Los Angeles – miasto aniołów

Nazwa miast podobnie jak wielu innych miast zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, np. San Diego czy San Francisco, ma rodowód hiszpański i przypomina, że niegdyś te tereny kolonizowali Hiszpanie. W latach 1821-1849 były we władaniu Meksyku i dopiero później, w wyniku wojny amerykańsko-meksykańskiej, zostały wcielone do USA.

Początków miasta należy upatrywać w roku 1781, dokładnie 4 września, kiedy przybyło tu pięćdziesięciu dwóch osadników hiszpańskich i założyło Misję Katolicką Najświętszej Panny Marii Królowej Aniołów (Misja istnieje do dziś, więc ją zwiedziliśmy). Wokół Misji rozwinęła się osada miejska, która wzięła nazwę od nazwy Misji. Szybki i wszechstronny rozwój miasta nastąpił w latach 1885-1895, kiedy odkryto tu złoża ropy naftowej i wybudowano kolej transkontynentalną. Wtedy też napłynęło dużo imigrantów.

Obecnie Los Angeles jest największym miastem, portem i ośrodkiem przemysłowym zachodniej części USA i drugim co do popularności w USA. Ma 1290,6 km2 powierzchni i 3,9 mln ludności. Leży na terenie sejsmicznym w pobliżu słynnego uskoku św. Andrzeja. Częste są tu trzęsienia ziemi, ale przebieg ich jest łagodny. Ma rozwinięty przemysł lotniczy, elektroniczny, wydobycia i rafinacji ropy, produkcji filmów, programów telewizyjnych i nagrań muzycznych. Jest znanym ośrodkiem naukowo-kulturalnym i sportowym. Jest też światowym centrum rozrywki… ale i pornografii.

Program zwiedzania Los Angeles dotyczył głównie tematyki filmowej.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy zatem od słynnej dzielnicy Beverly Hills. Z dzielnicy Inglewood, gdzie nocowaliśmy, ruszyliśmy ku niej nie mniej słynnym Bulwarem Zachodzącego Słońca. Krótki spacer. Ruch niewielki, może dlatego, że jest wczesna pora. Zaglądamy do hotelu „The Beverly Wilshire”, w którym kręcono głośny film „Pretty woman”. Stamtąd do rezydencji aktorskich. Ukryte pośród bujnej roślinności nie są z ulicy widoczne. Jak większość domków amerykańskich z zewnątrz nie robią piorunującego wrażenia. Bogactwo widoczne jest dopiero wewnątrz.

Kolejny punkt programu to dzielnica Hollywood.

Zatrzymujemy się na Bulwarze Hollywoodzkim. Mijamy Teatr Chiński, na chodniku mnóstwo przebierańców za różnych aktorów. Za dolara można uwiecznić się na zdjęciu np. z samym Elvisem Presleyem. Na chodniku Promenada Gwiazd. Dochodzimy do Teatru Kodaka, w którym obecnie odbywają się ceremonie wręczania Oskarów. Wchodzimy po słynnych schodach, wyłożonych czerwonym dywanem, którymi gwiazdy kroczą na galę oskarową, i wychodzimy na balkon prowadzący na taras widokowy, na którym główną uwagę turystów przyciąga duże łóżko z umieszczonym w mozaikowej posadzce znamiennym podpisem: „Droga do Hollywood – oto jak niektóre z nas tu dotarły”. Fragmentów wynurzeń aktorów i reżyserów jest zresztą na posadzce więcej.

Daleko, w głębi, na zboczu góry Lee bieli się olbrzymi napis HOLLYWOOD, złożony z liter o wysokości 13,7 m, które widoczne są podobno nawet z Kosmosu. Napis ten z roku 1923 pierwotnie brzmiał: HOLLYWOODLAND i miał być w założeniu reklamą zachęcającą do budownictwa mieszkaniowego na tym terenie. Obecnie (po usunięciu ostatnich czterech liter) stał się jednym z głównych znaków rozpoznawczych miasta. Same jednak wytwórnie filmowe, które potrzebują do produkcji filmów dużych hal, w większości przeniosły się z Hollywood poza miasto. Nie bez znaczenia były także względy podatkowe. Odwiedziliśmy jedną z nich – Universal Studios Hollywood. Zwiedzenie w ciągu pięciu godzin, które mieliśmy do dyspozycji, tego olbrzymiego kompleksu położonego na trzech kondygnacjach, było możliwe jedynie dzięki dobrej orientacji pilotów, gdzie i o której godzinie coś ciekawego akurat się dzieje.

Mimo krótkiego czasu udało się w ten sposób poznać chociaż tylko lub może aż sześć atrakcji.

