Tag: Nr 88

  • Spotkanie w krainie białych skał i zamków

    Spotkanie w krainie białych skał i zamków

    „ W kroplach dni powszednich,
    tak samo jak i w morzu,
    całe niebo można zobaczyć.”
    Maria Dąbrowska

    Tutaj nas jeszcze nie było!
    XXVII Zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbył się w dniach 30 maja – 3 czerwca 2018 roku. Zjechaliśmy z całej Polski, a także Szwajcarii i USA na przepiękne tereny Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej. Naszą bazą wypadową do zwiedzenia tej niezwykłej krainy były Podlesice, położone u stóp Góry Zborów, największego wzniesienia w okolicy ( 467 m n.p.m. ), z wierzchołka którego rozciągał się zapierający dech w piersiach widok.

    Z okazji pięknego jubileuszu Basia z Wrocławia przyjmuje życzenia od syna Krzysztofa i Elżbiety.

    Jura Krakowsko – Częstochowska to jeden z najbardziej malowniczych regionów naszego kraju. Rozciąga się na długości około 160 km od Częstochowy do Krakowa. Ponieważ budujące ją skały wapienne powstały w większości w środkowym okresie ery mezozoicznej, stąd , zwyczajowa nazwa, Jura, używana zamiennie do Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej. Malowniczy krajobraz tego regionu tworzą wręcz bajkowe formy wapiennych ostańców, głębokie doliny, przepiękne wzgórza i dziesiątki jaskiń. Naturalny krajobraz uzupełniają dzieła ludzkich rąk – tajemnicze warownie zwane Orlimi Gniazdami – zamki i strażnice, które budowane były na szczytach wzgórz w różnych okresach naszej historii, a służyły obronie terenów przygranicznych. Do dziś zachowały się one w postaci ruin, niektóre zostały odtworzone i pieczołowicie odbudowane, i obok naturalnych tworów przyrody, stanowią niewątpliwie największą atrakcję turystyczną Jury. Piękno jurajskiego krajobrazu i występowanie tu wielu rzadkich gatunków roślin i zwierząt sprawiły, że niemal cały obszar został włączony do parków krajobrazowych, a nad najcenniejszym przyrodniczo fragmentem Doliny Prądnika ustanowiono ścisłą ochronę Ojcowskiego Parku Narodowego.
    W tak pięknych okolicznościach przyrody, o których jeszcze będę pisać wielokrotnie odbyło się nasze kolejne spotkanie. Do „ Zajazdu Jurajskiego”, wraz z moją przyjaciółką Elą dotarłyśmy późnym wieczorem w środę. Po powitaniach z przybyłymi wcześniej Żółtowskimi dołączyłyśmy do „grupy dyskusyjnej”, która organizowała się w każdej wolnej chwili na patio zajmowanej przez nas części ośrodka.
    Wczesnym czwartkowym rankiem budzi nas ptasi chór, nad którym góruje wyraziste: du, du du; du, du, du. Pierwszy raz w życiu słyszę, i widzę, dudka. I dopiero teraz wiem, skąd wywodzi się jego nazwa. Odgłosy ptaków w pobliskim lesie to istne Tuwimowskie „ptasie radijo”.

    Władysław z Torunia, Janeczka z Wrocławia, Rafał z Korycina
    Mirosław z żoną Ewą z Warszawy

     

     

     

     

     

     

     

     

    Krzysztof i Ela z USA prezentują piękny sztandar przywieziony przez Wiesława ze Stanów.
    Zbigniew z Warszawy, Rafał, Halinka z Podkowy Leśnej oraz Kalinka z Jurkiem z Torunia

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    W kościele w pobliskich Kroczycach uczestniczymy we mszy i procesji Bożego Ciała. Szczególnie podniosły nastrój uroczystościom dawała gra orkiestry strażackiej, do której dopasował się Wiesław Żółtowski w paradnym mundurze strażaka OSP Limanowa.
    Po południu zebranie zarządu, na którym dyskutowano o ważnych dla dalszego funkcjonowania związku sprawach. Padło kilka interesujących i nowatorskich propozycji w ewentualnym tworzeniu nowych działalności związku.
    Po zebraniu – niespodzianka. Basia Merkel z Wrocławia obchodzi okrągły jubileusz urodzin. Bliscy postanowili uhonorować Jej święto w sposób szczególny. Był tort, różne inne słodkości, szampany oraz mnóstwo szczerych życzeń.
    Droga Basiu, jeszcze raz przyjmij od całego Związku Rodu Żółtowskich najserdeczniejsze życzenia długich lat życia w zdrowiu i szczęściu.
    Miło nam było wspólnie, rodzinnie uczestniczyć w Twoim jubileuszu.
    Wieczór czwartkowy przeznaczony jest, już tradycyjnie, na spotkania, rozmowy, zwierzenia, et cetera. J chociaż rozchodzimy się do pokojów w późnych godzinach nocnych, to rano wszyscy stawiają się gotowi do udziału w wycieczce.
    Kiedyś, ktoś bardzo mądry powiedział, że podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze, a stajemy się bogatsi.
    Tak było i tym razem. Tradycyjna piątkowa wycieczka dostarczyła nam wielu wrażeń. Wspólnie z Panem Jerzym Górką – przewodnikiem jurajskim udało się ustalić trasę wyprawy – ciekawą i niezbyt forsowną. Większość z nas ubrała żółte koszulki, wyróżniające nas spośród tłumu innych turystów.

    Najmłodsze pokolenie. Prawnuczka Basi Merkel z Wrocławia.
    Wiesław z USA i Mariusz ze Sztumu.

     

     

     

     

     

     

     

     

    Jerzy z Pruszkowa, Janeczka z Wrocławia, Zbyszek z Warszawy, Kazimierz z Kutna, Bogusia z Białej, Grażynka ze Szwajcarii, Mariusz, Ela z Kutna, Krystyna z Pruszkowa.

     

    Jadąc autokarem pan Jerzy zajmująco opowiada o mijanej okolicy. Ojców to miejscowość nazwana na cześć ojca Kazimierza Wielkiego – Władysława Łokietka, Ojcowski Park Narodowy został utworzony jako szósty z kolei, jest najmniejszy, jak już wspominałam, ale niezwykle ciekawy i jedyny, do którego wchodzi się bez opłat. Podziwiać tutaj można około 1200 gatunków owadów, 80 gatunków drzew oraz większość występujących w Polsce nietoperzy. Tego mrocznego mieszkańca, licznych na tym obszarze jaskiń, odnajdujemy w logo Ojcowskiego Parku Narodowego. Teren bardzo ciekawy hydrologicznie. Tutaj swoje źródła mają: Warta, dopływ Odry oraz Pilica i Przemsza, dopływy Wisły. Pogoda dopisuje, można wyruszać na szlak!

