W jednym z poprzednich numerów Biuletynu Związku Rodu Żółtowskich przeczytałam z zainteresowaniem wypowiedź pana Stefana Ż. na temat ogólnie mówiąc, historii rodu oraz tytułów, które przysługiwały różnym jego członkom. Ponieważ z wieloma tezami, tam zamieszczonymi nie mogę się zgodzić, pozwalam sobie wyrazić swój pogląd na ten temat.
W Polsce przedrozbiorowej ustawowo nie było tytułów honorowych takich jak: hrabia, baron, czy książę. Używane tytuły książęce albo wzięły się od ruskich kniaziów akceptowanych przez Unię Lubelską, albo były nadane przez cesarstwa obce i w drodze wyjątku akceptowane przez sejm. W okresie rozbiorowym tytuły hrabiowskie zaczęli nadawać Polakom władcy Austrii i Prus, celem skaptowania sobie szlachty, lub po prostu za pieniądze. To ostatnie dotyczyło zwłaszcza zaboru austriackiego. Szlachta używała wielu tytułów, ale były to tytuły związane z piastowanym urzędem lub funkcją np. podkomorzy sochaczewski, wojewoda ruski. W naszej rodzinie był miecznik wschowski i nie był to tytuł wysoki.
Z tytułem hrabiowskim w mojej gałęzi Żółtowskich sprawa miała się tak:
W roku 1840, gdy rząd pruski starał się pozyskać przychylność Polaków, przy wstąpieniu na tron króla Fryderyka IV, który miał tendencje liberalne – Jan Nepomucen Żółtowski, założyciel linii, ojciec Franciszka – dostał dziedziczny tytuł hrabiowski (datowany Królewiec 10 IX 1840) z prawem pierworództwa z prawego, szlacheckiego małżeństwa, przywiązany do dóbr rycerskich Jarogniewice.
Jan Żółtowski z Czacza we wspomnieniach tak pisze na ten temat:
Dwukrotnie w ciągu stulecia rząd robił starania, by naszą rodzinę do siebie zbliżyć. W roku 1840, gdy Fryderyk Wilhelm IV wstąpił na tron z tendencjami liberalnymi, posypał się na Polaków deszcz odznaczeń. Nasz pradziad Jan Nepomucen dostał dziedziczny tytuł hrabiowski, Marceli z Czacza (jego syn) został mianowany szambelanem. Na tym skończyła się ta sielanka. Różnice pojęć dążeń i tradycji były zbyt głębokie, by mogło nastąpić zbliżenie.
Drugą próbę zrobiono w czasie tzw. ery Capriviego, w latach 1890-1892. Wówczas Teodor z Nekli został szambelanem. Marceli z Czacza dostał order Korony drugiej klasy.
I ta próba została bez jutra i miała epilog zupełnie nieprzewidziany. Gdy w roku 1909 cesarz Wilhelm miał przyjechać do Poznania, niemal nazajutrz po uchwaleniu wniosku rządowego o wywłaszczeniu Polaków z ich ziemi, grupa polskich posłów do sejmu prowincjonalnego uchwaliła powstrzymać się od wszelkiego udziału w uroczystościach z tym przyjazdem związanych.
Wkrótce po tym Teodor Żółtowski, który był naówczas wicemarszałkiem sejmu prowincjonalnego otrzymał od mistrza ceremonii oficjalne zapytanie, jak godzi zajęte stanowisko z obowiązkami wynikającymi z urzędu szambelańskiego. Odpowiedź była taką, jaka tylko być mogła, to jest, że stanowisko raz zajęte uniemożliwia mu jakiekolwiek od niego odchylenia.
Na skutek tego Teodor został pozbawiony szarży dworskiej i zażądano od niego zwrotu insygniów. Nie potrzeba dodawać, że stanowisko jego spotkało się w całym społeczeństwie polskim – nie tylko naszej dzielnicy – z jak najżywszym uznaniem, i że na chwilę stał się on jedną z popularniejszych osobistości w Polsce. Po tej dygresji dotyczącej przyjmowania tytułów z rąk pruskich wracamy do Jana Nepomucena i jego syna Franciszka. W formule nadania tytułu było słowo „primogen”, które oznaczało, że tytuł może nosić tylko najstarszy syn Jana Nepomucena lub jego najstarszy potomek, właściciel majątku Jarogniewice. Franciszek, jako czwarty syn tego tytułu nie miał. Zwyczajowo jednak zmarła żona Franciszka w nekrologu tytułowana jest hrabiną Żółtowską. Natomiast stryj Ludwik w historii rodziny pisze: Franciszek za swe zasługi poniesione w czasie kulturkampfu dla Kościoła zaszczycony został dziedzicznym tytułem primogen Hrabia Rzymski (Rzym 1877), a za fundowanie bursy przy Instytucie Polskim w Colegium św. Stanisława w Rzymie, komandorią orderu papieskiego św. Grzegorza.
Tak więc od roku 1877 Franciszek był już „legalnym” hrabią i to nie z nadania pruskiego, tylko papieskiego, a po nim tytuł ten odziedziczył najstarszy jego syn Stanisław, dziedzic Niechanowa. Jego brat, Marceli a mój dziadek tego tytułu już nie miał. Natomiast w roku 1901 otrzymał papieski tytuł primogen Hrabia Rzymski, o który wystarali mu się bracia bonifratrzy, którym Marceli fundował klasztor i szpital w swoich dobrach w Marysinie. Po Marcelim tytuł hrabiego mógł używać jego najstarszy syn Andrzej, a już jego pięciu młodszych braci nie. Na co dzień jednak tytułowano wszystkich członków tej rodziny „panie hrabio” i nawet ojciec mój żartował, że był hrabią „z woli ludu”, bo tak go kelnerzy z restauracji w poznańskim hotelu tytułowali.
Jak z powyższych uwag wynika w XIX wieku, na terenach dawnej Polski, hrabią zostawało się w drodze indywidualnego przywileju, a nie z powodu przynależności do pewnej warstwy społecznej, co jak rozumiem było tezą artykułu pana Stefana.
Dodaj komentarz