KOCHANI!
ŻYCZYMY WAM
RADOSNYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH,
WSZELKIEJ POMYŚLNOŚCI, ZDROWIA, SPOKOJU, NADZIEI
I DUŻO WIOSENNEGO SŁOŃCA
Prezes Związku Rodu Żółtowskich
Mariusz Żółtowski
oraz członkowie zarządu
KOCHANI!
ŻYCZYMY WAM
RADOSNYCH ŚWIĄT WIELKANOCNYCH,
WSZELKIEJ POMYŚLNOŚCI, ZDROWIA, SPOKOJU, NADZIEI
I DUŻO WIOSENNEGO SŁOŃCA
Prezes Związku Rodu Żółtowskich
Mariusz Żółtowski
oraz członkowie zarządu

POKOLENIE CZWARTE
W poprzednich trzech częściach opisałem poprzedników, pradziadka Tomasza, dziadka Władysława, ojca Wacława, a teraz jest kolej na mnie.
Urodziłem się 29 stycznia 1949 roku w Toruniu, na imię dano mi Władysław, po dziadkach Żółtowskim i Kowalskim (ojciec mojej mamy). Dzieciństwo moje było smutne. Kiedy się urodziłem Ojciec był więźniem politycznym, bardzo nam go brakowało. Później było już lepiej. Po liceum ogólnokształcącym trzeba było podjąć trudną decyzję w sprawie dalszej edukacji, a dla osiemnastolatka, to niełatwa sprawa.
Zdawałem na politechnikę gdańską, ale nie dostałem się. Powstało pytanie, co dalej. Mogłem trafić do wojska do służby czynnej, ale to dwa lata stracone i pozostaję bez zawodu. Wytworzyła się okazja, otwierano po raz pierwszy Wyższe Szkoły Oficerskie. Jest szansa, aby zdobyć zawód i wykształcenie. Zostałem przyjęty bez egzaminu, musiałem zdać tylko psycho testy i sprawność fizyczną, więc nie było problemu. I tak przed wojskiem uciekłem do wojska. Z nauką nie miałem kłopotu, ale służby doszukały się, że jestem synem więźnia politycznego. Szukano powodu aby skreślić mnie z listy studentów podchorążych. Nie udało się i w 1971r.
10 września zostałem promowany na pierwszy stopień oficerski podporucznika w korpusie wojsk rakietowych i artylerii, było to ogromne przeżycie, dla mnie niezapomniane, do dziś pamiętam te wydarzenia.
Urlop i do pracy. Pierwszą moją jednostką był 14. Sudecki Pułk Artylerii Przeciwpancernej w Kwidzyniu, było super, dużo szkolenia, dużo strzelania, poligon za poligonem, nowe wyzwania. Po roku przenosiny do Torunia, do Wyższej Szkoły Wojsk Rakietowych i Artylerii, tam trafiłem na etat dowódcy plutonu.
Praca z przyszłymi oficerami była bardzo ciekawa i satysfakcjonująca. Mam około sześćdziesięciu swoich wychowanków, niektórzy zaszli bardzo wysoko, nawet do stopnia generała, to duży sukces i zadowolenie dla pierwszego nauczyciela i wychowawcy .
Przyszła kolej na zmiany. Od 1980 roku zacząłem służbę w Kielcach. Byłem wykładowcą szkolenia wojskowego w studium wojskowym Politechniki Świętokrzyskiej, i tam już pracowałem do końca służby.
W latach 1983-85 ukończyłem studia magisterskie w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, następnie studia podyplomowe.
Moja przygoda z wojskiem zakończyła się w 1992 roku, i w wyniku przemian zlikwidowano szkolenie wojskowe na wyższych uczelniach cywilnych . Służbę wojskową zakończyłem w stopniu pułkownika, z czego jestem dumny.
Kolejny etap, to dalsza praca na mojej uczelni gdzie zostałem wykładowcą i zajmowałem się obroną cywilną i sprawami obronnymi. Pracowałem na uczelni do września 2009 roku.
Postanowiłem przeprowadzić się z Kielc do Torunia, i od września 2009 roku mieszkam w moim ukochanym Toruniu.