    Mariusz z córką, z żoną Mirellą i wnukami. Krystyna i Kazimierz.

    Rozpoczynamy od zamku, wznoszącego się na skalnym urwisku, do którego wiodą schody z parkingu u podnóża góry. Tuż przy murach zwracamy uwagę na skałę o charakterystycznym kształcie i słuchamy opowieści przewodnika: Zakochaną w młodym giermku Dorotę wbrew jej woli wydano za mąż za starego Piotra Szafrańca, właściciela zamku. Młodzieniec postanowił wtedy wykraść ukochaną z mężowskiego domu. Oboje słono za to zapłacili, giermka rozszarpano końmi, Dorotę zamknięto w wieży i skazano na śmierć głodową. Żyła jeszcze czas jakiś, bo wierny pies przynosił jej pożywienie. To jedna z legend objaśniająca nazwę zamku – Pieskowa Skała. Dużo by pisać o dziejach warowni. Były niezwykle burzliwe, zmieniali się właściciele oraz style architektoniczne każdej kolejnej przebudowy. Obecnie jest to najlepiej zachowana budowla na tak zwanym Szlaku Orlich Gniazd. Spacerkiem udajemy się w pobliże, niewątpliwie, najbardziej znanej skały w Polsce – Maczugi Herkulesa o wysokości 25 metrów. Powstała wskutek nierównomiernej odporności wapienia na wietrzenie. Inaczej jednak jej powstanie tłumaczy legenda. Skałę cieńszym końcem ku dołowi miał postawić diabeł spełniający rozkaz Twardowskiego. Według innego podania więzień mógł odzyskać wolność za przyniesienie pisklęcia sokoła z gniazda na szczycie. Pomogła mu w tym cała gromada dorosłych sokołów, przenosząc go na wierzchołek i z powrotem, dzięki czemu udało mu się spełnić zadanie. Stąd ludowa nazwa skały- Sokolica.

    Marzena z Warszawy, Wiesław i Mariusz.
    Stanisława i Kazimierz ze Mszczonowa, Mariusz, Marzena, Bogusia, wnusia Mariusza i Mirelii, Halinka, Mirella, Wiesław, Ela z Kutna, Danusia z Wrocławia, Piotr z Sandomierza.

    Każdy zamek na Szlaku Orlich Gniazd ma swoją legendę. Czasami nie tylko jedną. A jeżeli chodzi o duchy, to jest ich wszędzie mnogość, obfitość i różnorodność. Przed zamkiem w Bobolicach można nawet zauważyć znak, wzorowany na znakach drogowych: „Uwaga, duchy!”.
    Następna atrakcja turystyczna to Pustynia Błędowska, największa pustynia w Europie, określana mianem
    „ Polskiej Sahary”, dawny poligon wojskowy, a także plan filmowy. Tutaj kręcono sceny między innymi do nominowanego do Oscara filmu „ Faraon”.
    Jak powstała Pustynia Błędowska?
    Aby odpowiedzieć na to pytanie należałoby bardzo dokładnie zagłębić się w procesy geologiczne. Faktycznie była to ingerencja człowieka w środowisko. Datowany od XIII wieku rozwój górnictwa srebra i ołowiu oraz hutnictwa w rejonie Olkusza spowodował wycinkę drzew (pierwotnie gęstego boru sosnowego), które posłużyły do wzmocnienia konstrukcji szybów i sztolni. W wyniku intensywnej eksploatacji surowca drzewnego, wykarczowane zostały znaczne połacie lasu. Wówczas znajdujące się tu grube pokłady piasków zostały odsłonięte, uruchamiając procesy przewiewania piasku spowodowane siłą wiatru i tworząc pustynię, którą możemy oglądać do dzisiaj. Zmiany w środowisku spowodowały, że na tym terenie powstał specyficzny mikroklimat, a ponadto można było obserwować zjawiska charakterystyczne dla naturalnych pustyń, takie jak: fatamorgana, burze piaskowe, wydmy.

    Tyle nauka, ale znacznie ciekawsza jest legenda. Otóż, jedno z podań mówi, że Pustynia Błędowska powstała za sprawą miejscowego diabła, który swą siedzibę miał w okolicach Olkusza. Z uwagi na odkryte tam bogate złoża srebra, zaczęły powstawać kolejne kopalnie, które zakłócały spokój czarta. Rozgniewany bies postanowił je zasypać. W tym celu nad Morzem Bałtyckim nabrał piasku w olbrzymi wór i poleciał w kierunku Olkusza. Kiedy był już blisko celu, nieopacznie zahaczył workiem o wysoką wieżę kościoła w Błędowie. Cały piach rozsypał się po okolicznych polach i tak oto powstała unikatowa pustynia w środku naszego kontynentu, od nazwy pobliskiej miejscowości nazwana Pustynią Błędowską, a kopalnie srebra w Olkuszu ocalały.

    Zdjęcie zbiorowe przy kościele w Kroczycach.

    Na zakończenie wyprawy – Ogrodzieniec. Prawdziwa „perełka” na Szlaku Orlich Gniazd. Imponujących rozmiarów ruiny zamku wznoszą się wśród wapiennych ostańców. Jest to największy zamek w Jurze Krakowsko – Częstochowskiej, należy też do najstarszych w Polsce. Owiany legendami, duchów ma wielki dostatek. Jedno z podań dotyczy właściciela zamku Stanisława Warszyckiego, który słynął z okrucieństwa i ogromnego bogactwa. Z tego powodu był nawet posądzany o konszachty z diabłem. Do dziś pod postacią czarnego psa, ciągnącego 3- metrowy łańcuch strzeże skarbów ukrytych w podziemiach ogrodzienieckiego zamku. Chociaż własną rodzinę traktował bardzo brutalnie, to jednak pozytywnie zapisał się w historii naszego kraju. Podkreślana jest między innymi jego bohaterska obrona Częstochowy przed Szwedami. W archiwach sanktuarium na Jasnej Górze zachowała się bogata korespondencja Warszyckiego z przeorem klasztoru – twierdzy Augustynem Kordeckim.

