Dziennik podróży
Kalina Nowacka z Torunia
Wyjazd do Norwegii zaproponowała składająca mi wizytę kuzynka Marzena ze Stanów. Kiedy pada pytanie: pojedziesz?, zawsze i każdemu odpowiadam: tak! Rozpoczęłyśmy przygotowania: zakup map, przewodników, kompletowanie ekwipunku, wreszcie zakup biletów lotniczych. Nasz cel podróży to przede wszystkim przyroda i fiordy zachodniej Norwegii. Wyleciałyśmy z Gdańska późnym wieczorem do Bergen. Na lotnisku w Bergen wylądowałyśmy około 21.30. Kuzynka odebrała z wypożyczalni samochód – srebrne Suzuki z automatyczną skrzynią biegów. Ja w tym czasie zajmowałam się bagażami. Noclegi miałyśmy zarezerwowane na campingu w Nesttun/Midtun.
Dzień pierwszy – 30 czerwca 2010 roku
Śniadanie, pakowanie rzeczy na ewentualny późny powrót, a nawet nocleg „gdzieś tam”, wyjazd w kierunku Voss. Marzena jest kierowcą (ma za sobą wiele takich wyjazdów w Stanach), ja przyjmuję na siebie rolę kronikarza i kucharza.
Droga niezwykle kręta i górzysta. Jedziemy, przestrzegając lokalnych przepisów ruchu drogowego. Pierwszy odcinek drogi do Voss to niesamowicie piękne widoki gór, fiordów, zieleni i różnej wielkości wodospadów. Zatrzymujemy się kilka razy, by zrobić zdjęcia. Drogę urozmaicają krótsze i dłuższe tunele. Do Voss dojeżdżamy około 15.00. Wysiadamy i ruszamy na zwiedzanie miasta. Nasze zainteresowanie wzbudza kościół zbudowany z kamienia. Podobno pierwszy stojący na tym miejscu był budowlą drewnianą, a ten kamienny powstał w XIII wieku. Zaświadcza o tym list gratulacyjny od króla Magnusa Prawodawcy z 1271 r. W czasie II wojny światowej kościół ocalał, choć całe miasto legło w gruzach. Idziemy pod wyciąg narciarski. Rezygnujemy z kolejki linowej – choć kusi. Nasycone widokiem miasta i okolic ruszamy w drogę powrotną, ale inną trasą. Gdy już zostało tylko 60 km, wpadamy na pomysł, żeby liczyć tunele. Jest ich mnóstwo. Na odcinku 60 km naliczyłyśmy 19, o różnej długości: od 30 do 2,8 km. Do miejsca zakwaterowania przyjechałyśmy około 19.00. Rozpakowanie, kolacja i planowanie trasy na następny dzień.
Dzień drugi /trzeci – ½ lipca 2010
Pobudka o godz. 4.30, wyjazd w kierunku północnym – Ǻlesund. Po drodze mijamy miasteczka o nazwach: Knarvik, Matre, Ytre Oppedal i tu przeprawiamy się promem przez Sognefjorden do Lavik. Sognefjorden to najdłuższy fiord Norwegii, rozciąga się na długości 204 km, a głębokość sięga 1308 m. Jedziemy przez Góry Skandynawskie, które mają niesamowity urok. Najpierw chcemy dotrzeć do najsłynniejszego norweskiego fiordu Geirangerfjorden. Po drodze kolejna przeprawa promowa. Dalsza eskapada to dojazd do Grov. Decydujemy się jechać drogą prowadzącą przez wysokie partie gór, a korzystać z niej można tylko od maja do października. Jest to wąska, szrutowa, ciągnąca się przez 28 km wyboista droga. Nosi też nazwę Narodowego Szlaku Turystycznego, wiedzie przez lądolód, sieć oczek wodnych, małych i większych wodospadów. Tuż przy drodze leży śnieg. Wychodzimy z samochodu, by deptać