Kategoria: Aktualności

  • Kujawsko-pomorskie. Miejsca, które cieszą zmysły i duszę

    Moja historia związana z województwem kujawsko-pomorskim sięga roku 1976. Oczekiwaliśmy na mieszkanie na Rubinkowie, jednak los rzucił nas do innego regionu Polski.
    A potem….potem zmarł Mąż. Zostałam na wiele lat w Elblągu.
    Marzeniem moim jednak był Toruń. W 2000 r. moje marzenie spełniło się i zamieszkałam w Toruniu z moim obecnym Mężem Jerzym. Każdy wolny dzień spędzaliśmy na poznawaniu zabytków i innych ciekawych nieznanych nam miejsc. Chętnie korzystałam z uzdrowisk położonych na terenie naszego województwa. Pamiętam, kiedy w 2011 r. zimą byliśmy z Mężem w sanatorium „Przy Tężni” w Inowrocławiu. Pokoik był na drugim piętrze z widokiem na górkę, skąd dzieci zjeżdżały na sankach. Patrząc przez okno, przypomniały mi się młode lata i poszłam tam. Poprosiłam nieznajomą dziewczynkę, by mi dała zjechać na jej sankach – dziewczynka nieco zdziwiona pozwoliła. Miałam wtedy – ho, ho – lat. Zjechałam, by jednak nie blokować zjazdu, poszłam do pokoju, wzięłam karton i gazetę, wróciłam na górkę i zjeżdżałam właśnie na tych „papierowych sankach”. Cóż to były za zjazdy! Tak, jak w dzieciństwie, gdy nie było w domu sanek. Jerzy miał ubaw i potem wszystkim opowiadał jak to jego żona na gazecie zjeżdżała z górki na sankach. Kiedy tylko jesteśmy w Inowrocławiu, to znajomych zapraszamy na kawę do kawiarni sanatorium „Przy Tężni”, przechodzimy koło tej górki, każdemu opowiadamy o moim dziwacznym wyczynie sportowym. To jest jedno z wielu miłych i niezapomnianych moich wspomnień.
    Jak już wspomniałam, dużo czasu poświęcamy na zwiedzanie zabytków naszego województwa. Szczególną uwagę przywiązuję do takiego spędzania czasu, gdy przyjeżdżają do mnie wnuki. Program jest ustalony przed ich przyjazdem. Był rok 2003, przyjechali dwaj wnukowie z Gdańska. Robimy wycieczkę do Kruszwicy na Mysią Wieżę. Chłopcy mieli 11 i 10 lat. Zaparkowaliśmy samochód blisko wieży i wchodzimy na szczyt. Jeremi i Barnaba ruszyli ostro po schodach, a ja bałam się, że jak wyjdą na zewnątrz, mogą się wychylać i to dopiero mogłaby być „przygoda”!. Jako babcia „leciwa”, udałam, że nie mam siły iść. Wrócili, jeden wziął mnie za rękę, a drugi popychał z tyłu. I co? Podstęp udał się. Miałam ich przy sobie. Wycieczka niezwykle udana, niezapomniana dla nich, ale i dla mnie, gdyż jeszcze doszedł rejs po Gople, który pamiętają do dziś.
    Powtórzyliśmy ten wyjazd w 2013 r. z kolejnym wnukiem, bratem Jeremiego i Barnaby. Tytus miał 9 latek, jak tylko wysiadł z samochodu, spojrzał w górę i pyta: „Babciu, czy to nie Mysia Wieża, gdzie Popiela myszy zjadły”. Byłam zaskoczona jego wiedzą.


    Zauroczyły mnie pałace i zamki znajdujące się w okolicach. Kiedy gościmy u nas rodzinę czy znajomych, jedziemy tradycyjnie do Ciechocinka i Inowrocławia. Wybieramy jakiś pałac lub zamek do zwiedzania.
    W ubiegłym roku przyjechał do nas wnuk – student i pojechaliśmy do Radzynia Chełmińskiego zwiedzić zamek krzyżacki, gdzie między innymi były kręcone 2 odcinki filmu „Pan Samochodzik i Templariusze”. Nie tylko na wnuku, ale i na mnie zrobiły wrażenie zachowane do dziś znaki Templariuszy.
    Ten zamek to prawdziwa perła naszego województwa – choć ruiny.


    Potem było zwiedzanie zamku w Golubiu Dobrzyniu.
    Do perełek naszego województwa zaliczyłabym klasycystyczny pałac w Lubostroniu, w którym byliśmy kilka lat temu.
    Podziwialiśmy także pałac w Ostromecku. Różnorodność stylów pałaców w kujawsko-pomorskim jest ogromna. Lubię styl barokowy z elementami saskiego rokoko. Pewnie dlatego pałac wywarł na mnie szczególnie miłe wrażenie. Na uwagę zasługuje również Kolekcja Zabytkowych Fortepianów.
    Następne miejsce, to Jabłonowo Pomorskie. Zamek zbudowany w stylu neogotyku angielskiego. Ku naszemu zaskoczeniu pięknie utrzymany zamek i ogród. Oprócz informacji o historii budowy i właścicieli pałacu, dowiedzieliśmy się, że mieszkają tu siostry pasterki, a w kaplicy pochowana jest założycielka zgromadzenia matka Maria Karłowska.
    Pewnego dnia czytając „Nowości” dowiedziałam się, że za Gniewkowem został oddany w maju 2018 r. pałac w Wierzbiczanach. „No to co, jedziemy zobaczyć kolejną perełkę naszego województwa?”, powiedziałam do Męża. I pojechaliśmy.