     

    Zwiedzamy kolejne kondygnacje zamczyska, spacerujemy po komnatach i sekretnych przejściach, zwiedzamy sypialnię i gabinet jednego z dawnych właścicieli Seweryna Bonera, wspinamy się na Zamek Wysoki, skąd podziwiamy wspaniały widok na okolicę. Naszej uwadze nie umknęła również zamkowa studnia oraz podziemia, gdzie więziono niepokornych wobec ówczesnej władzy. Obok historii i legend tworzy się współczesna historia zamku. Tutaj w 2001 roku zdobywca Oskara za całokształt twórczości Andrzej Wajda kręcił Fredrowską
    „ Zemstę” z plejadą aktorskich gwiazd w obsadzie.
    Ponieważ byłam odpowiedzialna za organizację wycieczki, chciałabym bardzo serdecznie podziękować jej uczestnikom. Kochani, chociaż zwiedziliście już niemal cały świat, to i tak spodobały Wam się te miejsca, które zobaczyliśmy, a każde kolejne wyzwanie kwitowaliście zadowoleniem i uśmiechem. Tak trzymać!
    Wracamy z wyprawy na tyle wcześnie, że spokojnie można się przygotować do kolacji, którą z uwagi na przebieg, uczestników, a także przygotowane specjały można nazwać uroczystą.
    Prezes Mariusz ze Sztumu powitał zebranych, wygłosił laudację, po czym, przy aplauzie zebranych, uhonorował za szczególny wkład w rozwój Związku Rodu Żółtowskich Rafała z Korycina medalem im. Michała Żółtowskiego z Lasek. Wiesław z Chicago, ubrany w polski strój szlachecki odznaczył Prezesa Rodu Krzyżem Kawalerskim św. Stanisława, orderem stworzonym przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Mariusz i Rafał, jak zwykle, i z coraz większą wprawą prowadzą licytację, która momentami jest bardzo zacięta, gdy kilka osób chce wejść w posiadanie licytowanego właśnie przedmiotu. Panie chętnie, panowie „ z pewną nieśmiałością” ruszyli do tańca. Mieliśmy drobne kłopoty z oprawą muzyczną, którą sami musimy sobie zorganizować. Nie licząc, oczywiście, kilku wyjątkowych zjazdów, kiedy do tańca przygrywały nam wynajęte zespoły muzyczne, a raz nawet kapela góralska. Ale my się nigdy nie poddajemy! Zabawa trwa do późnych godzin nocnych.
    Sobotnia msza święta w intencji Rodu zostaje odprawiona w pobliskich Kroczycach. Ksiądz sprawujący ofiarę mszy świętej jest pod wrażeniem naszej działalności, podkreśla fakt, że ważna jest dla nas modlitwa, i ani razu nie przekręca naszego nazwiska!
    Włączamy się w liturgię mszy świętej – Ela z Kutna przedstawia wezwania Modlitwy Wiernych, ja jestem odpowiedzialna za czytanie, a Piotr z Sandomierza zbiera ofiarę na tacę.
    Z parafią w Kroczycach związane są Siostry Karmelitanki Dzieciątka Jezus. Po zakończeniu mszy świętej jedna z nich przedstawia nam rys historyczny kościoła.
    Średniowieczni rycerze to mieli gest! Pierwotny kościół parafialny został wybudowany w 1427 r. przez rycerza maltańskiego Piotra Firleja w podziękowaniu Bogu za szczęśliwy powrót z bitwy pod Grunwaldem. Najstarszy opis świątyni pochodzi z XVI wieku. Wtedy to kościół dedykowany był św. Marii Magdalenie, której słynący łaskami obraz, w srebrnej sukni, sprowadzony z Rzymu w 1616 roku, znajduje się w kościelnej kaplicy. W XX wieku świątynia zyskała drugiego patrona – św. Jacka, któremu dedykowano drugą kaplicę kościelną. W kościele podziwiać można ciekawy, niespotykany, piękny ołtarz główny zbudowany w kształcie groty z Lourdes. Materiałem, który posłużył do jego wykonania był kalcyt, czyli występujący w tych okolicach minerał, który między innymi tworzy nacieki w jaskiniach.
    Przed świątynią rośnie ogromna 500-letnia lipa o obwodzie pnia wynoszącym 5,6 metra. Na nas wszystkich jej wiek i rozmiary robią ogromne wrażenie.
    W sobotnie przedpołudnie staramy się obejrzeć i zwiedzić różne ciekawe miejsca, których tutaj, na Jurze jest bardzo dużo. My z Elą jedziemy do Mirowa i Bobolic. Tam znajdują się kolejne dwa zamki Szlaku Orlich Gniazd. Zamek w Mirowie to malownicza ruina, trwają prace konserwatorskie przy jej zabezpieczeniu. Zostawiamy samochód na parkingu i wąską dróżką wśród wapiennych skałek udajemy się do odległego o 1,5 kilometra zamku w Bobolicach, który ukazuje nam się w pełnej krasie za kolejnym zakrętem drogi. Ta warownia, zbudowana za panowania Kazimierza Wielkiego w drugiej połowie XIV wieku, której zadaniem była obrona zachodniej granicy państwa od strony Śląska, miała więcej szczęścia. Po latach świetności, uległa zniszczeniu w 1657 roku podczas wojen szwedzkich, popadała w ruinę, ale znalazł się prywatny właściciel, który podjął wyzwanie uratowania tego pięknego zabytku. Zamek jest naprawdę imponujący, można zwiedzać wiele zrekonstruowanych komnat i już zdążył „ zagrać” w telewizyjnym filmie „ Korona królów”.
    Po obiedzie Prezes Mariusz zachęca do wspólnej wyprawy na Górę Zborów. Idziemy czteroosobową grupą – Mariusz, Bożenka w lekkich warszawskich sandałkach, jak onegdaj wujek Mietek w skórzanych szczecińskich butach ( Karkonosze), moja przyjaciółka Ela i ja. Po krótkiej wędrówce wśród labiryntu przypominającego skalne miasto, mijając liczne wapienne ostańce, wykorzystywane jako ścianki wspinaczkowe, docieramy na szczyt. Warto było podjąć wyzwanie! Bezleśny wierzchołek wzgórza, zakończony zbudowaną podczas okupacji hitlerowskiej wieżyczką triangulacyjną jest znakomitym punktem widokowym. Roztacza się stąd rozległy widok na Skały Kroczyckie. Najwyższe wzniesienie w tej części Jury pozwala podziwiać niesamowite widoki rozciągające się w promieniu kilkunastu kilometrów. Próbujemy odnaleźć te miejsca, które zwiedzaliśmy wcześniej. Spieszymy się, bo nadciąga burza. Ale ona straszyła przez cały czas naszego pobytu w Podlesicach, a szczególnie podczas procesji Bożego Ciała.
    Niedzielny poranek to czas pożegnań i powrotów do domu. Do zobaczenia za rok!
    Ja mam teraz wakacje i wracam na Jurę, bo jak pisała Deotyma w roku 1859:

    „ W tym kraju szczytów, przy tej pieśni grzmotów,
    Ptaki i wieszcze szybują z rozkoszą,
    Te lasy na kształt zielonych podlotów,
    Duszę Polaka w chmurę łez unoszą.
    Spojrzałam w niebo: a na niebie wieża!
    Wieża Ojcowska, królowa Prądnika,
    Jak klucz kamienny, gmach wspomnień odmyka,
    Z echowych jaskiń słyszę brzęk pancerza:
    To duch Łokietka przelata przez góry!
    Tu, dobroczynna szczodrota natury
    Kocha lud, sercem Wielkiego Kazimierza.
    Ręka przeszłości i piorunów dłuto,
    Rzeźbią tę ziemię ubogosławioną.
    Rajska dolino! Ty jesteś koroną
    Na czole Polski przez Boga wykutą.”

    Pozdrawiam serdecznie
    BOGUSIA z BIAŁEJ

  • Zapiski z rejsu dookoła świata – część I

    Andrzej Drapella (1929-2017)

    Któż z nas nie marzy, zwłaszcza w młodości, o dalekich podróżach, poznawaniu innych cywilizacji, odkrywaniu tajemniczych miejsc, oglądaniu bajecznych dzieł natury i człowieka? Nie byłem tu wyjątkiem ale okoliczności niezbyt sprzyjały. Wychowany w czasach PRL miałem, jak większość społeczeństwa, ograniczone możliwości wyjazdu poza Blok Wschodni. Wszystko zmieniło się w 1989 r.

    W maju tego roku spotkałem się z ojcem mojego szkolnego przyjaciela Darka Drapelli, kapitanem Andrzejem Drapellą, który poinformował mnie, że będzie płynął w rejs dookoła świata dowodząc statkiem PLO i proponuje mi stanowisko lekarza okrętowego. Warunkiem zatrudnienia jest zaliczenie kursu z medycyny morskiej i tropikalnej. Bardzo mnie ta oferta ucieszyła. Wziąłem zaległy urlop i ukończyłem wspomniany kurs. Po naradzie rodzinnej (miałem już żonę i dwójkę dzieci) oraz zapewnieniu pomocy teściów na czas rejsu, złożyłem w PLO stosowne dokumenty.

    Miła pani w kadrach poinformowała mnie, że czas oczekiwania na rejs wynosi 2-3 lata i najpewniej będzie to Ameryka Południowa albo wybrzeże Afryki Zachodniej. Bezczelnie odparłem, że interesuje mnie wyłącznie rejs dookoła świata, co wywołało zrozumiałe zdumienie. Wiedziałem o niepisanej zasadzie obowiązującej w PLO, że kapitan odchodzący na emeryturę ma prawo wyboru załogi na swój ostatni rejs, a taka sytuacja właśnie miała miejsce. Pozostała kwestia uzgodnienia z dyrekcją szpitala w Chojnicach, gdzie wówczas pracowałem, urlopu bezpłatnego. Ponieważ w następnym roku czekały mnie egzaminy na II stopień specjalizacji z chirurgii ogólnej poprzedzone wielotygodniowym kursem atestacyjnym wiążącym się z nieobecnością w pracy, ze swojej strony zobowiązałem się do rezygnacji z kursu i uzyskałem zgodę na urlop bezpłatny na czas rejsu. Pozostało czekać.

    Rok 1989 był rokiem przemian ustrojowych, które nie ominęły również środowiska lekarskiego. Reaktywowano Izby Lekarskie. Zostałem wybrany delegatem na Zjazd Wojewódzki Bydgosko-Pilskiej Izby lekarskiej, a z jej ramienia na I Zjazd Krajowy w Warszawie, który rozpoczął swe obrady 12 grudnia. 13 grudnia otrzymałem telegram z wiadomością o zakwalifikowaniu mnie na wymarzony rejs, który miał się rozpocząć 27 tegoż miesiąca. Pozostało niewiele czasu, a do załatwienia mnóstwo spraw w tym wykonanie zdjęć do książeczki marynarskiej, szczepienia ochronne, badania lekarskie i zwrot karty mobilizacyjnej. Zdjęcia początkowo wykonałem w automacie na Dworcu Centralnym, jednak po ich obejrzeniu doszedłem do wniosku, że nadawałyby się jedynie do listu gończego. Kolejne, w trybie ekspresowym, zrobił fotograf w Chojnicach. Gładko przebrnąłem kwalifikację lekarsko-dentystyczną i szczepienia w Gdyni. Najwięcej kłopotów sprawił mi zwrot karty mobilizacyjnej. Udałem się do Wojskowej Komendy Uzupełnień w Świeciu, gdzie dowiedziałem się, że jej szef przebywa na urlopie, a nikt inny karty przyjąć nie może. Szczęście się jednak do mnie uśmiechnęło, bo jak się okazało, pułkownik był mieszkańcem Chojnic. Zdobyłem jego adres i wręczyłem mu kartę mobilizacyjną w jego domu w ostatnim momencie, bo właśnie szykował się do wyjazdu na Święta Bożego Narodzenia do syna.

    Był 23 grudnia. Szybko spakowałem niezbędne rzeczy i w drugi dzień Świąt udałem się do Gdańska, by wczesnym rankiem 27 grudnia wsiąść w Gdyni do autokaru, który miał nas zawieźć do portu w Hamburgu, gdzie oczekiwał statek.
    Podróż nie była pozbawiona elementów humorystycznych. Na granicy autokar nagle zatrzymał się, bo przyszła wiadomość faksem (nie było wtedy telefonów komórkowych – informacja dla młodzieży), że musimy poczekać na „wojewodę Szablewskiego”, który dojedzie ze Szczecina. Zdziwiło nas mocno, że jakiś wojewoda chce się z nami spotkać. Po dwóch godzinach sytuacja się wyjaśniła. Nadjechała taksówka, z której wysiadło dwu mężczyzn. Młodszy, z gitarą w dłoni, miał na nazwisko Wojewoda i był radiooficerem, starszy marynarz nosił nazwisko Szablewski.

    Na kolejnym postoju, już na terytorium Niemiec, podszedł do mnie szczupły mężczyzna z wąsikiem, jak się okazało steward i zapytał, czy jestem lekarzem. Po otrzymaniu odpowiedzi twierdzącej poczuł się w obowiązku ostrzec mnie przed kapitanem, z którym pływał na „Batorym”. Krótką prezentację zakończył słowami: „Panie, to jest prawdziwy diabeł!” Trzeba było widzieć jego minę, gdy na parkingu w Hamburgu „diabeł” podszedł najpierw do mnie i przywitał się „na niedźwiadka”. Nocleg spędziliśmy w podrzędnym hotelu (oszczędności!) i następnego dnia zamustrowaliśmy na statek.

    Zmieniałem miłą panią doktor radiolog. Marynarze, dowiedziawszy się że jestem chirurgiem, przyjęli to z ulgą. Poza portem byli zdani na wiedzę i umiejętności praktyczne lekarza okrętowego. Do moich zadań przed wypłynięciem należało uzupełnienie apteczki. Upewniwszy się, że nadal obowiązuje profilaktyka przeciwko malarii, postanowiłem zamówić zdecydowanie droższy lek niż powszechnie stosowana Arechina, gdyż wiedziałem, że daje ona działania uboczne a marynarze najczęściej zamiast ją połykać, dzielą się nią z Neptunem. Kiedy dostarczono nam leki wraz z rachunkiem opiewającym na równowartość dużego Fiata, kapitan wezwał mnie do siebie. Powiedział, że jak armator zobaczy ten rachunek, to obaj pójdziemy siedzieć. Po wysłuchaniu moich racji machnął ręką i zamówienie podpisał. Otrzymałem pierwszą wypłatę w wysokości 70 marek zachodnioniemieckich – jak na tamte czasy suma była całkiem spora. Kapitan powierzył mi też nieoficjalnie funkcję „czwartego do brydża” wraz z talią kart. W czasie rejsu niejednokrotnie grywałem w tę szlachetną grę z Holendrami, będącymi pasażerami tzw. kajut armatorskich. Poza nimi, oprócz załogi, płynęła również żona kapitana z córką, żona motorzysty, żona II oficera, dziennikarz z Warszawy, emerytowany inżynier lotnictwa oraz starsze małżeństwo udające się w odwiedziny do dzieci mieszkających w Nowej Zelandii.

    Kapitan uświadomił mi, że marynarze często uważają lekarza na statku za osobę obcą ich środowisku. Zaproponował sposób w jaki mógłbym pozyskać sobie załogę. Do chłodni trzeba było przenieść zapas prowiantu potrzebny na czas kilku miesięcy podróży. Oczywiście nie należało to do obowiązków oficera ale chętnie pomogłem nosić spore skrzynki co zjednało mi sympatię załogi. To był „strzał w dziesiątkę”.
    Mając kilka godzin wolnego czasu wybrałem się na spacer po Hamburgu, zwiedziłem m.in. kościół św. Michała, gdzie pochowany jest Johann Brahms oraz oranżerię. 30 grudnia o godz. 16.50 podnieśliśmy kotwicę i odbiliśmy od nabrzeża. Zaczęła się morska przygoda.

    Cdn.
    MARIUSZ ze Sztumu

    źródło foto: www.zofiadrapella.wordpress.com
  • Nekrolog Śp. Teresy Żółtowskiej z Bielska Białej

    2 lipca 2018 roku zmarła
    Śp.
    TERESA ŻÓŁTOWSKA
    z Bielska Białej
    Pogrzeb odbył się 5 lipca br.

    Wyrazy współczucia synom zmarłej Witoldowi i Januszowi
    oraz pozostałym członkom rodziny składają,

    Prezes Związku Rodu Żółtowskich wraz z zarządem.

  • Pożegnanie Śp. Mieczysława Jana Żółtowskiego

    23 lipca 2018 roku zmarł w Gliwicach mój Stryj

    Śp. MIECZYSŁAW JAN ŻÓŁTOWSKI,

    urodzony 2 marca 1938 roku we Lwowie.
    Ostatni przedstawiciel – przybyłego po 1945 roku na Śląsk – pokolenia
    zrodzonego jeszcze w utraconym Grodzie Semper Fidelis.
    Emerytowany dyplomowany inżynier-górnik, absolwent Wydziału Górniczego Politechniki Śląskiej w Gliwicach.
    W latach dziewięćdziesiątych członek zarządu Bytomskiego Bractwa Kurkowego.
    Spoczął na gliwickim Cmentarzu Centralnym, w grobie rodzinnym u boku swej pierwszej ukochanej żony, Ireny z Banasiów Żółtowskiej
    w otoczeniu pozostałych – „natus Leopolis” – odeszłych Żółtowskich.
    Pozostawił po sobie dobrą pamięć i wspomnienia.
    Wieczny spoczynek racz Mu dać Panie…

    Andrzej „Zoltan” Żółtowski z Gliwic.

    Rodzinie przekazujemy najgłębsze wyrazy współczucia
    Prezes Związku Rodu Żółtowskich wraz z zarządem

  • Wywiad ze Zbyszkiem z Warszawy. Zbyszek, jakiego jeszcze nie znamy.

    Zbyszku! Proszę abyś przybliżył czytelnikom historię swojej rodziny. Twoje korzenie?

    Przed reaktywacją Związku Rodu Żółtowskich, do pochodzenia nazwiska i przodków nie przywiązywałem większej uwagi, stąd moja wiedza o nich jest nader uboga. Wręcz przeciwnie niż ówczesne władze, rozpasanego stalinizmu. Odczułem to na własnej skórze, kiedy do przeprowadzenia powszechnego spisu ludności angażowano studentów. Wyznaczono mnie na komisarza rejonowego, ale nim nie zostałem, bo podejrzewano, że mogę pochodzić ze znanego w Wielkopolsce rodu hrabiowskiego i jako obcy klasowo tej funkcji pełnić nie mogę. Nie ubolewałem z tego powodu, ponieważ kiedy moi koledzy chodzili po domach i spisywali mieszkańców, ja miałem trzy dni wolnego i odpoczywałem.
    Udokumentowana historia linii moich przodków sięga roku 1694 i wywodzi się od Stanisława ze Służewa. Z opowiadań rodzinnych utkwiła mi w pamięci jedynie informacja, że mój dziadek, ojciec mojego ojca był młynarzem i zginął tragicznie w roku 1915 kiedy mój ojciec miał zaledwie 12 lat. Pozostawił żonę Marię i siedmioro dzieci: Józefa, Wiktorię, Jana, Ignacego, Annę, Bolesława i Leona. Wieku dojrzałego dożyło jedynie troje: Jan – właściciel renomowanego zakładu krawieckiego w Poznaniu, Leon – prezes Spółdzielni Odzieżowej i właściciel zakładu naprawy maszyn biurowych w Myśliborzu oraz mój ojciec Ignacy. Bliższych informacji o wcześniejszych przodkach nie uda się już odtworzyć, ponieważ całe pokolenie moich rodziców dawno odeszło w cień.
    Mój ojciec urodził się w roku 1903 we Włocławku, (wówczas w zaborze rosyjskim). Cała rodzina przeniosła się do Aleksandrowa Kujawskiego. Powołany w roku 1924 do odbycia zasadniczej służby wojskowej pozostał wojsku wierny do końca kampanii wrześniowej 1939 roku jako podoficer zawodowy w stopniu sierżanta. Służył najpierw w 8. Pułku Saperów w Toruniu, następnie w 8. Batalionie Pancernym w Bydgoszczy i ostatecznie w 12. Batalionie Pancernym w Łucku. Po stoczonych bitwach z niemieckimi czołgami pod Chełmem i Kowlem oraz niespodziewanej napaści sowieckiej 17.09.1939 roku, z częścią armii polskiej ewakuował się na Węgry, gdzie został internowany do obozu w Nagycenk. Tam pracował dla polskiego ruchu oporu w ramach Garażu Polskiego, który oficjalnie zajmował się naprawą i sprzedażą polskich samochodów z obozów, faktycznie zaś, szmuglowaniem uciekinierów z obozów internowania do granicy jugosłowiańskiej i ich dalszą ewakuacją do wojska polskiego we Francji. Po likwidacji Garażu i opanowaniu Węgier przez Niemcy został za działalność konspiracyjną aresztowany i wywieziony do prac polowych w Simmering, skąd udało mu się zbiec. Pod koniec wojny pracował na Węgrzech jako kierowca autobusu.
    Po zakończeniu wojny powrócił do Polski i wraz z rodziną – żoną Zofią i nieletnimi synami: Zbigniewem i Waldemarem, osiedlił się na modnych wówczas Ziemiach Odzyskanych, w Zielonej Górze. Tam, resztę życia zawodowego, poświęcił energetyce, w Zielonej Górze, później w Instytucie Energetyki w Poznaniu.
    Pracował 20 lat ponad wiek emerytalny, mnie pozwolono jedynie na połowę tej nadwyżki.
    O ciągłość rodziny zadbał mój brat Waldemar z Poznania (ur.1933 – mgr inż. technolog drewna), który ma dwóch synów – Janusza (ur.1965 – mgr inż. obecnie biznesmen w Poznaniu) i Piotra (ur.1971 mgr ekonomii – bankowiec w Warszawie).
    Ci z kolei mają synów – Janusz -Jana (ur. 1992 – mgr inż. w Europejskiej Agencji Kosmicznej w Holandii) oraz Wojciecha (ur. 1996 – studenta informatyki na Politechnice Poznańskiej, Piotr – nieletniego syna Stanisława.