go i cieszyć się jak dzieci jego chłodem. Dostrzegamy wyciągi narciarskie. Zaskoczeniem jest widok narciarzy zjeżdżających z gór w środku lata. Zatrzymujemy się i robimy sobie z nimi zdjęcia. My w bluzkach, oni w kombinezonach narciarskich. W końcu docieramy do Geirangerfjorden. Idziemy na taras widokowy, by podziwiać ten fiord wcinający się w wysokie, skaliste ściany gór. Pływają po nim pełnomorskie statki pasażerskie. Fiord został odkryty w XIX w. a pierwsze rejsy po nim odbyły się już w 1869 r. Natomiast w 2005 r. został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Norwegia to kraj z niezwykle dużą liczbą fiordów i wodospadów. Oba te cuda przyrody dodają uroku ich górom. Jest piękna pogoda, słońce grzeje mocno, w dole widzimy ogromny statek z turystami, a przy nas na tarasie stoją Japończycy, Polacy i inne nacje. Ruszamy w dalszą drogę. W miasteczku Sytle wjeżdżamy na drogę nr 63 noszącą nazwę Złota Droga. Droga niezwykle malownicza, dwa jej odcinki mają nazwy: Drabina Trolli i Droga Orłów. Jest godzina 21.40 słońce świeci prosto w oczy. W Ǻlesund jesteśmy o dziesiątej wieczorem. Parkujemy naprzeciwko portu jachtowego i ruszamy w miasto. Zabudowa miasta jest w stylu secesyjnym. Każdy budynek przykuwa naszą uwagę. Co prawda, jest zbyt późno, by zwiedzać zabytki, cieszymy jednak oko pięknem uliczek, które wznoszą się i opadają w dół. W porcie stoi ogromny statek, mający kilkanaście pięter, o nazwie Aurora. Dokładnie o 23.42 robimy zdjęcia …zachodu słońca! Ruszamy w drogę powrotną – stan licznika 670 km. W miejscowości Sølevåg przedostajemy się na drugą stronę fiordu Hjorundfjorden. Jest północ, a tak widno, jak w dzień, jesteśmy tym urzeczone – białe noce. Do bazy w Midtun docieramy rano następnego dnia, po prawie 28 godzinach podróży. Krótka toaleta, śniadanie i spać!!!
Dzień czwarty – 3 lipca 2010
Po wczorajszym wysiłku pozwalamy sobie na odpoczynek i śpimy do 9.00. Śniadanie i ruszamy do Bergen. Portowa Starówka Bryggen wpisana jest na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego UNESCO. Bryggen to zabytkowa dzielnica Bergen, rozciągająca się wzdłuż północnej części zatoki Vågen. Idąc główną, spacerową ulicą tej dzielnicy, podziwiamy wspaniały gotycki kościół. Wstępujemy na targ rybny przy nabrzeżu Torget. Można tu kupić kanapki z mięsem renifera oraz najrozmaitsze ryby i owoce morza. Wąskie uliczki wyłożone są drewnem. Od hanzeatyckich kupców, którzy tu przybywali głównie z Niemiec, dzielnica zyskała nazwę – Niemieckie Nabrzeże. Dochodzimy do naziemnej kolejki linowej. Decydujemy się skorzystać, by ze wzgórza Floyen (320 m n.p.m.) podziwiać wspaniałą panoramę miasta i okolic. Robimy zdjęcia i tu przygoda: ja wysilam się mówić po angielsku, by stojąca przy mnie kobieta zrobiła mi zdjęcie, i słyszę, że ona zwraca się do swojej koleżanki po polsku. Wybuchamy obie śmiechem. Jest późne popołudnie, decydujemy się na powrót do Midtun. Późny obiad i plany na jutro – może Stavanger?