    Pałac jest piękny, z ogromnym parkiem, zbudowany w stylu neorenesansowym. Zrobił na nas fantastyczne wrażenie, jest przytulny. Wewnątrz czuliśmy się jakby nas witali przyjaciele w swojej posiadłości. Ciepły lipcowy dzień sprzyjał spacerowi po parku, a w restauracji pałacowej zamówiliśmy pyszne jedzenie.
    Myślę, że w tym roku odbędziemy kolejne podróże, które dostarczą nam wielu wrażeń, a na następne lata niezapomniane wspomnienia. Wszak podróże z przygodami i zwiedzaniem to moja pasja od młodości.

    21.09.2018r

    KALINA z TORUNIA


    P.S. To moje opowiadanie zostało wyróżnione i znalazłam się wśród ośmiu osób, które otrzymały od Marszałka Województwa Piotra Całbeckiego vouchery na trzydniowy pobyt w Sanatorium ” Dom Zdrojowy” w Ciechocinku.
    Oczywiście już tam byłam razem z Jurkiem.

  • Przypomnienie o Zjeździe

    Uprzejmie przypominam, że tegoroczny Zjazd naszego Związku odbędzie się w terminie od 19 do 23 czerwca w Wiktorowie koło Żnina.
    Ostatecznym terminem wpłat zaliczek za pobyt był 31 stycznia br.

    Osoby, które nie uiściły wpłat w obowiązującym czasie, mogą pytać o ewentualne wolne miejsca pod numerami: 695943763 oraz (52) 3153929.
    Szczegółowe informacje dotyczące Zjazdu znajdują się w ostatnim kwartalniku Nr 89.

    Zapraszam i do zobaczenia, Bożena

  • Od Czarnej Dolnej do Wiktorowa, czyli informacje o XXVIII Zjeździe Rodu Żółtowskich

    Od Czarnej Dolnej do Wiktorowa, czyli informacje o XXVIII Zjeździe Rodu Żółtowskich


    Moi Drodzy. Pamiętamy serdeczne zaproszenie od Wiesława z Chicago do jego włości w Bieszczadach, które padło w trakcie bankietu na ostatnim Zjeździe w Podlesicach. Dobrym obyczajem stało się wizytowanie ośrodków, które mają nas gościć. Korzystając z urlopu zwiedzaliśmy wraz z Mirellą tzw „ścianę wschodnią” i postanowiliśmy zajrzeć do Czarnej Dolnej, do „Wincentówki”, znanej nam już  z pobytu przed 3. laty. Pięknie położone gospodarstwo agroturystyczne, gdzie na poczesnym miejscu znajduje się profesjonalnie przygotowane drzewo genealogiczne Wiesława, już wcześniej urzekło nas swoją urodą. Pokoje o wysokim standardzie, liczne trofea myśliwskie z różnych kontynentów, świetnie wyposażona kuchnia i przede wszystkim przemiła siostra bliźniaczka Wiesława, Basia, zarządzająca tym kompleksem złożonym z dwu budynków mieszkalnych, stajni, pomieszczeń gospodarczych, otaczających łąk i rybnego stawu. Naliczyliśmy około 40 miejsc noclegowych, jednak większość w pokojach rodzinnych. Zarząd po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw (kraniec Polski) doszedł do wniosku, że nie całkiem odpowiada to oczekiwaniom członków Związku i z żalem zmuszony był zrezygnować z zaproszenia. Osobiście polecałbym to miejsce osobom chcącym odpocząć od cywilizacyjnego zgiełku w jednym z najdzikszych zakątków naszego kraju u stóp Otrytu.

    Padła propozycja aby spróbować znaleźć jakiś ośrodek nad morzem lecz te, do których zwróciła się Agnieszka, nie miały jeszcze cennika na przyszły rok a my nie mogliśmy czekać. Wróciła propozycja z ubiegłego roku przedstawiona przez Ośrodek Wypoczynkowy „Wiktorowo” koło Żnina i nawiązaliśmy z nim kontakt, a następnie wraz z małżonką udaliśmy się  by go obejrzeć i omówić szczegóły. Ujęło nas jego piękne położenie wśród lasów nad jeziorem oraz profesjonalizm i elastyczność osób zarządzających. Niektóre pomieszczenia wymagają co prawda odświeżenia ale ma to mieć miejsce w najbliższym czasie. Kompleks składa się z części administracyjno-konferencyjno-gastronomicznej oraz 3. budynków hotelowych posiadających pokoje 2, 3-4 oraz 3-5 osobowe i 3 apartamentów.  Większe pokoje posiadają łóżka parterowe i piętrowe, ale ze spania na „górnym pokładzie” nie będziemy korzystać. Pewnym minusem jest fakt organizacji wesela w dniu

    21. 06. 2019, lecz obsługa twierdzi, że nie będzie to  problem. Poczyniono następujące ustalenia:

    Zjazd odbywać się będzie od 19. 06 do 23. 06. 2019 – w dniu przyjazdu kolacja do godz. 22.00

    Mamy do dyspozycji 4 pokoje 2 osobowe do wykorzystania przez pojedyncze osoby w cenie 70 zł za dobę, 6 pokoi 2-osobowych w cenie 100 zł za dobę dla 2 osób, 6 pokoi większych do wykorzystania przez 2 osoby pokoje (3-4 osobowe) również w cenie 100 zł/dobę, pozostałe pokoje 3-4osobowe to pokoje rodzinne w cenie 150 zł/dobę, niezależnie od ilości osób z nich korzystających, pokoje 5 osobowe przy pełnym ich wykorzystaniu 170 zł/dobę. Ceny posiłków: śniadanie 20zł, obiad 27 zł, kolacja 20 zł.

