Kategoria: Aktualności

  • NASZ DOSTOJNY JUBILAT – JACEK Z ŁODZI

    NASZ DOSTOJNY JUBILAT – JACEK Z ŁODZI

    Drogi JACKU,
    z okazji wspaniałego jubileuszu dziewięćdziesięciolecia
    przyjmij od nas życzenia
    dobrego zdrowia, żadnych zmartwień i
    długich, bardzo długich lat życia.

    Prezes Związku, członkowie zarządu i związku.

  • ZAPISKI z REJSU DOOKOŁA ŚWIATA cz.VII. WYSPY SALOMONA

    ZAPISKI z REJSU DOOKOŁA ŚWIATA cz.VII. WYSPY SALOMONA

    Jest ostatnia sobota karnawału i korzystamy z otwartego baru na rufie. Niestety, na mokrym pokładzie poślizgnął się nasz steward i upadając złamał rękę. Pomimo braku aparatu rtg, przemieszczenie odłamów nie budziło najmniejszych wątpliwości. Do najbliższego portu na Wyspach Salomona mamy 7 dni drogi, a powrót do Nowej Zelandii nie wchodzi w rachubę. Postanowiłem nastawić złamanie korzystając ze znieczulenia ogólnego dożylnego preparatem Propanidid (został wycofany z użycia kilka lat później ze względu na duże ryzyko zatrzymania krążenia). Poprosiłem o pomoc krzepkiego ochmistrza. Kiedy już pacjent spał pociągnąłem mocno za nadgarstek, kości chrupnęły, a twarz pomocnika zbladła. Pomyślałem, że za chwilę mogę mieć dwu pacjentów wymagających pomocy. Na szczęście wszystko wróciło do normy, rękę zagipsowałem. Wykonane za kilka dni zdjęcie wykazało prawidłowe ustawienie odłamów. Mimowolnie pomyślałem o klątwie związanej z połowem rekinów.
    W Wielką Środę rano zastrajkował silnik i mechanicy musieli wymienić głowicę, wieczorem awaria steru (czyżby znowu rekiny?). Choć z przygodami, 1 marca wchodzimy do portu Honiara na Guadalcanal, stolicy Wysp Salomona. To w tym miejscu została zatrzymana inwazja Japonii (tzw. „marsz samurajów”) na Australię w czasie II Wojny Światowej. Nad Honiarą wznosi się wzgórze, gdzie tuż obok siebie znajdują się dwa pomniki – jeden z nich poświęcony poległym Amerykanom, a drugi znanemu japońskiemu pisarzowi, który z rąk tych Amerykanów zginął. Oba pomniki obsypane świeżymi kwiatami. Niezwykle ciężkie walki trwały pół roku. Pozostało po nich sporo sprzętu wojskowego, w większości zatopionego w oceanie tuż przy brzegu. Został on wydobyty i wyeksponowany w środku dżungli przez pomysłowego tubylca imieniem Fred, który podobno słabo czytał, ale za to liczył znakomicie. Za możliwość sfilmowania tego osobliwego muzeum zażyczył sobie 500 dolarów, więc zadowoliliśmy się jedynie zwiedzaniem. Korzystając z faktu, że na wyspie był szpital, udałem się tam z nieszczęsnym stewardem. Widok drewnianego budynku pokrytego liśćmi palmowymi nie wróżył niczego dobrego.

    Jakież było moje zaskoczenie, gdy w środku zastałem najnowszej generacji aparat Siemensa, a jakość wykonanego zdjęcia wzbudziłaby zazdrość niejednego radiologa w Polsce w tamtym czasie.
    W wolnych chwilach zwiedzaliśmy wyspę. Zainteresowanie nasze wzbudziła szkoła rękodzieła utrzymująca się wyłącznie ze sprzedaży własnych wyrobów. Nabyłem kilka drobiazgów. Ciekawostką był dom na drzewie na wysokości ok. trzech metrów umiejscowiony tak ze względu na duże pływy dobowe.

