Wywiad z Kicią ze Szczęsnego

Dlaczego Kicia?

Mam na imię Krystyna. Przydomek Kicia przylgnął do mnie już w pierwszym roku życia. Osobą która zmieniła mi imię była Pani Helena Nawrot, żona i impresario sławnego dyrygenta. Mieszkaliśmy wtedy w Warszawie, a moja Mama w czasie okupacji jakiś czas mieszkała u niej. Wołała na mnie kitten – kocię, koteczek, czyli kicia i tak już zostało. Wielokrotnie próbowałam „zlikwidować Kicię” w szkole, na studiach, w różnych środowiskach, ale niestety zawsze wokół mnie było mnóstwo Krystyn i Kicia przebijała się jako wyróżnik. Pogodziłam się więc z losem i nawet zaczęłam tak podpisywać prywatną korespondencję – co robię do dziś.

Kiciu, wyszłaś za mąż za Macieja Żółtowskiego, który zmarł w 1993r. Proszę, opowiedz o Nim i jego rodzinie.

Maćka Żółtowskiego poznałam na studiach w olsztyńskiej WSR (Wyższa Szkoła Rolnicza). Na pierwszy rzut oka robił wrażenie zarozumiałego i bezczelnego chłopaka – dla mnie zupełnie nieciekawy typ. Przypadek zrządził, że „wykruszyli” się nasi partnerzy na obowiązkowych ćwiczeniach i Maćka przydzielono do mnie na mikrobiologii, a mnie do grupy Maćka na maszynoznawstwie. Okazało się, że wbrew pozorom współpraca układa się nam doskonale. Zainteresowania nasze się uzupełniają, a w wiedzy potrafimy się wspierać. Zaczęliśmy też wspólnie pracować w Spółdzielni Studenckiej „Żaczek”. Mycie okien wystawowych, dekoracje wystaw, sprzątanie po remontach sklepów, malowanie i stawianie reklam na szosach wylotowych z miasta itp. Maciek mieszkał w akademiku w miasteczku studenckim w Kortowie, a ja z mamą w jej służbowym mieszkaniu w Banku Inwestycyjnym w centrum Olsztyna. Do Kortowa, gdzie mieściła się moja uczelnia jeździłam trolejbusem. Co niedzielę przyjeżdżał Maciek i razem szliśmy na 10-tą do olsztyńskiej Katedry na mszę akademicką. Tam też w marcu 1964r. wzięliśmy ślub. Studia się kończyły, a my nie chcieliśmy się rozstawać. Nasze rodziny okazały się pod względem pochodzenia, wyznania i poglądów podobne. Obie doznały wielu cierpień ze strony okupanta niemieckiego. Ojciec i Dziadek Maćka przeżyli obóz w Mauthausen, wyzwolony przez Amerykanów, którzy namawiali ich aby osiedlili się w Europie Zachodniej lub w USA. Mieli obywatelstwo amerykańskie, Ojciec Maćka szkołę podstawową ukończył w USA. Odmówili jednak i wrócili do swych żon i dzieci do Polski. Natychmiast po powrocie zostali aresztowani przez UB jako „faszyści” i jakiś czas przesiedzieli w „ubeckiej piwnicy”. By uniknąć podobnych incydentów wyprowadzili się z pod płockiego Bodzanowa do Pasłęka na Warmii na tzw. ziemie odzyskane. Mój Ojciec po ucieczce z obozu jenieckiego umarł w 1942r. w warszawskim szpitalu Dzieciątka Jezus z powodu kompletnego wycieńczenia i nabytych w obozie chorób. Matka zaś ledwo przeżyła niemieckie gestapowskie więzienie (Warszawa i Łódź). Ja jako trzy letnie dziecko przez pół roku tułałam się po krewnych i znajomych i też byłam poszukiwana. Babcia i sześć ciotek, jako więźniowie polityczni trafiły na dwa lata do obozu w Stutthofie (odwet za Powstanie Wielkopolskie).
