Kategoria: Kwartalniki

  • Deszcz

    Kiedy spadnie
    Pierwszy deszcz wiosenny
    Wyzbędę się trosk i zmartwień
    Słońce rozbłyśnie
    A w sercu zakwitną konwalie
    Kiedy spadnie
    Pierwszy deszcz wiosenny
    Niebo rozjaśni się dla mnie
    Spostrzegę miłość
    Zanurzę się w niej jak w wannie
    Odetchnę z ulgą
    Z pierwszym powiewem wiatru
    Włosy odgarnę jak liście
    I wejdę z uśmiechem
    W to nowe życie
    Gdzie jasno jest i przejrzyście

    ALEKSANDRA KOSIŃSKA

  • Zapiski z rejsu dookoła świata. Cz. IX – powrót do domu

    Ocean Indyjski był gładki jak toń jeziora w bezwietrzny dzień, podobnie Morze Czerwone, na które wpłynęliśmy pełni obaw. Dwa tygodnie wcześniej piraci porwali tam załogę polskiego statku „Bolesław Chrobry”- jej los był nieznany. Szczęśliwie zacumowaliśmy na redzie Suezu. Mając kilkanaście godzin do dyspozycji postanowiliśmy w kilka osób udać się na zwiedzanie Kairu. Przez radio wezwaliśmy wodną taksówkę, która miała nas odstawić na ląd. Stateczek pojawił się zaskakująco szybko. Podczas drogi do portu podpłynęła kolejna taksówka i między szyprami doszło do gwałtownej wymiany zdań. Okazało się, że nasz przewoźnik podebrał klientów koledze. Sytuacja wyglądała groźnie do momentu, gdy do dyskusji włączył się nasz pasażer Andrzej, który przebywając kilka lat w Libii na kontrakcie, nauczył się arabskiego. Wypowiedział kilka słów w tym języku i zapadła głucha cisza. Wkrótce przewoźnicy się dogadali (kilka banknotów) i popłynęliśmy dalej. W porcie straciliśmy cenną godzinę, gdyż celnik poszedł się pomodlić do meczetu (był Ramadan). Wynajętą taksówką w niespełna półtorej godziny dotarliśmy do Kairu. Po drodze mijaliśmy liczne bazy wojskowe. W Kairze, metropolii liczącej wówczas ok. 16 mln mieszkańców wynajęliśmy przewodnika o imieniu Hassan, absolwenta socjologii na Uniwersytecie w Aleksandrii. Po studiach nie mógł znaleźć pracy w swoim zawodzie, więc nauczył się angielskiego i żył z oprowadzania turystów. Najpierw udaliśmy się do piramidy Cheopsa. Gospodarza nie zastaliśmy w domu – przebywał w British Museum. W ramach rekompensaty podczas zwiedzania zgaszono światło co wywołało pewne wrażenie. Po wyjściu z piramidy obowiązkowe zdjęcie na jej tle. Ani się spostrzegłem, jak za mną ustawił się sprytny Arab (przepraszam: Egipcjanin) i za pozowanie wraz z wielbłądem zażyczył sobie dolara. Dolara odmówiłem ale na otarcie łez dostał pudełeczko kremu Nivea i był zachwycony. Sfinks w opłakanym stanie był w trakcie remontu i wejście na teren budowy było zabronione. Sprytny miejscowy przewodnik za drobną opłatą przeprowadził nas przez dziurę w płocie i jeszcze stworzył możliwość obejrzenia rekonstrukcji statku, jakim spławiano kamienie z Sudanu na budowę piramid. Tu trzeba nadmienić, że dawniej ściany piramid były gładkie, obłożone płytami z alabastru. Z tego alabastru wybudowano później największy meczet w Kairze. Ponieważ podczas zwiedzania zgłodnieliśmy, udaliśmy się do przyzwoicie wyglądającej restauracji. Na posiłek musieliśmy jednak poczekać, gdyż podczas Ramadanu wolno jeść dopiero po zmroku. Umowny zmrok nastąpił o godz. 17.00 i mogliśmy posilić się kurczakiem z ryżem. Na przystawkę podano nam coś zapieczonego w liściach z winogron, co zapewne wcześniej biegało a może i fruwało – wolałem nie dociekać. Po obiedzie udaliśmy się na ogromny bazar – gdyby nie przewodnik zapewne byśmy się zgubili. Można było kupić absolutnie wszystko. Po zmroku wjechaliśmy na wieżę widokową o wysokości 160 metrów – wokół morze świateł, od których odcinał się ciemny obszar z błyskającymi pojedynczymi ognikami. To był stary Kair – „miasto