    Bankiet lub kolacja grillowa 75-120 zł w zależności od wyboru menu. Dzieci do lat trzech przebywają bezpłatnie, od 4 do 10 lat płacą połowę ceny za wyżywienie. Posiłki będziemy spożywać w sali kominkowej, która mieści się na parterze z wyjątkiem 21 06 (wesele) – nasza kolacja będzie pod namiotem i śniadanie w dniu 22 06. Możemy zamówić DJ w cenie ok 800 zł (opcja), wypożyczenie sprzętu nagłaśniającego (dużej mocy) 350 zł (opcja). Korzystanie z parkingu, tenisa stołowego i bilarda nieodpłatnie.  Ustalono, że zaliczki należy wpłacać do 31 stycznia 2019 r w wysokości 200 zł osoba dorosła, 100 zł dziecko, możliwość wycofania rezerwacji i odzyskania zaliczki do 10 marca, aktualizacja danych (data przyjazdu i wyjazdu, posiłki) do 15 kwietnia. Pozostałą kwotę regulujemy w dniu przyjazdu gotówką bądź przelewem-możliwość skorzystania z miejscowego komputera. Na połowy ryb w jeziorze zezwolenie można uzyskać w Gospodarstwie Łowieckim w Łysininie.

    Z Ośrodkiem”Wiktorowo” kontaktujemy się indywidualnie i składamy zamówienie określając czas pobytu i ilość osób oraz preferencje co do pokoi. W odpowiedzi otrzymamy numer naszego zamówienia i numer konta, na które należy dokonać przedpłaty.

    Dane kontaktowe:

    Ośrodek „Wiktorowo” Wiktorowo 22 poczta Gąsawa

    wiktorowo@wiktorowo.com

    tel.(52)3153929,(52)3153930

    tel.kom.695943763

    Serdecznie zachęcam do przyjazdu. Prezes Mariusz

  • Zapiski z rejsu dookoła świata

    Zapiski z rejsu dookoła świata

     

    część II-Europa

    Po niecałej dobie zacumowaliśmy do nabrzeża w Rotterdamie. Miałem kilka godzin wolnego czasu i rower wypożyczony od kapitana więc jak przystało na Holandię, tym środkiem lokomocji w towarzystwie ochmistrza udałem się na krótkie zwiedzanie. Przejeżdżając przez Maas Tunel, którędy wiodła droga z portu do miasta, ze zdziwieniem usłyszałem  śpiew słowików. Oczywiście był on nagrany i płynął z głośników. W mieście nieco się pogubiliśmy i zapytaliśmy o drogę starszą panią poruszającą się tak jak my rowerem. Kazała nam jechać za sobą ale ledwo mogliśmy nadążyć. Po powrocie na statek zaczęły się przygotowania do zabawy sylwestrowej. Wraz z dziennikarzem I Programu Polskiego Radia, Marianem, uczestniczącym w rejsie w charakterze pasażera, wzięliśmy na siebie rolę wodzirejów. Były tańce, scenki rodzajowe z udziałem przebierańców, quizy i konkursy zręcznościowe. Znakomity kucharz okrętowy, Andrzej, zadbał o nasze żołądki a kapitan o szampana. Przed północą wysłuchaliśmy orędzia noworocznego i odebraliśmy życzenia od przewodniczącego „Solidarności” PLO. Nikt z marynarzy nie zszedł na ląd, by tam świętować Nowy Rok, co podobno było wydarzeniem bez precedensu.

    Rotterdam po nocy sylwestrowej przypominał „krajobraz po bitwie”, lecz służby miejskie uporały się z bałaganem w ciągu kilku godzin. Zostałem wezwany celem udzielenia pomocy medycznej na innym polskim statku MS „Smolny”, cumującym nieopodal, a pierwszym moim pacjentem w tym rejsie był…lekarz okrętowy. Wieczorem, w małej sali gimnastycznej, testowaliśmy stół do tenisa stołowego. Ponieważ załadunek trwał kilka dni, korzystałem z roweru i zwiedzałem miasto. Tu należy się pewne wyjaśnienie. Kapitan już na początku dał mi „wolne” w portach, gdyż pod ręką były służby medyczne, które w razie nagłego zdarzenia mógł wezwać na pomoc, a zakres ich możliwości był znacznie większy od mojego.

    4 stycznia o godz. 5.00 opuściliśmy Rotterdam, a już w godzinach popołudniowych zapachem siarkowodoru powitała nas Dunkierka. Wieczorem udaliśmy się do Domu Marynarza prowadzonego przez pastora. Po chwili do naszego stolika przysiadł się pan Piotr, Polak od wielu lat zamieszkały za granicą i trudniący się handlem używanymi samochodami. Rozmowy przy francuskim winie trwały do późna. Rodak zaproponował nam wycieczkę do Paryża, z której niestety nie mogliśmy skorzystać z uwagi na brak czasu a poza tym książeczki marynarskie to nie paszporty i pozwalały nam  poruszać się jedynie na obszarze portu i najbliższej okolicy.

    Następnego dnia zwiedzamy historyczne miasto pamiętne z ewakuacji wojsk francuskich i angielskich w maju i czerwcu 1940 r (ok. 300 tys. żołnierzy). Załogę i pasażerów zaczęła nękać jakaś infekcja grypowa, na szczęście objawy były łagodne i Polopiryna szybko sobie z nimi poradziła.

    Po niecałej dobie podróży dopływamy do portu Le Havre  liczącego ok. 200 tys. mieszkańców. Miasto niezbyt piękne, z dużą ilością betonowych budowli. Ponieważ jest niedziela, szukamy kościoła, gdyż audycja „Dla tych co na morzu” jest słabo słyszalna. Po powrocie na statek wziąłem się za segregowanie leków z darów.