Po ślubie z Maćkiem przez pięć lat mieszkaliśmy z moją Mamą i Ciocią. Trzy lata po ślubie urodził się Wojtek – nasz najstarszy synek i dopiero gdy miał dwa latka, zdołaliśmy się wyprowadzić do nowego domu. Oboje pracowaliśmy w instytucjach branży spożywczej – zgodnie z naszą specjalnością zawodową. Zarabialiśmy nieźle, jednak na mieszkanie służbowe w Olsztynie nie mieliśmy żadnych szans, a system pracy – tydzień w terenie, niedziela w domu, zupełnie nam nie odpowiadał. O żadnym wstąpieniu do partii rządzącej nie było mowy, takie propozycje odrzucaliśmy bezwzględnie. Pozostało nam jedynie zbudowanie własnego domu. Aby szybko zarobić odpowiednią kwotę niezbędną do uzyskania kredytu bankowego, zaczęliśmy od pod olsztyńskiej gminy dzierżawić ziemię i uprawiać warzywa – głównie kapustę. Olsztyńska Spółdzielnia Ogrodnicza chętnie kontraktowała większe ilości i po odbiór towaru z pola przysyłała własny transport. To nas urządzało. Do zbiorów zatrudnialiśmy różne osoby, a także studentów z „Żaczka”. Praca była ciężka, ale efekty niezłe. I tak w 1969 r. wprowadziliśmy się do nowego domu w Olsztynie na osiedlu Rybaki. Od północy osłaniał nas las miejski, w pobliżu piękne Jezioro Długie, kompleks sklepów, przedszkole, szkoła podstawowa i niewielki ośrodek zdrowia. Niedaleko dwa technika ekonomiczne i elektryczne, a duże Jezioro Ukiel z wieloma klubami żeglarskimi. Zdawało się, że miejsce wprost wymarzone dla rodziny z dziećmi. Jednak mieszkaliśmy tam tylko trzy lata. Dzierżawione pola nadal funkcjonowały. Maciek przez regularne nawożenie doprowadził je do wysokiego plonowania, lecz nie mógł ich kupić, bo był tzw. „rolnikiem z Marszałkowskiej” i zakupili je najbliżsi gospodarze. Zaczęliśmy więc rozglądać się za jakimś małym gospodarstwem położonym w pobliżu.
Wkrótce trafiło się takie w Szczęsnem – wsi graniczącej z Olsztynem. Starszy wiekiem rolnik, który miał czterech synów pracujących w Stoczni Gdańskiej, przeprowadził się do nich, a siedmiohektarowe gospodarstwo sprzedał nam. Notariusz oczywiście zażądał udokumentowania naszej wiedzy rolniczej – pokazaliśmy dyplomy WSR w Olsztynie i choć z innego wydziału, okazały się wystarczające. I tak to się zaczęło! W 1971r. w maju urodził się nam drugi synek Piotruś. Gdy miał półtora roku sprzedaliśmy dom w Olsztynie i przeprowadziliśmy się do nowego domu w Szczęsnem. Przed przeprowadzką powstały dwie szklarnie typu holenderskiego po 600 m2 i mnożarka. Zaczęła się dla nas „dekada koniunktury”. Maciek sprowadził swoje ukochane konie sportowe, bryki, sanie itp. Wyposażył się w jachty i inne łodzie, zbudował piękny dom letniskowy nad Jeziorem Pluszne tak, że oprócz ciężkiej pracy był też sport i rozrywka. Urlopy spędzaliśmy z Orbisem za granicą. W 1980r. Pojechaliśmy do Rosji, żeby pokazać dzieciom Olimpiadę w 1983r. polecieliśmy na Kubę. Powstały też dwie następne szklarnie i dokupiliśmy ziemię do 65 ha. Niestety 40 ha w odległości około 30 km – bliżej wszystko pochłaniał PGR. W 1984r. urodził się Adaś, nasze najmłodsze dziecko (córeczki się nie doczekałam). Teraz mam za to cztery wnuczki i tylko dwóch wnuków. Nasi synowie od najmłodszych lat brali udział w naszych pracach w gospodarstwie i w domu oraz w sporcie, który był pasją Maćka i moją (jazda konna, żeglarstwo). Myślę, że dzięki temu są życiowo zaradni, wiele potrafią zrobić samodzielnie, mają patenty żeglarskie, jeżdżą konno itp. Tak jak my wszyscy ukończyli naszą olsztyńską Alma Mater. My – Wyższą Szkołę Rolniczą, Wojtek i Piotr – Akademię Rolniczo-Techniczną, a Adaś – Uniwersytet Warmińsko–Mazurski w Olsztynie.