Dzień piąty – 4 lipca 2010
A jednak Stavanger. Pobudka o 4.00, wyjazd z kampingu 4.30, by zdążyć na prom o 5.30 Ledwie zdążyłyśmy ujechać kilka kilometrów, gdy zatrzymuje nas kolejka samochodów. Okazuje się, że korek powstał z powodu wypadku. W tej sytuacji nie zdążymy na prom. Co robić? Marzena podchodzi więc do policjanta i mówi piękną angielszczyzną: „ A ja specjalnie przyjechałam z Ameryki, by zobaczyć Stavanger i muszę zdążyć na prom o 5.30 w Halhejm”. Poskutkowało! Policjant daje pozwolenie i ruszamy – jako jedyne – z peletonu oczekujących samochodów. Odpływamy zgodnie z planem, przeprawiając się przez Bjornafjorden. Przed nami 114 km do kolejnego promu i najdłuższy – jak do tej pory – tunel 7860 m, robi wrażenie! Jesteśmy w Mortavika, to już blisko, tylko 33 km do Stavanger. To czwarte co do wielkości miasto w Norwegii. Centrum obsługi wydobycia ropy naftowej i gazu ziemnego. Stąd turyści mogą dojechać do słynnego Lysefiordu i półki skalnej Preikestolen.
Najpierw zwiedzamy starą część miasta, brukowane uliczki wiodące w górę i w dół, bielące się drewniane domy, o tej porze roku pięknie ukwiecone. Następnie średniowieczną katedrę, której architekci pochodzili prawdopodobnie z Anglii, dlatego zbudowana jest w stylu anglo-normandzki. A jej wnętrze wykonane jest w stylu gotyckim. Po zwiedzeniu starego Stavanger przeprawiamy się przez fiord i docieramy do Tau, a stamtąd do Preikestolen. Chcemy wejść na półkę skalną nad Lysefiordem. Pniemy się po kamieniach w górę, serce bije w tempie szalonym. Dochodzimy do pierwszego tarasu widokowego, podziwiamy krajobraz, odpoczywamy i dajemy za wygraną. Ruszamy w drogę powrotną, która okazuje się o wiele trudniejsza. Umęczone wsiadamy do samochodu i ruszamy. Na kampingu jesteśmy o 21.00. Jak na dziś mamy dość!
Dzień szósty – 5 lipca 2010
Nasz cel to miejscowość Flåm. O godz. 9.00 ruszamy w drogę. Jadąc między górami, podziwiamy rwące rzeki oraz tu i ówdzie spływające z wysokich zboczy gór wodospady. Cały czas pada. Zastanawiamy się, jaka będzie pogoda we Flåm, ponieważ chciałyśmy podziwiać widoki z kolejki, którą miejscowe przewodniki polecają jako atrakcję turystyczną. Marzeniem mojej kuzynki od lat było dojechać do Flåm, wsiąść do kolejki Flåmsbana i przebyć nią trasę 20 km. Wreszcie docieramy do Flåm. Szybko zabieramy aparaty, kamerę, kupujemy bilety i zadowolone, trochę zdyszane wsiadamy do kolejki. Kolejka Flåm to chyba największe dokonanie norweskich inżynierów. Bezpieczeństwo zapewnia pięć niezależnych od siebie systemów. Prace przy budowie trwały 20 lat. Trasa kolejki wiedzie od Flåm do Myrdal, które leży 866 m n.p.m. Podziwiamy piękne widoki liczne wodospady spadające kaskadami, a wśród nich największy Rjoandefossen, rwące potoki, ośnieżone górskie szczyty, a także pojedyncze domostwa. W dolinie widać małą osadę i śliczny, mały kościółek. Słowem, przyroda w całej krasie. Kończy się wspaniała podróż i teraz możemy pochodzić po miejscowości Flåm, która znajduje się na końcu Auslandfjorden, jednego z najbardziej malowniczych fiordów Norwegii. Następnie wsiadamy do samochodu i ruszamy w kierunku Auslandu, skąd prowadzi najdłuższy, liczący 24,5 km tunel ułatwiający połączenie Oslo z Bergen. Nie decydujemy się jechać tym tunelem – wracamy. Po drodze ciekawość naszą wzbudzają domy z dachami porośniętymi trawami. Nie są to opuszczone domostwa, lecz zadbane, ładnie pomalowane domy. Wreszcie docieramy do naszej bazy w Midtun późnym wieczorem.