    domek_na_drzewie

    Mieszkańcy, bardzo przyjaźnie nastawieni, poczęstowali nas „mlekiem” ze świeżych kokosów. Ten lekko słodkawy, mętny płyn utrzymuje stałą temperaturę ok. 10. stopni Celsjusza i doskonale gasi pragnienie. Spróbowaliśmy też świeżej kopry tj. miąższu kokosa, z której produkuje się olej oraz, po wysuszeniu, powszechnie znane wiórki. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że sadzonki palm kokosowych zafundował mieszkańcom rząd. Każda wioska otrzymała ok. 60-70 sadzonek palm. Zbiór kokosów odbywał się raz w tygodniu, a z uzyskanych ze sprzedaży pieniędzy tubylcy mogli utrzymać się przez kolejny tydzień. W ten sposób została zatrzymana migracja do miasta i nie rosło bezrobocie.
    Załadowaliśmy 1500 ton kopry i popłynęliśmy do maleńkiego portu Noro na wyspie Nowa Georgia. Marynarze żartowali, że podczas poprzedniego rejsu cumowali tu do palmy. Załadunek polegał na ręcznym przesypywaniu kopry z taczek do kontenera, który następnie dźwig z naszego statku przenosił nad ładownię i wysypywał. Zapowiadał się dłuższy postój. Następnego dnia rano spuściliśmy szalupę i udaliśmy się na eksplorację terenu. Popłynęliśmy do odległej o dziewięć mil wioski, gdzie u miejscowego artysty można było nabyć rzeźby i obrazy. Najwyraźniej zadowolony z dokonanych przez nas zakupów, zaprezentował nam taniec wojenny. W drodze powrotnej, mocno już wygłodniali, postanowiliśmy przybić do mijanej niewielkiej wyspy o wdzięcznej nazwie Wyspa Zachodzącego Słońca, by upiec sobie na ognisku zabrane ze statku kiełbaski. Okazało się, że to teren prywatny i nie życzą sobie gości. Dowiedziawszy się jednak, że jesteśmy z Polski, zaprosili nas szerokim gestem. Usłyszeliśmy, że córka właścicielki wyszła za mąż za Polaka i mieszka w Anglii. Na wyspie prowadzono „agroturystykę” dla bogatych obcokrajowców, którzy gotowi byli zapłacić duże pieniądze za możliwość przespania się w buszu w domkach na palach. Po spożyciu „myśliwskiej” upieczonej na drewnie palmowym i popitej oczywiście mlekiem kokosowym, postanowiliśmy zażyć kąpieli. Temperatura powietrza wynosiła 36 st. C, a wody „tylko” 35.Tuż przy plaży wpływała rzeczka i woda słodka mieszała się ze słoną, oceaniczną. Ostrzeżono nas żebyśmy uważali, gdyż w rzece żyją niezwykle agresywne krokodyle, natomiast w wodach zatoki pojawiają się drapieżne barakudy. Na dowód zaprezentowano nam niewielkiego, mierzącego ok.70 cm krokodyla uwięzionego w klatce. Zaciekawieni zbliżyliśmy się chyba zanadto i gad łypnąwszy na nas żółtym okiem warknął groźnie co spowodowało, że odruchowo cofnęliśmy się o krok. Kąpiel była emocjonująca. Na szczęście woda była przejrzysta i dawała szansę wcześniej dostrzec nadciągające niebezpieczeństwo.

    Wieczorem opuściliśmy gościnnych gospodarzy. Z wyspy zabrała się z nami niewielka jaszczurka i upodobawszy sobie moją czapkę, dosłownie „weszła mi na głowę”. Po powrocie na statek dowiedzieliśmy się, że konkurencyjna wycieczka samochodowa zebrała liczne trofea w postaci masek, obrazów i figurek. Poruszali się drogą wybudowaną jeszcze przez Amerykanów w 1942 r. i od tego czasu raczej nie remontowaną. Terenowa Toyota z napędem na cztery koła ledwie dawała radę.
    Następny dzień zaowocował ładną muszlą zdobytą za kostkę mydła. Mydło jest tu znakomitym środkiem płatniczym. Za jedną kostkę można nabyć np. kosz papai. Załadunek trwał cały dzień, który wykorzystałem pływając z maską i podziwiając kolorowy świat ryb, rozgwiazd i ukwiałów. W pewnym momencie dostrzegłem olbrzymiego, paskudnego ślimaka, przypominającego owłosioną pasztetową. Zrezygnowałem z dalszych zachwytów nad morską fauną i florą. Następnego dnia udałem się do buszu, aby wyciąć kawałek draceny i przywieźć do domu. Ponieważ wilgotność powietrza wynosiła blisko 100%, a ja dysponowałem jedynie scyzorykiem, w krótkim czasie spociłem się okrutnie. Później okazało się, że wycięty przeze mnie badyl, to wcale nie dracena! Po czterech dniach opuściliśmy egzotyczne Noro.
    Wieczorem cieszyliśmy oczy pięknym zachodem słońca o zielonkawej poświacie – zjawisko rzadkie i trwające tylko około piętnastu sekund. Udało mi się zrobić zdjęcie, ale jego jakość niestety nie oddała wiernie tego co widzieliśmy na żywo.


    Płyniemy do Indonezji, kierunek Surabaya na Jawie…

    (cdn.)

    MARIUSZ ZE SZTUMU

  • ANTYKWARIAT RODOWYCH BIBLIOTEK

    Doroczny Zjazd Związku Rodu Żółtowskich był doskonałą okazją do zaprezentowania swoich domowych biblioteczek. Stąd propozycja zorganizowania ” Kiermaszu Ciekawej Książki”. Celem byłaby wymiana swoich „nadwyżek” bibliofilskich lub oddanie w dobre ręce niektórych swoich książek.
    Wiele osób ma niewątpliwie w swoich zbiorach pozycje, które po przeczytaniu czekają na dalszych regałach, czy niekiedy w kącie czekają na nowego czytelnika. Byłaby więc to szansa, aby kolejni bibliofile sięgnęli po tytuły, które dla nas przestały mieć walor nowości. Zmiana zainteresowań wiąże się z wiekiem, a w innym przypadku z odejściem bliskiej osoby, jak w przypadku Marysi po śmierci Andrzeja Mieczysława z Warszawy.
    Każda tematyka powinna być w ekspozycji na forum ” Antykwariatu Rodowych Bibliotek”, bo Żółtowscy, w odróżnieniu od większości społeczeństwa, są ludź¬mi czytającymi książki. Wachlarz zainteresowań jest trudny do przewidzenia, więc i oferta może być też bardzo szeroka.
    Kwestie rozliczeń można pozostawić stronom lub nawet oferować niektóre pozycje za symboliczną złotówkę. Jeśli natomiast trafiły by tu „białe kruki” i bibliofilskie rarytasy, to mogłoby zasilić związkową kasę. Zarząd Związku – mam nadzieje- w takich przypadkach doceni wspaniałe te gesty, na przykład dyplomami. Podejmijmy trud przejrzenia naszych biblioteczek z korzyścią dla wszystkich.