    Czy ojciec opowiadał o swoich przodkach?
    Byłem wówczas chłopcem i nie przypominam sobie, aby opowiadał mi o swoich przodkach. Przypuszczam, że jego wiedza o nich była podobna do mojej, wszak, kiedy zginął jego ojciec, miał dopiero 12 lat. A może był oszczędny w słowach, bo nawet o jego losach wojennych dowiedziałem się nie od niego, lecz z dokumentów i zeznań świadków.

    Jaki był Twój rodzinny dom?
    Mój dom rodzinny nie odbiegał raczej od wielu katolickich domów. O dom i dobrą w nim atmosferę dbała głównie mama – Zofia z d. Ciżewska. Ojca często nie bylo, znikał na różne manewry, ćwiczenia wojskowe i szkolenia zawodowe. Często bywał w Warszawie, skąd przywoził mi łakocie i różne zabawki. Wspominam huśtawkę w drzwiach, swoisty sposób mamy uczenia mnie pływania w rzece, ślizganie na łyżwach, majówki, na które rodziny wojskowe wyruszały autokarami, czy ciężarówkami. Troskliwość rodziców podczas choroby, troskę mamy o piękne ubieranie synów, która posiadała umiejętności krawieckie. W domu nie było awantur rodzinnych, nie piło się mocnych trunków, nie paliło się papierosów, nie przeklinało się.
    Tę sielankę przerwał wybuch wojny. Ojciec zniknął z domu na długie 6 lat. Kiedy w roku 1939 wyjeżdżał na front byłem jeszcze dzieckiem, trzymał mnie na kolanach i tulił do siebie, głaskał po główce. Gdy wrócił, puszczał mi się już wąs, a Ojciec wydał mi się obcym człowiekiem. Musiało nieco czasu upłynąć, zanim mogłem się do niego przytulić. Trwał proces scalania rodziny, ale nie na długo. 4 lata później wyfrunąłem już z domu na studia prawnicze w Poznaniu, wkrótce po mnie także mój brat – Waldemar i rodzice pozostali osamotnieni w Zielonej Górze do roku 1958, kiedy przenieśli się na dobre do Poznania, aby być bliżej synów. Przeżyli ze sobą w związku małżeńskim 58 lat.

    Czy często wspominasz przeszłość?
    Raczej nie. Wspominanie przeszłości jest przywilejem zaawansowanego wieku, a ja mam przecież dopiero … 88 lat. Ale jeśli już, to najczęściej staje mi przed oczyma obraz Mamy z siwymi włosami siedzącej na kanapie, otulonej białym lub czerwonym szalem wełnianym, cieszącej się z mojego przyjazdu i błogosławiącej mnie podczas pożegnania i odjazdu.

    Jak trafiłeś do Warszawy ? Twoje dalsze losy?
    Życiem moim często rządził przypadek na przekór powiedzeniu, że “człowiek jest kowalem własnego losu”. Przypadek zrządził, że trafiłem do Warszawy, że zacząłem wyjeżdżać za granicę, kiedy o paszport było trudno, przypadek uczynił mnie członkiem-założycielem naszego Związku Rodowego.
    W latach 1949-1952 studiowałem prawo na wydziale prawno-ekonomicznym Uniwersytetu Poznańskiego. Traf chciał, że na jednym z końcowych egzaminów, z prawa międzynarodowego publicznego, egzaminował mnie sam profesor-kierownik katedry, który normalnie wykłady i ćwiczenia pozostawiał swemu asystentowi – adiunktowi Krzysztofowi Skubiszewskiemu, późniejszemu ministrowi spraw zagranicznych. Czy to spodobały się profesorowi moje wynurzenia na temat relacji między prawem międzynarodowym a prawem naturalnym, czy zaważyły moje oceny w indeksie (5 celujących i 38 bardo dobrych), dość, że zaproponował mi stanowisko swojego asystenta. Byłem zaszokowany niespodziewaną propozycją, ale chętnie ją przyjąłem. Widziałem w niej Palec Boży, bo jaka rysowała się moja przyszłość? Zgodnie z obranymi specjalizacjami nie miałem nadziei na ciekawą pracę, a do tego wisiała nad moją głową groźba wcielenia mnie do służby bezpieczeństwa na podstawie obowiązujących absolwentów nakazów pracy. Absolwenci kuszeni byli do podjęcia pracy i otrzymywali ponętne oferty w służbach: w mundurze lub bez, szlify oficerskie, miejscowość do wyboru, wywiad, kontrwywiad itp., jakby na kilometr nie było widać, że nie mam żadnych zadatków na Jamesa Bonda. Obcesowa odmowa mogła utrudnić życie zawodowe już na starcie, więc trzeba było lawirować, kręcić, wić się jak piskorz. Pamiętajmy! Był rok 1952, stalinizm w Polsce w pełni rozkwitu, (Stalin umrze dopiero za rok).
    Wobec dwustopniowości studiów musiałem dla zrealizowania propozycji profesora odbyć wcześniej studia magisterskie w Warszawie, gdzie w dwunastoosobowym gronie magistrantów z całej Polski tylko jedno miejsce przypadało dla Poznania. Mimo silnej konkurencji – około trzydziestu kandydatów – profesor mi to miejsce zapewnił. Będąc w Poznaniu niekiedy odwiedzam jego grób na tamtejszym cmentarzu.

