Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia,
składamy serdeczne życzenia,
wspaniałych świąt w gronie rodziny i przyjaciół,
a na Nowy Rok dobrego zdrowia oraz spokoju.
Prezes Związku wraz z członkami zarządu.
Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia,
składamy serdeczne życzenia,
wspaniałych świąt w gronie rodziny i przyjaciół,
a na Nowy Rok dobrego zdrowia oraz spokoju.
Prezes Związku wraz z członkami zarządu.
MICHAŁ ŻÓŁTOWSKI – MICHAŁ Z LASEK – MICHAŁ SENIOR
WSPOMNIENIE
Z okazji XXX-lecia Związku Rodu Żółtowskich chciałam się podzielić moim wspomnieniem o Michale Żółtowskim z Czacza, które spisałam sobie wiele lat temu.

22 grudnia 2021 mija już 12. rocznica śmierci Michała. Mimo upływu lat, Michał jest ciągle w moim sercu i mojej pamięci. Tęsknię za nim. Za jego dobrocią i serdecznością. Za czasem który poświęcał nam – dzieciom i młodzieży, za przepięknymi historiami, którymi się dzielił z nami na Zjazdach. Chciałabym się podzielić kilkoma moimi wspomnieniami związanymi z Michałem, tak ja Go pamiętam, może mniej z perspektywy jego zasług dla Ojczyzny, Związku Rodu Żółtowskich, czy dla niewidomych, o których wszyscy wiemy, bardziej z perspektywy ludzkiej, emocjonalnej, z perspektywy dziewczynki (głównie), na której zrobił niesamowite wrażenie
Był to niezwykle skromny, ciepły człowiek o delikatnym przyjemnym głosie i pięknym sercu. Uwielbiał opowiadać, zabierał w inny świat. Potrafił zaciekawić młodzież. Michał opowiadał fascynujące historie ze swojego życia, o swoich braciach, którzy zginęli w czasie wojny, o rodzinnym domu, o rodzicach, o nauczaniu, o wychowaniu … Było też mnóstwo historii o myśliwych. Pamiętam, że wiele z tych historii dotyczyło jego ojca, którego bardzo kochał i który był dla niego wzorem i autorytetem… To przypomina mi trochę opowieści mojego dziadka o swoim ukochanym ojcu, a moim pradziadku, który był bardzo szanowany i lubiany. Dziadek wspominał też o „słowie Żółtowskiego”, które dane przez pradziadka coś znaczyło.
Mam taki obraz przed oczyma, Michał, wysoki, lekko zgarbiony starszy pan w skromnym garniturze otwiera kluczem swój pokój, obiecuje komuś, że później jeszcze przyjdzie, opowie kolejną historię, wysłucha… Musi tylko chwilę odpocząć. Albo Michał, który siedzi i snuje swoje opowieści i otacza go wianuszek zasłuchanej młodzieży. Michał, który z uwagą z kimś dorosłym rozmawia, śmieje się, dyskutuje, wspiera dobrym słowem, serdecznie ściska dłonie. Każdemu był w stanie poświęcić chwilę, wszystkich traktował serdecznie, z szacunkiem, nie dzielił ludzi, łączył. Z drugiej strony, pamiętam, mimo że byłam dzieckiem, że nie ze wszystkim się zgadzał, i zawsze śmiało wyrażał swoje zdanie, nie obrażając przy tym nikogo. Myślę, że był taką osobą, która przyciągała do siebie ludzi, ale też taką z której zdaniem wszyscy się liczyli, mieli respekt.
Pamiętam jak go odwiedziliśmy z dziadkiem w podwarszawskich Laskach. To był ostatni raz jak go widziałam, był już bardzo schorowany, widać było, że cierpiał, z trudnością się poruszał, ale niezmiennie uśmiechał się ciepło i łagodnie. Bardzo ucieszył się, że przyjechaliśmy. Był w trakcie pisania kolejnej książki, powiedział, że opowie nam fragment niezwykłej historii…, pamiętam jak mu się zaświeciły oczy, pojawiły się rumieńce na twarzy… W pewnym momencie przerwał jedną z zaczętych historii, nie chciał zdradzić wszystkiego, powiedział, że to będzie niespodzianka, że koniecznie musimy przeczytać. Z przyjemnością go słuchaliśmy, jak zawsze. Nawet mój dziadek zamilkł oczarowany, a zazwyczaj nie dawał innym dojść do słowa. Dziadek zawsze był pod ogromnym wrażeniem Michała, zresztą trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś nie był. Dziadek się tylko „burzył” jak to jest, że zwracam się do Michała po imieniu, że to nieładnie, że nie wypada…ale wszyscy się tak zwracali, tak sobie Michał życzył… A ja jako dziewczynka byłam niezwykle dumna, że mogę się do kogoś takiego zwracać po imieniu, mając jednak świadomość, że to nie jest mój kolega, z należytym szacunkiem, nawet mogłabym powiedzieć, że z uwielbieniem 🙂
Pamiętam, że na Zjazdy Michał przyjeżdżał z Bożeną Wandą z Warszawy.
Zawsze na początku zjazdów pytałyśmy z siostrą w recepcji, gdzie mieszka Michał. Jaki Michał? Skąd? – Nooo Michał SENIOR – odpowiadałyśmy chórem, oburzone, że panie recepcjonistki nie mają pojęcia o Kim mówimy, śmiały się. Podśmiewali się też inni, z dziewięciolatki, która z powagą i niekrytym podirytowaniem pytała o Michała SE-NIO-RA. To musiało być komiczne. Albo jak Michał się gorzej czuł, zgłosiłam się, że zaniosę mu śniadanie do pokoju, oczywiście poprosiłam panie kucharki o śniadanie dla Michała SE-NIO-RA.
Któregoś dnia przysiadłyśmy się z mamą do stolika Michała. Mama robiła wtedy chyba jeden z reportaży o Michale i o Związku i „wypaliła”, że ja jestem w Michale „zakochana”, że ciągle o nim mówię, a Michał się tylko zaśmiał, że kiedyś mi przejdzie. Nie przeszło. Bardzo za nim tęsknię, brakuje mi go w moim dorosłym życiu, na Zjazdach…
Gdyby żył, to myślę, że mogłabym go zapytać o wiele nurtujących mnie rzeczy.. Bardzo chciałabym móc z nim porozmawiać teraz, kiedy jestem już bardziej ukształtowana, dojrzalsza… Wiem, że wielu ludzi dzieliło się z nim swoimi troskami, problemami, nigdy nie odmawiał pomocy, zawsze służył radą i dobrym słowem…
O wielkości Michała świadczyła również jego niezwykła skromność. Przecież pochodził z bardzo zamożnej rodziny z arystokratycznymi korzeniami…, jego rodzice mieli kilka majątków, służbę, konie… Nie był jednym z tych, którzy niewiele tak naprawdę sobą reprezentując, wywyższają się, chełpią swoim bogactwem materialnym, czy pochodzeniem… Był niezwykle skromny, pełen pokory wobec życia, Boga i ludzi. Świadczyło o tym jego zachowanie, to jak żył – w zakładzie dla niewidomych w Laskach mieszkał w jednym z niewielkich pokoi, gdzie stało łóżko i biurko, nawet jego ubiór schludny ale jednak bardzo skromny. Każdy chyba kto spotkał Michała, po chwili wiedział, że ma do czynienia z kimś niezwykłym.. Myślę, że każdy ulegał jego czarowi.