umarłych”. Panował tam wielopokoleniowy zwyczaj chowania zmarłych właścicieli w piwnicach ich domów, nie pozostawały one jednak niezamieszkałe, gdyż zasiedlała je biedota. Podróż taksówką przez tę dzielnicę wywołała gęsią skórkę. Na statek wróciliśmy o 1.00 w nocy. Towarzyszący nam do końca Hassan mimo Ramadanu dał się skusić na piwo (i to niejedno), twierdząc, że o tej porze Allah już śpi. W rzeczywistości przyznał, że jest niezbyt religijny. Zwierzył się, że bardzo mu zależy na pieniądzach, gdyż chce kupić sobie żonę. Zaintrygowani tym wyznaniem zapytaliśmy dlaczego się żonę kupuje i ile kosztuje? Wyjaśnił nam, że jest zwyczaj zapłaty ojcu dziewczyny za jej wychowanie. Ceny są różne. Żona z „dobrego domu”, ładna i wykształcona to koszt ok.5-6 tys. dolarów, natomiast niezbyt urodziwa, bez wykształcenia i z ubogiej rodziny kosztuje ok. 4 tys. Zasugerowaliśmy mu, że warto „dozbierać” na bardziej atrakcyjną. Hassan był innego zdania. Stwierdził, że ta biedna i mało atrakcyjna z pewnością na zawsze pozostanie przy mężu, natomiast posiadająca liczne atuty już niekoniecznie, a pieniądze przepadną. Na pewno usłyszelibyśmy inne ciekawe opowieści, ale o 2.30 podnosiliśmy kotwicę i czas było się pożegnać z sympatycznym Egipcjaninem. Podróż przez Kanał Sueski i Morze Śródziemne przebiegła bez istotnych wydarzeń. W Zatoce Biskajskiej jak zwykle sztormowo 8st. w skali Beauforta i nikogo to nie dziwiło, ale kapitan wydawał się być wyjątkowo niespokojny. Zapytałem o co chodzi? Powiedział, że pod pokładem mamy wyjątkowo niebezpieczny ładunek, a mianowicie ciężkie lokomotywy do układania torów – gdyby któraś z nich zerwała mocujące liny, to wyjechałaby nam przez burtę. Po 4. miesiącach rejsu przybiliśmy do Rotterdamu. Podczas cumowania miała miejsce niezwykle niebezpieczna sytuacja – pękła jedna z cum rufowych, na szczęście wszyscy zdążyli się cofnąć. Lina taka bez trudu jest zdolna przeciąć człowieka na pół. Oczywiście cook nie omieszkał wypomnieć nam połowu rekinów i klątwy, którą on niesie. Po spuszczeniu trapu natychmiast pojawiła się „czarna brygada” i nie interesowała się papierosami ani alkoholem, a jedynie koralowcami. Niczego nie znaleźli. Ładownie z koprą, które napełniano na Wyspach Salomona przez 4 dni zostały opróżnione za pomocą gigantycznego „odkurzacza” w ciągu 4 godzin. Wyokrętowaliśmy zabierając bagaż podręczny oraz zakupiony w Azji sprzęt elektroniczny. Reszta rzeczy w zaplombowanym kontenerze innym statkiem popłynęła do Gdyni. Na granicy celnik zorientowawszy się, że ma do czynienia z marynarzami wracającymi po wielu miesiącach do domu, nawet nie spojrzał na bagaż. Powróciłem do mojej dzielnej żony, która w czasie rejsu opiekowała się dwójką maluchów. Po kilku dniach otrzymałem wiadomość o przybyciu kontenera do Gdyni i udałem się po odbiór reszty rzeczy. Było tego niewiele i odprawiający celnik ze zdumieniem zapytał czy w rejsie byłem po raz pierwszy? Faktycznie, po raz pierwszy i jak dotąd ostatni.
    Rejs ten był swoistym fenomenem, gdyż wielu członków załogi rozstając się ze sobą uroniło łzę, to się normalnie ludziom morza nie zdarza. Znajomość, a nawet ośmielę się stwierdzić – przyjaźń z kapitanem zachowałem do czasu jego odejścia na wieczną wachtę. Zażyłość z II oficerem Marianem (od wielu lat kapitanem) i jego żoną Małgosią trwa do dziś, widujemy się przynajmniej raz w roku i im zawdzięczamy Zjazd Rodu Żółtowskich, który miał miejsce w Szaflarach. Tak więc wartością tej przygody są nie tylko piękne wspomnienia ale także, a może przede wszystkim więzi międzyludzkie. Pewien kapitan żaglowca stwierdził kiedyś: „nie ważne dokąd ale z kim żeglujesz”.

