Z wielką uwagą przeczytałam „Moje powojenne drogi” Twojego autorstwa. Tak się złożyło, że życie skierowało Nas częściowo w te same miejsca. Opisujesz swój pobyt na Warmii tak ciekawie, że chcę się podzielić swoimi odczuciami z pobytu na tamtych terenach. Ja trafiłam do Braniewa znacznie później, bo w 1966 roku. Mój zmarły małżonek – lekarz wojskowy dostał przydział do jednostki w Braniewie, stąd moje tam zamieszkanie, które trwało 11 lat. To, co opisujesz o ludziach mieszkających, miałam okazję sama obserwować. Z tego okresu i tamtych terenów mam wielu przyjaciół do dziś. Szczególnie serdeczni okazali się ci z wileńskiego: otwarci, radośni, gościnni. Przytoczę tu jedno spotkanie z roku 1980, kiedy to już tam nie mieszkaliśmy. Lato, wakacje pod namiotem w Rucianem-Nida. Postanowiliśmy przy tej okazji odwiedzić rodzinę Dawgulów w Lubnowie – wieś oddalona od Braniewa około 12 kilometrów. Mieszkając w Braniewie zaopatrywałam się w nabiał u Loni. Kiedy zajechaliśmy tam w sierpniu 1980 roku i powiedzieliśmy, że jesteśmy pod namiotem w Rucianem, Lonia krzyknęła do męża: ”Józku, skocz no złap koguta, bo co te Nowackie tam jedzą, one tam głodne” Józek złapał koguta, Lonia oskubała, mowy nie było, żeby nie zabrać ze sobą.
Nasz pobyt w Braniewie wspominam z wielkim rozrzewnieniem. W tym czasie Henryk – mój mąż „wyszedł do cywila” jak zwykło się mówić. Rozpoczął pracę w szpitalu we Fromborku, ponieważ zrobił specjalizację z psychiatrii. Okazuje się, Kuzynie, że stąpaliśmy po tych samych podłogach i ścieżkach. Wychodziliśmy przez tę samą bramę, do trochę dzikiego parku, bo Zakład Salezjanów stał się później Sanatorium dla Nerwowo i Psychicznie Chorych, a następnie szpitalem. To prawda, że Frombork jest pięknie położony. Kiedy wieczorami spacerowaliśmy a niebo było gwiaździste, podziwialiśmy migającą latarnię morską w Krynicy. Tamten okres zaowocował kolejnymi przyjaźniami. Do dziś wspominam panią Pawluczuk, która po raz pierwszy poczęstowała mnie pysznymi śledziami. Potem, z jej przepisu robiłam te śledzie, nazywając je „po fromborsku”. W czasie, kiedy tam przebywałam, odbywały się koncerty organowe –zawsze w niedzielę o godz. 15 tej. W czasie mego tam pobytu odsłonięto pomnik Kopernika. W tym okresie wyremontowano kanonie. Godnym przypomnienia z tamtych – moich lat były wieczorne „Światlo – dźwięki”. Ponieważ w okresie wakacji mieszkaliśmy na terenie szpitala, więc nie trzeba było wychodzić z mieszkania, bo słychać było z tego spektaklu każdy dźwięk.
Za „moich czasów” przyjeżdżała grupa archeologów i prowadziła badania przy Katedrze a także w zniszczonym szpitaliku z XV w. – obecnie jest tam Muzeum Historii Medycyny.
Muszę napisać Ci Kuzynie, że co roku jeżdżę do Fromborka po miód, bo nie ma lepszego miodu jak z tamtych terenów. Smak miodu przeplata się z sentymentem do Fromborka, gdzie pracował mój zmarły mąż a w latach 1981-1985 – był dyrektorem tamtejszego szpitala. Zmarł w 1985 roku. Jadąc do Fromborka, przechadzamy się z obecnym mężem – Jerzym, po wszystkich zakątkach Fromborka: molo, port, cmentarz, katedra, idziemy drogą na Ronin, spotykamy znajomych, ale też odwiedzam szpital. Tu dodam, że szpital w 2004 roku obchodził 50 lecie, na które byłam zaproszona i oczywiście pojechałam. Było to pełne wzruszeń spotkanie.
Będzie mi bardzo miło, jeśli przeczytasz ten list, bo Warmia pozostawiła niezatarte ślady w mej pamięci.
Serdecznie pozdrawiam i życzę Kuzynowi dużo, dużo zdrowia.
Kalina Nowacka /Żółtowska/
Toruń, dnia 7 listopada 2008 r.
Dodaj komentarz