    ANDRZEJ Z POŁACINA

  • JEST PRAWIE JAK ZAWSZE…

    Jest prawie tak jak zawsze,
    Słońce o świcie wstaje
    I spycha księżyc z nieba,
    Listonosz przynosi pocztę
    I deszcz co drugi dzień pada na moje stopy.
    Przechodzę codziennie, jak zawsze,
    Przez pole pełne koniczyny
    I widzę te same drzewa
    I życie moje jak zawsze, spokojne w swej rutynie,
    Toczy się wolnym kołem.
    I widzę świat dookoła,
    I nadal kocham wiatr, który przynosi mi wieści
    I tak jak zawsze, głowę mam pełną marzeń
    A myśli burzą mój spokój
    Więc jest prawie tak jak zawsze
    Tylko Ciebie tu nie ma…

    ALEKSANDRA KOSIŃSKA – z domu Żółtowska

  • Zmiana terminu XXIX-go Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich

    W związku z panującą pandemią koronawirusa, w trosce o bezpieczeństwo Członków Związku, podjęliśmy decyzję o przesunięciu terminu tegorocznego XXIX-go Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich z 10 – 14.06 na 02 – 06.09 – tj. pierwszy weekend września bieżącego roku.

    Zjazd odbędzie się w niezmienionej formule, zaczynamy kolacją w środę 2-go września, kończymy niedzielnym śniadaniem 6-go września. Nie zmienia się również miejsce naszego spotkania. Serdecznie zapraszamy do Hotelu KAMA PARK*** w Sierakowie https://kamapark.pl/

    Liczymy, że wszystkie osoby, które zadeklarowały chęć uczestnictwa w Zjeździe podtrzymają swoje decyzje i rezerwacje 🙂

    Nie odwołujmy – ocalmy turystykę!

    W przypadku pytań dotyczących Zjazdu i Związku zapraszamy do kontaktu zarzad@zoltowscy.pl

    Zarząd

  • Wielkanoc 2020

    Wielkanoc 2020

    Oby te Święta minęły nam wszystkim w zdrowiu.