Zaczynam nowy etap w moim życiu i podjąłem pracę w samorządzie w Gminie Chełmża. Odpowiadam za sprawy obronne obrony cywilnej i ochotniczej straży pożarnej. Praca bardzo odpowiedzialna i dająca dużo satysfakcji. Tu pracowałem do 2016 roku .

Praca ze strażakami ochotnikami spowodowała przystąpienie moje do Ochotniczej Straży Pożarnej. Zostałem więc druhem ochotniczej straży, z czego jestem niezmiernie dumny.
Pozostało mi do napisania jeszcze o moich synach i wnukach, ale to w następnym numerze.
WŁADYSŁAW Z TORUNIA
Moi Drodzy, przypominam informacje dotyczące tegorocznego Zjazdu, które Prezes Mariusz zamieścił na naszej stronie internetowej.
„Moi Drodzy
Wielkimi krokami zbliża się termin ostatecznych wpłat na najbliższy Zjazd (należy ich dokonać do 28.02.2018 r.) Przypominam, że zgodnie umową, którą otrzymaliście, przedpłaty mają charakter bezzwrotny z uwagi na atrakcyjność terenu. Zajazd Jurajski nie będzie czekał na spóźnialskich, i wyprzeda pozostałe miejsca po uzgodnionym terminie. Dla przypomnienia garść szczegółów.
Miejsce Zjazdu
Zajazd Jurajski Podlesice 1 gmina Kroczyce
Telefony: 343152175, 343155033, 508786861, 509691900
Adres e-maila zajaz@zajazdjurajski.pl
Przedpłata w kwocie 113 zł od osoby – w tytule należy podać imiona i nazwiska osób wpłacających (ważna jest ilość osób), że dotyczy ona Zjazdu Rodu Żółtowskich oraz datę przyjazdu i wyjazdu (stawki dla dzieci określone zostały w umowie i należy wpłacać za nie wartość jednego osobodnia).
Wpłat dokonujemy na konto: 46 8277 0002 0030 0000 5242 0001
Zajazd Jurajski Podlesice
W dniu przyjazdu wpłacamy pozostałą kwotę gotówką. Opłata za uroczystą kolację 80 zł płatne również gotówką.
Prezes Mariusz Żółtowski
Dodatkowe informacje:
Osoby które zarezerwowały pokój jednoosobowy i wpłaciły 113 zł proszone są o dopłacenie 25 zł przekazem lub zaraz po przyjeździe, gdyż osobodzień w pokoju jednoosobowym wynosi 138 zł.
Rozliczenie pobytu może być dokonane tylko gotówką.
W czasie uroczystej kolacji zamierzamy zorganizować licytację. Zachęcamy do przywiezienia przedmiotów, do wystawienia na tę okoliczność.
Alkohol, można będzie kupować indywidualnie w bufecie.
Ci którzy spóźnili się z wniesieniem przedpłaty, po uprzednim skontaktowaniu się z osobą z Zajazdu Jurajskiego, mogą pytać o ewentualne wolne miejsca.
Prezes i członkowie zarządu
serdecznie wszystkich zapraszają.
Do rychłego zobaczenia
Pogrążeni w smutku zawiadamiamy, że
19 stycznia 2018 roku
zmarła nasza Kochana Żona, Mama, Babcia
ŚP
KRYSTYNA HANCZEWSKA
Uroczystości pogrzebowe odbyły się w Toruniu
26 stycznia 2018 roku
na cmentarzu parafialnym w Kaszczorku
Pogrążona w smutku
Rodzina
——————————————————————————
Rodzinie przekazujemy serdeczne wyrazy współczucia
Prezes Związku i zarząd.
ŚP
ZOFIA TERESA
z LIPSKICH ANDRZEJOWA
ŻÓŁTOWSKA
ur. 31.VIII 1924 roku Sudół
zm. 26.XII 2017 roku Warszawa
opatrzona świętymi sakramentami.
Łączniczka przy Sztabie Gen. Montera w Powstaniu Warszawskim.
Była pomocą wszystkich potrzebujących.
Kochała kwiaty, psy i świat Boży.
Pogrzeb odbędzie się w Warszawie, w kościele pw. Św. Karola Boromeusza
(ul. Powązkowska 14), dnia 5 stycznia 2018 roku (piątek) o godz. 10.00,
Po czym nastąpi odprowadzenie Zmarłej do grobu na Stare Powązki.