                                                                                                    MARIUSZ ze Sztumu.
  • Polski Neptun na Helu

    Polski Neptun na Helu

    15 sierpnia 2020 r. odbyła się na Helu wspaniała uroczystość odsłonięcia rzeźby Neptuna w obecności przedstawicieli władz Polski, zaproszonych gości z Włoch, a także przedstawicieli Związku Rodu Żółtowskich.
    Rzeźba Neptuna na Helu jest wzorowana na posągu Neptuna z Bolonii – która oczarowała autora.
    Arkadiusz Żółtowski z Płocka spełnia swoje marzenie i nad polskim morzem stawia posąg rzymskiego boga wód. Przedsięwzięcie to, było ogromnym wyzwaniem, pełnym trudu i zaangażowania wielu osób – ogromnym, bo wykonana z jednego bloku granitu portugalskiego o wadze 34. ton.
    Rzeźba natomiast o wys. 3,4 metry waży 2,3 tony. Można sobie wyobrazić ile zapału i wytrwałości trzeba mieć, aby „udźwignąć” to marzenie.

    Ogromne podziękowania dla członka naszego rodu Arkadiusza Żółtowskiego, za wręczenie pamiątkowych medali przedstawicielom zarządu Związku Rodu Żółtowskich, przybyłych na odsłonięcie rzeźby „Polskiego Neptuna” na Helu.

  • Marzenie

    Chciałabym słyszeć szum oceanu,

    Wyciągać ręce ku tęczy,

    Móc przejść przez życie z pełnym uśmiechem

    Głowy bólem nie męczyć.

    Chciałabym gasić świece wieczorem,

    Zaciągać ciężkie kotary,

    Nie dzielić Ciebie ze światem okrutnym,

    Miłość skrywać wspaniałą.

    Dotknij mnie lekko, rzęsą o rzęsę

    Tchnij we mnie życie na nowo.

    Oddam Ci siebie w zwiewnej sukience

    I z rozczochraną głową.

                    ALEKSANDRA KOSIŃSKA

  • Korespondencja sprzed lat

    Kochany Dziadziu!
    Za zbliżającym się końcem Roku szkolnego kazali nam donieść Dziadzi dzień do wyjazdu na wakacyje przeznaczony, który tego Roku znowu będzie ósmy lipca. Kazali nam również poprosić Dziadzię, aby niedługo pieniądze na podróż potrzebne przysłał albo też doniósł, czy ktoś po nas tu przyjedzie, albo jeżelibyśmy sami jechać mieli, to zaraz prosto z Wiednia stać się mogło, i żebyśmy z inemi Polakami nie potrzebowali jechać do Oderberga albo do Krakowa. A to głównie z powodu tego byśmy Dziadzię prosili, że najprzód pociąg, którym Polacy ini zawsze wyjeżdżają o jedenastej wieczorem z Wiednia wychodzi, więc trzeba noc całą jechać, a podróż taka nocna jest zawsze dosyć męcząca, bo nawet porządnie zasnąć niemożna w tak bardzo licznym towarzystwie. Potem także jeżelibyśmy mieli jechać jednym ciągiem przesiąść byśmy się musieli w Oderbergu jeszcze prawie w nocy, przy czem by się łatwo jakie bałamuctwo z naszemi kuframi między tyloma wieloma podobnymi stać mogło.
    Przytem jadąc tym pociągiem zapewne dopiero zupełnie wieczorem w Czaczu byśmy staneli. – Jadąc natomiast osobno, albo dajmy na to z Panem Gozdziewskim, wyjechalibyśmy o dwanaście godzin wcześniej, we Wrocławiu wieczorem już bylibyśmy, gdzie przenocowawszy, na drugi dzień w południe już w Czaczu byśmy być mogli. Wreszcie zdaje mi się że jechalibyśmy część drogi osobno zrobić musieli, toby i druga część większych nie robiła trudności. Bardzo nam było przykro zmartwienia nabawić Dziadzi naszemi cęzurami, ale tem bardziej się staramy, najważniejsze, roczne cezury dobre dostać, do czego się też nie mało przyczyni większe zadanie piśmienne, które niezadługo pewno dostaniemy, i które z największą pilnością i pomocą Boską będziemy się starali dobrze zrobić. Pewno i u nas w ostatnim czasie deszcze padały, bo my tu już od tygodnia prawie brzydki czas i deszcze mamy. – Spodziewam się więc że się teraz porządnie wypada, ażeby wakacye dosyć były przynajmniej suche.
    Całuję kochanemu Dziadzi rączki i zostaję jego przywiązanym wnukiem.
    Jaś Żółtowski