    Pogody ducha i wszelkiej pomyślności

    życzy
    Zarząd Związku Rodu Żółtowskich

  • Neptun Boloński w Helu

    Neptun Boloński w Helu

    27 czerwca 2020 roku w mieście portowym Hel odbędzie się niezwykłe wydarzenie, a mianowicie, odsłonięcie jedynej na świecie rzeźby w granicie, wzorowanej na posągu Neptuna z Bolonii we Włoszech. Rzeźba odsłonięta będzie w obecności najwyższych osób RP i przedstawicieli z Włoch. Pomysłodawcą i autorem projektu rzeźbiarskiego pn. „Neptun z Bolonii” Projekt „Centurion” (Neptune of Bologna – The Centurion Project) jest Arkadiusz Żółtowski z Płocka.
    Kamienna rzeźba wykonana jest w skali 1:1 i waży tyle samo co oryginał, który jest odlany z brązu, mierzy ponad pięć i pół metra wysokości ponad poziom gruntu mierząc od podstawy cokołu do szczytu trójzębu. Postać samego Neptuna ma 3,4 metra wysokości od stóp do głowy i waży 2,3 tony, została wyrzeźbiona z jednego bloku portugalskiego granitu „Blanco Salinas”, który ważył aż 34 tony po wydobyciu z kamieniołomu i sprowadzeniu w marcu 2017 roku do Polski. Cokół na którym postać Neptuna zostanie posadowiona wykonano z tego samego granitu i waży prawie 8 ton, a jego wysokość 1,5 metra.
    Właścicielem rzeźby Neptuna jest Arkadiusz z Płocka, członek Związku Rodu Żółtowskich, którego marzeniem było stworzenie czegoś niezwykłego. Szukał inspiracji pośród mitologicznych bohaterów, ale najbardziej zachwyciła go fontanna Neptuna w Bolonii. Rzymski bóg wód niezwykle go oczarował. Nie bez powodu. Umięśniona i atletyczna sylwetka Neptuna z Bolonii jest odwzorowaniem ciała młodego Rzymianina, a jego głowa jest uosobieniem greckiego mędrca. Trójząb Neptuna z Bolonii, symbol mocy i wigoru, stał się inspiracją dla logo samochodów marki Maserati. Lewe ramię Neptuna pokazuje potęgę w geście władania nad niszczącą siłą mórz i oceanów.
    Projekt wykonania rzeźby nie miał na celu konkurowania z oryginałem w wykonaniu artysty Jean de Boulogne pseudonim Giambologna, raczej podkreślenie i uznanie wielkości kunsztu artystycznego. Ten projekt ma jeszcze bardziej uświetnić sławę istniejącej już statuy Neptuna. Arkadiusz, chciał zwrócić uwagę na przekaz jaki niesie ta konkretna wersja Neptuna, czyli uwalnianie ludzkiej wyobraźni, na zgłębienie mądrości, na siłę i moc charakteru człowieka w dążeniu do spełnienia pasji przez każdego z nas. Pasja, jak podaje w wywiadzie: „Rodzi się w nas i emituje na zewnątrz, aby zwiększyć wyobraźnię w innych. Chodzi o to, by wywołać potrzebę tworzenia.
    Realizacja pomysłu stworzenia rzeźby nie była prosta. Trzeba było znaleźć utalentowanego artystę, który podjąłby się tak trudnego zadania. Szukał kilka miesięcy po całym świecie. Wreszcie po trzech miesiącach natrafił na pana Tadeusza Biniewicza, mieszkającego w Gostyninie, zaledwie 20 km od Płocka. Artysta jest znany i podziwiany nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Wygrywał konkursy oraz zdobył wiele nagród. Miałam okazję wraz z moim mężem podziwiać pomnik Kazimierza Wielkiego w mieście urodzenia króla w Kowalu w woj. kujawsko-pomorskim, autorstwa pana Tadeusza. Arkadiusz był pod dużym wrażeniem jego prac i nie miał wątpliwości, że to będzie odpowiedni artysta. Pan Biniewicz zaskoczył autora stwierdzeniem, że wykona rzeźbę, nawet ładniejszą od oryginału. Zadanie niewątpliwie było bardzo trudne, bowiem nikt od ponad czterystu lat nie podjął się wyrzeźbienia Neptuna w kamieniu. Panu Biniewiczowi udało się. Pomimo, że granit jest twardym materiałem, potrafił przekazać wiernie dziełu duszę, życie, ruch i nieśmiertelność. Realizacja wykonania rzeźby trwała ponad dwa lata.
    Arkadiusz Żółtowski jest osobą pełną pasji, humoru i pomysłów. Urodził się i wychował w Płocku. Rodzice, Aleksander Tadeusz i Bogumiła z Jabłońskich Żółtowscy z linii Aleksego z Popłacina. Od młodzieńczych lat interesował się samolotami i marzył o licencji pilota. W Płocku ukończył szkołę podstawową, a w Dęblinie Liceum Lotnicze i tutaj rozpoczął studia w Wyższej Szkole Lotniczej o profilu „Pilot samolotów odrzutowych ponaddźwiękowych”.
    Wrócił do Płocka i w tutejszym aeroklubie doszkalał się na samolotach do licencji turystycznej i zawodowej.
    W 1980 roku, jeszcze przed stanem wojennym wyemigrował do Austrii, by po około dwóch miesiącach wyjechać do dalekiej Australii. Poszukał pracy w lotnictwie. Po latach założył swój własny biznes w Australii i w Polsce, zajmujący się usługami i sprzedażą związaną z samolotami i lotnictwem. Przez 26 lat dzielił swój czas pomiędzy Australią a Polską. Posiada polsko-australijskie obywatelstwo. W Australii mieszka dwoje jego starszych dzieci, córka i syn. Z młodszą córką i z żoną mieszka w Płocku. Ale jak sam twierdzi, niedługo wyjedzie do Australii, do Perth, które jest stolicą stanu Australia Zachodnia. Położone przy ujściu rzeki Łabędzkiej do Oceanu Indyjskiego, u podnóża gór Darling. Jest czwartym miastem Australii i zamieszkuje je ok. 2. mln mieszkańców. Arkadiusz jest obywatelem świata, ale najbardziej zakochany jest w Polsce i Australii, w Płocku i Perth.
    Mało brakowało, a rzeźba Neptuna wyjechałaby do Perth, gdyby nie pobyt Arkadiusza z rodziną w Gdyni w 2019 roku. Chciał pokazać córce foki, więc popłynęli na Hel. Gdy zobaczył nadbrzeże w Helu i poznał historię miasta, jego obyczaje i kulturę, stwierdził, że to miejsce jest idealne, aby wyeksponować rzeźbę nawiązującą do morskich tradycji. Nie informując rodziny, udał się do Ratusza, by porozmawiać z burmistrzem. Okazało się, że gospodarz miasta jest pasjonatem sztuki. Zachwycony pomysłem wyraził zgodę na realizację tego wspaniałego planu. Tak zaczęła się współpraca Arkadiusza z Burmistrzem i Radą Miasta Hel. 24 sierpnia 2019 roku rzeźbę przetransportowano z Płocka do Helu. 18 grudnia 2019 roku podczas XIII sesji Rady Miasta Helu, Burmistrz Mirosław Wądołowski, wskazał miejsce postawienia rzeźby Neptuna na Bulwarze Nadmorskim. W otoczeniu rzeźby ogrodzenie pięknie kute, oplecione linami rybackimi i z kotwicami, a ściany w kształcie sieci rybackich. Elementy fontanny tzw. „Kąpiel Neptuna” będą podświetlone. Po lewej stronie cokołu umieszczony będzie herb „Ogończyk”, właściciela kamiennego Neptuna Arkadiusza Żółtowskiego, po prawej stronie – gryf kaszubski, z przodu – herb Helu, z tyłu następująca treść autora projektu:

    „Ku nie ograniczonym marzeniom i ku dążeniu do ich spełnienia,
    trwając w poczuciu siły i mądrości,
    dedykuję ten artystyczny projekt rzeźbiarski moim dzieciom.
    Natomiast rzeźbę Neptuna, symbolizującego poprzez swe wyciągnięte lewe ramię
    wolę ochrony ludzi przed zburzonymi falami mórz, przed sztormowymi wiatrami,
    dedykuję ludziom morza miasta Helu i jego ciężko pracującym rybakom, jak i żołnierzom
    Marynarki Wojennej RP, którzy na co dzień chronią polskiego wybrzeża”

    Będzie to na pewno bardzo interesujące wydarzenie. Z tej okazji organizowane będą dni włoskie w Helu. Odbędzie się koncert włoskich artystów, degustacja potraw włoskich, zlot starych samochodów, w tym także produkowanych we Włoszech i mnóstwo innych atrakcji.
    Zaproszeni będą oprócz władz polskich, ambasador Włoch i burmistrz Bolonii, przedstawiciel marki samochodu Maserati. Będzie to zapewne znakomita okazja, by zaowocowała współpraca pomiędzy obu miastami, które 27 czerwca zostaną oficjalnie połączone jednym wspólnym symbolem jakim jest boloński Neptun.