Mąż, Siostrzenice, Siostrzeńcy, i Rodzina.
Zamiast kwiatów Prosimy o przekazanie pieniędzy na schroniska dla zwierząt
—————————————————
Prezes Związku oraz członkowie zarządu
przekazują rodzinie wyrazy współczucia
20 stycznia 2018 r. zmarł
Ś.p.
TOMASZ JANISZEWSKI
Pogrzeb odbył się 25.01.2018 r. o godz. 12.00
w kaplicy na cmentarzu Ewangelicko Reformowanym przy ul. Żytniej 42.
Po mszy św. nastąpiło odprowadzenie do grobu
Żonie Halinie z Podkowy Leśnej, oraz rodzinie
składamy wyrazy współczucia
Prezes Związku oraz członkowie zarządu
Kiedy podjąłem decyzję, że będę pisał o swoim życiu, a było to w 2011 roku, myślałem, że będzie to cykl 4- 5 artykułów.
Cel był prosty. Na ogół w kwartalnikach pojawiały się informacje o Żółtowskich od XIX do XX wieku. Były to wspomnienia wielu potomków znakomitych rodów, często koligacji z innymi nie mniej znakomitymi rodami, ale to wszystko była historia.
Nie spodziewałem się, że zamiast planowanych kilku artykułów napiszę ich aż 18.
A czemu cel był prosty? Prosty, bo dzisiejszy, bo aktualny.
Z całym szacunkiem dla przodków, których na pewno nigdy nie zapomnimy, ale my żyjemy w innej rzeczywistości. Świat się zmienił, własność prywatna od wieków kultywowana została zagrabiona. Poziom życia z dostatniego spadł do skrajnego. Działo się to wszystko także z powodu „niewłaściwego nazwiska” – ja to odczułem.
„ Kto chce osiągnąć wysoką przeciętną rodzinną, musi dążyć indywidualnie ku tym górnym regionom, na których świecą: samodzielność myśli, bohaterstwo czynu, świętość życia.” To cytat z motta naszego kwartalnika z książki Jana Żółtowskiego. Wielu z nas w dzisiejszych czasach sprawuje w Polsce wysokie stanowiska. Są specjalistami, ludźmi wysokiej wiedzy w swoich dziedzinach. Nie możemy o nich zapomnieć.
Stąd moje artykuły. Chciałem pobudzić wśród Żółtowskich chęć pisania o sobie. Dużo więcej wiedzielibyśmy o nich. Twarze poznajemy, imiona też pamiętamy i co dalej. A może wśród tych corocznych bywalców naszych spotkań tkwią ciekawe osoby, wybitne talenty, kolekcjonerzy, poeci itp.
Nie udało mi się zachęcić innych osób, by chwycili za pióro i trochę napisali o sobie.
Jednak z Elą z Kutna wymyśliliśmy, że skoro Żółtowscy nie chcą pisać sami, to my za nich napiszemy. Ja kończę swój cykl, lecz nie pozostawiam nic w zamian. Teraz Ela będzie przeprowadzać wywiady z poszczególnymi członkami naszego związku. Zadaje pytania, skrzętnie notuje i daje do druku.
Piękna rozmowa z Jackiem z Łodzi. Choć to moja najbliższa rodzina nigdy nie wiedziałem, że pracował w Pakistanie. A teraz już wiem. Ciekawie opisane rodziny przez Władysława z Torunia w cyklu „Sześć Pokoleń”.
Teraz pokolenie trzecie, będzie ciąg dalszy. Wiec coś powoli się rusza. Oby tak dalej.
Dlaczego nie chcę pisać dalej. Skończyło się życie sielskie i anielskie, zaczęła się smutna rzeczywistość. Zmarła mi mama na raka w wieku 60 lat.
Zostałem z żoną Stefanią i trójką dzieci. Codzienny scenariusz. Praca, dom, zakupy, trochę telewizji, latem ogródek. Za to w niedzielę wyjazd do Augustowa na jeziora, czasami na ryby lub do rodzeństwa mojej żony. Opisać teraz kolejne 30 lat nie jest łatwo. Jako początkujący i raczkujący literat nie mogę podjąć się tego zadania. Boję się, że nie dam rady. Wyjdzie z tego masło maślane. Rano to, w południe to, po południu znów to samo co wczoraj itd.