     Kapitan podzielił się ze mną informacją, że w stoczni cumuje najnowocześniejszy jacht świata wybudowany przez firmę Nautic „Club Mediteran II” i zapytał, czy chciałbym go obejrzeć. Odpowiedź była oczywista. Ubrani w gustowne dżinsy i sweterki na rowerach przebyliśmy kilkanaście kilometrów. U celu okazało się, że wejście do stoczni wymaga przepustki a ponadto akurat w tym dniu ma miejsce uroczyste podniesienie bandery i wstęp mają tylko osoby zaproszone, a akredytację wyłącznie program pierwszy telewizji francuskiej. Przed bramą parkowały pojazdy klasy premium, z których wychodzili panowie we frakach i panie w drogich kreacjach. Kapitan przedstawił się strażnikowi dodając, że jest również kapitanem wielkim jachtowym i nie szczędził słów zachwytu nad nowym dzieckiem techniki francuskiej. Strażnik, sam nie mogąc podjąć decyzji, poprosił szefa ochrony, który po wysłuchaniu naszej prośby nie dość, że wydał przepustkę, to jeszcze przydzielił nam przewodnika, zgodził się również na wykonywanie zdjęć. Jak się dowiedzieliśmy, jacht kosztował 2 mld franków, posiadał 5 masztów i mierzył ponad 140 metrów długości, a pokład był wykonany z drewna tekowego. Załogę jego stanowiło 140 osób, zabierał 400 pasażerów. Przewodnik się przydał, gdyż można się było zagubić wśród kasyn, basenów, sal balowych, kajut i korytarzy. Największe wrażenie zrobiła na mnie sterówka, której wyposażenie przywodziło na myśl kokpit samolotu pasażerskiego. Wszystkie żagle były stawiane i zwijane elektrycznie. Zadbano również o bezpieczeństwo i na obu burtach umieszczono liczne kryte szalupy, do których wchodziło się przez „rękaw” jak na lotnisku. Swoją budową przypominały amfibie. W dziewiczy rejs jacht wyruszał w dniu następnym udając się na Wyspy Kanaryjskie. Oczywiście wszystkie bilety były wyprzedane. Poruszając się wśród tylu znakomicie ubranych gości czułem się trochę nieswojo ale ci zapewne brali nas za ekscentrycznych milionerów, nie przejmujących się konwenansami. Kiedy skończyliśmy zwiedzanie,  przewodnik odprowadził nas do bramy i zapytał, gdzie zostawiliśmy nasze samochody? Odpowiedzieliśmy, że za rogiem i już nas nie było. Na statek wróciliśmy w doskonałych humorach.

    Wieczorem odbiliśmy od nabrzeża biorąc kurs na Panamę – przygoda morska zaczęła się na serio. Następnego dnia zbliżyliśmy się do owianej złą sławą Zatoki Biskajskiej. Dotarła do nas przygnębiająca informacja o katastrofie w tym rejonie, która miała miejsce 2 dni wcześniej. W czasie sztormu statek towarowy przełamał się na pół i wraz z załogą poszedł na dno – nie było szans na jakikolwiek ratunek. Oczywiście nasze rodziny też dowiedziały się z mediów o tej tragedii i wiedząc, że jesteśmy w pobliżu upewniały się, czy wszystko w porządku. Kołysało coraz bardziej i co wrażliwsi zwrócili się do mnie po tabletki przeciwko chorobie lokomocyjnej. Wziąłem i ja. Pomogło na jakiś czas ale podczas gry w tenisa stołowego, kiedy jedną ręką trzeba było trzymać się stołu aby nie upaść, zmuszony zostałem do złożenia daniny Neptunowi.

                                                                                                    MARIUSZ ze Sztumu

  • Ostatnie pożegnanie Andrzeja Ludwika Żółtowskiego

    Ś. P.
    ANDRZEJ LUDWIK ŻÓŁTOWSKI
    „Żuk”
    ur. 25.11.1922 r. Mszczyczyn
    zm. 12.09.2018 r. Warszawa

    Kapral Podchorąży I Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego na Mokotowie.
    Żołnierz Powstania Warszawskiego, odznaczony Krzyżem Walecznych,
    awansowany do stopnia Podporucznika. Uczestnik Akcji „Burza”.
    Współzałożyciel reaktywowanego Związku Rodu Żółtowskich.
    Pogrzeb odbył się w kościele pw Św. Karola Boromeusza,
    20 września 2018 roku o godzinie 12.00,
    po czym nastąpiło odprowadzenie zmarłego do grobu na Stare Powązki.

    Siostrzenice, siostrzeńcy i rodzina.

    Rodzinie Zmarłego, wyrazy współczucia składają,
    Prezes Związku Rodu Żółtowskich oraz zarząd.

  • Piotr z Sandomierza i jego wnuki

    Janina i Piotr z Sandomierza przedstawiają najmłodsze pokolenie – nasze wnuki i wnuczki – od lewej: Milena, Paweł, Bartłomiej , Elektra, Julia, Marica.


    Mimo różnicy charakterów, nasze najmłodsze potomstwo scala całą rodzinę, dając iskrę nadziei na to, że korona naszego drzewa genealogicznego będzie się rozrastać.

    Z UŚMIECHAMI ZAŁĄCZONYMI NA FOTOGRAFII POZDRAWIAMY CAŁY RÓD ŻÓŁTOWSKICH.

  • Apel

    Apelujemy do członków Związku Rodu Żółtowskich o uregulowanie składek związkowych (60 zł. rocznie). Duża część składek pokrywa koszty wydawania kwartalników, które są oczekiwane i chętnie czytane przez państwa. Bez nakładów pieniężnych nie będziemy mogli wydawać naszego pisma. Tym którzy systematycznie regulują składki dziękujemy, zapominalskim przypominamy o wpłatach.