    Niesamowite co uczynił Arkadiusz dla przypomnienia wątku polskiego w historii Bolonii.
    21 kwietnia 1945 roku 2. Korpus Polski gen. Władysława Andersa wyzwolił Bolonię. Oddziały te były owacyjnie witane przez ludność, a 9. Batalion Strzelców Karpackich uzyskał miano „bolońskiego”, siedemnastu jego dowódców otrzymało honorowe obywatelstwo miasta. Senat Bolonii wręczył polskim żołnierzom 215 specjalnie wybitych pamiątkowych medali. W bitwie bolońskiej zginęło 300. polskich żołnierzy, 600. zostało rannych. Dziewięciuset polskich żołnierzy zakochało się w bolońskich dziewczynach i osiedlili się tam po wojnie na stałe.
    Neptun helski wniesie wyjątkową indywidualność do przestrzeni publicznej miasta i zapewne przyczyni się do rozsławienia Helu w Europie i na świecie.
    Motto autora projektu brzmi: „Nie ograniczaj się, mierz wysoko i zawsze spełniaj swoje marzenia”. Arkadiuszowi udało się!

    Stoją od lewej: Arkadiusz Żółtowski, Ambasador Republiki Włoskiej Pan Aldo Amati, Burmistrz Helu, Pan Mirosław Wądołowski

    ELŻBIETA z Kutna

  • Wywiad z Kicią ze Szczęsnego

    Wywiad z Kicią ze Szczęsnego

    Dlaczego Kicia?

    Mam na imię Krystyna. Przydomek Kicia przylgnął do mnie już w pierwszym roku życia. Osobą która zmieniła mi imię była Pani Helena Nawrot, żona i impresario sławnego dyrygenta. Mieszkaliśmy wtedy w Warszawie, a moja Mama w czasie okupacji jakiś czas mieszkała u niej. Wołała na mnie kitten – kocię, koteczek, czyli kicia i tak już zostało. Wielokrotnie próbowałam „zlikwidować Kicię” w szkole, na studiach, w różnych środowiskach, ale niestety zawsze wokół mnie było mnóstwo Krystyn i Kicia przebijała się jako wyróżnik. Pogodziłam się więc z losem i nawet zaczęłam tak podpisywać prywatną korespondencję – co robię do dziś.

    Kiciu, wyszłaś za mąż za Macieja Żółtowskiego, który zmarł w 1993r. Proszę, opowiedz o Nim i jego rodzinie.