Na jednej z wycieczek zjazdowych, pojechaliśmy do Czacza. Michał opowiadał, oprowadzał, był wzruszony. Pamiętam w urywkach historie „Damy bez głowy”, którą opowiadał zwiedzając Czacz. Słuchaliśmy tej historii z otwartymi ustami.
Kiedyś jadąc na wakacje po drodze odwiedziłyśmy Michała w Laskach z mamą, z Kamilą i z naszą kuzynką… Michał, uprzedzony, że przyjedziemy, powiedział mamie, że będzie miał dla nas przepyszny miód. Jak już przyjechałyśmy, przygotował dla nas-dzieci zadania, zagadki, powiedział, że nie będzie tak łatwo, że dziewczynki muszą obiecany miód sobie najpierw znaleźć. Ukrył go gdzieś i dał nam kilka wskazówek… Udało się nam go odnaleźć, a miód rzeczywiście był przepyszny. Laski, gdzie mieszkał Michał miały swój czar. Zawsze lubiłam tam wracać. Lasy, spokój, cisza… Taka przystań.
Michał pisał pełne serdeczności listy do „Urszulki” – mojej mamy, zawsze byłam w stanie rozpoznać jego pismo.
Kiedy dowiedziałam się o śmierci Michała ogarnął mnie głęboki smutek, miałam wtedy 18 lat, to było na dwa dni przed Bożym Narodzeniem.. Już kilka miesięcy wcześniej wiedziałam, że Michał choruje, bardzo się martwiłam gdy usłyszałam, że któregoś dnia zasłabł tam w Laskach i upadł… Z drugiej strony dożył pięknego wieku i myślę, że był darem dla wszystkich tych którzy mieli to szczęście go spotkać w swoim życiu…
Pogrzeb Michała był niezwykły. Był biskup Macharski, dużo osobistości …O Michale wspominali Żółtowscy, strażacy, przyjaciele … Potem siostrzyczki zakonne przegotowały posiłek i zaprosiły wszystkich, żeby powspominać Michała… Niestety nie mogliśmy zostać.. Michał ma skromny prosty grób z drewnianym krzyżem, jak wszyscy pochowani w Laskach. Jak dla mnie ten grób jest przepiękny w swojej prostocie.
Mam nadzieje, że to, że znałam kogoś takiego jak Michał chociaż w niewielkim stopniu wpłynęło na to kim jestem dziś… Szkoda, że mój synek oraz kolejne pokolenia Żółtowskich nie będą mogły tego doświadczyć.

23 października ubiegłego roku odeszła kolejna bardzo ważna dla mnie osoba – mój ukochany dziadek – Edward Żółtowski. Dziadek był najwspanialszym dziadkiem jakiego można sobie wymarzyć, troskliwy, wesoły, towarzyski, lubiany przez wszystkich… To z dziadkiem zawsze chętnie jeździłyśmy z siostrą na Zjazdy. Niezwykle silny człowiek, który nigdy się nie poddawał i zawsze dążył do wyznaczonych sobie celów, całe życie był uczciwym człowiekiem, takim na którym wszyscy mogli polegać, dla którego rodzina była najważniejsza. Dziadek miał też ogromną pasję do swojej pracy, dzięki czemu osiągnął dużo w swojej dziedzinie, pracował na kierowniczym stanowisku w firmie STOEN – miał na swoim koncie wiele patentów i wynalazków, był bardzo ceniony i podziwiany przez swoich pracowników oraz współpracowników- nawet jak dziadek odszedł na emeryturę utrzymywali z nim stały kontakt.
PAULINA TOMASZEWSKA z Warszawy
córka Urszuli Żółtowskiej-Tomaszewskiej i wnuczka Edwarda Żółtowskiego
Jarku, w ubiegłym 2021 roku świętowaliśmy w Skorzęcinie jubileusz 30. zjazdu Związku Rodu Żółtowskich. Inicjatorem i jednym z założycieli był Twój ojciec Zbigniew. Czy mógłbyś przybliżyć nam tamten czas?
Mój ojciec przypadkiem poznał Wacława i jego syna Michała Żółtowskich z Łodzi, którzy go odwiedzili w Skierniewicach. W trakcie tej wizyty, która odbyła się jesienią 1991 roku i ja miałem okazję ich poznać.
I tak to się zaczęło. W Laskach doszło do wspólnego spotkania mojego ojca z młodym studentem Michałem z Łodzi, Michałem seniorem oraz z innymi Żółtowskimi, z którymi ojciec zdążył już nawiązać kontakt. Tak narodziła się idea powołania, a właściwie reaktywacja Związku Rodu Żółtowskich. Na spotkaniu w czerwcu 1992 roku postanowiono zwołać zjazd organizacyjny związku, który odbył się 6 września tego samego roku w domu moich rodziców w Skierniewicach. Przybyli Żółtowscy ze wszystkich stron Polski.
Ojciec był bardzo szczęśliwy. Spełnił swoje marzenie, którym było ponowne zjednoczenie Żółtowskich,
a ich wspólne korzenie wywodzą się z Żółtowa.
Powołano Związek Rodu Żółtowskich. Opracowano Regulamin. Ojciec został sekretarzem i skarbnikiem. Sprawy organizacyjne były jego pasją, więc z legalizacją związku nie było problemu. Pracował w Ratuszu i miał dostęp do wykazów nazwisk. Wyszukiwał Żółtowskich, pisał do nich listy, wyjaśniał sprawę powołania Związku Rodu Żółtowskich, i zapraszał na zjazd.
Na drugi zjazd w Zajączkowie w 1993 roku, wybrałem się z żoną i dwójką naszych dzieci. Byłem mile zaskoczony przyjazną atmosferą tego spotkania. Tak jakbyśmy znali się od dawna. Na uroczystej kolacji wszyscy pojawili się odświętnie ubrani. Atmosfera iście staropolska.
Prowadzone długie rozmowy o nas wówczas młodych, wspomnienia o naszych przodkach, o tym kim jesteśmy i skąd się wywodzimy. Spodobało mi się. I tak co roku przyjeżdżaliśmy na zjazd.
A wracając do wydarzeń sprzed 30. lat, po nagłej śmierci mojego ojca 7 października 1994 roku, powierzono mi obowiązki skarbnika, a mojej mamie Natalii sekretarza ZRŻ.
Praca nasza trwała kilkanaście lat. Rok 1994 okazał się dla naszego związku tragiczny, ponieważ odeszli nagle do wieczności główni jego założyciele, w sierpniu Michał z Łodzi, genealog, a w październiku, mój tata Zbigniew.
Twój ojciec miał piękną kartę życia. Był zaangażowanym działaczem podczas okupacji oraz w stanie wojennym. Ceniono go, jako działacza samorządowego na rzecz nie tylko lokalnej społeczności.