    Kalksburg. 19.6.1886 r.

    Kochany drogi mój Jasiu,
    Bardzo chętnie się na to zgadzam, abyście podróż waszą osobno i w dzień odbyli, będzie to mniej męczące i korzystniej dla Was, bo zobaczycie przynajmniej okolice przez które będziecie przejeżdżać. Jak już do Izia pisałem Bunia życzy sobie abyście nasamprzód do Chołoniewa pojechali, gdyż ma wstąpić jeszcze do wód wyjechać musi. Nam się także do wód będzie trzeba wybrać, ale do których to dopiero będzie zależało od zdania lekarzy. Kiedy jak mi piszesz ósmego Lipca już będziecie mogli z Kalksburga wyjechać to Pan Goździewski 7 na noc już tam przyjedzie, abyście zrana zaraz pojechali z nim do Wiednia skąd około południa wyjedziecie do Krakowa gdzieś przed dziesiątą a zatem o tej porze Roku za dnia jeszcze staniecie. W Krakowie zatrzymacie się przez piątek i możecie korzystać z tej sposobności aby odwiedzić Panią Jenny Kwaśniewską, przy czem wypada aby każdy z Was dał po 10 reńskich jej synkowi, który jest krzesnym. Z Krakowa wyjeżdżając o ósmej zrana w sobotę staniecie we Lwowie około czwartej gdzie znowu przenocować trzeba, gdyż żaden pociąg o tej godzinie już do Brodów nie wychodzi, a nazajutrz wyjeżdżając po piątej ze Lwowa będziecie o wpół do dziesiątej w Radziwiłłowie gdzie na Was konie z Chołoniewa czekać będą. Pan Goździewski odda każdemu z Was po 100 reńskich na koszta podróży bo już jesteście w tym wieku że sami powinniście umieć o sobie radzić. Gdyby wczemkolwiek zmiana jaka zajść miała natychmiast Was zawiadomię a teraz tysiącznie Was obu najserdeczniej ściska najprzywiązańszy dziadzia.
    M.Ż.
    27.6.86.

  • Korespondencja sprzed lat cd.

    Łaskawemu Panu Hrabiemu Dobrodziejowi spieszę donieść iż wczoraj odebrałem list od Jasia w którym mi donosi iż wakacye już się 8 lipca rozpoczną. Czyniąc więc zadość życzeniom Pana… ( tu wiele wyrazów nieczytelnych). Mogli by tego dnia z Kalksburga wyjechawszy stanąć wieczorem w Krakowie, tam przez piątek wypocząć, w sobotę wyjechać z Krakowa stanąć na nocleg w Radziwiłłowie i nazajutrz po wysłuchaniu mszy do Chołoniowa się puścić. Podróż tak urządzona zajmie wprawdzie cztery dni, ale chłopcy proszą aby ją dniami tylko odbyć mogli, co dla nich mniej męczące i korzystniejsze, gdyż się przynajmniej okolicom przez które przejeżdżają przypatrzyć mogli.
    Mój sekretarz pojedzie po nich do Kalksburga, odwiezie ich do Radziwiłłowa. Są oni wprawdzie już w tym wieku żeby tę podróż sami odbyć mogli, dodaję im więc towarzysza jedynie dla mojej spokojności, będzie on miał wszakże polecenie aby tylko wrazie koniecznej potrzeby niemi się zajął a z resztą wszelką im pozostawić swobodę, aby przywykli sami sobą rządzić się. Względem wód do których wypadnie nam dla Jasia jechać, toczy się korrespondencya między lekarzem z Kalksburga i tutejszym który znając Jasia od lat kilku bardzo dokładnie z jego usposobieniem jest obznajomiony, ale jeszcze żadne stanowcze nie zapadło postanowienie. Gdyby jakakolwiek nieprzewidziana zmiana zajść miała w powyższych projektach nieomieszkam o tem Panią hrabinę zaraz zawiadomić a teraz łącząc wyrazy głębokiego mego uszanowania zostaję z wysokim szacunkiem i poważaniem Pana Dobrodzieja najżyczliwszy sługa.