    Maćka Żółtowskiego poznałam na studiach w olsztyńskiej WSR (Wyższa Szkoła Rolnicza). Na pierwszy rzut oka robił wrażenie zarozumiałego i bezczelnego chłopaka – dla mnie zupełnie nieciekawy typ. Przypadek zrządził, że „wykruszyli” się nasi partnerzy na obowiązkowych ćwiczeniach i Maćka przydzielono do mnie na mikrobiologii, a mnie do grupy Maćka na maszynoznawstwie. Okazało się, że wbrew pozorom współpraca układa się nam doskonale. Zainteresowania nasze się uzupełniają, a w wiedzy potrafimy się wspierać. Zaczęliśmy też wspólnie pracować w Spółdzielni Studenckiej „Żaczek”. Mycie okien wystawowych, dekoracje wystaw, sprzątanie po remontach sklepów, malowanie i stawianie reklam na szosach wylotowych z miasta itp. Maciek mieszkał w akademiku w miasteczku studenckim w Kortowie, a ja z mamą w jej służbowym mieszkaniu w Banku Inwestycyjnym w centrum Olsztyna. Do Kortowa, gdzie mieściła się moja uczelnia jeździłam trolejbusem. Co niedzielę przyjeżdżał Maciek i razem szliśmy na 10-tą do olsztyńskiej Katedry na mszę akademicką. Tam też w marcu 1964r. wzięliśmy ślub. Studia się kończyły, a my nie chcieliśmy się rozstawać. Nasze rodziny okazały się pod względem pochodzenia, wyznania i poglądów podobne. Obie doznały wielu cierpień ze strony okupanta niemieckiego. Ojciec i Dziadek Maćka przeżyli obóz w Mauthausen, wyzwolony przez Amerykanów, którzy namawiali ich aby osiedlili się w Europie Zachodniej lub w USA. Mieli obywatelstwo amerykańskie, Ojciec Maćka szkołę podstawową ukończył w USA. Odmówili jednak i wrócili do swych żon i dzieci do Polski. Natychmiast po powrocie zostali aresztowani przez UB jako „faszyści” i jakiś czas przesiedzieli w „ubeckiej piwnicy”. By uniknąć podobnych incydentów wyprowadzili się z pod płockiego Bodzanowa do Pasłęka na Warmii na tzw. ziemie odzyskane. Mój Ojciec po ucieczce z obozu jenieckiego umarł w 1942r. w warszawskim szpitalu Dzieciątka Jezus z powodu kompletnego wycieńczenia i nabytych w obozie chorób. Matka zaś ledwo przeżyła niemieckie gestapowskie więzienie (Warszawa i Łódź). Ja jako trzy letnie dziecko przez pół roku tułałam się po krewnych i znajomych i też byłam poszukiwana. Babcia i sześć ciotek, jako więźniowie polityczni trafiły na dwa lata do obozu w Stutthofie (odwet za Powstanie Wielkopolskie).
    Po ślubie z Maćkiem przez pięć lat mieszkaliśmy z moją Mamą i Ciocią. Trzy lata po ślubie urodził się Wojtek – nasz najstarszy synek i dopiero gdy miał dwa latka, zdołaliśmy się wyprowadzić do nowego domu. Oboje pracowaliśmy w instytucjach branży spożywczej – zgodnie z naszą specjalnością zawodową. Zarabialiśmy nieźle, jednak na mieszkanie służbowe w Olsztynie nie mieliśmy żadnych szans, a system pracy – tydzień w terenie, niedziela w domu, zupełnie nam nie odpowiadał. O żadnym wstąpieniu do partii rządzącej nie było mowy, takie propozycje odrzucaliśmy bezwzględnie. Pozostało nam jedynie zbudowanie własnego domu. Aby szybko zarobić odpowiednią kwotę niezbędną do uzyskania kredytu bankowego, zaczęliśmy od pod olsztyńskiej gminy dzierżawić ziemię i uprawiać warzywa – głównie kapustę. Olsztyńska Spółdzielnia Ogrodnicza chętnie kontraktowała większe ilości i po odbiór towaru z pola przysyłała własny transport. To nas urządzało. Do zbiorów zatrudnialiśmy różne osoby, a także studentów z „Żaczka”. Praca była ciężka, ale efekty niezłe. I tak w 1969 r. wprowadziliśmy się do nowego domu w Olsztynie na osiedlu Rybaki. Od północy osłaniał nas las miejski, w pobliżu piękne Jezioro Długie, kompleks sklepów, przedszkole, szkoła podstawowa i niewielki ośrodek zdrowia. Niedaleko dwa technika ekonomiczne i elektryczne, a duże Jezioro Ukiel z wieloma klubami żeglarskimi. Zdawało się, że miejsce wprost wymarzone dla rodziny z dziećmi. Jednak mieszkaliśmy tam tylko trzy lata. Dzierżawione pola nadal funkcjonowały. Maciek przez regularne nawożenie doprowadził je do wysokiego plonowania, lecz nie mógł ich kupić, bo był tzw. „rolnikiem z Marszałkowskiej” i zakupili je najbliżsi gospodarze. Zaczęliśmy więc rozglądać się za jakimś małym gospodarstwem położonym w pobliżu.
    Wkrótce trafiło się takie w Szczęsnem – wsi graniczącej z Olsztynem. Starszy wiekiem rolnik, który miał czterech synów pracujących w Stoczni Gdańskiej, przeprowadził się do nich, a siedmiohektarowe gospodarstwo sprzedał nam. Notariusz oczywiście zażądał udokumentowania naszej wiedzy rolniczej – pokazaliśmy dyplomy WSR w Olsztynie i choć z innego wydziału, okazały się wystarczające. I tak to się zaczęło! W 1971r. w maju urodził się nam drugi synek Piotruś. Gdy miał półtora roku sprzedaliśmy dom w Olsztynie i przeprowadziliśmy się do nowego domu w Szczęsnem. Przed przeprowadzką powstały dwie szklarnie typu holenderskiego po 600 m2 i mnożarka. Zaczęła się dla nas „dekada koniunktury”. Maciek sprowadził swoje ukochane konie sportowe, bryki, sanie itp. Wyposażył się w jachty i inne łodzie, zbudował piękny dom letniskowy nad Jeziorem Pluszne tak, że oprócz ciężkiej pracy był też sport i rozrywka. Urlopy spędzaliśmy z Orbisem za granicą. W 1980r. Pojechaliśmy do Rosji, żeby pokazać dzieciom Olimpiadę w 1983r. polecieliśmy na Kubę. Powstały też dwie następne szklarnie i dokupiliśmy ziemię do 65 ha. Niestety 40 ha w odległości około 30 km – bliżej wszystko pochłaniał PGR. W 1984r. urodził się Adaś, nasze najmłodsze dziecko (córeczki się nie doczekałam). Teraz mam za to cztery wnuczki i tylko dwóch wnuków. Nasi synowie od najmłodszych lat brali udział w naszych pracach w gospodarstwie i w domu oraz w sporcie, który był pasją Maćka i moją (jazda konna, żeglarstwo). Myślę, że dzięki temu są życiowo zaradni, wiele potrafią zrobić samodzielnie, mają patenty żeglarskie, jeżdżą konno itp. Tak jak my wszyscy ukończyli naszą olsztyńską Alma Mater. My – Wyższą Szkołę Rolniczą, Wojtek i Piotr – Akademię Rolniczo-Techniczną, a Adaś – Uniwersytet Warmińsko–Mazurski w Olsztynie.

    Kto Cię zaprosił na Zjazd i jak pamiętasz pierwsze spotkanie z Żółtowskimi. Jaka atmosfera towarzyszyła spotkaniu?