Zaczęliśmy od objazdu Studia specjalną kolejką, podczas którego przewodnik objaśniał przez głośnik wideo, co widzimy i uprzedzał przed efektami, które nastąpią, aby móc przygotować się do fotografowania i filmowania. A działo się bardzo dużo. Pokazano m.in., jak „robi się” deszcz i „wywołuje” powodzie, pożary, eksplozje, „powoduje” wypadki samochodowe i lotnicze, a nawet trzęsienia ziemi. Widzieliśmy całe kwartały makiet miasteczek, domów i zagród zbudowanych dla potrzeb produkcji filmowej oraz mnóstwo innych rekwizytów – setki samochodów różnych marek, wozów, ubiorów, szkieletów, trumien itp. Wielką atrakcją była jazda dużą łodzią przez Park Jurajski, gdzie co chwilę wynurzają się znienacka z wody, tuż pod nosem, olbrzymie sylwetki dinozaurów różnych gatunków. Punkt kulminacyjny jazdy stanowił niespodziewany, gwałtowny, pionowy spadek łodzi wraz z wodospadem z wysokości… dwudziestu pięciu metrów! Cud, że serce wytrzymało. Kolejną atrakcją wywołującą palpitację serca była podróż w kapsule czasu od aktualnej daty startu aż po rok 8888 i z powrotem. Podczas lotu ma się wrażenie realnego i nieuchronnego zderzenia z wieżowcami, górami i innymi obiektami latającymi w Kosmosie. Inną jeszcze atrakcją był film Terminator 3D oglądany w specjalnych okularach. Wprowadza on widza w cybernetyczną przygodę, z której przez ogień zaporowy różnych efektów wywołujących skurcz żołądka musi sam wywalczyć sobie drogę wyjścia. Różnorodność efektów prowadzi do zatracenia poczucia, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna fantazja.

Kolejną atrakcją było przedstawienie na wodzie wśród rozsiadłej amfiteatralnie publiczności. Biada jednak temu, kto usiadł nieświadomie na ławce pomalowanej na zielono, ten niechybnie został oblany wodą z wiadra lub wręcz prosto z węża. Efektów i popisów kaskaderskich zapierających dech w piersiach było mnóstwo: walczące ze sobą statki i skutery wodne, jazdy napowietrzne na linie, wieszanie nieszczęśników za nogi i powolne opuszczanie ich do toksycznego kotła, a nawet nieoczekiwane lądowanie samolotu na tafli jeziorka. Słowem, dużo strzelania, wybuchów ognia i innych efektów pirotechnicznych.

Ostatnią atrakcją był film o Shreku i ośle zrobiony w technice trójwymiarowej, ale jakby z wymiarem dodatkowym. Wymiaru tego doświadcza się, siedząc w fotelu, który „uczestniczy” w akcji toczącej się na ekranie. Jeśli na ekranie osioł pędzi galopem, to czujesz, że fotel też galopuje z tobą, a jeśli osioł na ekranie pluje, czujesz wilgoć na głowie. Zdumiewające!

Podczas objazdu miasta zwiedziliśmy nowoczesną katedrę pw. Matki Bożej od Aniołów konsekrowaną w 2002 roku, która jest kościołem i siedzibą arcybiskupa diecezji Los Angeles. Może pomieścić trzy tysiące wiernych, a w dolnych kondygnacjach znajduje się sześć tysięcy miejsc w kryptach i kolumbariach dla pochówku zarówno duchownych, jak i świeckich. Spoczywa tu m.in. znany aktor amerykański Gregory Peck zmarły w roku 2003 w wieku 87 lat.

Kolejnym miejscem postoju była położona w pobliżu Centrum Kongresowego wielka hala widowiskowo-sportowa o światowej renomie – Staples Center. Tutaj odbywają się turnieje koszykówki ligi NBA. Przed halą pomniki dwóch legend amerykańskiego sportu – Wayne Gretzky i Magic Johnson. Nie można nie wspomnieć, że w Los Angeles odbywały się dwukrotnie igrzyska letniej olimpiady: w roku 1932 i 1984. W pierwszej Polacy zdobyli siedem medali: dwa złote, srebrny i cztery brązowe. Złote wywalczyli Janusz Kusociński w biegu na dziesięć tysięcy metrów i Stanisława Walasiewicz w biegu na sto metrów. W drugiej olimpiadzie Polska pod naciskiem ZSRR nie wzięła udziału w wyniku retorsji za bojkot olimpiady moskiewskiej w roku 1980 w proteście przeciwko wojnie w Afganistanie.

Podczas pobytu w Los Angeles piloci wycieczki postanowili nam zrobić niespodziankę, której nie było w programie. Zawieźli nas do dzielnicy Glendale, na wysokie wzgórze, z którego roztaczał się wspaniały widok na położone w dole miasto. Wzgórze zwie się Forest Lawn Memorial Parks i jest właściwie cmentarzem. Na szczycie pobożny milioner amerykański i koneser sztuki dr Hubert Eaton wzniósł specjalny pawilon ekspozycyjny w kształcie kościoła, w którym umieścił obraz Jana Styki pt. „Golgota”, zakupiony na licytacji w roku 1944. Obraz o rozmiarach 60 x 15 m został namalowany w roku 1896 za namową Ignacego Paderewskiego i przewieziony do USA na wystawę światową w Saint Louis w roku 1904, która jednakże wskutek matactw organizatorów się nie odbyła. Prezentacja dzieła odbywa się jak w kinie, przy wygaszonym świetle. Robi mocne wrażenie. Równolegle, na osobnym ekranie, prowadzona jest projekcja poszczególnych fragmentów obrazu z komentarzem objaśniającym. Po zakończeniu projekcji i nasyceniu oczu obrazem „Golgoty” gaśnie światło i pojawia się nowy obraz o rozmiarach 21 x 16 m pt. „Zmartwychwstanie” pędzla amerykańskiego malarza Roberta Clarka. Sekwencja obu obrazów wywiera niesamowite wrażenie. Jan Styka po kilku zawirowaniach ostatecznie został pochowany w Los Angeles, w pobliżu swojego dzieła. Fakt ten nie jest zapewne w Polsce powszechnie znany.

Zbigniew Żółtowski z Warszawy

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *