Tag: Nr 11-12

  • Jeszcze kilka słów o Siostrze MARII MONICE od DuchaŚwiętego

    Teresa Bojarska

    „Bywa, że współżyjąc na co dzień ze świętym, skazani jesteśmy na swego rodzaju umartwienie. W każdym razie umartwienie, jako takie, trwa tak długo, jak długo sami choćby w cząstce nie dorośniemy do tego właśnie gatunku świętości… Wydaje mi się, że bardzo jasno ukazuje to Nowy Testament.”1

    Zapewne niełatwo było siostrom współżyć każdego dnia z Siostrą Moniką. Wydaje mi się, że mało kto w Zgromadzeniu potrafił reagować podobnie do Niej na życie. „Zielone światło”, które otrzymała dla swoich poczynań było po trochu zaprawione odcieniem dobrotliwego pobłażania, odcieniem litości nad wiekiem czy dziwactwami.

    Możliwe, że będąc przełożoną, nie była w pełni dobrą przełożoną. Zapewne wtedy nie była jeszcze świętą. Także musiała przejść swoją drogę przez Ogrójec, pałac Piłata, Getsemani – do momentu Oświecenia. Nie wiadomo, kiedy ów moment w Jej życiu zaistniał. W każdym razie wyrzucała sobie, że będąc jeszcze młodą osobą, w Origny, gdy miała pod opieką „upadłe” dziewczęta przysłane w celu reedukacji przez władze Petenowskiej Francji nie wyzyskała tej szansy. I, że tę właśnie, a nie inną, szansę podsunął jej Bóg, wtedy właśnie…

    Ona w tamtym okresie była jeszcze przede wszystkim przełożoną. Jako taka, sądziła, że Jej pierwszym obowiązkiem jest służyć Bogu przez gromadzenie dochodów, którymi można dzielić się z rodakami, ofiarowując im polskość w zagubionych ścieżkach wojny lub w ogóle w zagubionych ściekach ekonomicznej lub politycznej emigracji.

    Musiała stracić Origny, skończyć z przełożeństwem, musiała zostać sama wśród obcych. Bo było właśnie tak, choć wyglądało inaczej, a Ona starała się, może nieudolnie, ale bardzo się starała być czynnie w Zgromadzeniu… współbyć. I to się Jej nie udawało, i to było Jej krzyżem do końca. Ale Ona jedna rozumiała, że największą łaską, darowaną od zarania, jest miejsce urodzenia.

    Dom, w którym się przyszło na świat, bogactwo pojęć darowane od najpierwszych dni dzieciństwa i potem, przez życie. A do człowieka należy jedynie korzystać z tej łaski, albo też ją odrzucać. Co z tego wyjdzie, to już sprawa danej jednostki. Twierdziła, że gdyby przyszła na świat jako córka prostytutki i pijaka albo jakoś inaczej, ale podobnie, ze wszystkimi wadami, które Jej towarzyszyły i tak, ze swoim usposobieniem wrodzonym, kto wie, czy również nie byłaby alkoholiczką, narkomanką itd. Że zdolny jest do zła każdy, jedni tylko otrzymują od Boga w podarku łaskę takiej rodziny, inni zaś nie…

    W tym było sporo sensu, w każdym razie to stanowiło punkt wyjścia. Dlatego wybrała dziwną, zaskakującą drogę świętości. Musiała nadrobić lukę, którą spowodowała, nie potrafiąc odpowiedzieć na wołanie Boże w Origny… Sądzę, że zwłaszcza na początku nie było takie proste z resztek tytoniu robić papierosy i obdarzać nimi brudnych ludzi. Jeszcze trudniej chyba było chodzić po skwerze, na którym przysiadały wieczorami francuskie prostytutki. I czynić im zwyczajne i bardzo proste dobro.

    Więcej o siostrze Monice w poprzednim numerze.


    1 fragment listu pisarki do jej rodzonej siostry Urszulanki SJK Zofii Sułkowskiej

  • Lucień, 6-9 czerwca 1996 r.


    Rafał z Korycina

    „Tak macie wspaniałą, cudowną Rodzinę; im więcej człowiek da dla ludzi życzliwych, tym jest szczęśliwszy na ziemi. Najgorzej jest, kiedy człowiek poczuje się samotny, wówczas często zaczyna się bezsensowność życia. Patrząc się na Was można z radością powiedzieć, że jeszcze nie wszystko zostało zniszczone, że jeszcze są w tym kraju ludzie, którzy pamiętają o takich wartościach jak Rodzina i że dla tych wartości naród pewne rzeczy poświęca.”

    Proboszcz Parafii p.w. Św. Kazimierza Królewicza
    ks. Eugeniusz Klonowski

    Tymi słowy zwrócił się do nas proboszcz parafii pod wezwaniem św. Kazimierza w Lucieniu na uroczystej Mszy św. Właśnie Rodzina Nasza po raz już piąty zebrała się na dorocznym Zjeździe w czwartek w Boże Ciało w Lucieniu w ośrodku wypoczynkowym kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

    Ośrodek ładny, położony z dala od innych siedzib w środku lasu, w spokoju i przy śpiewie ptaków. Nie widać nikogo, nawet obsługi ośrodka. Jednak coś się dzieje. Mimo pozornego opustoszenia jest nas w sumie 74 osoby. Widać to dopiero, gdy brakuje miejsc sypialnych dla nadjeżdżających gości.

    Na początku to było tak. Nasi weterani i niestrudzeni Janina i Stefan z Bydgoszczy (Ci od Syrenki) przyjechali pierwsi. Wiernie przyjeżdżają na wszystkie zjazdy, choć zapowiedzieli, że po raz ostatni Syrenką. Syrenka lux, ale Stefan skończył 71 lat i musi corocznie powtarzać egzamin, a na to nie ma siły. Skoro pierwsi przybyli, to zajęli pierwszy domek z tarasem, z krzesłami i stolikiem pod parasolem, mieszczący się tuż przy bramie wjazdowej. Drugi wjechałem na teren wypoczynkowy ja, Rafał z rodziną. Zajęliśmy pierwszy domek, za nami Jarosław z żoną Barbarą i dwójką dzieci. Zajęli górę w pierwszym domku. I tak kolejno aż do domku nr 9 umieszczani byli nadjeżdżający stopniowo Żółtowscy.

    Organizatorzy przeżyli chwile niepokoju, gdyż Ośrodek dał nam jedynie 54 miejsca sypialne, a chętnych było coraz więcej. Wynikło to ze zbyt późnych decyzji wielu członków, którzy nie potwierdzili wcześniej przyjazdu i nie wpłacili na konto Związku w Skierniewicach przedpłat. W dniu rozpoczęcia Zjazdu Zarząd Związku, a w zasadzie Sekretariat, miał 18 potwierdzeń i kilka wpłat bez potwierdzeń, nie wiadomo od kogo. Mimo to Jarosław, głównyorganizator, zarezerwował 54 miejsca ryzykując, że gdyby nie były wykorzystane, to Związek musiałby za nie zapłacić. Okazało się, że trzeba było proponować niektórym nocleg w odległym ośrodku wypoczynkowym po drugiej stronie jeziora. Liczyliśmy na wyrozumiałość i nie zawiedliśmy się. Jacek z Łodzi z synem Bogdanem i córką Kasią oraz Barbara z Wrocławia spali „na wygnaniu”. Także Wacław z Łodzi z żoną wynajęli kwatery prywatne. Wiele osób mieszkających w Płocku lub okolicach dojeżdżali na Zjazd.

    Sprawy kwaterunku jakoś udało się uregulować i wszyscy byli zadowoleni. Rozpoczął się Zjazd.

    Wcześniej, bo już w środę wieczorem, zebrał się Zarząd Związku na wstępnym zebraniu w celu przedyskutowania organizacji Zjazdu i zebrania sprawozdawczo-wyborczego, gdyż w tym właśnie roku kończy się kadencja poprzedniego Zarządu.

    Przy kawie i lampce trunku ustalono plan Zjazdu i program zebrania. Późnym wieczorem położyliśmy się spać, zadowoleni, że opracowaliśmy koncepcje pracy.

    Ranek przywitał nas przepiękną pogodą i cudownym śpiewem ptaków. Poranne mgły unosiły się nad wodą, a wędkarze wyciągali ryby z jeziora. Obecni na Zjeździe Żółtowscy mogli obserwować tarło płoci u brzegów jeziora. Niezliczone ławice płotek tak poruszały wodę, że wyglądało to jak wrzątek w czajniku. Dla nas przyroda stała otworem łącznie z komarami, które dokładnie wykonywały swe życiowe obowiązki nie bardzo przez nas tolerowane. Szły więc w ruch wszelkie spraye, maści i żele na komary. Najlepsze jednak były spodnie i koszule z długimi rękawami.