Tak, to prawda. Za przykładem swojego starszego brata Antoniego kilkunastoletni Zbyszek został łącznikiem przy oddziale partyzanckim działających w Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ. W stanie wojennym działał w solidarności rolniczej. W czasach transformacji ustrojowej na początku lat 90-tych , gdy tworzono struktury samorządowe, wysłano go wraz z innymi działaczami do Francji, aby przyjrzeli się, jak działają samorządy. I to doświadczenie przeniósł na rozwój i pracę w samorządzie. Działał jako miejski radny. Był przewodniczącym Rady Miasta Skierniewice. Został specjalistą od inwestycji przy Sejmiku Wojewódzkim. Był inicjatorem otwarcia Domu Dziennego Pobytu Emerytów w Skierniewicach , a także działaczem Rady Parafialnej. Był aktywnym samorządowcem i społecznikiem. Znał potrzeby zwykłych ludzi, potrafił słuchać i z nimi rozmawiać, wspólnie rozwiązywać problemy. Tato był świetnym organizatorem, zawsze pogodny i mający niezwykły dar łączenia ludzi. Do dziś jest ciepło wśród mieszkańców Skierniewic wspominany. A na końcu spełniło się jego marzenie. Udało się reaktywować Związek Rodu Żółtowskich.
Co wiadomo Ci o Twoich przodkach i pochodzeniu skierniewickim?
Moi przodkowie jak większość Żółtowskich wywodzą się z Żółtowa. Mój prapradziadek Józef ur. w 1821 roku był dziedzicem części Żabik. Pradziadek Antoni, ur. w 1861 roku po wielu latach pracy osiadł około 1900 roku w Ożarowie k. Ostrowca Świętokrzyskiego i założył wytwórnię sprzętu rolniczego. Specjalizował się w produkcji sieczkarń. Jego najstarszy syn, a mój dziadek Marian urodzony w 1896 roku po ukończeniu szkoły mechanicznej w Wiedniu został pilotem wojskowym. Brał udział w Wojnie Polsko-Bolszewickiej w bitwach Koziatyn, Biała Cerkiew, Łuck oraz w Bitwie Warszawskiej od 18 lipca do 20 sierpnia 1920. Po licznych kontuzjach spowodowanych lotami samolotowymi, w 1937 roku przeszedł w stan spoczynku i wrócił wraz z rodziną na ojcowiznę do Ożarowa. Podczas wojny zaangażował się w pracę konspiracyjną. Został zdradzony i aresztowany przez gestapo w 1941 roku. Przez wiele miesięcy brutalnie przesłuchiwany na gestapo w Ostrowcu Świętokrzyskim. Niemcy wiedzieli, że jest pilotem i próbowali bezskutecznie namówić go do współpracy i szkolenia pilotów niemieckich. Następnie był więźniem obozów w Oświęcimiu i Oranienburgu, gdzie dokonywano na nim eksperymentów medycznych. Po wyzwoleniu wrócił do domu z ciężką gruźlicą – zmarł 13 czerwca 1946 roku. Z kolei mój ojciec Zbigniew urodził się w 1927 roku w Dęblinie. Po śmierci obojga rodziców, (mama zmarła w 1943 roku) pojechał na ziemie odzyskane do Drawska i tam podjął pracę jako instruktor rolnictwa. W 1948 roku trafił na Wydział Architektury Politechniki Szczecińskiej. Zachorował na gruźlicę. Celem podratowania zdrowia wysłano go do Kowar k. Jeleniej Góry. Podjął pracę jako pracownik personalny w sanatorium. Tam poznał przyszłą żonę Natalię Stefanowską. Wzięli ślub w 1951 roku w Kowarach. Na świat przyszły dzieci: Jolanta i ja – Jarosław. Ponieważ Natalia chciała mieszkać bliżej swojej odnalezionej po Powstaniu Warszawskim matki, (ojciec w powstaniu zginął), przeprowadzili się z rodziną bliżej Warszawy do Skierniewic. I tutaj rozpoczęli swoje dalsze życie zawodowe i rodzinne. Założyli przedsiębiorstwo handlowo – hodowlane (kurniki) przy ul. Feliksów. I dlatego Skierniewice.
Jakie wartości i zasady przekazali Tobie rodzice?
Ja się nie tak dawno nawet nad tym zastanawiałem. Mój ojciec zawsze podkreślał, że jak się komuś coś obieca, trzeba dotrzymać słowa. Myślę, że ta zasada jest mi bliska. Mądrości ludowe i przysłowia, którymi zawsze posługiwali się moi rodzice, sprawdzają się, więc także staram stosować je w moim życiu. Takie jak: „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, „niedaleko pada jabłko od jabłoni”, „słowo się rzekło kobyłka u płotu”. Ważne, żeby być uśmiechniętym i miłym dla ludzi. To zawsze procentuje. U mnie z tym różnie bywa, ale się bardzo staram.
Opowiedz Jarku o sobie ( szkoła, praca)…
Jestem absolwentem Politechniki Warszawskiej o specjalności Konstrukcje Budowlane Inżynierskie z 1978 roku (dyplom u prof. Wojciecha Żółtowskiego). Pracę rozpocząłem jeszcze przed ukończeniem studiów, najpierw w biurze konstrukcyjnym, a potem w nadzorze budowlanym jako starszy inspektor do spraw kontroli jakości robót budowlanych w Wojewódzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej. W drugiej połowie lat 70-tych budownictwo mieszkaniowe w PRL-u było tak ważne, że moi zwierzchnicy naciskali na pomijanie przepisów i norm budowlanych, byleby budować więcej i szybciej, więc po 3. latach podziękowałem im za współpracę. Trochę się zastanawiałem nad moim życiem zawodowym i założyłem prywatną firmę produkującą między innymi sztuczną biżuterię. Tak się rozpędziłem z tą sztuczną biżuterią, że w końcu lat 80-tych zatrudniałem ponad 40 osób i wysyłałem swoje wyroby do większości tzw. KDL-ów O mały włos zostałbym milionerem w Polsce Ludowej (właściwie zostałem z powodu inflacji), gdyby nie to, że komuna upadła, a wraz z nią cały system gospodarczy. Otworzono granice i już nikt nie chciał mojej biżuterii. A mnie pozostał 200. milionowy dług z odsetkami Balcerowicza. Trochę się zastanowiłem i w kurniku po moim ojcu stworzyłem pierwszy rolniczy loft, gdzie także zamieszkałem w 1993 roku. Zacząłem wykonywać drobne odlewy z metali niskotopliwych w elastycznych formach metodą ciśnienia odśrodkowego. Realizowałem zamówienia dla różnych firm np. wojska, wywiadu, Straży Granicznej, firm handlowych (m. in. żetony do wózków), produkcyjnych, samochodowych (breloki), także medale m.in. dla Muzeów, Hodowców Gołębi, a nawet sex shopu ( czego się nie robi dla pieniędzy). Obecnie wykonuję zlecenia jako podwykonawca na półprodukty, głównie w 90 % dla wędkarstwa.
W tym roku przypada 42. rocznica mojej prywatnej działalności. Od trzech lat jestem na emeryturze, ale bez pracy chyba nie potrafię funkcjonować.
Dla Związku wykonujesz różne pamiątkowe gadżety. Skąd czerpiesz inspiracje na wykonanie takich prac?
Obserwuję otaczający mnie świat poszukuję w nim inspiracji.
Twoi bliscy…
Moja mama Natalia. Tego roku 27 lipca skończy 90 lat. Pełniła przez kilkanaście lat rolę sekretarza Związku Rodu Żółtowskich. Mam żonę Barbarę.
Dwoje rodzeństwa, starszą o rok siostrę Jolantę, która wraz z mężem mieszka w Hiszpanii, młodszego o 14 lat brata Rafała, zamieszkałego z rodziną w Warszawie. Dwoje dzieci: Aleksandrę i Włodzimierza oraz czworo wnucząt: Anielę, Idę, Adelajdę oraz najmłodszego potomka Kajetana. Synową Aleksandrę i zięcia Jakuba. Ola i Włodek po skończeniu studiów, zamieszkali z rodzinami w Warszawie.
Czy masz jakieś pasje, o których nie wiemy?
Zawsze lubiłem książki i filmy z gatunku science fiction. Dziś to jest literatura faktu, historyczna i polityczna. Dawniej dużo książek kupowałem, a dziś są to głównie audiobooki. Lubię słuchać muzyki. Zbierałem je także w postaci nagrań od 1968 roku. Do dzisiaj posiadam kilkaset taśm magnetofonowych z ok. 20000 nagrań, oraz kolekcję magnetofonów szpulowych od Akai po Revoxa i TEAC-a.
Od najmłodszych lat, już jako uczeń szkoły podstawowej interesowałem się tematyką morską, marynistyką, zwłaszcza działaniami II wojny światowej. Zgłosiłem nawet swój akces do teleturnieju ale odpowiedziano mi, że temat II Wojny Światowej na morzu jest zbyt wąski, (jak to się dziś ma do życiorysu jednego nawet bardzo wybitnego człowieka). Do dziś posiadam flotę wojenna Brazylii z 1942 roku wykonaną z zapałek.
Podróże już od dzieciństwa są moją pasją. Pamiętam taki oto obrazek: Była niedziela. Miałem 12 lat i marzyłem zostać turystą z prawdziwego zdarzenia. Ojca nie było w domu, ale mamę bardzo namawiałem do pieszej wędrówki do znajomych, którzy posiadali domek na wsi nad rzeką w odległości 12 kilometrów. Tak suszyłem mamie głowę, że pokonaliśmy tę odległość piechotą, ja oczywiście jak przystało na prawdziwego przystało turystę, z plecakiem.
Jakie miejsca odwiedziłem? Raczej powiem gdzie jeszcze nie byłem i prawdopodobnie nie będę, to Indie i Chiny. Źle się czuję w tłumie. Pozostała mi do odwiedzenia Australia i Nowa Zelandia i kilka drobniejszych miejsc. Lubię także podróże pociągami. Marzy mi się podróż koleją transsyberyjską do Władywostoku. Pandemia spowodowała, że zainteresowałem się bliskimi podróżami. Polska jest także pięknym i malowniczym krajem. Zachwycam się niektórymi miastami, zwłaszcza pod kątem rozwiązań urbanistycznych i architektonicznych. Mam specjalny sentyment do miasta Łodzi,
Myślę, że Skierniewice są dla Ciebie wspaniałym, miastem.
Tak, to miasto położone jest na Równinie Łowicko – Błońskiej w połowie drogi miedzy Łodzią, a Warszawą na prawach powiatu. Liczące ponad 48 tys. mieszkańców. Większość ludzi dojeżdża do pracy, głównie do większych miast, Warszawy czy Łodzi. Skierniewice mają ładne miejsca. Warto zwiedzić Dworzec Kolejowy, Kolei Warszawsko–Wiedeńskiej, wybudowany w 1875 roku w stylu gotyku angielskiego z wnętrzami neoklasycystycznymi i ławeczką Wokulskiego przy pierwszym peronie. Kręcono tutaj film na podstawie powieści Bolesława Prusa „Lalka”. Bywał tu także Władysław Stanisław Reymont. Plac Dworcowy jest jednym z ładniej zagospodarowanych terenów w Skierniewicach. To także Kompleks Parowozowni przy ul. Łowickiej, Wieża Ciśnień przy Dworcu PKP. Warto pospacerować po Miejskim Parku. Skierniewice to też architektoniczny miszmasz, w centrum obok zabytkowych willi z XIX i początku XX wieku stoją bloki. Na odnowionym rynku z Ratuszem, można przysiąść się do ławeczki profesora Szczepana Pieniążka, założyciela i długoletniego dyrektora miejscowego Instytutu Sadownictwa. Ponadto w jednym z wrześniowych weekendów Skierniewice stają się wielobarwnym i pachnącym sadem i ogrodem, bowiem od 1977 roku obchodzimy Ogólnopolskie Święto Kwiatów Owoców i Warzyw. W tym wspaniałym otoczeniu w mieście, dzieją się różne wydarzenia i imprezy.
Z czego jesteś zadowolony?
Zachowałem zawodową niezależność. Współpracuję z kilkoma firmami i osobami od prawie 30. lat. – to znaczy, że wzajemnie się rozumiemy i tolerujemy.
Jarosławie, czy masz jakieś marzenia, pragnienia?
Marzenie to może za dużo, ale chciałbym zrealizować taki pomysł. Wszyscy Żółtowscy są z Żółtowa skąd się wywodzą. Do Skierniewic, gdzie leży mój ojciec, do Ożarowa Świętokrzyskiego gdzie, leży mój dziad i pradziad, mój wnuk i prawnuk (który się jeszcze nie urodził) nie pojedzie na 1 listopada, bo będzie za daleko i za wiele miejsc do odwiedzenia. Dlatego mam plan stworzenia miejsca na cmentarzu w Mochowie (właściwy dla Żółtowa ) do złożenia prochów antenatów. W ten sposób odwiedzając cmentarz w Mochowie odwiedzimy wszystkich Żółtowskich. Proszę pamiętać że wszystkie inne miejsca dla Żółtowskich są przypadkowe, z wyjątkiem Żółtowa. W ten sposób zmarli Żółtowscy porozrzucani po kraju i świecie, mieli by możliwość powrotu do domu, także moi dziadkowie i pradziadkowie pochowani w Ożarowie. To byłoby miejsce łączące pokolenia Żółtowskich z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. To takie poczucie rodowej więzi.
Chciałbym także, aby upamiętnić pochodzenie naszego rodu w miejscowości Żółtowo, kamiennym dużym głazem z pamiątkową tablicą.
Dziękuję Jarku za interesującą rozmowę przy kawie i ciasteczku. Życzę, aby idea Twojego marzenia się spełniła.
ELŻBIETA z Kutna
Dziś był trudny dzień…
Aż do bólu.
Aż do dna tęsknoty.
Natrętnie wraca pytanie
Czy warto było aż tak…
(A jeśli było aż tak?)
Czy to było coś wielkiego…
(A jeśli było?)
Skąd zatem te pytania?
Dziś jest inaczej niż miało być
Tak samotnie,
Tak bez Twego imienia…
Nostalgicznie, jesiennie, szaro…
Dziś był smutny dzień.
MAREK ŻÓŁTOWSKI
Poznań

Karol Żółtowski, syn Jarosława i Nadii wywalczył ostatnio w Warszawie tytuł Wicemistrza i srebrny medal w Ogólnopolskim Turnieju Szermierczym Dzieci i Młodzieży.