    Z uczestnikami Zjazdów zapoznawałam się stopniowo. Pierwsze na pewno były ostrzeżenia mojej Babci Apolonii (1886-1967), która długo mieszkała w Poznaniu i dobrze znała Żółtowskich z Wielkopolski. Maciek długo ją zapewniał, że nie jest hrabią i przodków ma tylko nad Wisłą oraz, że na działalność społeczną go nie stać, a działalnością polityczną się nie interesuje. Na nasze wesele przybyli tylko krewni teściowej. Poza teściem i dwoma braćmi męża innych Żółtowskich nie było. Pod koniec lat 70-tych wybraliśmy się do Wiednia z wycieczką Orbisowską i tam na Kalembergu w kaplicy Sobieskiego ujrzałam po raz pierwszy herb Ogończyk z podpisem Adalbertus Żółtowski. Odrysowałam go sobie (mam ten rysunek do dziś) i odtąd żartowaliśmy, że mamy w rodzinie jednego herbowego – to jest nasz synek Wojtuś (Adalbert). Parę lat później do męża przyszedł list z Zabrza – nadawca Andrzej Żółtowski. Pismo mego szwagra Andrzeja, bardzo podobne. Powiedziałam do męża: „Czy ten Andrzej zwariował, pewnie pojechał na Śląsk na jeden dzień i list do ciebie pisze?” Po otwarciu okazało się, że list dotyczy informacji o Rodzie Żółtowskich, parę słów o historii Rodu i pytania o rodziców, rodzeństwo, potomstwo i jak najdalsze koligacje po linii nazwiska. Maciek przeczytał list, podarł i wrzucił do kosza – powiedział, że ma w Warszawie wielu krewnych, ale ich nie zna i nie chce ich szukać. Wyjęłam z kosza część listu i przy najbliższej okazji pokazałam teściowi. Podał mi dane ojca i dziadka i tą informację wysłałam panu Andrzejowi z Zabrza. Zamieściłam też informację o tym, że mój mąż zupełnie nie interesuje się rodowodami ludzi, natomiast z pasją śledzi rodowody koni i zaprasza p. Andrzeja na przejażdżkę konną. Minął jakiś czas (około roku 1990-go) i niespodzianie zjawił się u nas dobry duch Rodu Żółtowskich, a teraz już patron w niebie – Michał Żółtowski z Łodzi. Przyjęliśmy go radośnie, jakby zawsze był w rodzinie. Wiekiem i wzrostem był równy z naszym synem Piotrem. Różnili się karnacją, Michał – blondyn, Piotr – brunet. Myślę, że polubili się od razu. Do dziś ich widzę jak wyjeżdżają na koniach – jeden biały, drugi czarny. Michał zbierał materiały do opracowania genealogii Żółtowskich, więc odwiozłam go do innych Żółtowskich zamieszkałych w Olsztynie. Rok 1993 okazał się dla naszej rodziny fatalny. W wyniku nieudanej operacji 12-go sierpnia umarł mój mąż Maciek. Tuż po jego śmierci nadszedł list z zaproszeniem na Zjazd Rodu Żółtowskich w Zajączkowie. Oczywiście nikt nie pojechał. Ale następnego roku 1994-go wybrałam się na Zjazd w Soczewce k. Płocka z synami Piotrem i Adasiem (10-lat), zabrałam także Madzię, córkę brata męża – Jacka. Pojechał także Andrzej – drugi brat Maćka z synem Michałem. Zjazd był niezwykle radosny, przybyło mnóstwo ludzi i wszyscy byli życzliwi dla siebie, nie zwracając uwagi na poglądy, wyznanie, pracę, wykształcenie, wiek itp. W społeczności polskiej to wprost fenomen – jak spotkanie rodaków na antypodach, coś jak „zew krwi”. Myślę, że to właśnie „u Żółtowskich” mnie urzekło i od tej pory dość często bywam na Zjazdach.

    Z kim się zaprzyjaźniłaś?

    Na Zjazdach zaprzyjaźniłam się z Bożeną-Wandą z Warszawy i z Lidią z Sulechowa. Obie już odwiedziłam poza Zjazdami i one już kilkakrotnie odwiedziły mnie. Myślę, że te sympatyczne kontakty nadal będą trwały. U Bożenki zatrzymuję się, gdy jestem w Warszawie na grobach ojca i dziadka. Mamy też zawsze w programie wizyty w muzeach, na koncertach, w Laskach, w warszawskich parkach i świątyniach, w teatrze i operze. Byłyśmy też razem w Częstochowie i w Gietrzwałdzie. Stale jesteśmy w kontakcie telefonicznym.

    Kiciu, masz trzech synów: Wojciecha, Piotra i Adama. Wojciech i Piotr skończyli studia rolnicze, Adam ekonomię. Czym się zajmują?

    Wojtek wraz z żoną Małgosią prowadzi hotel pięknie położony nad Jeziorem Wulpińskim w pod olsztyńskiej miejscowości Dorotowo. Piotr z żoną Edytą zbudowali nowoczesne gospodarstwo ogrodnicze i produkują pomidory w trzyhektarowej szklarni w Mierkach pod Olsztynkiem. Adaś pozostał w Szczęsnym i wraz z żoną Kasią przeprowadzili modernizację naszego ogrodnictwa. Założyli też szkółkę drzew i roślin ozdobnych oraz sklep ogrodniczy. Wszyscy trzej w wolnych chwilach uprawiają jeździectwo i żeglarstwo.

    Opowiedz o kochanych Twoich wnukach.

    Wnucząt mam sześcioro. Troje studentów: Tomek i Hania (dzieci Wojtka), Kasia (córka Piotra). Druga córka Piotra – Martynka jest jeszcze w podstawówce. Maciek – przedszkolak ma pięć lat i Hania dwa latka – to dzieci Adasia. Wszystkie są piękne i kochane.

    Co robisz, kiedy masz chwilę dla siebie?

    Odpoczywam, czytam, kładę pasjanse, oglądam telewizję, myślę o bliskich i przyjaciołach, którzy odeszli i tęsknię za nimi.

    Co najbardziej Cię fascynuje?

    Chyba już wszelkie fascynacje minęły i to już dość dawno. Dziś wciąż uzupełniam brakującą wiedzę, a tą, którą posiadam staram się wspierać bliskich.

    Co jest dla Ciebie szczęściem?

    Szczęście moich dzieci i wnucząt. Cieszę się, że są i jest im dobrze, choć tylko najmłodszy syn Adaś potrafi ocenić pozytywnie pracę i sukces finansowy rodziców i potrafi to okazywać – ku mojej radości. Cieszę się też, że troje moich wnucząt – studentów zdało wszystkie egzaminy i zaliczyło kolejny rok akademicki oraz, że wszyscy są zdrowi, to jest moje największe szczęście.

