W dzieciństwie zdarzenia przeżywa się intensywnie, ze świeżością młodego wieku i wrażliwą wyobraźnią. Później powtarzające się przeżycia kojarzą się zawsze z tymi pierwszymi. Poza tym dziecko posiada zdolność trafnego odczytywania znaków i symboli, gdy dorośli przestają je dostrzegać.
Takie myśli zaczęły mnie nachodzić z chwilą, gdy chciałem wspomnieć dawne czasy i coś o nich napisać. Święta Wielkiejnocy jak zawsze poprzedzał okres Wielkiego Tygodnia, a sposób spędzenia go rzutował na same święta. Pełna wymowy, a chwilami dramatyczna liturgia z tych dni wytwarzała niezastąpiony nastrój. Gdy obecnie kościół, widząc zapędzenie ludzi, skrócił i uprościł tę liturgię, straciła nieco ze swej wyrazistości.
Na nas dzieciach wielkie wrażenie robiła Msza św. w Wielki Czwartek, zwłaszcza przejście od hałaśliwego rozdzwonienia dzwonków na „gloria” do przerywanej klekotaniem grzechotek surowej ciszy. Po odprowadzeniu Sanctistimum do ciemnicy następowało ogołocenie ołtarza: zdjęcie obrusa, kwiatów, przewracanie świeczników i szeroko otwarte drzwiczki tabernakulum. To wszystko dla upamiętnienia chwili zgrozy na Golgocie, gdy skały pękały i zasłona świątyni rozdarła się na dwoje. Moja Babka, świetna pianistka, całymi dniami grająca na fortepianie aż w domu drżało, twierdziła, że trzy dni żałoby od Wielkiego Czwartku do Wielkiej Soboty stanowią dla niej najcięższe chwile w ciągu roku. Zwyczajowo w tym czasie nikt nie uprawiał żadnej muzyki.
W Wielkim Tygodniu kościół parafialny w Czaczu świecił pustkami, pełno było pracy w polu i ogrodzie. Tylko przed ołtarzem, przy :ach stała garstka dzieci, w głębi zaś nawy widniały postacie kilkunastu starszych kobiet w regionalnych strojach.
Począwszy od Wielkiej Środy Msze św. poprzedzały ciemne jutrznie, śpiew po łacinie kilkunastu psalmów i po każdym gaszenie jednej ze świec w stojących dwóch siedmioramiennych świecznikach. Nie rozumieliśmy słów, ale docierało do nas piękno ceremonii. W Wielki Piątek adoracja Krzyża odbywała się nieco inaczej niż dziś. Po odsłonięciu poszczególnych jego ramion, kładziono go na ziemi, a wierni, począwszy od kapłana, organisty i ministrantów całowali Jego rany i wrzucali grosiki do postawionej obok puszki. W Wielką Sobotę ogromne wrażenie wywoływał widok kapłana zdejmującego ornat i trzewiki, kładącego się w samej albie krzyżem na ziemi. Przez ten czas śpiewano litanię do Wszystkich Świętych.
Nasza Matka wyczuwając trudności najmłodszych w uczestnictwie w tak długich nabożeństwach, już od Wielkiego Poniedziałku przygotowywała nas do nich przez odpowiednią lekturę. Było to Życie Chrystusa, a właściwie opis widzeń błogosławionej Katarzyny Emmerich, która od dziecka obdarzona niezwykłym darem oglądania całego życia Pana Jezusa, w końcu zgodziła się podyktować opis swych objawień. Jest to utwór bardzo żywy i obrazowy, przemawiający do serca i wyobraźni. Katarzyna słyszała jęki Chrystusa podczas biczowania, stuk młotków przy ukrzyżowaniu, ostatnie Jego słowa.
Wielkosobotnie popołudnie tchnęło już spokojem. W kościele pozostał jeszcze grób – aż do rezurekcji w dzień następny, lecz nikt już nie pracował.
Wielkanoc to dzień pełen radości. Uroczysty obiad z pisankami i barankiem na stole. Przed rozpoczęciem jedzenia nasz ojciec dzielił się jajkiem ze wszystkimi. Do stołu podawano wielką rzadkość – wino. Nawet dzieci dostawały troszeczkę. Oko przyciągały mazurki, zwłaszcza pokryte masą ze skórki pomarańczowej. Po obiedzie dorośli w malutkich filiżankach dostawali czarną kawę, a my mogliśmy zanurzyć w niej kostkę cukru i zjeść kanarka.
Nazajutrz „śmigus”. Od rana należało strzec się nawet najlepszych przyjaciół. Okres ferii wielkanocnych wiązał się z wiosną i budzeniem się przyrody. Dokoła wszędzie, a zwłaszcza na łąkach tworzyły się rozlewiska. Starsze siostry przywoziły ze szkoły wiele wiadomości o słodkowodnej faunie. Biegały z siatkami, łowiły rozmaite stwory i zapełniały nimi coraz to nowe słoje. Od nich uczyliśmy się nazw trytonów, pijawek, chrząszczy żółtobrzeżków i innych owadów. Cały ten owadzi świat pozornie żył w zgodzie i dawał się obserwować, ale w nocy zwierzęta te napadały na siebie i pożerały się wzajemnie. W słoju pozostawała po zjedzonej ofierze jedynie przezroczysta błonka o jej kształcie.
Co roku, na wiosnę pociągała nas archeologia – pobliskie cmentarzysko pogańskie. Pozornie rozkopane, w nieładzie, kryło jeszcze różne tajemnicze znaleziska. Kiedyś odkryliśmy płaski głaz pokryty węglem drzewnym, służący zapewne do palenia ludzkich zwłok. Wszędzie natrafialiśmy na resztki glinianych skorup, lecz znalezienie nie rozbitego naczynia było bardzo trudne. Czasem miało się je całe pod ręką, lecz zetknięcie wilgotnej ceramiki z powietrzem sprawiało, że rozpadała się w dłoni.
Wreszcie niezapomniane spotkania ze zwierzyną. W pobliskiej bagnistej dolinie Obry, na przestrzeni kilometrów, większość łąk pokrywała woda z roztopów. Kiedyś widziałem jak z lasu wypadł rogacz i wielkimi susami pokonywał zalaną łąkę, wywołując przy każdym skoku fontanny kropel. Dotarłszy do wezbranego kanału przecinającego dolinę, rzucił się w lodowatą wodę i cały w niej zanurzył. Wyskoczył na drugim brzegu, otrząsnął się jak mokry pies i puścił się dalej skacząc po drugiej łące, równie zalanej, aż w końcu wylądował na zadrzewionym wzgórku. Co za widok!
Kiedyś o zmierzchu ujrzałem na polu samotnego dropia. Stał ogromny, przypominając z daleka strusia. Na widok zbliżających się ludzi zaczął biec bijąc skrzydłami o wodę i odleciał.
Przez kilka lat nie mogłem rozpoznać tajemniczego ptaka, wydającego donośny głos: „kurii, kurii, kurii, li, li.” Dopiero raz po latach miałem okazję go zobaczyć, jak cała para leciała nade mną. Był to niewiele mniejszy od bociana kulig wielki.
Michał Żółtowski z Czacza
kwiecień 1996 r.
Dodaj komentarz