Lata ćwiczeń na macie przyniosły w efekcie duży sukces. Tym samym młody Karol wkroczył w ślady swych dzielnych przodków walczących białą bronią. Jest uczniem Szkoły Podstawowej nr 211 imienia Korczaka w Warszawie, a wywodzi sie z popłacińskiej linii rodu Żółtowskich. Trenuje w stołecznym oddziale Polskiego Klubu Szermierczego. Sukcesy odnosił już w międzyszkolnych i dzielnicowych zawodach warszawskich.
ANDRZEJ

Grudzień 2021
SZANOWNY PANIE PREZESIE,
PRZYJACIELU NAS WSZYSTKICH,
MARIUSZU !
Wypełniając postanowienia Kapituły Medalu „Michała z Czacza”, kończąc Nasze jubileuszowe trzydziestolecie w odchodzącym 2021 , wręczamy niniejszym Tobie, to zaszczytne odznaczenie. Jesteśmy dumni z Twego wejścia do elitarnej grupy posiadaczy tego medalu.
Kapituła, doceniając Twoją pracę, zaangażowanie i stałe czuwanie nad dobrem Naszego Związku przez wiele kadencji, jednomyślnie przyznała to wyróżnienie.
Życzymy Tobie Prezesie dużo zdrowia, dalszych sukcesów zawodowych, społecznych i związkowych oraz pomyślności i radości w realizacji wyzwań życiowych.
W imieniu Kapituły , Zarządu , wszystkich członków i sympatyków Związku
RAFAŁ

Organizację jubileuszowego XXX-ego Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich zaplanowaliśmy w Skorzęcinie, miejscowości położonej w województwie wielkopolskim, rzut kamieniem od Niechanowa – wsi, przez którą przebiega Szlak Pałaców i Dworów Powiatu Gnieźnieńskiego. Na Szlaku również znajduje się pałac w stylu klasycystycznym będący dawną siedzibą rodziny Żółtowskich z 1785 roku.

Udajemy się całą grupą na zwiedzanie pałacu. Niestety, po kolejnych źle przeprowadzonych remontach budowla nie posiada dawnych architektonicznych detali. Wnętrza pałacu również zostały całkowicie przebudowane i pozbawione wystroju. Przed pałacem znajduje się rozległy dziedziniec z dwiema XIX-wiecznymi oficynami, usytuowanymi po bokach. Całość położona na terenie parku krajobrazowego z XVIII w. o powierzchni 7,7 ha. Obecnie budynek został oddany w dzierżawę wieczystą Ośrodkowi Szkolenia i Wychowania Ochotniczych Hufców Pracy, co nie wróży dobrze dalszej konserwacji i restauracji zabytku zgodnie ze sztuką.

Do pałacu prowadzi nas pani Bożena Szymanowska, emerytowana nauczycielka i regionalistka, pomysłodawczyni utworzenia Sali Historii Gminy Niechanowo w zabytkowym dwustuletnim budynku fundacji Mielżyńskich, siedzibie Biblioteki Publicznej. I tam następnie kierujemy swoje kroki. Pani Bożena wraz z Janem Kozaneckim, znanym regionalistą, od kilkudziesięciu lat zajmowali się zbieraniem ciekawostek i dokumentów o dawnym życiu gminy, oboje marzyli o tym aby cenne dokumenty i historię regionu mogły poznać kolejne pokolenia. Stąd powstał cykl działań pt. „Ocalić od zapomnienia”, którego efektem finalnym stała się Sala Historii.

W Sali Historii Gminy Niechanowo znajdują się m.in.: ordery, dawne dokumenty polskie i niemieckie, mundury, dawne przedmioty codziennego użytku, mapy, stroje, obrazy, oraz mnóstwo pamiątek po Żółtowskich, którzy przez trzy pokolenia byli właścicielami wsi i pałacu.

Żółtowscy stają się właścicielami Niechanowa w 1846 roku, po tym jak Potuliccy sprzedali majątek Franciszkowi Józefowi Wincentemu Żółtowskiemu h. Ogończyk (1818-1894), synowi Jana Gaudentego i Józefy Zbijewskiej h. Rola, ożenionemu z Zofią hr. Zamoyską z Zamościa h. Jelita (1825-1853). Żółtowskim urodziło się w Niechanowie pięcioro dzieci: Elżbieta (1843-1863), Róża (1849-1923) zamężna za Jana Czorbe h. Pogonia; Stanisław (1849-1908) ożeniony z Marią Jadwigą ks. Sapieha-Kodeńską z Krasiczyna h. Lis; Marceli Adam Zdzisław (1850-1925) ożeniony z Ludwiką Czarnecką h. Prus oraz Zofia (1856-1867). Po Franciszku dobra odziedziczył Stanisław Żółtowski, który z księżną Sapiehową miał siedmioro dzieci: Leona (1877-1956) ożenionego z Anną Mężyńską h. Kościesza; Adama (1881-1958) ożenionego z Janiną Marią baronową Puttkamer h. Bradacice; Zofię (1887-1975) zamężną za Stefana Tytusa Dąbrowskiego h. Radwin; Pawła (1889-1985) ożenionego z Anną Julią hr. Potocką h. Pilawa; Marię (1891-1894); Jadwigę (1893-1895) oraz Tomasza (1897-1935). Z tychże dzieci dobra odziedziczył Leon Żółtowski, który wraz z bratem Adamem byli posłami na sejm II RP. Leon i Anna mieli troje dzieci: Marię (1906-1999) zamężną za Konstantego ks. Radziwiłła na Nieświeżu h. Trąby; Władysława Leona (1910-1940) oraz Jadwigę Jolantę. W 1926 r. pod zarządem Leona Żółtowskiego, Niechanowo miało 933 ha, a w skład majętności dodatkowo wchodziły: Marysin z 300 ha i Mikołajowice z 250 ha. Majątek posiadał własną suszarnię płatków ziemniaczanych. Ponadto specjalizował się w hodowli bydła czarno-białego rasy nizinnej i reprodukcji uznanych nasion zbóż i ziemniaków. Niechanowo znajdowało się w rękach Żółtowskich do 1939 r. Przed samą wojną jako współdziedzic wymieniany był syn Leona Władysław, który zginął w Katyniu w 1940 r.

Żółtowscy byli współtwórcami i propagatorami rolnictwa i kółek rolniczych na terenach Wielkopolski. Leon Żółtowski był twórcą praktyk niechanowskich, fundatorem stypendiów dla młodzieży, której dawał możliwość kształcenia i zatrudnienia.
Tuż przed pałacem znajduje się Skwer Bohaterów Gminy Niechanowo, na którym odsłonięto pamiątkową tablicę ku czci mieszkańców gminy walczących o niepodległość Polski w latach 1830 – 1921, których ocaliła od zapomnienia pani Bożena Szymanowska w swojej książce „Bohaterowie niechanowskiej gminy walczący o niepodległość Polski w latach 1830-1921”. Wśród bohaterów zostają wymienieni Adam Żółtowski, Leon Żółtowski i Tomasz Żółtowski.
Na cmentarzu w Niechanowie odnajdujemy nagrobki i pomniki ku czci Żółtowskich, między innymi Stanisława, Tomasza, Leona czy Władysława. Groby powstańców wielkopolskich zostały oznaczone specjalnymi tabliczkami upamiętniającymi zwycięski zryw niepodległościowy 1918/19.
Wszyscy jesteśmy wzruszeni i wdzięczni, że lokalna społeczność jest tak zaangażowana w kultywowanie tradycji i pielęgnowanie pamięci o naszych przodkach. Specjalne podziękowania składamy na ręce pani Bożeny Szymanowskiej, która z pasją opowiadała nam o Żółtowskich z Niechanowa, i dzięki której historia i pamięć o nich została ocalona od zapomnienia.
AGNIESZKA Z WROCŁAWIA

Ludzie są jak wiatr. Jedni lekko przelecą przez życie i nic po nich nie zostaje, drudzy dmą jak wichry, więc zostają po nich serca złamane, jak jakieś drzewa po huraganie, inni wieją jak trzeba. Tyle, żeby wszystko na czas mogło kwitnąć i owocować. I po nich zostaje piękno naszego świata …
Krystyna Siesicka



Jubileuszowy XXX Zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbył się w dniach 15 – 19 września 2021 roku. Zjechaliśmy z różnych zakątków Polski do hotelu „ Biały”w Skorzęcinie.
Skorzęcin to miejscowość w województwie wielkopolskim, leżąca niedaleko Gniezna, niemal w środku lasu, pomiędzy rozległym Jeziorem Niedzięgiel i mniejszym Jeziorem Białym – od jego nazwy wywodzi się miano hotelu, w którym mieliśmy przyjemność gościć.
Przyjęto nas niezwykle miło i serdecznie, z uśmiechem spełniano nasze kolejne prośby i zachcianki. Urzekło nas nie tylko położenie hotelu – wśród lasów i jezior, ale również cisza, błogi spokój, a przede wszystkim – czystość.
Na każdym kroku widać było, że tutaj dba się o dobrostan przyrody i o turystów.
Już w fazie organizacji zjazdu niezwykle pomocny okazał się dyrektor obiektu Pan Marek Pedrycz. Z rozmów z Agnieszką z Wrocławia wiem, że gospodarz hotelu „ Biały” udzielał wszystkich niezbędnych informacji, potrafił rozwiązać każdą naszą wątpliwość czy problem.
Ja, jako organizator wycieczki, wpadłam na pomysł, aby zadzwonić do pana dyrektora i uzyskać namiary na firmę przewozową, z którą współpracują. Oczywiście, nie zawiodłam się. Załatwiłam jedną z najważniejszych kwestii wycieczkowych – transport.
Na miejsce XXX zjazdu dojechałam w czwartek po południu, wraz z moim psem rasy kundel szlachetny o wdzięcznym imieniu Gałgan. Zaczęły się serdeczne powitania – Rafał z Głuchołazów, Ela i Kaziu z Kutna, Piotr z Sandomierza. Z balkonu machają do mnie Mirella i Mariusz, a także ich córka Marta z mężem Michałem.
Agnieszka z Wrocławia, korzystając z pięknej słonecznej pogody, udaje się w stronę jeziora, aby popływać. Jest już Bożenka z Warszawy, a także Zbigniew, również ze stolicy. Przyjechała Halinka z Podkowy Leśnej. Poznaję Ewę i Piotra z Oświęcimia. Toruń reprezentują Kalina z Jerzym, Bożenka, Marian oraz Maciej Drożdżalowie. Z Torunia przyjechali także Beata z Markiem. Wspominamy naszą wyprawę do Nysy podczas XXIV zjazdu w Jarnołtówku. Fajnie było!
Słoneczna pogoda, ustawione przed hotelem stoliki i fotele sprzyjają spotkaniom. Co i rusz ktoś dołącza i od razu zaczyna się radosna rozmowa. Witam Jacka z Łodzi, nadchodzą Lila z Sulechowa, Kicia ze Szczęsnego i Bożenna Wanda z Warszawy. Wspaniale jest zobaczyć Janeczkę oraz Danusię z Wrocławia.
Wiele śmiechu wywołuje spotkanie z Krysią z Polic i jej córką Mariolą. Podczas zjazdu w Ciechocinku (2012 r.) Krysia przygarnęła mnie do swojego pokoju, ponieważ przydzielono mi lokum w tak dalekiej odległości od pozostałych, że nie mogłam ze strachu spać.
Niektórzy niewidziani od dwóch lat, inni od kilku lub nawet kilkunastu zjazdów. Ale rzecz zdumiewająca! Nikt się nie zmienił! Jakby zażywali nektaru i ambrozji. Może ten tajemniczy eliksir, to ogromne pokłady serdeczności, optymizmu, umiejętności dobrego porozumiewania się z ludźmi, szczerego uśmiechu, życzliwości oraz otwartości na potrzeby innych.
Kończę organizację piątkowego wyjazdu, który zapowiada się ciekawie. Wprawdzie już byliśmy w Gnieźnie, podczas VIII zjazdu w Chomiąży Szlacheckiej w 1999 roku, ale bliskość tego historycznego grodu od Skorzęcina niejako wymusiła na nas ustalenie trasy wycieczki.
Wieczorem witamy kolejnych uczestników zjazdu – Barbara i Krzysztof Rumińscy z Torunia, a także Andrzej z Płocka z synem Jarosławem. Z Grudziądza docierają Ania i Maciek Burdynowscy z Wojtkiem i Madzią. Czwartkowy wieczór to czas na spotkania i pogaduchy. Mnie, Piotra i Zbyszka goszczą Ela i Kaziu z Kutna. Mamy okazję posłuchać niezwykle interesujących opowieści Zbyszka o jego podróżach po całym, niemal, świecie. Piątkowe śniadanie pełne jest gwaru i śmiechu. Kompletujemy garderobę na wspólny wyjazd. Powinny to być żółte koszulki z Ogończykiem, niektórzy mają jeszcze takie koszulki w kolorze białym ( uczestnicy pielgrzymki do Włoch w 2000 roku na Jubileusz Rodzin). Rafał rozdaje koszulki i czapki w kolorze niebieskim.
Ekwipunek skompletowany, autokar podjechał, możemy ruszać! Jak zwykle, cudem, udaje nam się wszystkim pomieścić, przemiły pan kierowca, sobie tylko znanymi skrótami, kieruje się w stronę Gniezna. Pierwszy punkt programu to niespodzianka. Zwiedzamy fabrykę bombek choinkowych ( z tego rodzaju zakładów słynie nasza pierwsza stolica) i każdy z uczestników, jako bilet wstępu, otrzymuje cacuszko ze swoim imieniem. Na tym nie koniec! Przecież mamy rodzinę ( bliższą i dalszą ), znajomych, przyjaciół, dobrych sąsiadów oraz innych bliskich nam ludzi. Bombka z imieniem może być świetnym podarunkiem z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia.. Świetnie też udał nam się ( mnie i Prezesowi Mariuszowi ) pomysł z bombkami ozdobionymi herbem Ogończyk oraz napisem XXX Zjazd Związku Rodu Żółtowskich. Podczas licytacji były one obiektem pożądania wielu uczestników uroczystej kolacji. Takiego gadżetu zjazdowego jeszcze nie było!
Na Wzgórzu Lecha, gdzie dumnie wspina do nieba swe dwie wieże najcenniejszy zabytek Gniezna, Bazylika Najświętszej Maryi Panny, czekał na nas przewodnik Pan Wojciech Smielecki – erudyta znający swoje ukochane miasto i potrafiący o nim opowiadać. Świątynia katedralna to kościół niezwykły – miejsce pochówku świętego Wojciecha, głównego patrona Polski oraz świadek pięciu koronacji królewskich. To właśnie tutaj władcami stali się: Bolesław Chrobry, Mieszko II Lambert, Bolesław II Szczodry, Przemysł II oraz Wacław II Czeski. W podziemiach, obok innych znamienitych postaci historycznych, spoczywa, zmarły w Berlinie, biskup warmiński, poeta, prozaik, publicysta i encyklopedysta Ignacy Krasicki.
Perłę Gniezna zwiedzamy w dość szybkim tempie, gdyż rozpoczyna się właśnie południowa msza święta. Więcej czasu możemy poświęcić na obejrzenie przebogatych, bezcennych zbiorów Muzeum Archidiecezji Gnieźnieńskiej. Zostało ono założone z inicjatywy kardynała Józefa Glempa w 1991 roku. Do najcenniejszych eksponatów należą: kielich świętego Wojciecha z X wieku oraz kielich Dąbrówki ufundowany przez Mieszka III Starego. Można tu też zobaczyć szereg XV – wiecznych relikwiarzy, rzeźb czy bogato zdobionych szat liturgicznych. W skład zbiorów wchodzą też kolekcje dotyczące złotnictwa kościelnego, portretów trumiennych, charakterystycznych dla barokowej obrzędowości pogrzebowej oraz malarstwa, między innymi Jacka Malczewskiego i Leona Wyczółkowskiego. W muzeum znalazły swoje miejsce pamiątki po ostatnich prymasach Polski.
Po tej dużej ilości wiedzy historycznej, obcowania z historią, niemal na wyciągnięcie ręki, ogromnej dawce pożywki dla ducha, o swoje prawo upomniało się też ciało. Mieliśmy chwilę odpoczynku, którą wykorzystaliśmy na wypicie kawy i rozmowę z panem przewodnikiem. Zajmująco opowiadał on o znanych aktorach, reżyserach oraz o statystowaniu w wielu filmach.
Powróciliśmy na Wzgórze Lecha, aby podziwiać unikatowy zabytek romańskiej sztuki ludwisarskiej. Obecnie to po prostu Drzwi Gnieźnieńskie albo Drzwi świętego Wojciecha, ale dawniej były nazywane, ze względu na swą rangę, Porta Regia ( Drzwi Królewskie ) lub Porta Aurea ( Drzwi Złote). Zostały wykonane w XII wieku za czasów panowania Mieszka III Starego, przedstawiają życiorys świętego Wojciecha. Musiał to być święty ważny i na owe czasy, ponieważ, zwykle, na średniowiecznych podwojach umieszczano sceny biblijne.
Przygotowujemy się do wspólnej pamiątkowej fotografii na schodach u stóp pomnika Bolesława Chrobrego. Nasze sprawne ustawianie się do zdjęcia szybko zyskuje naśladowców wśród grupy wycieczkowiczów, obserwujących nasze manewry. Śmiejemy się serdecznie, gdy jedna z pań wychowawczyń rzuca w stronę młodzieży: „ No, to już wiecie, jak się macie ustawić”.
Żegnamy Gród Lecha pełni wrażeń. A w bagażniku autokaru czekają na rozdysponowanie trzy ogromne kartony bombek, które po powrocie do hotelu mąż Marty – Michał szybko i sprawnie radzi sobie z tym niełatwym, a przede wszystkim kruchym zadaniem.
Wycieczka była super – warto podróżować i poznawać nowe miejsca!
Piątek to bardzo pracowity dzień zjazdowy. Po krótkim odpoczynku, spotykamy się w hotelowej sali konferencyjnej. Najpierw zarząd – trzeba podjąć kilka ważnych decyzji, przygotować do przegłosowania ogólnego zebrania członków Związku zmiany w Regulaminie. Do zarządu dołączają wszyscy przybyli na jubileuszowy zjazd. Ustępujący zarząd składa sprawozdanie ze swojej działalności. Wcześniej jeszcze kilkoro z nas referuje zadaną „pracę domową”. Kilka miesięcy temu różnego rodzaju tematy polecił nam przygotować Rafał z Głuchołazów. Prezes honorowy Rafał przygotował kronikę wydarzeń w Związku Rodu Żółtowskich na przestrzeni trzydziestu lat działalności. Przybliżył ideę założycielską, mówił o dokonaniach wszystkich tych, którzy tworzyli związek, a potem prowadzili niestrudzoną pracę w celu jego trwania. Wymienił wiele aktywności, podkreślając wagę zorganizowanej przez niego pielgrzymki do Watykanu w 2000 roku w związku z Jubileuszem Rodzin.
Bożena Wanda opowiada o początkach związku, o Michale z Lasek, o „małym” Michale z Łodzi. Mówi o tworzeniu pierwszych numerów Kwartalnika. Dla nas jest to historia nie mniej istotna niż ta, którą poznawaliśmy przed południem. Bożenka, nasza obecna niestrudzona redaktor związkowej gazety, jak zwykle, prosi o pisanie tekstów, dziękuje tym, którzy ją wspierają, dostarczając materiały do kolejnych numerów.
Obecny Kwartalnik zostanie wydany z numerem 99. Bożenka rozpoczęła redakcję od numeru 42. Łatwo więc obliczyć, że spod ręki naszej Redaktor wyszło już 57 numerów niezwykłej dla wszystkich Żółtowskich gazety. Bożenko – ogromne gratulacje i podziękowania! Sprawozdanie ze swojej pracy składają sekretarz – Ela z Kutna, podkreślając fakt, że niedawno przejęła tę funkcję od Kaliny z Torunia, która przez wiele lat pracowała niezwykle sumiennie na rzecz trwania i rozwoju naszego stowarzyszenia. Agnieszka z Wrocławia podsumowuje stan związkowej kasy, apeluje o wpłacanie składek.
Mnie przypadło w udziale zreferowanie organizacji wycieczek zjazdowych. Tak się złożyło, że od pewnego czasu było to moje zadanie, z którego starałam się wywiązać jak najlepiej. Opowiedziałam o kolejnych zjazdach, wycieczkach, o tym, że jako członek zarządu byłam na wszystkich posiedzeniach zarządu. Odbywały się one w różnych terminach i w różnych zakątkach naszego kraju. Na zakończenie stwierdziłam, że wychowałam troje wspaniałych Żółtowskich, z których jestem bardzo dumna. Nie mniej dumna jestem z moich synowych, zięcia oraz wnucząt.