    Dziękuję Ci pięknie za rozmowę i życzę dużo radości i pięknych chwil w życiu.
    ELŻBIETA z Kutna

  • Ważne informacje w związku z XXIX-tym Zjazdem Rodu Żółtowskich

    Hotel KAMA PARK*** Sieraków

    W związku z panującą pandemią koronawirusa mamy świadomość, że termin tegorocznego XXIX-ego Zjazdu, tj. 10 – 14.06.2020 r. jest mocno wątpliwy. Po konsultacjach z Hotelem ustaliliśmy, że w sytuacji braku możliwości zorganizowania Zjazdu w ustalonym terminie, spotkanie zostanie przełożone na okres późniejszy.

    Prosimy członków Związku o obserwowanie naszej strony internetowej, wszystkie nowe informacje będą na bieżąco aktualizowane. Można również kontaktować się z nami za pośrednictwem poczty elektronicznej pod adresem zarzad@zoltowscy.pl

    Zarząd

  • Generał Edward Żółtowski patronem ronda w Mochowie

    Generał Edward Żółtowski patronem ronda w Mochowie

    Z inicjatywy wójta Gminy Mochowo Pana Zbigniewa Tomaszewskiego nowo wybudowane rondo w Mochowie nosi imię generała Edwarda Żółtowskiego.

    Uroczystość odbyła się 20 września 2019 roku. Zaproszono wielu znamienitych gości, między innymi marszałka województwa mazowieckiego, radnych Sejmiku Województwa Mazowieckiego, starostę sierpeckiego, przedstawicieli Rady Powiatu w Sierpcu, a także wykonawców inwestycji – dyrektorów Mazowieckiego Zarządu Dróg Wojewódzkich.

    Gospodarze – Pan Wójt Zbigniew Tomaszewski oraz Rada Gminy Mochowo wystosowali na ręce Prezesa Związku Rodu Żółtowskich zaproszenie do wzięcia udziału w tej niezwykłej uroczystości.

    Do Mochowa przyjechali:

    Prezes Mariusz ze Sztumu

    Witold ze Starej Białej

    Kalina z Torunia

    Elżbieta i Kazimierz z Kutna

    Władysław z Torunia

    Bogusia z Białej

    Wójt podziękował wszystkim gościom za przybycie na historyczne wydarzenie dla mieszkańców gminy Mochowo. Przewodniczący Rady Gminy odczytał treść uchwały podjętej w dniu 14.08.2019 roku w sprawie nadania imienia rondu, a wiceprzewodnicząca Rady przedstawiła życiorys generała Edwarda Żółtowskiego. Następnie ksiądz proboszcz z parafii św. Mateusza w Ligowie Andrzej Zembrzuski dokonał poświęcenia ronda.

    Do odsłonięcia tablicy z imieniem Generała Edwarda Żółtowskiego zakończonej niedawno, ważnej dla poprawy bezpieczeństwa drogowego inwestycji, zostali zaproszeni wójt Zbigniew Tomaszewski, marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik oraz prezes Zarządu Związku Rodu Żółtowskich Mariusz Żółtowski.

    W czasie uroczystości przemawiali goście zaproszeni na uroczystość. Również prezes Związku Rodu Żółtowskich wygłosił piękną laudację na cześć generała Edwarda Żółtowskiego, podziękował za pamięć, wyraził radość, że to właśnie tę postać, związanego z Mochowem gen. Edwarda Żółtowskiego herbu Ogończyk, uczestnika powstania kościuszkowskiego, walczącego w Legionach Polskich, wybrano na patrona ważnego dla mieszkańców Mochowa obiektu.

    Kiedy czekaliśmy na przybycie kolejnych gości, Ela z Kutna i Bogusia z Białej zostały przepytane przez dziennikarzy ze stacji TVP 3. Reportaż wyemitowano w „Kurierze Warszawy i Mazowsza” 22.09.2019 r. (można obejrzeć w Internecie). Zostałyśmy podpisane imieniem i nazwiskiem, jako udzielające wywiadu o znaczeniu Związku Rodu Żółtowskich, a także o poprawie bezpieczeństwa ruchu drogowego dzięki nowo wybudowanemu rondu.

    Jak wrócimy do chlubnej tradycji świętowania kolejnych rocznic umieszczenia tablicy pamiątkowej w kościele św. Marcina w Mochowie, mamy już miejsce, gdzie możemy się spotkać rodzinnie i zjeść smaczny obiad. To restauracja „Polska Toskania” w Bożewie. Zaproszono nas tam po zakończeniu uroczystości i ugoszczono iście po królewsku.

    Artykuły o nadaniu imienia generała Edwarda Żółtowskiego rondu w Mochowie ukazały się w dwóch gazetach: „ Ekstra Sierpc” ( nr 53 z dnia 24 września 2019 r.) oraz „Tygodnik Płocki” (nr 39 z dnia 24 września 2019 r.). W zamieszczonych, zarówno w jednej, jak i w drugiej gazecie, tekstach z imienia i nazwiska wymieniono naszego Prezesa – Mariusza Żółtowskiego.

    Ponieważ przyjęłam na siebie funkcję rodowego kronikarza, obie gazety „zdobyłam” i pieczołowicie przechowuję w archiwum.

    Należy podkreślić, że zarówno pan wójt Zbigniew Tomaszewski, jak również radni Gminy Mochowo i pracownicy Urzędu Gminy przyjęli naszą delegację bardzo ciepło i serdecznie. W każdej chwili podkreślano, że jesteśmy niezwykle ważnymi, mile widzianymi i honorowymi gośćmi. Następnego dnia spotkaliśmy się na corocznym zebraniu Zarządu u Bożenki w Warszawie i „na gorąco” dzieliliśmy się wrażeniami z uroczystości w Mochowie.

    Pozdrawiam serdecznie

    Bogusia z Białej