    Zarząd

  • Spotkanie w krainie białych skał i zamków

    Spotkanie w krainie białych skał i zamków

    „ W kroplach dni powszednich,
    tak samo jak i w morzu,
    całe niebo można zobaczyć.”
    Maria Dąbrowska

    Tutaj nas jeszcze nie było!
    XXVII Zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbył się w dniach 30 maja – 3 czerwca 2018 roku. Zjechaliśmy z całej Polski, a także Szwajcarii i USA na przepiękne tereny Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej. Naszą bazą wypadową do zwiedzenia tej niezwykłej krainy były Podlesice, położone u stóp Góry Zborów, największego wzniesienia w okolicy ( 467 m n.p.m. ), z wierzchołka którego rozciągał się zapierający dech w piersiach widok.

    Z okazji pięknego jubileuszu Basia z Wrocławia przyjmuje życzenia od syna Krzysztofa i Elżbiety.

    Jura Krakowsko – Częstochowska to jeden z najbardziej malowniczych regionów naszego kraju. Rozciąga się na długości około 160 km od Częstochowy do Krakowa. Ponieważ budujące ją skały wapienne powstały w większości w środkowym okresie ery mezozoicznej, stąd , zwyczajowa nazwa, Jura, używana zamiennie do Wyżyny Krakowsko – Częstochowskiej. Malowniczy krajobraz tego regionu tworzą wręcz bajkowe formy wapiennych ostańców, głębokie doliny, przepiękne wzgórza i dziesiątki jaskiń. Naturalny krajobraz uzupełniają dzieła ludzkich rąk – tajemnicze warownie zwane Orlimi Gniazdami – zamki i strażnice, które budowane były na szczytach wzgórz w różnych okresach naszej historii, a służyły obronie terenów przygranicznych. Do dziś zachowały się one w postaci ruin, niektóre zostały odtworzone i pieczołowicie odbudowane, i obok naturalnych tworów przyrody, stanowią niewątpliwie największą atrakcję turystyczną Jury. Piękno jurajskiego krajobrazu i występowanie tu wielu rzadkich gatunków roślin i zwierząt sprawiły, że niemal cały obszar został włączony do parków krajobrazowych, a nad najcenniejszym przyrodniczo fragmentem Doliny Prądnika ustanowiono ścisłą ochronę Ojcowskiego Parku Narodowego.
    W tak pięknych okolicznościach przyrody, o których jeszcze będę pisać wielokrotnie odbyło się nasze kolejne spotkanie. Do „ Zajazdu Jurajskiego”, wraz z moją przyjaciółką Elą dotarłyśmy późnym wieczorem w środę. Po powitaniach z przybyłymi wcześniej Żółtowskimi dołączyłyśmy do „grupy dyskusyjnej”, która organizowała się w każdej wolnej chwili na patio zajmowanej przez nas części ośrodka.
    Wczesnym czwartkowym rankiem budzi nas ptasi chór, nad którym góruje wyraziste: du, du du; du, du, du. Pierwszy raz w życiu słyszę, i widzę, dudka. I dopiero teraz wiem, skąd wywodzi się jego nazwa. Odgłosy ptaków w pobliskim lesie to istne Tuwimowskie „ptasie radijo”.

    Władysław z Torunia, Janeczka z Wrocławia, Rafał z Korycina

    Mirosław z żoną Ewą z Warszawy

     

     

     

     

     

     

     

     

    Krzysztof i Ela z USA prezentują piękny sztandar przywieziony przez Wiesława ze Stanów.

    Zbigniew z Warszawy, Rafał, Halinka z Podkowy Leśnej oraz Kalinka z Jurkiem z Torunia

     

     

     

     

     

     

     

     

     

    W kościele w pobliskich Kroczycach uczestniczymy we mszy i procesji Bożego Ciała. Szczególnie podniosły nastrój uroczystościom dawała gra orkiestry strażackiej, do której dopasował się Wiesław Żółtowski w paradnym mundurze strażaka OSP Limanowa.
    Po południu zebranie zarządu, na którym dyskutowano o ważnych dla dalszego funkcjonowania związku sprawach. Padło kilka interesujących i nowatorskich propozycji w ewentualnym tworzeniu nowych działalności związku.
    Po zebraniu – niespodzianka. Basia Merkel z Wrocławia obchodzi okrągły jubileusz urodzin. Bliscy postanowili uhonorować Jej święto w sposób szczególny. Był tort, różne inne słodkości, szampany oraz mnóstwo szczerych życzeń.
    Droga Basiu, jeszcze raz przyjmij od całego Związku Rodu Żółtowskich najserdeczniejsze życzenia długich lat życia w zdrowiu i szczęściu.
    Miło nam było wspólnie, rodzinnie uczestniczyć w Twoim jubileuszu.
    Wieczór czwartkowy przeznaczony jest, już tradycyjnie, na spotkania, rozmowy, zwierzenia, et cetera. J chociaż rozchodzimy się do pokojów w późnych godzinach nocnych, to rano wszyscy stawiają się gotowi do udziału w wycieczce.
    Kiedyś, ktoś bardzo mądry powiedział, że podróże to jedyna rzecz, na którą wydajemy pieniądze, a stajemy się bogatsi.
    Tak było i tym razem. Tradycyjna piątkowa wycieczka dostarczyła nam wielu wrażeń. Wspólnie z Panem Jerzym Górką – przewodnikiem jurajskim udało się ustalić trasę wyprawy – ciekawą i niezbyt forsowną. Większość z nas ubrała żółte koszulki, wyróżniające nas spośród tłumu innych turystów.

    Najmłodsze pokolenie. Prawnuczka Basi Merkel z Wrocławia.