Dzień siódmy – 6 lipca 2010
Leje! Dopiero o 10.30 ruszamy w trasę. Planujemy zobaczyć Hardangerfjorden. Nadal jest pochmurno, odbiera nam to nadzieję na oglądanie pięknych widoków. Od Nordheimusend widać już fiord. Mijając Kvamskogen widzimy znów wiele domków z dachami pokrytymi trawą, a nawet rosną na nich kwiaty – dziwi nas to po raz kolejny. Napotkana po drodze Norweżka, zapytana przez Marzenę, dlaczego na dachach rośnie trawa, odpowiada lakonicznie: bo tak jest ładniej. A my byłyśmy przekonane, że ma to może związek z jakąś tradycją lub czemuś służy. Dojeżdżamy do miasteczka Ǿystese. Miasteczko prześlicznie położone: z jednej strony góry, z drugiej fiord, a na nim jakby pływały wysepki porośnięte piękną zielenią. Z kolei Granvin urzeka kolorytem. Domy są bordowe, pomarańczowe, białe, co w połączeniu z zielenią tworzy bajkowy plener. Fiord o nazwie Hardangerfjorden jest bardzo duży i urokliwy. Jadąc, podziwiamy go z różnych wysokości. Woda niesamowicie szmaragdowa, a miejscami turkusowa. Późnym wieczorem wracamy do swojego „gniazdka”.
Dzień ósmy – 7 lipca 2010
Tego dnia obudziłyśmy się dopiero po 9.00. Dziś jadłyśmy na śniadanie norweską zupkę – polskie nam się skończyły. Zbliża się 13.00 ruszamy w drogę, by dotrzeć na wąski cypelek, do miejscowości Hellesøy. Podziwiamy dzisiaj fiord Hjeltefjorden. W miejscach o łagodniejszych zboczach pojawiają się porciki jachtowe, a na wzgórzach przepiękne dacze z malutkimi ogródkami. Zbliżamy się do Toftoj. Na zboczach skał śliczne białe, pomarańczowe, granatowe i bordowe domy, a w dole znów mały porcik. Ten piękny widok tworzą domy wrośnięte w skały – nie mogę wyjść z podziwu. Mamy jeszcze 3 km do Hellesøj. W tym miejscu widzę po raz pierwszy kościółek zbudowany w innym stylu niż dotychczas – ostry dach i obok dzwonnica tak ostra jak strzała. Dojeżdżamy na sam cypelek, robimy zdjęcia i wracamy. Zatrzymujemy się przy kościółku, robimy zdjęcia, spotkani tam Czesi robią to samo. Do naszego „gniazdka” dojeżdżamy na 18.40 – to wyjątkowo szybko jak na nas.
Dzień dziewiąty /ostatni/ – 8 lipca 2010
Pobudka o siódmej, pakowanie bagaży i śniadanie (jajecznica). Kolejny raz ruszamy w nieznane. Mamy jeszcze dużo czasu do odlotu, który planowany jest na 22.15. Jedziemy zatem najpierw wzdłuż Fanafjorden. Podróżujemy wśród wysokich gór, ze skał wyrastają drzewa – przewaga iglastych. Na fiordzie liczne wysepki skalne, do jednej przycumowany jest jacht. Robimy przystanek na zakręcie (są takie miejsca, gdzie można zjechać) i co widzimy? Całą polanę poziomek. Nacieszywszy po raz ostatni wzrok pięknymi widokami, kierujemy się w stronę lotniska Flesland. Wreszcie wsiadamy do samolotu. Szczęśliwie lądujemy w Gdańsku, gdzie czekają na nas Iza i Barnaba. Jedziemy do nich do Gdyni. Przygoda z Norwegią skończona. Jestem zachwycona tym krajem i jego cudami natury.
Dodaj komentarz