„Ile razem dróg przebytych,
ile ścieżek przedeptanych,
ile deszczów, ile śniegów
wiszących nad latarniami…”
Rok 2007 był dla mnie czasem smutnych rozstań i pożegnań. W październiku umarł mój tato, a w grudniu Stefania.
Słucham pięknego tekstu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w interpretacji Marka Grechuty i wspominam chwile spędzone z bliskimi mi ludźmi, którzy odeszli, ale na zawsze pozostaną w moim sercu i pamięci.
Stefania pocieszała mnie po śmierci taty, rozumiała mój ból i radziła, co robić, żeby można było żyć z tą ogromną tęsknotą i nagłą pustką. Jestem wdzięczna losowi, że dane mi było spotkać na swojej drodze takiego człowieka, jakim była Stefania. Osoba obdarzona wrażliwością na piękno, na potrzeby innych i umiejąca słuchać. To rzadka umiejętność. Zwykle wydaje nam się, że nasze sprawy, problemy i kłopoty są najważniejsze. Stefania potrafiła cierpliwie wysłuchać, czasem dać dobrą radę, a czasem przemilczeć. Bez wymądrzania się i niepotrzebnego wtrącania w sprawy innych.
Dawała z siebie tyle, ile było potrzeba. Zarażała radosnym, dźwięcznym śmiechem i optymizmem, który jest tak bardzo potrzebny każdemu z nas.
Kolejne spotkania zjazdowe zbliżały nas do siebie. Miałyśmy coraz więcej wspólnych spraw i tematów do rozmowy – wychowanie dzieci, praca, kłopoty dnia codziennego.
Po raz pierwszy rozmawiałyśmy dłużej ze Stefanią na zjeździe w Rucianem, potem był Lucień, a następnie Ciechocinek. Spotykaliśmy się często w domku zajmowanym przez Stefanię i Rafała, wiedliśmy niekończące się rozmowy, wspominaliśmy to, co było i snuliśmy plany na przyszłość. A potem były Wigry i wspólne zwiedzanie Wilna.
Kłopoty z organizacją zjazdu w 1999 roku zbliżyły nas jeszcze bardziej. Telefony, rozmowy, a potem wspólna wyprawa do ośrodka „Relax” w Chomiąży Szlacheckiej.
Krynica Morska to długie spacery ze Stefanią wzdłuż morskiego brzegu, zbieranie drobinek bursztynu, z których przygotowała „palce lizać” nalewkę. Rozmowy o bardzo wielu sprawach babskich, rodzinnych, ludzkich. „Sprzedała” mi wtedy dużo sekretów kulinarnych, z których korzystam do dzisiaj.
Rok 2000 to przede wszystkim wyprawa do Włoch, do Ojca Świętego, którą to podróż zapamiętam na zawsze. Godziny spędzone w drodze, wspólne modlitwy, zwiedzanie, zdjęcia, film z wyjazdu, rozmowy, śpiewy i dużo, dużo wzajemnej dobroci.
Spotykałyśmy się nie tylko na zjazdach, ale również na zebraniach zarządu w Laskach oraz w domu Stefanii i Rafała w Korycinie.
Stefania kochała zwierzęta, uwielbiała rośliny. Tematem wielu obrazów tej wrażliwej, obdarzonej talentem osoby są kwiaty. Dużo pracy poświęcała hodowli i pielęgnacji roślin w swoim ogrodzie. Z dumą pokazywała każdy nowy okaz. Nie tolerowała bylejakości. Wszystko, co tworzyła, musiało być piękne i doskonałe. Z różnych wyjazdów przywoziła pędy roślin, sadzonki i cieszyła się, jeśli się przyjęły, rosły i rozkwitały.
„…ile listów, ile rozstań,
ciężkich godzin w miastach wielu,
i znów upór, żeby powstać,
i znów iść i dojść do celu…”
Pisałyśmy do siebie listy i kartki. Sztuka epistolarna jest już w zaniku, ale dla nas było ważne, żeby, szczególnie w okresie świąt, przekazać sobie pięknie napisane na eleganckim papierze, czy karcie świątecznej życzenia.
Stefania nigdy się nie skarżyła, że jest jej ciężko walczyć z chorobą. Dzielnie znosiła kolejne chemioterapie i tylko czasem, kiedy telefonowałam do niej, mogłam usłyszeć: „Wiesz, jestem słaba, dopiero po wlewie, ale to nic, jutro już będzie lepiej”.
Kolejne zjazdy, kiedy już wiedzieliśmy, że Stefania jest chora, były oczekiwaniem na spotkanie z nią, z trwogą, czy lepiej się czuje i z radością i nadzieją, że Stefania zwycięża i nie poddaje się chorobie.
Zjazd w Szklarskiej Porębie, wspólnie przeżywamy mszę i procesję Bożego Ciała. Widać było, że Stefania trochę się męczy, ale dzielnie znosiła wszystkie trudy, uśmiechała się, żartowała.
Mieszkałam wtedy w dwupokojowym studio razem ze Stefanią. Ileż odbyłyśmy rozmów, ile wspomnień, oglądania zdjęć, rozmów o życiu, dzieciach i ukochanym wnuku Olgierdzie.
Do Nowej Kaletki Stefania już nie przyjechała. Spotkałyśmy się w lipcu w jej domu w Korycinie. Nie pomyślałam nawet, że jest to nasze ostatnie spotkanie…
***
Pożegnaliśmy Stefanię na cmentarzu położonym na wzgórzu wśród drzew. Jej grób pokryła istna powódź przepięknych, żywych kwiatów, które tak bardzo kochała. W imieniu nas wszystkich mówili Mariusz ze Sztumu i Wacław z Łodzi. W swoich słowach wyrazili to, o czym myśleliśmy wszyscy, jaka była Stefania i jak bardzo nam będzie jej brakowało.
„…więc ja chciałabym
Twoje serce ocalić od zapomnienia!”
Dodaj komentarz