Kto Cię zaprosił na Zjazd i jak pamiętasz pierwsze spotkanie z Żółtowskimi. Jaka atmosfera towarzyszyła spotkaniu?

Z uczestnikami Zjazdów zapoznawałam się stopniowo. Pierwsze na pewno były ostrzeżenia mojej Babci Apolonii (1886-1967), która długo mieszkała w Poznaniu i dobrze znała Żółtowskich z Wielkopolski. Maciek długo ją zapewniał, że nie jest hrabią i przodków ma tylko nad Wisłą oraz, że na działalność społeczną go nie stać, a działalnością polityczną się nie interesuje. Na nasze wesele przybyli tylko krewni teściowej. Poza teściem i dwoma braćmi męża innych Żółtowskich nie było. Pod koniec lat 70-tych wybraliśmy się do Wiednia z wycieczką Orbisowską i tam na Kalembergu w kaplicy Sobieskiego ujrzałam po raz pierwszy herb Ogończyk z podpisem Adalbertus Żółtowski. Odrysowałam go sobie (mam ten rysunek do dziś) i odtąd żartowaliśmy, że mamy w rodzinie jednego herbowego – to jest nasz synek Wojtuś (Adalbert). Parę lat później do męża przyszedł list z Zabrza – nadawca Andrzej Żółtowski. Pismo mego szwagra Andrzeja, bardzo podobne. Powiedziałam do męża: „Czy ten Andrzej zwariował, pewnie pojechał na Śląsk na jeden dzień i list do ciebie pisze?” Po otwarciu okazało się, że list dotyczy informacji o Rodzie Żółtowskich, parę słów o historii Rodu i pytania o rodziców, rodzeństwo, potomstwo i jak najdalsze koligacje po linii nazwiska. Maciek przeczytał list, podarł i wrzucił do kosza – powiedział, że ma w Warszawie wielu krewnych, ale ich nie zna i nie chce ich szukać. Wyjęłam z kosza część listu i przy najbliższej okazji pokazałam teściowi. Podał mi dane ojca i dziadka i tą informację wysłałam panu Andrzejowi z Zabrza. Zamieściłam też informację o tym, że mój mąż zupełnie nie interesuje się rodowodami ludzi, natomiast z pasją śledzi rodowody koni i zaprasza p. Andrzeja na przejażdżkę konną. Minął jakiś czas (około roku 1990-go) i niespodzianie zjawił się u nas dobry duch Rodu Żółtowskich, a teraz już patron w niebie – Michał Żółtowski z Łodzi. Przyjęliśmy go radośnie, jakby zawsze był w rodzinie. Wiekiem i wzrostem był równy z naszym synem Piotrem. Różnili się karnacją, Michał – blondyn, Piotr – brunet. Myślę, że polubili się od razu. Do dziś ich widzę jak wyjeżdżają na koniach – jeden biały, drugi czarny. Michał zbierał materiały do opracowania genealogii Żółtowskich, więc odwiozłam go do innych Żółtowskich zamieszkałych w Olsztynie. Rok 1993 okazał się dla naszej rodziny fatalny. W wyniku nieudanej operacji 12-go sierpnia umarł mój mąż Maciek. Tuż po jego śmierci nadszedł list z zaproszeniem na Zjazd Rodu Żółtowskich w Zajączkowie. Oczywiście nikt nie pojechał. Ale następnego roku 1994-go wybrałam się na Zjazd w Soczewce k. Płocka z synami Piotrem i Adasiem (10-lat), zabrałam także Madzię, córkę brata męża – Jacka. Pojechał także Andrzej – drugi brat Maćka z synem Michałem. Zjazd był niezwykle radosny, przybyło mnóstwo ludzi i wszyscy byli życzliwi dla siebie, nie zwracając uwagi na poglądy, wyznanie, pracę, wykształcenie, wiek itp. W społeczności polskiej to wprost fenomen – jak spotkanie rodaków na antypodach, coś jak „zew krwi”. Myślę, że to właśnie „u Żółtowskich” mnie urzekło i od tej pory dość często bywam na Zjazdach.

Z kim się zaprzyjaźniłaś?

Na Zjazdach zaprzyjaźniłam się z Bożeną-Wandą z Warszawy i z Lidią z Sulechowa. Obie już odwiedziłam poza Zjazdami i one już kilkakrotnie odwiedziły mnie. Myślę, że te sympatyczne kontakty nadal będą trwały. U Bożenki zatrzymuję się, gdy jestem w Warszawie na grobach ojca i dziadka. Mamy też zawsze w programie wizyty w muzeach, na koncertach, w Laskach, w warszawskich parkach i świątyniach, w teatrze i operze. Byłyśmy też razem w Częstochowie i w Gietrzwałdzie. Stale jesteśmy w kontakcie telefonicznym.

Kiciu, masz trzech synów: Wojciecha, Piotra i Adama. Wojciech i Piotr skończyli studia rolnicze, Adam ekonomię. Czym się zajmują?

Wojtek wraz z żoną Małgosią prowadzi hotel pięknie położony nad Jeziorem Wulpińskim w pod olsztyńskiej miejscowości Dorotowo. Piotr z żoną Edytą zbudowali nowoczesne gospodarstwo ogrodnicze i produkują pomidory w trzyhektarowej szklarni w Mierkach pod Olsztynkiem. Adaś pozostał w Szczęsnym i wraz z żoną Kasią przeprowadzili modernizację naszego ogrodnictwa. Założyli też szkółkę drzew i roślin ozdobnych oraz sklep ogrodniczy. Wszyscy trzej w wolnych chwilach uprawiają jeździectwo i żeglarstwo.

Opowiedz o kochanych Twoich wnukach.

Wnucząt mam sześcioro. Troje studentów: Tomek i Hania (dzieci Wojtka), Kasia (córka Piotra). Druga córka Piotra – Martynka jest jeszcze w podstawówce. Maciek – przedszkolak ma pięć lat i Hania dwa latka – to dzieci Adasia. Wszystkie są piękne i kochane.

Co robisz, kiedy masz chwilę dla siebie?

Odpoczywam, czytam, kładę pasjanse, oglądam telewizję, myślę o bliskich i przyjaciołach, którzy odeszli i tęsknię za nimi.

Co najbardziej Cię fascynuje?

Chyba już wszelkie fascynacje minęły i to już dość dawno. Dziś wciąż uzupełniam brakującą wiedzę, a tą, którą posiadam staram się wspierać bliskich.

Co jest dla Ciebie szczęściem?

Szczęście moich dzieci i wnucząt. Cieszę się, że są i jest im dobrze, choć tylko najmłodszy syn Adaś potrafi ocenić pozytywnie pracę i sukces finansowy rodziców i potrafi to okazywać – ku mojej radości. Cieszę się też, że troje moich wnucząt – studentów zdało wszystkie egzaminy i zaliczyło kolejny rok akademicki oraz, że wszyscy są zdrowi, to jest moje największe szczęście.

Dziękuję Ci pięknie za rozmowę i życzę dużo radości i pięknych chwil w życiu.
ELŻBIETA z Kutna

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.