Leda


Wspomnienia o moim Ojcu Julianie Żółtowskim

Była pięknym zwierzęciem, wzbudzała podziw ale i też respekt. Przypominała lwicę, która zna swoją wartość i siłę. Była wielkim płowym dogiem.

Pewnego letniego dnia, a może nocy uległa wypadkowi, została potrącona przez ciężki pojazd. Jakie były okoliczności tego zdarzenia, nikt nie widział. Nie wiadomo było też, skąd przyszła i kto był jej właścicielem.

Było to po II wojnie, najkrwawszej, najokrutniejszej ze wszystkich wojen świata. Czasy były niespokojne, ludzie jak i zwierzęta szukały swego miejsca do życia, towarzyszył im strach i niepewność, ale i nadzieja na lepszą, stabilną przyszłość.

Zwierzę było ciężko okaleczone, nieprzytomne – dogorywało. Pan Julian postanowił zaopiekować się psem, wbrew opinii weterynarza, który przekonywał usilnie o konieczności uśpienia go. Tłumaczył, że obrażenia są bardzo poważne i nie dawał żadnej szansy na przeżycie. Ale pan Julian był uparty; czuwał przy konającym zwierzęciu, poił, zmieniał opatrunki, pielęgnował, walczył o życie psa. Nie dbał o swoje potrzeby, nieogolony, niewyspany, wzbudzał wielkie zdziwienie. Jakże to tak? Tyle zachodu, tyle udręki, a przecież to tylko pies! Ale są też odmienne opinie, pełne podziwu i zrozumienia.

Człowiek podejmuje walkę z „ostatecznością” w przekonaniu, że jeżeli pozwoli sobie na chwilę słabości, na zwątpienie – to śmierć zwycięży.

Wydaje się, że to zmierzenie się z nieznaną siłą ma swoje uzasadnienie, w przekonaniu, że ona nie wytrzyma naszego oporu. „Ostateczność” wykonuje krok wstecz, ale czeka z niebywałą obojętnością, obserwuje, bowiem dysponuje „czasem”.

I tak się właśnie stało. Zwierzę wbrew jakiejkolwiek logice i wiedzy lekarskiej nie umierało. Stan był stabilny, ale z przewagą na poprawę, która następowała wprawdzie wolno, ale z każdym dniem zwierze odzyskiwało siły i przyłączyło się do walki o życie.

Pan Julian nadał jej imię „Leda” i został jej jedynym Bogiem. Przy swej masie i sile, była niewiarygodnie łagodna, pozwalała dzieciom na pieszczoty, a gdy uważała, że wystarczy karesów – odchodziła. Nikomu nigdy nie wyrządziła najmniejszej krzywdy.

To nie wzbudzało zdziwienia, ponieważ w domu Pana Juliana było dużo zwierząt i wszystkie żyły w zgodzie ze sobą i ludźmi. Dla nich Pan Julian był najważniejszy, szanowały go i kochały, chociaż był wymagający i surowy, ale niezmiernie dobrotliwy i wyrozumiały.

Leda szybko zaadoptowała się w naszym środowisku, wydawała się leniwa, godzinami odpoczywała na kanapie w pokoju stołowym, ale był to czas rekonwalescencji. Gdy zupełnie odzyskała siły, towarzyszyła Panu Julianowi wszędzie, kąpała się w jeziorze, w morzu, które wydawało się, że było jej kiedyś znane. Zawsze wiedziała, gdzie przebywa jej Pan, bez najmniejszego trudu odnajdywała Go. Nikt nie próbował stawać na jej drodze, wchodziła do restauracji, czy kawiarni, napierała siłą swoich mięśni na portiera i wchodziła, gdy znalazła pana Juliana, kładła się u jego stóp. Nie zwracała uwagi na nikogo, nikt też dla niej nie istniał, poza jedną osobą – jej Bogiem.

Domownicy zaakceptowali obecność dużego psa, który z początku wzbudzał w nich lęk, ale z czasem pokochali Ledę, za jej oddanie i łagodność.

Minęło wiele miesięcy w bezpieczeństwie i szczęśliwości. Wydawało się, że nikt nie może zmącić spokoju w domu pana Juliana, a życie będzie toczyło się dalej swoim torem.

Niestety, nastąpiło szereg tragicznych wydarzeń, które zmieniły diametralnie życie domowników, ludzi i zwierząt. Leda nie potrafiła już odnaleźć swego Pana, nie wiedziała gdzie on się znajduje, ale instynktownie czuła, że stało się coś bardzo złego.

W tym czasie została matką, nie chciała jeść, nie miała pokarmu, nie miała czym nakarmić szczeniąt, obojętny był los jej potomstwa. Nie chciała żyć.

W krótkim czasie straciła siły. Ten sam lekarz weterynarii wydał diagnozę: pies umiera z tęsknoty, nie ma dla niej, ani dla jej szczeniąt żadnego ratunku.

Ostatnim wysiłkiem doczołgała się do pokoju swojego Pana, wydała cichy skowyt i serce jej przestało bić. „Ostateczność” upomniała się nie tylko o zwierzę, ale też o jej Boga.

Anna Nowotna-Laskus

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *