Michał z Lasek (Czacza)
Rok 1933.
Polowanie, a raczej mała „klaperka” w Jurkowie u Kajetanów Morawskich. Zima, lekko prószący śnieg. Myśliwych niewielu, przeważnie młodociani, ja sam miałem wtedy 17 lat. Zaczęło się od „streify” w polu, czyli długiego marszu szeroko rozwiniętym szeregiem. Obok mnie szedł Ludwik w futrzanej czapce, z rękami w mufce, z dubeltówką pod pachą. Wzrok miał utkwiony w ziemię, robił wrażenie kogoś bardzo zamyślonego. Od czasu do czasu wyrywał go z zamyślenia pomykający zając. Wtedy składał się: pif, paf padały dwa strzały, lecz zając z reguły leciał zdrowy dalej. Ludwik nie wyglądał tym speszony, myślę, że lubił głównie atmosferę polowania, a nie jego wyniki.
Rok 1943.
Pławowice. Ludwikowie zaprosili mnie na trzytygodniowy urlop w czerwcu. Gdy zajechałem do nich, uderzyło mnie piękno Pławowic. Stary, asymetrycznie zbudowany pałac, położony w dużym parku z parusetletnimi dębami, po którymi pasły się arabskie siwe klacze ze źrebiętami. Przed domem staw sztucznie wykopany w XVII w. W latach okupacji odkryto drewniane rury prowadzące wodę z pobliskiego wzgórza do fontanny pod pałacem. Dwór oczywiście nie miał wody bieżącej. W niewielkiej odległości za stawem płynęła Szreniawa, zasilająca w wodę stawy rybne poprzegradzane groblami, na których rosły wierzby. W dali nad proszowską równiną można było dostrzec wznoszącą się wysoko górę Koniuszy, pełną legend. Na jej szczycie, obok kościoła pokazują kamień, na którym rzekomo siedział Kościuszko po bitwie pod Racławicami. Oprawa Pławowic naprawdę była malownicza.
Ujęła mnie od razu gościnność i serdeczność państwa domu. Życie koncentrowało się na pierwszym piętrze, w kilku ciągnących się w amfiladzie salach. W jednej z nich, narożnej i przechodniej mieścił się gabinet pana domu. Pracował tam przy ogromnym, starym biurku, nie zwracając uwagi na przechodzące osoby. Zapisane strony odkładał na bok, a dalszy ich los obchodził już tylko Ninę.1
W grudniu 1944 r. odwiedziłem znów na krótko Morstinów. Przyjechałem zapytać, czy możliwe byłoby powierzenie im mojej najmłodszej siostry, Zosi, by mogła w „Pławowskiej Akademii” kończyć szkołę średnią. Ludwik na moją prośbę odpowiedział negatywnie. Tłumaczył, że dom jest nieprawdopodobnie przepełniony i trudno byłoby w nim umieścić jeszcze jedną osobę. Kiedy jednak dowiedział się, że Zosia brała udział w Powstaniu Warszawskim i że była odznaczona, zaraz zmienił zdanie: ” skoro była w Powstaniu, to musimy się ścisnąć i ją przyjąć”.
Zauważyłem uderzającą zmianę w sali bibliotecznej. Ludwikowie ustawili tam w środku jakby pokoik ze sklejki, w którym z braku wolnych pomieszczeń w Pałacu umieścili przyjaciela sprzed wojny, Leopolda Staffa z żoną. Żył on jeszcze wrażeniami z Powstania Warszawskiego, a tak był zdeprymowany zniszczeniami kultury, jakie się dokonały, że nie mógł o niczym innym mówić.
Na parterze kwaterowali niemieccy żołnierze. O jakieś 2 km od Pławowic stał sztab większego oddziału AK. Niemcy o tym doskonale wiedzieli. Obie strony nie chciały się wzajemnie zaczepiać, dla obu istotnym problemem był oczekiwany atak Armii Radzieckiej, stojącej o kilkanaście kilometrów za Wisłą.
Przed świętami Bożego Narodzenia zjawiło się we dworze paru akowców z nieśmiałym zapytaniem, czy dziedzic zgodziłby się odstąpić im bezpłatnie jedną tonę karpia z jesiennego odłowu. Spodziewali się, że przy sprzedaży detalicznej uzyskają wiele wyższą cenę. Zapłacą należność zgodnie z urzędową taryfą, a sami coś zarobią. Ludwik, mający zawsze szeroki gest, zaufał im, a akowcy wzorowo wywiązali się z obietnicy.
Rok 1952.
Zakopane. Willa przy ul. Kasprusie. Spędziłem tam w marcu, w czasie ogromnych roztopów, przemiłe dwa tygodnie. Nina oprócz prowadzenia domu, troskliwie czuwała nad chorującym mężem. Uczestniczyłem wtedy w paru ciekawych rozmowach. Raz przyszedł z wizytą Roman Brandstaetter, innym razem jakaś nieznana mi literatka. W pewnej chwili powiedziała: „Dobrze, że teraz możemy ze sobą swobodnie rozmawiać. Przed wojną chyba nie byłoby to możliwe”. Na to Ludwik: „Bardzo cię przepraszam, ale i przed wojną przyjmowaliśmy każdego. Potwierdzi ci to każdy z literatów”.
W Zakopanem Ludwik należał do Rady Miejskiej. Udało mu się po burzliwej dyskusji utrzymać nazwę ulicy Władysława Zamoyskiego, kiedy wykazał, że to on właśnie wywalczył doprowadzenie linii kolejowej do miasta. Miał za to inny kłopot, z którego mi się zwierzył. Przeczytał mianowicie wszystkie książki z publicznej biblioteki i nie wiedział, co dalej robić. Miałem ze sobą dwie naukowe pozycje, jedną z historii, drugą z ornitologii i zapytałem, czy by to go nie interesowało. W jakieś 4-5 dni przeczytał obie – oczywiście nocami, gdyż w dzień pracował nad tłumaczeniem hiszpańskich. poezji. Uderzyło mnie, że zaczął zaraz robić porównania z działami o ptakach sławnego Brehma.
Ostatni raz widzieliśmy się w Warszawie, w mieszkaniu przy Kanonii, na krótko przed Jego śmiercią. Cierpiał bardzo i na pewno przeczuwał, że się więcej nie zobaczymy. Sięgnąwszy do szuflady, wręczył mi cały plik zdjęć Bułhaka z widokiem Jarogniewic. Zrozumiałem Jego intencję.
październik 1994 r.
1 żonę Janinę z Żółtowskich – B.W.
Dodaj komentarz