Podsumowanie pracy zarządu należało do Prezesa Mariusza ze Sztumu. Bardzo zaskoczył mnie swoim wystąpieniem. Nie znałam tej strony naszego, zwykle poważnego, doktora. Tym razem rozbawił wszystkich żartobliwym tekstem. Przy czym ten humorystyczny ton w niczym nie uchybił powagi tego, czego wspólnie dokonaliśmy. Taki zespół to po prostu DREAM TEAM.
Zagłosowano nad udzieleniem absolutorium ustępującemu zarządowi, następnie podawano kandydatury do nowych władz. Jednogłośnie przyjęto skład nowego zarządu, który ukonstytuował się na sobotnim zebraniu. Zarząd będzie pracował w składzie:
Kalina Nowacka z Torunia podjęła decyzję o zakończeniu pracy w zarządzie. Otrzymała ogromne podziękowania od Prezesa i pozostałych członków zarządu, a wyrazem uznania dla dotychczasowych dokonań Kaliny było wręczenie jej Medalu im. Michała Żółtowskiego z Lasek.
Pełne emocji popołudnie zakończono uroczystą kolacją. Po raz kolejny mogliśmy się czuć dopieszczeni przez całą załogę hotelu „ Biały”. Kuchnia przygotowała smakowite dania, odświętnie nakryto stoły, kelnerki pracowały z uśmiechem na twarzy. Wcześniejsze obawy o brak muzyki nie spełniły się. Oprawę muzyczną przygotowali Marta i Michał z Gdańska. W tan ruszyliśmy dopiero wtedy, kiedy się już nagadaliśmy do woli. Licytacja, prowadzona jak w najlepszych domach aukcyjnych, przynosi wiele radości, ale też zadowolenia ze zdobywania kolejnych fantów, a dla związku wymierny dochód. Całości udanego wieczoru dopełniają dary przywiezione przez Basię i Krzysztofa Rumińskich z ich piekarni – cukierni, chleb z Ogończykiem oraz przepyszny, niezwykłej urody tort. Dziękujemy serdecznie po raz kolejny!
Podczas sobotniego śniadania dało się słyszeć na temat smakowitego i ogromnego tortu dialogi w stylu:
Ja zjadłam Bożenkę.
Ja zjadłam Bogusię.
A ja to zjadłam samego Prezesa!
Oprócz wrażeń smakowych chleb oraz tort dostarczyły nam wielu emocji. Przed pokrojeniem tych niezwykłych wypieków podziwialiśmy kunszt pracy cukierniczej.
Sobota jest dniem przeznaczonym na mszę świętą w intencji Rodu. Udajemy się do pobliskiego Witkowa. Kościół w tej niewielkiej wielkopolskiej miejscowości położony jest w samym centrum miasta, przy Starym Rynku, na niewielkim wzniesieniu. Zbudowany w połowie XIX wieku w stylu klasycystycznym. Hełm wieży tej świątyni pod wezwaniem świętego Mikołaja jest stylizowany na zwieńczenie bazyliki Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gnieźnie.
Przed mszą udajemy się, wraz z Elą z Kutna, do zakrystii i ustalamy z księdzem, jaki będzie nasz udział w sprawowanej ofierze. Ksiądz Julian Wawrzyniak wita nas serdecznie. Wiedząc o naszym spotkaniu z okazji XXX – lecia działalności Związku, w słowie wstępnym nawiązuje do tego, że Pismo Święte mówi o tym, iż trzeba celebrować jubileusze.
Istotnie, w Starym Testamencie w Księdze Kapłańskiej możemy przeczytać: „Będzie to wasz jubileusz – każdy z was powróci do swej własności i każdy powróci do swego rodu. Cały ten rok pięćdziesiąty będzie dla was wielkim jubileuszem – nie będziecie siać, nie będziecie żąć tego, co urośnie, nie będziecie zbierać nieobciętych winogron, bo to będzie dla was jubileusz, to będzie dla was rzecz święta …”.
Jak co roku, staramy się włączać w sprawowanie liturgii mszy świętej, ja czytam fragment Pisma Świętego w liturgii słowa, wezwania modlitwy wiernych przygotowała Ela z Kutna, na tacę zbiera Piotr z Sandomierza. Widać, że księża kościoła w Witkowie umieją zachęcać parafian do uczestnictwa w modlitwach i mszach świętych. W jednej z bocznych kaplic zauważam kącik przygotowany dla rodziców z dziećmi – stolik, krzesełka oraz przybory do rysowania.
Ksiądz Julian Wawrzyniak, tuż po zakończeniu mszy świętej, z serdecznym uśmiechem zaprasza nas do wspólnej fotografii przy ołtarzu głównym świątyni.
Dokładnie naprzeciwko hotelu „ Biały”, na cypelku wrzynającym się w jezioro znajduje się kapliczka pod wezwaniem Matki Bożej Częstochowskiej. W okresie letnim, w niedziele i święta odprawiane są tam msze święte. Podczas zjazdu to niezwykle urokliwe miejsce było celem naszych spacerów, poświęconych zadumie, skupieniu oraz modlitwie.
Cieszę się, że przez lata naszych spotkań pozawiązywały się przyjaźnie, spotykamy się często poza zjazdami – umówieni lub niespodziewanie ( tak, jak my z Kaliną i Jerzym w małej kujawskiej wsi ), że mojej córce z rodziną chce się przemierzać amerykańskie stany, aby spotkać się z dziećmi Rafała – Tomkiem, Romkiem i Anią ( odbył się nawet I Zjazd Związku Rody Żółtowskich w Ameryce).
Uradowało mnie bardzo, że kiedy Ania z Grudziądza usłyszała o pobycie mojej córki i wnuczki w Polsce, bez chwili wahania umówiła się z nami w skansenie w Sierpcu. My miałyśmy do pokonania około 80 kilometrów. Ania, Maciek, Wojtek i Madzia pokonali blisko 300 kilometrów. Spędziliśmy bardzo miłe popołudnie, nacieszyliśmy się sobą, dzieci szybko znalazły wspólny język i niestrudzenie biegały po alejkach skansenu. Jestem pełna nadziei na to, że młodzi powrócą do naszej tradycji zjazdowej.
To był bardzo udany Zjazd! Do zobaczenia za rok!
Pozdrawiam serdecznie
BOGUSIA Z BIAŁEJ









W chwili obecnej nie jesteśmy w stanie przekazać informacji w sprawie rezerwacji ośrodka na nasze spotkanie w 2022 r. Ośrodki z którymi mieliśmy kontakt mają w interesującym nas terminie zajęte miejsca. Ponadto jak wiadomo ceny obowiązujące w obecnej chwili, w przyszłym roku nie będą aktualne. Tak więc musimy jeszcze poczekać na szczegóły, które ukażą się niezwłocznie na naszej stronie internetowej, po ustaleniu ich z usługodawcą.
Osoby, które zalegają z wpłatami składek na Związek Rodu Żółtowskich, proszone są o wpłacenie ich na nasze konto bankowe. Numer konta bankowego zamieszczony jest na ostatniej stronie kwartalnika w stopce.
4 września 2022 r. o godz. 12.oo odprawiona zostanie msza święta z okazji szóstej rocznicy umieszczenia w kościele pod wezwaniem św. Marcina w Mochowie tablicy, upamiętniającej rodziców gen. Edwarda Żółtowskiego oraz w intencji Rodu Żółtowskich.