    Jak potoczyła się Twoja kariera zawodowa?
    Po obronie pracy magisterskiej ” Suwerenność państwa w przestrzeni powietrznej” naturalnym miejscem pracy było ministerstwo spraw zagranicznych, ale w tajemniczy sposób tylko czwórka z dwunastu została w nim zatrudniona. Reszta pozostała na pastwę Komisji Przydziału Pracy, która wydawała 3-letnie nakazy pracy do wskazanej przez siebie jednostki. Do Poznania z braku etatu dla mnie nie mogłem wrócić, a do proponowanego etatu w obcym mi Lublinie nie paliłem się. Życie jednak nie znosi próżni, zatem dostałem nakaz pracy do pozornie pokrewnego resortu handlu zagranicznego, do centrali handlu zagranicznego. Zacząłem zgłębiać teoretyczne podstawy handlu zagranicznego, stosować je w praktyce, szlifować języki obce, powoli zacząłem wyjeżdżać służbowo za granicę, awansować, ale tylko do stanowiska kierownika działu. Wyższe stanowiska były już objęte nomenklaturą partyjną, zatem dla mnie niedostępne.
    W handlu zagranicznym przepracowałem 19 lat, po czym przez 22 lata kontynuowałem „karierę zawodową” w wystawiennictwie krajowym i zagranicznym. Przez cały ten okres byłem sekretarzem Komitetu Wystawców przemysłu ciężkiego, maszynowego i hutnictwa i w znacznym stopniu byłem odpowiedzialny za organizację i obsługę jego ekspozycji, głównie na licznych imprezach na terenach Międzynarodowych Targów Poznańskich zajmującej nawet połowę całej ich powierzchni, ale także w znacznie mniejszej skali za granicą – w NRD, NRF, ZSRR, CSRS, na Węgrzech, w Rumunii, na Białorusi czy Litwie.
    Łabędzim śpiewem mojej działalności wystawienniczej przed przejściem na emeryturę był znaczący udział jako zastępcy kierownika pawilonu polskiego w organizacji ekspozycji na Wystawie Światowej EXPO’93 w mieście Taejon w Korei Południowej oraz samodzielnie polskiej ekspozycji na Targach Międzynarodowych w Bazylei-Szwajcaria w roku 1994.
    Nie pozwolono mi jednak długo odpoczywać, bo wkrótce na 9 lat objąłem stanowisko kierownika Ośrodka Informacji Naukowej i Współpracy z Zagranicą w Instytucie Szkła i Ceramiki w Warszawie.
    Pracowałem 10 lat ponad wiek emerytalny, ale rekordu ojca – 20 lat – nie pobiłem.

    Wiem, że zaangażowany byłeś w działalność społeczną?
    Ponoć już Arystoteles mawiał, że („homo animal sociale est”) człowiek jest istotą społeczną. Ta przypadłość dopadła także mnie. Już w szkole podstawowej udzielałem się społecznie – deklamowałem wiersze na akademiach okolicznościowych, grałem w Jasełkach. W gimnazjum kwestowałem na różne cele społeczne, grałem w teatrze, celem zebrania funduszy na sztandar szkolny, w liceum byłem przewodniczącym samorządu szkolnego, prezesem Sodalicji Mariańskiej, prowadziłem koło ministrantów, a na studiach kierownikiem Zespołu d/s Pomocy w Nauce. W okresie działalności zawodowej prowadziłem prasówki, byłem też krótko wiceprzewodniczącym rady zakładowej, odwołanym za naruszenie kierowniczej roli partii. a równolegle przez 20 lat prezesem Oddziału Warszawskiego Towarzystwa Polska-Ameryka Łacińska. Na różnorodnych imprezach organizowanych dwa razy w tygodniu, często przy udziale ambasadorów krzewiłem wiedzę o ludziach i kulturze państw tego regionu paradoksalnie nigdy tam nie będąc. Meksyk śladami konkwisty zwiedziłem dopiero 20 lat później już długo po ustaniu działalności z powodu utraty lokalu i braku środków finansowych.
    Teraz na emeryturze uczestniczę w niektórych w imprezach klubów osiedlowych „Panorama” i „As”, w wycieczkach przez nie organizowanych, dzielę się wspomnieniami z moich wypraw zagranicznych.

    Skąd wzięła się u Ciebie pasja do podróżowania, do poznawania świata?
    Zaczęło się w czasach studenckich od tak „wielkich” wypraw jak w polskie i słowackie Tatry i na Śnieżkę, która przecież w części jest czeska. Tak naprawdę o pasji podróżowania można mówić dopiero na emeryturze, kiedy na nią było więcej czasu, granice coraz bardziej otwarte, ułatwienia w podróżowaniu większe, a wcześniej pozyskane oszczędności pozwalały na realizację coraz śmielszych fantazji. Lubiłem podróże dalekie, objazdowe, ale nie zaniedbywałem też poznawania kraju podczas zjazdów rodowych i wycieczek klubu osiedlowego. W ten sposób odbyłem co najmniej 50 wycieczek krajowych. Teraz muszę z żalem już pasować, bo nogi zaczynają protestować.
    Natomiast trudno zaliczyć podróże służbowe do pasji, to był po prostu obowiązek służbowy, choć przy okazji udało się co nieco zobaczyć.

    Zwiedziłeś prawie cały świat. Proszę, abyś w pigułce opowiedział jakie kontynenty I kraje zwiedziłeś?
    Prawie cały świat, to gruba przesada. Podróże służbowe ograniczały się głównie do Europy i Azji. Europę zjeździłem prawie w całości, natomiast w Azji obie Koree – Północną i Południowa, Chiny, Pakistan, Indie, Cejlon, obecnie Sri Lanka.
    „Rozszalałem się” na dobre dopiero na emeryturze. Wówczas doszły Filipiny, niektóre wschodnie i zachodnie stany USA wraz z Hawajami, Ziemia Święta wraz z greckimi wyspami Patmos, Rodos, Cyprem i Kretą, Tunezja, Liban, Kair z piramidami, Tybet, Nepal, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Oman i Meksyk. W niektórych krajach byłem tylko raz, w innych wielokrotnie. Kąpałem się w trzech oceanach: Atlantyckim, Indyjskim i Spokojnym. Dotarłem do pierwszej bazy wspinaczkowej na Mount Everest na wysokości 5300 m n.p.m.
    Ogólnie odbyłem co najmniej 110 podróży zagranicznych, po połowie służbowych i turystycznych, przebywając za granicą prawie 5 lat i oblatując kulę ziemską kilka razy.