Poza tym pisałbym o moich znajomych, często kolegach, w moim wieku lub trochę starszych ode mnie. Mogę wyrażać o nich swoje opinie i spostrzeżenia, co do ich działalności, charakterów, przywar itp. Nie chcę tego, gdyż mogę ich w jakiś sposób urazić. Kolejna wojna polsko-polska jest zupełnie niepotrzebna.
Mieliśmy także przyjaciół zwłaszcza wśród lekarzy, aptekarzy a nawet wśród wzorowych i liczących się rolników i sadowników. To także okres, kiedy przystąpiłem do egzaminów specjalizacyjnych II stopnia z farmacji aptecznej.
Pierwszy stopień zdobyłem kilka lat wcześniej. Dobrze mi poszły na samych piątkach więc mi za to powiesili Brązowy Krzyż Zasługi.
W 1987 roku urodził się Tomek. Było dużo radości. Stefania odmłodniała, ja też czułem się młodym tatą. Rozwijaliśmy działalność gospodarczą. Ja miałem dwie apteki w Korycinie i w Jaświłach a potem w Goniądzu i Jaświłach. Stefania miała osiem sklepów spożywczych i dwie kwiaciarnie. Zatrudnialiśmy 18 osób. Był kierowca zaopatrzeniowiec, samochód dostawczy i codzienne dostawy nowego towaru. Ale to ciężka praca.
Wojewódzki konsultant ds. farmacji zaproponował mi doktorat. Na początku nie chciałem się zgodzić, w końcu uległem. Dostałem materiał doświadczalny do domu na wieś, czyli białe szczury. Ogólnie zoperowałem 200 sztuk. Napisałem pracę doktorską, obroniłem, no i tak stałem się dr n. med. gdyż broniłem się na wydziale lekarskim a nie na farmacji.
Stefania zachorowała na raka. Jak przestała jeździć do swoich sklepów, to pracownicy zaczęli nas okradać. Coraz mniejsze były przychody i coraz mniej towaru na półce. Musieliśmy kolejno zamykać sklepy i kwiaciarnie. Ze Stefanią było coraz gorzej. Zlikwidowałem swoje apteki i poszedłem do pracy, do kogoś. Lepiej na tym wychodziłem, bo więcej zarabiałem, niż we własnych aptekach. Ale byłem poza domem przez cały tydzień. To też bardzo niekomfortowa sytuacja, tym bardziej, że choroba Stefanii pogłębiała się.
Zmarła biedaczka 7 grudnia 2007 roku w ciężkich bólach. Nawet Żółtowska Teresa z Białegostoku – konsultant wojewódzki ds. onkologii była bezradna.
I w tym momencie skończyło się MOJE ŻYCIE. No niby żyję, ale co to za życie może wiedzieć tylko ten, kto został sam.
Mam kochane dzieci, dobrze, że je mam. Ale one są daleko. Latam do nich co roku na dłużej lub na krócej, byłem już pięć razy. Na początku maja planuję polecieć, bo wnuczka moja Natalka ma I Komunię św. Wskazanie jest żeby dziadek był.
Kończę ten cykl artykułów dziękując wszystkim moim czytelnikom za to, że cierpliwie czytali. Jeśli było w tym trochę zainteresowania, to satysfakcja dla mnie. Tym osobom, które omijały mój tekst także dziękuję. Nie wszystkim musi się podobać.
Obiecuję, że kiedyś jeszcze będę pisał. Już nie jako cykl artykułów a jedynie jako fragmenty z życia. Zachęcam nadal Żółtowskich do pisania o sobie. Nasz kwartalnik musi się zmieniać, żyć życiem dzisiejszym, być aktualnym i na bieżąco.
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję, Bożenie, naszej redaktor kwartalnika, za wysiłek i trud w opracowaniu tych tekstów przez bite siedem lat.
RAFAŁ Z KORYCINA
W trakcie pisania wspomnień wkradł się błąd. Mój kolega z Lipna nie nazywa się Marcinkiewicz lecz Marcinkowski. Przepraszam Tomku!
Witaj na świecie!
