Teresa Bojarska
„Bywa, że współżyjąc na co dzień ze świętym, skazani jesteśmy na swego rodzaju umartwienie. W każdym razie umartwienie, jako takie, trwa tak długo, jak długo sami choćby w cząstce nie dorośniemy do tego właśnie gatunku świętości… Wydaje mi się, że bardzo jasno ukazuje to Nowy Testament.”1
Zapewne niełatwo było siostrom współżyć każdego dnia z Siostrą Moniką. Wydaje mi się, że mało kto w Zgromadzeniu potrafił reagować podobnie do Niej na życie. „Zielone światło”, które otrzymała dla swoich poczynań było po trochu zaprawione odcieniem dobrotliwego pobłażania, odcieniem litości nad wiekiem czy dziwactwami.
Możliwe, że będąc przełożoną, nie była w pełni dobrą przełożoną. Zapewne wtedy nie była jeszcze świętą. Także musiała przejść swoją drogę przez Ogrójec, pałac Piłata, Getsemani – do momentu Oświecenia. Nie wiadomo, kiedy ów moment w Jej życiu zaistniał. W każdym razie wyrzucała sobie, że będąc jeszcze młodą osobą, w Origny, gdy miała pod opieką „upadłe” dziewczęta przysłane w celu reedukacji przez władze Petenowskiej Francji nie wyzyskała tej szansy. I, że tę właśnie, a nie inną, szansę podsunął jej Bóg, wtedy właśnie…
Ona w tamtym okresie była jeszcze przede wszystkim przełożoną. Jako taka, sądziła, że Jej pierwszym obowiązkiem jest służyć Bogu przez gromadzenie dochodów, którymi można dzielić się z rodakami, ofiarowując im polskość w zagubionych ścieżkach wojny lub w ogóle w zagubionych ściekach ekonomicznej lub politycznej emigracji.
Musiała stracić Origny, skończyć z przełożeństwem, musiała zostać sama wśród obcych. Bo było właśnie tak, choć wyglądało inaczej, a Ona starała się, może nieudolnie, ale bardzo się starała być czynnie w Zgromadzeniu… współbyć. I to się Jej nie udawało, i to było Jej krzyżem do końca. Ale Ona jedna rozumiała, że największą łaską, darowaną od zarania, jest miejsce urodzenia.
Dom, w którym się przyszło na świat, bogactwo pojęć darowane od najpierwszych dni dzieciństwa i potem, przez życie. A do człowieka należy jedynie korzystać z tej łaski, albo też ją odrzucać. Co z tego wyjdzie, to już sprawa danej jednostki. Twierdziła, że gdyby przyszła na świat jako córka prostytutki i pijaka albo jakoś inaczej, ale podobnie, ze wszystkimi wadami, które Jej towarzyszyły i tak, ze swoim usposobieniem wrodzonym, kto wie, czy również nie byłaby alkoholiczką, narkomanką itd. Że zdolny jest do zła każdy, jedni tylko otrzymują od Boga w podarku łaskę takiej rodziny, inni zaś nie…
W tym było sporo sensu, w każdym razie to stanowiło punkt wyjścia. Dlatego wybrała dziwną, zaskakującą drogę świętości. Musiała nadrobić lukę, którą spowodowała, nie potrafiąc odpowiedzieć na wołanie Boże w Origny… Sądzę, że zwłaszcza na początku nie było takie proste z resztek tytoniu robić papierosy i obdarzać nimi brudnych ludzi. Jeszcze trudniej chyba było chodzić po skwerze, na którym przysiadały wieczorami francuskie prostytutki. I czynić im zwyczajne i bardzo proste dobro.
Więcej o siostrze Monice w poprzednim numerze.
1 fragment listu pisarki do jej rodzonej siostry Urszulanki SJK Zofii Sułkowskiej
Dodaj komentarz