    Wiesław z USA i Mariusz ze Sztumu.

     

     

     

     

     

     

     

     

    Jerzy z Pruszkowa, Janeczka z Wrocławia, Zbyszek z Warszawy, Kazimierz z Kutna, Bogusia z Białej, Grażynka ze Szwajcarii, Mariusz, Ela z Kutna, Krystyna z Pruszkowa.

     

    Jadąc autokarem pan Jerzy zajmująco opowiada o mijanej okolicy. Ojców to miejscowość nazwana na cześć ojca Kazimierza Wielkiego – Władysława Łokietka, Ojcowski Park Narodowy został utworzony jako szósty z kolei, jest najmniejszy, jak już wspominałam, ale niezwykle ciekawy i jedyny, do którego wchodzi się bez opłat. Podziwiać tutaj można około 1200 gatunków owadów, 80 gatunków drzew oraz większość występujących w Polsce nietoperzy. Tego mrocznego mieszkańca, licznych na tym obszarze jaskiń, odnajdujemy w logo Ojcowskiego Parku Narodowego. Teren bardzo ciekawy hydrologicznie. Tutaj swoje źródła mają: Warta, dopływ Odry oraz Pilica i Przemsza, dopływy Wisły. Pogoda dopisuje, można wyruszać na szlak!

    Mariusz z córką, z żoną Mirellą i wnukami. Krystyna i Kazimierz.

    Rozpoczynamy od zamku, wznoszącego się na skalnym urwisku, do którego wiodą schody z parkingu u podnóża góry. Tuż przy murach zwracamy uwagę na skałę o charakterystycznym kształcie i słuchamy opowieści przewodnika: Zakochaną w młodym giermku Dorotę wbrew jej woli wydano za mąż za starego Piotra Szafrańca, właściciela zamku. Młodzieniec postanowił wtedy wykraść ukochaną z mężowskiego domu. Oboje słono za to zapłacili, giermka rozszarpano końmi, Dorotę zamknięto w wieży i skazano na śmierć głodową. Żyła jeszcze czas jakiś, bo wierny pies przynosił jej pożywienie. To jedna z legend objaśniająca nazwę zamku – Pieskowa Skała. Dużo by pisać o dziejach warowni. Były niezwykle burzliwe, zmieniali się właściciele oraz style architektoniczne każdej kolejnej przebudowy. Obecnie jest to najlepiej zachowana budowla na tak zwanym Szlaku Orlich Gniazd. Spacerkiem udajemy się w pobliże, niewątpliwie, najbardziej znanej skały w Polsce – Maczugi Herkulesa o wysokości 25 metrów. Powstała wskutek nierównomiernej odporności wapienia na wietrzenie. Inaczej jednak jej powstanie tłumaczy legenda. Skałę cieńszym końcem ku dołowi miał postawić diabeł spełniający rozkaz Twardowskiego. Według innego podania więzień mógł odzyskać wolność za przyniesienie pisklęcia sokoła z gniazda na szczycie. Pomogła mu w tym cała gromada dorosłych sokołów, przenosząc go na wierzchołek i z powrotem, dzięki czemu udało mu się spełnić zadanie. Stąd ludowa nazwa skały- Sokolica.

    Marzena z Warszawy, Wiesław i Mariusz.

    Stanisława i Kazimierz ze Mszczonowa, Mariusz, Marzena, Bogusia, wnusia Mariusza i Mirelii, Halinka, Mirella, Wiesław, Ela z Kutna, Danusia z Wrocławia, Piotr z Sandomierza.

    Każdy zamek na Szlaku Orlich Gniazd ma swoją legendę. Czasami nie tylko jedną. A jeżeli chodzi o duchy, to jest ich wszędzie mnogość, obfitość i różnorodność. Przed zamkiem w Bobolicach można nawet zauważyć znak, wzorowany na znakach drogowych: „Uwaga, duchy!”.
    Następna atrakcja turystyczna to Pustynia Błędowska, największa pustynia w Europie, określana mianem
    „ Polskiej Sahary”, dawny poligon wojskowy, a także plan filmowy. Tutaj kręcono sceny między innymi do nominowanego do Oscara filmu „ Faraon”.
    Jak powstała Pustynia Błędowska?
    Aby odpowiedzieć na to pytanie należałoby bardzo dokładnie zagłębić się w procesy geologiczne. Faktycznie była to ingerencja człowieka w środowisko. Datowany od XIII wieku rozwój górnictwa srebra i ołowiu oraz hutnictwa w rejonie Olkusza spowodował wycinkę drzew (pierwotnie gęstego boru sosnowego), które posłużyły do wzmocnienia konstrukcji szybów i sztolni. W wyniku intensywnej eksploatacji surowca drzewnego, wykarczowane zostały znaczne połacie lasu. Wówczas znajdujące się tu grube pokłady piasków zostały odsłonięte, uruchamiając procesy przewiewania piasku spowodowane siłą wiatru i tworząc pustynię, którą możemy oglądać do dzisiaj. Zmiany w środowisku spowodowały, że na tym terenie powstał specyficzny mikroklimat, a ponadto można było obserwować zjawiska charakterystyczne dla naturalnych pustyń, takie jak: fatamorgana, burze piaskowe, wydmy.

    Tyle nauka, ale znacznie ciekawsza jest legenda. Otóż, jedno z podań mówi, że Pustynia Błędowska powstała za sprawą miejscowego diabła, który swą siedzibę miał w okolicach Olkusza. Z uwagi na odkryte tam bogate złoża srebra, zaczęły powstawać kolejne kopalnie, które zakłócały spokój czarta. Rozgniewany bies postanowił je zasypać. W tym celu nad Morzem Bałtyckim nabrał piasku w olbrzymi wór i poleciał w kierunku Olkusza. Kiedy był już blisko celu, nieopacznie zahaczył workiem o wysoką wieżę kościoła w Błędowie. Cały piach rozsypał się po okolicznych polach i tak oto powstała unikatowa pustynia w środku naszego kontynentu, od nazwy pobliskiej miejscowości nazwana Pustynią Błędowską, a kopalnie srebra w Olkuszu ocalały.

    Zdjęcie zbiorowe przy kościele w Kroczycach.

    Na zakończenie wyprawy – Ogrodzieniec. Prawdziwa „perełka” na Szlaku Orlich Gniazd. Imponujących rozmiarów ruiny zamku wznoszą się wśród wapiennych ostańców. Jest to największy zamek w Jurze Krakowsko – Częstochowskiej, należy też do najstarszych w Polsce. Owiany legendami, duchów ma wielki dostatek. Jedno z podań dotyczy właściciela zamku Stanisława Warszyckiego, który słynął z okrucieństwa i ogromnego bogactwa. Z tego powodu był nawet posądzany o konszachty z diabłem. Do dziś pod postacią czarnego psa, ciągnącego 3- metrowy łańcuch strzeże skarbów ukrytych w podziemiach ogrodzienieckiego zamku. Chociaż własną rodzinę traktował bardzo brutalnie, to jednak pozytywnie zapisał się w historii naszego kraju. Podkreślana jest między innymi jego bohaterska obrona Częstochowy przed Szwedami. W archiwach sanktuarium na Jasnej Górze zachowała się bogata korespondencja Warszyckiego z przeorem klasztoru – twierdzy Augustynem Kordeckim.

     

    Zwiedzamy kolejne kondygnacje zamczyska, spacerujemy po komnatach i sekretnych przejściach, zwiedzamy sypialnię i gabinet jednego z dawnych właścicieli Seweryna Bonera, wspinamy się na Zamek Wysoki, skąd podziwiamy wspaniały widok na okolicę. Naszej uwadze nie umknęła również zamkowa studnia oraz podziemia, gdzie więziono niepokornych wobec ówczesnej władzy. Obok historii i legend tworzy się współczesna historia zamku. Tutaj w 2001 roku zdobywca Oskara za całokształt twórczości Andrzej Wajda kręcił Fredrowską
    „ Zemstę” z plejadą aktorskich gwiazd w obsadzie.
    Ponieważ byłam odpowiedzialna za organizację wycieczki, chciałabym bardzo serdecznie podziękować jej uczestnikom. Kochani, chociaż zwiedziliście już niemal cały świat, to i tak spodobały Wam się te miejsca, które zobaczyliśmy, a każde kolejne wyzwanie kwitowaliście zadowoleniem i uśmiechem. Tak trzymać!
    Wracamy z wyprawy na tyle wcześnie, że spokojnie można się przygotować do kolacji, którą z uwagi na przebieg, uczestników, a także przygotowane specjały można nazwać uroczystą.
    Prezes Mariusz ze Sztumu powitał zebranych, wygłosił laudację, po czym, przy aplauzie zebranych, uhonorował za szczególny wkład w rozwój Związku Rodu Żółtowskich Rafała z Korycina medalem im. Michała Żółtowskiego z Lasek. Wiesław z Chicago, ubrany w polski strój szlachecki odznaczył Prezesa Rodu Krzyżem Kawalerskim św. Stanisława, orderem stworzonym przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Mariusz i Rafał, jak zwykle, i z coraz większą wprawą prowadzą licytację, która momentami jest bardzo zacięta, gdy kilka osób chce wejść w posiadanie licytowanego właśnie przedmiotu. Panie chętnie, panowie „ z pewną nieśmiałością” ruszyli do tańca. Mieliśmy drobne kłopoty z oprawą muzyczną, którą sami musimy sobie zorganizować. Nie licząc, oczywiście, kilku wyjątkowych zjazdów, kiedy do tańca przygrywały nam wynajęte zespoły muzyczne, a raz nawet kapela góralska. Ale my się nigdy nie poddajemy! Zabawa trwa do późnych godzin nocnych.
    Sobotnia msza święta w intencji Rodu zostaje odprawiona w pobliskich Kroczycach. Ksiądz sprawujący ofiarę mszy świętej jest pod wrażeniem naszej działalności, podkreśla fakt, że ważna jest dla nas modlitwa, i ani razu nie przekręca naszego nazwiska!
    Włączamy się w liturgię mszy świętej – Ela z Kutna przedstawia wezwania Modlitwy Wiernych, ja jestem odpowiedzialna za czytanie, a Piotr z Sandomierza zbiera ofiarę na tacę.
    Z parafią w Kroczycach związane są Siostry Karmelitanki Dzieciątka Jezus. Po zakończeniu mszy świętej jedna z nich przedstawia nam rys historyczny kościoła.
    Średniowieczni rycerze to mieli gest! Pierwotny kościół parafialny został wybudowany w 1427 r. przez rycerza maltańskiego Piotra Firleja w podziękowaniu Bogu za szczęśliwy powrót z bitwy pod Grunwaldem. Najstarszy opis świątyni pochodzi z XVI wieku. Wtedy to kościół dedykowany był św. Marii Magdalenie, której słynący łaskami obraz, w srebrnej sukni, sprowadzony z Rzymu w 1616 roku, znajduje się w kościelnej kaplicy. W XX wieku świątynia zyskała drugiego patrona – św. Jacka, któremu dedykowano drugą kaplicę kościelną. W kościele podziwiać można ciekawy, niespotykany, piękny ołtarz główny zbudowany w kształcie groty z Lourdes. Materiałem, który posłużył do jego wykonania był kalcyt, czyli występujący w tych okolicach minerał, który między innymi tworzy nacieki w jaskiniach.
    Przed świątynią rośnie ogromna 500-letnia lipa o obwodzie pnia wynoszącym 5,6 metra. Na nas wszystkich jej wiek i rozmiary robią ogromne wrażenie.
    W sobotnie przedpołudnie staramy się obejrzeć i zwiedzić różne ciekawe miejsca, których tutaj, na Jurze jest bardzo dużo. My z Elą jedziemy do Mirowa i Bobolic. Tam znajdują się kolejne dwa zamki Szlaku Orlich Gniazd. Zamek w Mirowie to malownicza ruina, trwają prace konserwatorskie przy jej zabezpieczeniu. Zostawiamy samochód na parkingu i wąską dróżką wśród wapiennych skałek udajemy się do odległego o 1,5 kilometra zamku w Bobolicach, który ukazuje nam się w pełnej krasie za kolejnym zakrętem drogi. Ta warownia, zbudowana za panowania Kazimierza Wielkiego w drugiej połowie XIV wieku, której zadaniem była obrona zachodniej granicy państwa od strony Śląska, miała więcej szczęścia. Po latach świetności, uległa zniszczeniu w 1657 roku podczas wojen szwedzkich, popadała w ruinę, ale znalazł się prywatny właściciel, który podjął wyzwanie uratowania tego pięknego zabytku. Zamek jest naprawdę imponujący, można zwiedzać wiele zrekonstruowanych komnat i już zdążył „ zagrać” w telewizyjnym filmie „ Korona królów”.
    Po obiedzie Prezes Mariusz zachęca do wspólnej wyprawy na Górę Zborów. Idziemy czteroosobową grupą – Mariusz, Bożenka w lekkich warszawskich sandałkach, jak onegdaj wujek Mietek w skórzanych szczecińskich butach ( Karkonosze), moja przyjaciółka Ela i ja. Po krótkiej wędrówce wśród labiryntu przypominającego skalne miasto, mijając liczne wapienne ostańce, wykorzystywane jako ścianki wspinaczkowe, docieramy na szczyt. Warto było podjąć wyzwanie! Bezleśny wierzchołek wzgórza, zakończony zbudowaną podczas okupacji hitlerowskiej wieżyczką triangulacyjną jest znakomitym punktem widokowym. Roztacza się stąd rozległy widok na Skały Kroczyckie. Najwyższe wzniesienie w tej części Jury pozwala podziwiać niesamowite widoki rozciągające się w promieniu kilkunastu kilometrów. Próbujemy odnaleźć te miejsca, które zwiedzaliśmy wcześniej. Spieszymy się, bo nadciąga burza. Ale ona straszyła przez cały czas naszego pobytu w Podlesicach, a szczególnie podczas procesji Bożego Ciała.
    Niedzielny poranek to czas pożegnań i powrotów do domu. Do zobaczenia za rok!
    Ja mam teraz wakacje i wracam na Jurę, bo jak pisała Deotyma w roku 1859:

    „ W tym kraju szczytów, przy tej pieśni grzmotów,
    Ptaki i wieszcze szybują z rozkoszą,
    Te lasy na kształt zielonych podlotów,
    Duszę Polaka w chmurę łez unoszą.
    Spojrzałam w niebo: a na niebie wieża!
    Wieża Ojcowska, królowa Prądnika,
    Jak klucz kamienny, gmach wspomnień odmyka,
    Z echowych jaskiń słyszę brzęk pancerza:
    To duch Łokietka przelata przez góry!
    Tu, dobroczynna szczodrota natury
    Kocha lud, sercem Wielkiego Kazimierza.
    Ręka przeszłości i piorunów dłuto,
    Rzeźbią tę ziemię ubogosławioną.
    Rajska dolino! Ty jesteś koroną
    Na czole Polski przez Boga wykutą.”

    Pozdrawiam serdecznie
    BOGUSIA z BIAŁEJ

  • Nekrolog Śp. Teresy Żółtowskiej z Bielska Białej

    2 lipca 2018 roku zmarła
    Śp.
    TERESA ŻÓŁTOWSKA
    z Bielska Białej
    Pogrzeb odbył się 5 lipca br.

    Wyrazy współczucia synom zmarłej Witoldowi i Januszowi
    oraz pozostałym członkom rodziny składają,

    Prezes Związku Rodu Żółtowskich wraz z zarządem.

  • Pożegnanie Śp. Mieczysława Jana Żółtowskiego

    23 lipca 2018 roku zmarł w Gliwicach mój Stryj

    Śp. MIECZYSŁAW JAN ŻÓŁTOWSKI,

    urodzony 2 marca 1938 roku we Lwowie.
    Ostatni przedstawiciel – przybyłego po 1945 roku na Śląsk – pokolenia
    zrodzonego jeszcze w utraconym Grodzie Semper Fidelis.
    Emerytowany dyplomowany inżynier-górnik, absolwent Wydziału Górniczego Politechniki Śląskiej w Gliwicach.
    W latach dziewięćdziesiątych członek zarządu Bytomskiego Bractwa Kurkowego.
    Spoczął na gliwickim Cmentarzu Centralnym, w grobie rodzinnym u boku swej pierwszej ukochanej żony, Ireny z Banasiów Żółtowskiej
    w otoczeniu pozostałych – „natus Leopolis” – odeszłych Żółtowskich.
    Pozostawił po sobie dobrą pamięć i wspomnienia.
    Wieczny spoczynek racz Mu dać Panie…

    Andrzej „Zoltan” Żółtowski z Gliwic.

    Rodzinie przekazujemy najgłębsze wyrazy współczucia
    Prezes Związku Rodu Żółtowskich wraz z zarządem