    Co Cię najbardziej zafascynowało, a co zaskoczyło w zwiedzaniu świata?
    Spoglądałem na świat z wieży Eiffla, kopuły Bazyliki św. Piotra, wieży Ostankino, z helikoptera nad Wielkim Kanionem, ze 124. piętra drapacza chmur Burj Khalifa i Burj al Arab, wież World Trade Center i Empire State Building, ale najbardziej mnie urzekł szpaler ośnieżonych i skrzących w słońcu czterech ośmiotysięczników himalajskich widzianych z przełęczy Taxizon w Tybecie – Makalu, Lhotse, Mt. Everest i Cho Oyu, a podziw wzbudziły Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie rzeczywistość przerasta wyobraźnię, gdzie wszystko musi być największe, najwyższe i najdłuższe w świecie.

    Są miejsca do których lubisz wracać?
    W zasadzie nie lubię wracać do miejsc, w których raz już byłem, chyba że upłynął znaczny okres czasu. Powroty ograniczają możliwości poznawania nowych i ciekawych miejsc. Jeżeli już, chętnie wracam do Francji i Włoch, bo w moim odczuciu są bliskie mentalnie Polakom.

    W czasie pobytów na Zjazdach zauważyłam, że wszystko dokumentujesz. Czy Twoją pasją jest także filmowanie I fotografowanie miejsc?
    Można tak powiedzieć. Zaczęło się we wczesnej młodości od prostego aparatu fotograficznego typu „camera obscura”, później używałem już bardziej „nowoczesnych” – marki Druh i Start, małoobrazkowych Fenix, wreszcie rosyjskich Fed i Zorkij. Filmy małoobrazkowe miały 36 klatek, zmuszały zatem do umiaru przy robieniu zdjęć początkowo czarnobiałych, później kolorowych, Naświetlone filmy wywoływało się i robiono odbitki w zakładach fotograficznych. Później te czynności wykonywałem samodzielnie w ciemni łazienkowej na sprzęcie przywiezionym z Moskwy. Z nastaniem ery aparatów i kamer cyfrowych umiar prysł. W ten sposób dorobiłem się kilkunastu tysięcy zdjęć i kilkunastu filmów nagranych na płytach CD i DVD, po które poza mną nikt pewnie nie sięgnie.

    Czy masz jeszcze inne hobby?
    Miałem zainteresowania wielokierunkowe, zatem próbowałem różnych zajęć. Uczyłem się gry na pianinie i mandolinie, samodzielnie języków obcych, łaciny, próbowałem kajakarstwa, łyżwiarstwa, zbierałem banknoty i etykiety zapałczane, kolekcjonuję polskie znaczki pocztowe, trochę numizmatyki, ale jakiegoś wyraźnego „bzika” nie miałem, czego żałuję.

    Jak myślisz, czy warto realizować swoje marzenia?
    Każdy ma niewątpliwie marzenia i pasje mniejsze lub większe, które są motorem jego działania. Trzeba je mieć i dążyć do ich realizacji. Muszą jednak zawierać jakieś źdźbło realizmu, w przeciwnym przypadku mogą zrodzić tylko frustracje, a nawet doprowadzić do głębokiej depresji.

    Zbyszku! Od jak dawna przyjeżdżasz na Zjazd Związku Rodu Żółtowskich i jakie w związku z tym masz wspomnienia?

    W przeddzień zjazdu założycielskiego 6 września 1992 roku zjawił się u mnie w Warszawie w drodze na zjazd mój bratanek – Piotr, wówczas jeszcze student Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Poznaniu, który pomagał Michałowi z Łodzi zbierać w urzędach stanu cywilnego i parafiach dokumenty genealogiczne dotyczące mojej rodziny, o czym wcześniej nie wiedziałem. Mimo wczesnej jesieni, pogoda tego dnia była okropna. Niebo zalegały ciemne chmury, padał deszcz, dął nieprzyjemny wiatr. Żal mi się go zrobiło, aby przy takiej pogodzie wlókł się do Skierniewic środkami komunikacji publicznej, postanowiłem zatem zawieźć go tam samochodem – przepraszam, maluchem, i zaczekać na niego w samochodzie do zakończenia obrad. Deszcz zacinał, trudno było tyle czasu wytrzymać w samochodzie. Schroniłem się więc w willi Zbigniewa, a kiedy to uczyniłem … stałem się przypadkowo jednym z 36 członków-założycieli Związku. Od tej pory uczestniczyłem we wszystkich zjazdach z wyjątkiem czterech wcześniejszych (w Zajączkowie, Rucianem-Nidzie, Ciechocinku i Wigrach).

    Co dają Ci te coroczne spotkania?
    Poczucie dumy z przynależności do rodu o nobliwym pochodzeniu, możliwość spotkania i konfrontacji przeżyć innych z własnymi, niekiedy nowych pomysłów na życie. Coroczne spotkania stwarzają ponadto okazję do poznania jakiegoś nowego pięknego zakątka kraju, wspólnej zabawy przy ognisku lub uroczystej kolacji, choć wiek i dolegliwości pooperacyjne nie pozwalają mi już brykać na parkiecie.

    Co Cię w życiu cieszy, a co denerwuje?
    Z natury mam usposobienie łagodne, więc nie narzekam, cieszy mnie, budząca się wiosna, zdrowie, które w miarę jeszcze dopisuje a nawet … rewaloryzacja emerytury, choć doświadczam, że z wielu zachcianek muszę już rezygnować.
    Denerwuje zaś powszechne i publiczne plugawienie języka polskiego wulgaryzmami, bezkarność grafficiarzy mażących na elewacjach budynków, na ławkach w parkach, peronach, tunelach, niechlujstwo palaczy papierosów, którzy rzucają pety, gdzie popadnie, „miłośnicy” zieleni zadeptujący trawniki w parkach, złodzieje i łobuzy, którzy powodują, że strach wyjść wieczorem na ulicę czy iść przez park, że niczego nie można na chwilę pozostawić w miejscu publicznym bez obawy o zniknięcie, że z ich powodu wszędzie musi być ochrona, kamery, płoty, szlabany.
    Marzy mi się partia. która programowo podejmie walkę z tymi plagami.

    Z czego jesteś dumny?
    Dumny jestem, że udało mi się przeżyć w miarę ciekawe życie, choć często trudne, w dobrej rodzinie, w zgodzie z własnym sumieniem i pryncypiami, że pracę miałem ciekawą, urozmaiconą, nie nudną i bez przesady przydatną także dla gospodarki narodowej, bo w każdym ważnym obiekcie przemysłowym tkwiła, a może jeszcze tkwi, cząstka mojej pracy.
    Dziękuję za rozmowę, życzę zdrowia I realizacji dalszych podróżniczych pasji.

    Ze Zbigniewem z Warszawy rozmawiała
    ELŻBIETA ŻÓŁTOWSKA