    M.Ż.

    Skurcze pod Tarczynem D.14 Lipca 1886 r.
    Na Wołyniu
    Kochany Dziadziu
    Bardzo Dziadzię kochanego przepraszam, żem do Niego od naszego z Kalksburga wyjazdu nie pisał, ale w dzień przed odejściem poczty ze Skurcza jeszcze po podróży trochę zmęczony byłem i trochę mnie głowa bolała, a więc Izia poprosiłem aby Dziadzi doniósł, żeśmy szczęśliwie najprzód do Chołoniowa, a z tamtąd do Skurcza przybyli. Wczoraj z Łucka wróciliśmy dokądeśmy z Wujciem Xianiem pojechali aby sobie miasto oglądnąć. Byliśmy tam na mustrze jednego pułku piechoty a potem i konicy która nam się zwłaszcza bardzo podobała. Stoi teraz bowiem kilka pułków wojska (około 5000 żołnierzy) pod Łuckiem obozem, a ma później stać dziesięć tysięcy. Mała córeczka Wujcia Xiania, Zosia bardzo jest ładniótka i sprytna, a przytem już biega wcale nie źle i mówić zaczyna, tylko w ostatnich dniach jest trochę niezdrowa bo ząbki dostaje. Buni zdrowie nie bardzo służy, dosyć jest osłabiona i nie dobrze chodzi, zamierza zatem w połowie lata do wód pojechać ale nie wie jeszcze dokąd. Izio tu jeździ Wujcia Xiania wierzchowca, siwego i bardzo dzielnego, który jest większy od karego wierzchowca Czackiego, ale wiele jest od niego silniejszy; ja jeżdżę na starym czarkiesie który u Wujcia przez jakiś czas w zaprzęgu chodził, lecz z profesyi jest koniem wierzchowym , a chociaż stary i brzydki, to przecież jeszcze doskonały. Nie wiele już mam czasu bo się kolacja zbliża a jutro raniuteńko poczta odchodzi, przytem też już nic więcej do pisania, kończę zatem całując kochanemu Dziadzi rączki i zostając jego przywiązanym wnukiem.
    Jaś Żółtowski

  • Wesołego Alleluja!

    Wesołego Alleluja!

    Z okazji nadchodzących Świąt Wielkiej Nocy,
    składamy wszystkim członkom Związku Rodu Żółtowskich
    oraz sympatykom Związku,
    najserdeczniejsze życzenia,
    pogodnych, słonecznych świąt, a przede wszystkim dużo, zdrowia,
    abyśmy mogli w jak największym gronie spotkać się na tegorocznym jubileuszowym Zjeździe.

