można powiedzieć dobrego o Szeli – zaczęła – skoro za zorganizowanie tych wydarzeń otrzymał w nagrodę od austriackiego rządu majątek na Bukowinie”.
Te słowa wyrażały niemal wszystko, co najważniejsze. – ,,Ale – ciągnęła dalej p. Wójcikowa – pan powinien zobaczyć miejsce, gdzie stał jego dom”. Poszedłem i zobaczyłem otoczony niziutkim żywopłotem placyk pozostały po rozebranym domu. Natomiast na cmentarzu parafialnym we wsi Bogusz odnalazłem bez trudu groby pomordowanych ziemian. Źródła podają ogólną liczbę ofiar rabacji – około 1000 osób – w tym także kobiet, dzieci i oficjalistów pracujących w majątkach.
Problem właściwego załatwienia sprawy pańszczyzny od dawna drążył sumienia polskiej szlachty, a potem ziemiaństwa. W sejmie Królestwa Kongresowego paru posłów wniosło go na porządek dzienny. Za przykład może służyć fakt, że dwaj posłowie: bracia Antoni i Władysław Ostrowscy w swoich dobrach znieśli pańszczyznę. W Wielkopolsce w latach 1820-1840 zrobili to Niemcy. W Galicji garść ziemian z Kornelem Krzeczunowiczem oraz z ziemianinem Franciszkiem Trzecieskim, posłami do Sejmu Galicyjskiego, opracowała projekt oczynszowania wsi i złożyła pismo w tej sprawie do kanclerza Metternicha, wielkiego wroga Polaków. Było to w 1842 r. Nic z tego nie wyszło, gdyż kanclerz szukał właśnie drogi, by zniszczyć warstwę ziemiańską, skłonną do walk o niepodległość. Zamiast oczynszowania wymyślił „rzeź galicyjską”. Odsłonięcie szczegółów przeszłości i nastrojów ludności w obecnych Siedliskach utrąciły pomysł nakręcenia filmu o Jakubie Szeli.
Nie był to jedyny raz, kiedy Polska Partia Robotnicza chciała opracować bohaterski film o buntowniczym ruchu polskich chłopów. Dwieście lat wcześniej, bo w roku 165l, na Podkarpaciu doszło do podobnych zajść pod wodzą Aleksandra Kostka-Napierskiego, Musiano użyć sił zbrojnych, by zaradzić rozmiarom tego buntu, a przywódcę stracono. Dopiero gdy w XX w. historycy zaczęli badać źródła tej sprawy i okazało się, że Kostka Napierski był agentem Szwecji przygotowującej inwazję na Polskę w 1955 r. Wyjaśnienie tych okoliczności zniechęciło autorów sensacyjnego filmu.
Po raz trzeci państwo zaborcze – carska Rosja – nie dopuściła do zniesienia pańszczyzny edyktem Rządu Powstańczego w 1863 r., w chwili wybuchu Powstania Styczniowego. Dopiero w dwa lata później rząd carski sam wystąpił jako dobrodziej polskiej ludności wiejskiej, ogłaszając to jako obowiązującą uchwałę.
Historycy wiedzą, że rząd austriacki przed rozpoczęciem „rabacji” zadbał, by wszystkie wiejskie karczmy były dobrze zaopatrzone w alkohol. Wiadomo też, że tłumy mordujących były pijane. Po zakończeniu rabacji oo. Jezuici na szeroką skalę podjęli misje ludowe w okolicach najbardziej zaangażowanych w mordowanie dziedziców pod wpływem ich nauk nastroje się zmieniły, ludzie tłumnie szli do spowiedzi, w kościele głośno wyrażali swój ból i rozpacz z powodu, iż dali się porwać prymitywnym instynktom. Gdy jednak misjonarze zachęcali do składania ślubu niepicia wódki do końca życia, znowu wtrącił się rząd austriacki, zabraniając Jezuitom prowadzenia księgi abstynentów.

                                        MICHAŁ ŻÓŁTOWSKI z Lasek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.