    Do południa przyjeżdżali kolejni Żółtowscy. Część gości pojechała do kościoła, wszak to Boże Ciało. Potem obiad i znów czas wolny do kolacji, a po posiłku spotkanie wszystkich obecnych na Zjeździe i zebranie sprawozdawczo-wyborcze. Zagaił Prezes Andrzej Ludwik, który powierzył prowadzenie zebrania Wojciechowi z Warszawy, znanemu u nas jako Wojciech Profesor, do którego cały zjazd ma takie zaufanie, że rok rocznie akceptuje Go na przewodniczącego obrad zjazdu. Ten trzymając się programu zebrania szybko uzyskał sprawa zdanie od ustępującego Prezesa Andrzeja Ludwika, od ustępującego sekretarza i skarbnika Jarosława ze Skierniewic, także Wacław z Łodzi zapoznał zebranych z pracami nad wydaniem monografii Rodu Żółtowskich, autorstwa jego zmarłego syna Michała. Przyjęto sprawozdania i udzielono absolutorium Zarządowi poprzedniej kadencji.

    W wolnych wnioskach głos zabierali między innymi Michał z Warszawy zwany Michałem chirurgiem, Jarosław ze Skierniewic, Wacław z Łodzi, Andrzej Marek z Warszawy, Andrzej Ludwik z Warszawy. Filmował zebranie, jak i cały Zjazd, Rafał z Korycina. W czasie zebrania przedstawiali się nowi członkowie Związku, którzy do tej pory nie prezentowali się przed kamerą: Żółtowscy z Tomaszowa, z Torunia, bioenergoterapeuta Tadeusz z Łodzi, żona Stefana architekta z Podkowy, córka Michała – Zofia uczennica IV L.O. im. A. Mickiewicza w Warszawie.

    Następnie wybory. Z sali padają kandydatury. Wiele z nich pokrywa się z osobami z poprzedniej kadencji. Świadczy to o zaufaniu członków Związku do dawnego Zarządu. Ponieważ zgłoszono 13 kandydatów, a do zarządu mogło wejść jedynie 12 osób, dobrowolnie z kandydowania wycofał się Stefan z Podkowy Leśnej.

    Nowy Zarząd został zatwierdzony przez zebranych jednogłośnie, bez głosów przeciwnych i wstrzymujących się. Następnie Zarząd spośród siebie wyznaczył odpowiednie osoby na poszczególne funkcje. Skład Zarządu zostanie podany w „Kwartalniku” w osobnym komunikacie.

    Zakończył się pracowity czwartek. W upalny wieczór rozeszliśmy się po swoich domkach, spotykając się w mniejszych grupach na tarasach, popijając piwo, kawę i opędzając się od komarów, dyskutując.

    Po piątkowym śniadaniu większość uczestników Zjazdu udała się na wycieczkę, którą organizował Piotr, zwany studentem z Płocka, oraz Witold z Płocka (Biała Stara). Udaliśmy się do Łącka do stadniny ogierów. Stadnina pamiętająca czasy Rydza-Śmigłego, zadbana, ze stajniami, powozownią, wybiegami dla koni, hipodromem i największą w Polsce, a drugą w Europie, ujeżdżalnią zimową, w której także odbywają się zawody hipiczne i aukcje koni. Oprowadzał nas koniuszy i udzielał stosownych informacji. Potem pojechaliśmy do Płocka. W programie stare miasto, siedziba biskupów, Katedra, muzeum diecezjalne, Wzgórze Tumskie oraz przepiękne widoki na Wisłę i znaczne jej rozlewisko, ciągnące się aż do Włocławka. Po drugiej stronie Wzgórza Tumskiego – Radziwie, dzielnica lewobrzeżna, a dalej Popłacin, stara siedziba Żółtowskich. Do dzisiaj w Popłacinie żyje 26 rodzin Żółtowskich. Trochę zmęczeni, zwłaszcza upałem, udajemy się na obiad do restauracji w centrum Płocka. Po drodze oglądamy tyły Małachowianki najstarszego gimnazjum w Polsce. Przechodzimy obok miejsca straceń, gdzie hitlerowcy rozstrzeliwali patriotów polskich. Po obiedzie żegnamy naszego przewodnika i po krótkich zakupach wracamy do Lucienia prawie na kolację.