    Prezes Związku wraz z Zarządem

  • XXX lat Związku Rodu Żółtowskich

    Jubileusze mają to do siebie, że wywołują wspomnienia i refleksje. Już 30 lat mija jak grupa entuzjastów noszących nazwisko Żółtowski spotkała się w Laskach w dniu 7 czerwca 1992r., a następnie zorganizowała Zjazd Założycielski w Skierniewicach 6 września tegoż roku. Zjawiło się 36 osób, a efektem ich pracy była rejestracja Związku Rodu Żółtowskich, jako stowarzyszenia zwykłego w Urzędzie Wojewódzkim w Skierniewicach w dniu 7.04.1993. Pierwszym Prezesem został Andrzej Ludwik z Warszawy, który pełnił tę funkcję przez 2. kadencje. W roku 2000. jego miejsce zajął Rafał z Korycina, by po pracowitych 3. kadencjach w roku 2012. oddać Związek w moje ręce .
    Jak każdy „żywy organizm” Związek ulegał zmianom związanym z odchodzeniem jego aktywnych, a nawet,- ośmielę się powiedzieć, charyzmatycznych członków. Niewątpliwy wpływ wywarła śmierć Michała z Lasek, będącego osobą silnie nas integrującą, niezależnie od tego, kim byli nasi antenaci. Dziś łączy nas Kwartalnik, który niebawem osiągnie 100. wydanie oraz coroczne Zjazdy, których formuła przez cały ten czas się nie zmieniła. Dzięki tytanicznej pracy Wacława i Elżbiety z Łodzi ukazały się dwa wydania „Genealogii”, wspomagaliśmy wydawnictwo książek Michała z Lasek , odbyliśmy pielgrzymkę do Watykanu w Roku Rodzin i spotkaliśmy się z Ojcem Świętym Janem Pawłem II, patronowaliśmy konkursom Tradycji Szlacheckiej w Waplewie Wielkim, ufundowaliśmy pamiątkową tablicę w kościele w Mochowie. Nieubłagany los zabrał nam większość założycieli Związku, którzy odeszli do Pana, inni zacni członkowie opuścili nasze szeregi z sobie wiadomych, zapewne istotnych powodów – bardzo nam ich brakuje. Nie pozostało to bez wpływu na kondycję Związku, który dziś boryka się głównie z brakiem osób młodych, chcących kontynuować dzieło poprzedników. Bogata dokumentacja zgromadzona przez Andrzeja Mieczysława oczekuje na należne jej miejsce i opracowanie. Niewątpliwą wartością jest utrzymywanie wzajemnych kontaktów, a niekiedy i wzajemna pomoc, podzielenie się życzliwym słowem, pamięć o żyjących i tych, którzy odeszli. Dokąd zmierzamy? – na to pytanie odpowie nowo wybrany Zarząd, gdyż najbliższy Zjazd wyłoni władze na kolejną kadencję. Pandemia koronawirusa nie sprzyja kontaktom osobistym, staramy się zachowywać racjonalnie, kontaktujemy się telefonicznie i elektronicznie – nie sprzyja to zacieśnianiu wzajemnych relacji ale próbujmy utrzymać choćby te, które wypracowaliśmy w ciągu trzydziestolecia. Do zobaczenia wkrótce, gdy tylko sytuacja w kraju na to pozwoli.

    PREZES ZWIĄZKU RODU ŻÓŁTOWSKICH
    MARIUSZ ZE SZTUMU

  • 22-26 CZERWCA 2011 r.
    XX ZJAZD ZWIĄZKU RODU ŻÓŁTOWSKICH
    RUMUNKI – DĘBOWA GÓRA

    Relacja z XX Zjazdu napisana do kwartalnika nr 63 przez Bogusię z Białej, zatytułowana była „JUBILEUSZ JAK Z BAJKI”. Tak też było. Zjazd przygotowany był znakomicie, do czego przyczyniło się wiele osób, a nad wszystkimi pomysłami czuwał Prezes Rafał. Powstała wspaniała wystawa fotograficzna, na zdjęciach odnajdowały się osoby uczestniczące w naszych dwudziestoletnich spotkaniach. Przygotowanie wystawy nie było łatwą sprawą, bowiem wyszukiwanie zdjęć z dwudziestu lat i opisanie osób będących na nich, to mrówcza praca. Do tak perfekcyjnego Zjazdu przyczyniło się wiele osób. Prezes Rafał z Korycina czuwał nad wszystkim, aby nic nie umknęło uwadze.
    Mieszkaliśmy w hotelu „Dębowa Góra” nad jeziorem, na terenie Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajoznawczego. W środę, pierwszego dnia pobytu przyjechali prawie wszyscy uczestnicy Zjazdu.
    W czwartkowy pogodny dzień Bożego Ciała udaliśmy się do kościółka w Łącku. Po procesji poszliśmy do znanej stadniny ogierów, co niewątpliwie bardzo ucieszyło naszą rodową miłośniczkę koni, Agnieszkę z Wrocławia.
    Czwartek, to tradycyjnie dzień na zebranie ogólne w czasie którego podejmowane są ważne decyzje naszego Związku. Dyskutujemy nad interesującymi nas tematami. Bożena Wanda, promuje książkę „Żółtowscy z Godurowa”. Na sali jest obecna autorka, Izabela Broszkowska z domu Żółtowska.
    Jest już piątek i wyruszamy na wycieczkę. Mochowo – tutaj znajduje się gimnazjum imienia generała Edwarda Żółtowskiego, urodzonego 18.03.1775 r. O tej historycznej postaci usłyszeliśmy dużo ciekawych informacji.
    Oglądamy pobliski kościół pod wezwaniem św. Marcina, który ma ciekawą historię i architekturę. Zatrzymujemy się na chwilę, koło przydrożnego znaku drogowego „Żółtowo”. Te ziemie nadał książę mazowiecki Ziemowit naszym przodkom w XV wieku. Niestety nikt o nazwisku Żółtowski tu nie mieszka. Następnym przystankiem był Skansen Wsi Mazowieckiej w Sierpcu. Ta zaimprowizowana wioska z młynem wodnym, karczmą i zagrodami z Mazowsza, tworzyła sielską atmosferę. Okolica skansenu bardzo nam się podobała, zwłaszcza, że odbyliśmy jeszcze przejażdżkę wozami zaprzężonymi w konie.