29 listopada 2017 r. urodziła się w Prudniku
Blanka Żółtowska
pierwsza córka Magdaleny i Marcina Żółtowskich.
Szczęśliwi rodzice wraz z dzieciątkiem mieszkają w Konradowie koło Głuchołaz.

Artykuł ukazał się w DZIENNIKU TORUŃSKIM „Nowości” – 2017 r
Krzysztof Rumiński, twórca firmy od wielu lat wypiekającej słodkości i pieczywo w Głogowie, otwiera szafę i odkrywa przed nami skarby. Od dawna gromadzi cenne pamiątki po mistrzach cukiernictwa, od których uczył się swojego fachu. Na parterze w siedzibie firmy można znaleźć maszyny cukiernicze z dawnych czasów czy tradycyjny piec.
– Proszę spojrzeć – mówi Krzysztof Rumiński, trzymając księgę receptur Alfonsa Czarneckiego. W środku dokładnie rozpisane przepisy na ciastka, babki z lat 30. 40. i 50. Czarnecki relacjonuje też proces technologiczny z najmniejszymi szczegółami.
– Najważniejsze są proporcje – tłumaczy Rumiński. W tamtych czasach niektórzy cukiernicy dziwili się, że ciasto nie wychodzi im tak, jak powinno. A to dlatego, że nie zastosowali odpowiedniego reżimu technologicznego i dobrej receptury. O kunszcie cukierników z dawnych czasów wiele można się dowiedzieć z archiwalnych numerów „Przeglądu Cukierniczego”. Pan Krzysztof szczególnie upodobał sobie egzemplarz z listopada 1933 r. oraz pewien artykuł. „Stolica Pomorza, Toruń – czytamy w tekście na stronie. 164 – który w roku bież. Obchodzi 700-lecie swojego istnienia, od wielu już wieków słynie ze swych pierników. Znane one były i są w każdym niemal zakątku ojczystego kraju pod nazwą pierników toruńskich (…) Najróżnorodniejsze sceny o treści historycznej, religijnej, obyczajowej, mitologicznej, przyrodniczej podziwiać można na piernikach toruńskich”.
– My też robimy pierniki i korzystamy z niejednej, tradycyjnej receptury, którą można odnaleźć w przepisach sprzed wielu lat – mówi Krzysztof Rumiński i podkreśla, że dorobek przodków jest bardzo ważną wartością w jego życiu.
Wszystko zaczęło się w latach 70., kiedy pan Krzysztof nauczony przez rodziców odpowiedzialnością za własną przyszłość, zdecydował się na zawód cukiernika. Teorię poznawał w szkole zawodowej, ale wcześniej codziennie od godz. 6. rano pracował na „rzemiośle”, czyli jako uczeń u rzemieślnika. – Czasem i po szkole biegło się do zakładu, a do domu wracało wieczorem – opowiada Rumiński. – To były ciężkie czasy, ale wiele się wtedy nauczyłem. Pan Krzysztof ma swoje zdanie na temat dzisiejszej edukacji zawodowej i technicznej. – W obecnej formie edukacji powinno się również wiele zmienić w kształceniu przyszłych fachowców – tłumaczy Rumiński. Jestem przeciwnikiem warsztatów w szkołach zawodowych. One niestety nic nie dają. Uczeń kończy szkołę bez umiejętności potrzebnych do wykonywania zawodu ślusarza, piekarza czy cukiernika. Ja proponowałbym coś innego: umowę o pracę z przedsiębiorstwami i zakładami rzemieślniczymi dla każdego ucznia szkoły zawodowej i technikum, od pierwszej klasy. Dałoby to możliwość praktycznej nauki zawodu, w konkretnym środowisku pracy. Po ukończeniu takich praktyk uczeń miałby nie tylko gwarancję zatrudnienia, ale przede wszystkim wysokie kwalifikacje.
Nauka zawodu miała swoje etapy, od mycia blach, przez pieczenie kruchego ciasta i babek, po tworzenie własnych, oryginalnych wypieków. Potem był egzamin zawodowy i Krzysztof Rumiński został cukiernikiem. Podjął pracę w toruńskiej PSS „Społem”. Dziś wspomina, że zasady cukiernictwa poznał, podglądając mistrzów: Zbigniewa Świejkowskiego, Mariana Przymorski czy Alfonsa Czarneckiego. Podkreśla też rolę Jerzego Kuffla, niegdyś kierownika piekarni wojskowej na ul. Dąbrowskiego w Toruniu, który uczył go piekarstwa. Szybko zaczął myśleć o założeniu własnej działalności. Był bliski wydzierżawienia cukierni w Ciechocinku, ale ostatecznie wszedł w spółkę z kolegami i w ten sposób stał się przedsiębiorcą. Kilka lat później, w 1986 r. razem z jednym wspólnikiem stworzyli firmę, którą dzisiaj znamy pod szyldem „Piekarnia i Cukiernia Barbara i Krzysztof Rumińscy”. – Wtedy interes prowadziło się dużo prościej, niż dziś – opowiada. – Sam potrafiłem wyliczyć, jaki podatek muszę zapłacić i ile wyniesie wynagrodzenie dla pracowników.
Codzienność bywała jednak trudna. Pan Krzysztof wstawał wcześnie rano i wsiadał w samochód, by osobiście rozwieźć murzynki, cukierki krówki i marcepanki do okolicznych punktów. Dziś odbiera dziesiątki telefonów dziennie, a wtedy wykonanie jednego połączenia było już sporym osiągnięciem. – Zamawiałem rozmowy z kilkoma miastami na poczcie głównej w Toruniu, jechałem rano i czekałem, aż telefonistka mnie połączy – opowiada Krzysztof Rumiński. – Jeśli wróciłem o godz. 13 z czterema wykonanymi telefonami, byłem szczęśliwy, bo wiedziałem na czym stoję.
Jeszcze w czasach PRL-u Rumiński dostał zlecenie na eksport „krówek” do Obwodu Kaliningradzkiego. Stawił się w umówionym miejscu z dostawczym Żukiem, wypełnionym ciastkami po dach. Okazało się jednak, że delegacja ze Związku Radzieckiego, po „krówki” przyjechała… ciężarówką Kamaz z przyczepą.
W nowej Polsce nie było łatwiej. Kiedy nastąpiło załamanie gospodarcze, pan Krzysztof musiał wyjechać do pracy zagranicę, a później rozszerzyć działalność na inną dziedzinę. – Uznałem, że chleba potrzebuje każdy – opowiada dzisiaj, a w hali pełnej rozgrzanych pieców pachnie chlebem jak z dzieciństwa.
Od 1995 r. pana Krzysztofa bardzo wspiera żona, która szlify w zawodzie zdobywała na początku lat dziewięćdziesiątych. – Jest dla mnie dużym oparciem. Dba, żeby w firmie wszystko działało tak, jak powinno – mówi Rumiński. Sporo pomagają też jego synowie, którzy kształcą się na informatyków. Pan Krzysztof po cichu marzy jednak o tym, by zdecydowali się przejąć w przyszłości rodzinny interes.
W Głogowie pod Toruniem, gdzie znajduje się zakład Barbary i Krzysztofa Rumińskich, i skąd pochodzi pan Krzysztof, tradycja miesza się ze współczesnością. Nad archiwalnymi dokumentami z historii cukiernictwa pan Krzysztof nie kryje wzruszenia na wspomnienie o „młodzieńczych latach”. – Mój tata zawsze powtarzał: „wszystko rób tak, żebyś nie wstydził się przyznać, że to ty robiłeś”.
Zasada, którą pan Krzysztof przejął z kolei po mistrzach w swoim fachu, brzmi tak: „Trzeba mieć silny wzrok zawodowy”. – Zauważać to, czego nie widzą inni – tłumaczy pan Krzysztof. Tę zasadę stosuje w cukiernictwie i piekarstwie, ale i w prowadzeniu biznesu. Firma ma 16 sklepów firmowych, w których można kupić pieczywo i ciasta najwyższej jakości. Stawia nie na ilość, ale na jakość. Wszystko po to, by tak jak przed osiemdziesięciu laty, toruńskie wypieki „biły na głowę” wszystkie inne.
Tekst nadesłał Maciek z Torunia
Rozmowa z KRZYSZTOFEM RUMIŃSKIM,
właścicielem Piekarni-Cukierni B.K. Rumińscy
na temat wypieku chleba rozmawia
Mariusz Sepioło.
DZIENNIK TORUŃSKI

Jakie pieczywo jest najzdrowsze?
Najlepsze jest pieczywo z mąki żytniej. Powstające z niej chleby są zwarte, ciężkie i zdrowsze niż pszenne. Żyto ma twarde ziarno z większą ilością wysmuklającego i pobudzającego trawienie błonnika. W przeciwieństwie do pszenicy zakorzenia się bardzo głęboko, czerpie składniki mineralne z głębszych pokładów gleby. Chleb żytni żuje się długo i mniej się go zjada. Jednak żeby go upiec, trzeba się znać na sztuce piekarniczej. Aby wyprodukować zakwas, potrzeba czasu. Chleb rośnie powoli. W zakwasie powstają naturalne bakterie octowe, drożdże i witaminy z grupy B, dobroczynne dla naszego żołądka i jelit bakterie mlekowe, które oczyszczają organizm z trucizn i ze związków rakotwórczych (tj. toksyn pleśniowych, azotanów). Ważne jest też trzymanie temperatur prowadzenia zakwasu, w każdej z kolejnych faz – od 24 do 30 stopni. Wtedy rozwijają się odpowiednie kultury bakterii. Taki chleb będzie dla nas jak lek. Co innego chleb „oszukaniec”.
Jak rozpoznać, który jest tym „oszukańcem”?
Do wypieku takiego chleba wystarczy mąka pszenna, wiaderko chemicznych środków, spulchniaczy i polepszaczy, godzinka na wyrośnięcie i do pieca. Rośnie jak szalony, a w środku wata. Pszenica ma miękkie kleiste ziarno, jeśli pozbawi się ją łuski, nie zawiera prawie wcale błonnika, ma mniej witamin i minerałów niż żyto. Chleba pszennego nie trzeba żuć, rozpływa się w ustach, szybciej wchodzi w biodra i żeby się nasycić, trzeba go zjeść więcej. Chleb bez konserwantów, prawdziwy chleb, nigdy ich nie ma bo nie potrzebuje. Rolę konserwantu odgrywa w nim zakwas. Uważajcie jednak na pieczywo pozbawione smaku i zapachu. Należy zwracać uwagę na wagę chleba, a nie na jego puszystość. Markety, walcząc o klienta, obniżają cenę i pieką coraz tańsze i coraz bardziej puszyste bochenki.
Klienci zwracają uwagę na cenę.
To prawda, ale jakości pieczywa zaakceptowanej przez konsumenta nie da się zastąpić niczym, a zwłaszcza niższą ceną przy znacznie obniżonej jakości. Może to dać efekt tylko krótko terminowy i to w społeczeństwie bardzo ubogim oraz bez wyrobionych nawyków żywieniowych. Polskie społeczeństwo – wbrew informacjom zajmującym niekiedy niewiele miejsca w środowiskach masowego przekazu – nie lubi podwyżek cen. Ale po ulubiony, zaakceptowany przez nas chleb, jeździmy niekiedy daleko lub stoimy w długiej kolejce. Mimo iż w sklepie obok można kupić bez kolejki, czasem nawet tańszy chleb.
Co jest ważne w pracy piekarni?
Przede wszystkim utrzymanie stałej jakości produktu piekarskiego. A do tego niezbędna jest stała jakość wszystkich surowców. A zwłaszcza mąki pszennej i żytniej. Nie jest to jednak taka prosta sprawa, bo wytwarzane są one z produktów naturalnych, jakimi są ziarno pszenicy i żyta, których jakość ulega niekiedy dużym wahaniom w kolejnych latach, w zależności od warunków agroklimatycznych panujących w okresie wegetacji roślin i zbioru ziarna. Obecnie niedobór ziarna o odpowiednich cechach jakościowych zmusza firmy młynarskie do poszukiwania na terenie całej Polski ziarna o odpowiednich cechach jakościowych. W naszym przypadku jest to wysokiej jakości ziarno pszenicy i żyta, a jego cena się waha. Ważne jest też by w piekarni zachować standardy higieny, dzięki którym jest odpowiedni mikroklimat dla produkcji.
Tekst nadesłał Maciek z Torunia