    W sobotę udajemy się na mszę św. za Ród Żółtowskich do Katedry Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.
    Podczas uroczystej kolacji następuje wręczenie medali imienia Michała Żółtowskiego z Lasek. To zaszczytne uhonorowanie otrzymali: Andrzej Ludwik z Warszawy, i pośmiertnie Zbigniew ze Skierniewic i Michał z Łodzi. Wręczane były także medale honorowe wraz z dyplomami i medale pamiątkowe.
    Było bardzo uroczyście, u wielu było widać wzruszenie.
    Rozpoczęła się uroczysta kolacja i tańce. A w niedzielny poranek czas na pożegnania.
    Zobaczymy się za rok.

    Kicia, Krystyna i Bronek z Niemiec, Bożena-Wanda
  • ROK 2012 r.
    XXI ZJAZD ZWIĄZKU RODU ŻÓŁTOWSKICH
    CIECHOCINEK

    Ciechocinek kojarzy się z tężniami, solankami i uzdrowiskami. Jesteśmy zakwaterowani w centrum miasta w hotelu Pałac Targon.
    W tym roku obecność uczestników Zjazdu jest szczególnie ważna, gdyż jest to Zjazd sprawozdawczo-wyborczy. Obecny Prezes Rafał podsumował swoją działalność i zgodnie z obowiązującym regulaminem ustępuje z funkcji prezesa po czterech latach działalności. Po głosowaniu prezesem zostaje Mariusz ze Sztumu.
    Poprzez głosowanie zostaje zmniejszona liczba członków zarządu do dziewięciu osób. Przedstawieni zostają wybrani członkowie zarządu.

    Uczestnicy Zjazdu w Ciechocinku

    Odczytano pozdrowienia od osób niemogących przyjechać na Zjazd. To miło, że duchem są z nami. Następnie przedstawiają się nowo przybyłe osoby, które zostały serdecznie powitane. Jedziemy na wycieczkę do Bydgoszczy. Musimy zdążyć wrócić na transmisję otwarcia Euro 2012 i meczu Polska-Grecja. Spóźnienia kibice nie wybaczyli by!
    Po drodze zatrzymujemy się w Ostromecku w zespole pałacowo-parkowym. Stuletni park i dwa pałace robią na nas wrażenie. Przewodnik wycieczki pan Wojciech, bardzo ciekawie opowiada historię dotyczącą budowy i rozbudowy pałaców.
    Wjeżdżamy do Bydgoszczy, miasta ze specyficznym klimatem. Czterystutysięczne miasto położone jest z dala od dużych zakładów przemysłowych, w pobliżu cudownych Borów Tucholskich. Bydgoszcz ma wiele perełek architektonicznych. Kościół pod wezwaniem świętych Marcina i Mikołaja, gmach Opery Novej i Spichlerze nad Brdą. To miasto zwiedzającym kojarzy się także z zawieszoną na linie rzeźbą linoskoczka, przechodzącego przez rzekę.
    Czas wracać do Ciechocinka, bo kibice piłkarscy zaczynają się niepokoić. Z tego też powodu uroczysta kolacja rozpoczyna się nieco później. Finał meczu, to remis 1:1.
    Na uroczystą kolację otrzymujemy od pana Krzysztofa ogromny chleb z herbem i pyszny tort. Pyszności te powstały w Jego zakładzie. Drugą niespodzianką był Wiesław z Chicago, który wkroczył na salę w stroju z egzotycznej podróży i teraz fotografował się z wieloma osobami, było bardzo zabawnie.
    W czasie sobotniej mszy św. za Ród Żółtowskich ksiądz proboszcz powiedział dużo pięknych, wzruszających słów o tak zacnym rodzie.
    A wieczorem, a wieczorem organizujemy ognisko, pieczone kiełbaski i pogaduchy, jak to przy ognisku.
    Niedziela, to nic, że się rozstajemy, to tylko na chwilkę – na rok.