    Czas płynie szybko. Przed wycieczką dojechali nowi członkowie naszego Związku. Henryk z Gdańska i Stanisław z Aleksandrowa Kujawskiego (bracia). Jeszcze nie byli na Zjeździe, choć kilka razy już się wybierali. Teraz zadowoleni, że spotkali tę najbliższą rodzinę, jak i poznali innych Żółtowskich. Ja, piszący te słowa, też bardzo się cieszyłem, gdyż mego stryja Henryka nie widziałem 10 lat. Po kolacji niektórzy grali w tenisa stołowego (dwaj bracia z Podkowy Leśnej) inni uprawiali sporty wodne, kajaki, rowery wodne, jeszcze inni zaś doznawali ochłody w wodzie. Dzieciaki w kapokach kąpały się w basenie lub dokazywały na huśtawkach ustawionych na plaży. Dorośli przechadzali się po pomostach, leśnych alejach, grali w brydża (a licytowano wysoko) lub po prostu gawędzili na przeróżne tematy. Atmosfera była wyjątkowa.Upalna pogoda, leśna cisza, pełna życzliwość i zrozumienie. Prawdziwy wypoczynek. Nikt nikomu nie naruszał sposobu spędzenia czasu i nikt nikomu nie przeszkadzał. Przy okazji Tadeusz bioenergoterapeuta wyprostował kilka kręgosłupów, popatrzył innym w oczy, co zupełnie pozytywnie przyjęli pacjenci.

    Sobota. Kościół w budowie, bryła zewnętrzna piękna, w środku jeszcze gołe mury. Modlimy się, ksiądz wygłasza okolicznościową homilię, nawiązując do wartości Rodziny, wspomina zmarłych Żółtowskich; odmawiamy Anioł Pański. Po Mszy św. część z nas ogląda stary park na tyłach dworu ówczesnych właścicieli Lucienia.

    Wracamy na otwarcie wystawy fotograficznej poświęconej historii Rodziny Michała z Czacza i Ludwika z Milanowa. Wspólnie opowiadają, jest duże zainteresowanie. Na zdjęciach przetacza się dramat, czasem radość, czasem tragizm, wielkich rodzin – portrety Polaków z XIX w., międzywojenne, okupacyjne i powojenne. Portrety ludzi, dla których Bóg Honor i Ojczyzna były drogowskazami życia. Współtwórcami wystawy są: Bożena – redaktor i Stefan – architekt. Po spotkaniu na wystawie fotografii odbyła się niewielka prezentacja dzieł naszych dzieci. Było pięć pierwszych nagród. Jak na początek to dobrze, że na apel Michała dzieciaki wywiązały się i przywiozły swoje prace. Długo jeszcze przed stołówką odbywały się dyskusje w grupach.

    Obiad, a po nim prelekcja prof. Janusza Bieniaka, historyka średniowiecza, heraldyka, o Rodzie Żółtowskich, o ich korzeniach. Mówił znacznie więcej niż w Soczewce. Dodatkowe dwa lata badań pozwoliły na precyzyjniejsze dane. Padają pytania z sali – Profesor odpowiada. Po wykładzie otrzymuje z rąk Stefana z Korycina pamiątkowy breloczek i herb Ogończyka posrebrzany i pozłacany. Jest wyraźnie zadowolony, a i nam jest przyjemnie.

    Urszula z Radia nagrywała wykład Profesora. Przywiozła Go na ten zjazd, a potem odwiozła do Warszawy. Był też ojciec Urszuli, jej siostra i mężowie obu pań. Towarzystwa dotrzymywał im chart Atos.

    Nie wspomniałem o Michale z Lasek (z Czacza), który w piątek zajmował się najmłodszymi Ogończykami na Zjeździe. Zabawiał ich różnymi opowieściami z własnej młodości, dyskutował przy soku i herbatnikach, które przygotowały Zosia i Bożena. Dzieci Go uwielbiają. W sobotę zażyczyły ponownego spotkania z Michałem. Wręczyły mu kwiaty w dowód szacunku iuznania.

    Ognisko przygotowano nad jeziorem. Rozpalono ogień i podano kolację. Był bigos, kiełbaski, piwo i inne napoje chłodzące. Prym wiodła Bogusia z Białej Starej z silną grupą szczecińską i leśno-podkowiańską. Drugą silną grupę stanowiła Stefania niezmordowana w tańcu z Mieczysławem (dobry tancerz) i wspomagający ich magnetofon z biesiadnymi piosenkami. Starsi rozmawiali przy stolikach, młódź i dzieciarnia szalała na pomoście. Trzeba było wydać im zakaz wchodzenia na pomost, gdyż w porze nocnej było to niebezpieczne. Starsi opuścili szybciej ognisko. Jacek z Jelonek, który na chwilę odwiedził Zjazd, przywiózł ze sobą gościa „swego Holendra”, doradcę do spraw sadownictwa. Holendrowi, który zwiedził wystawę fotografii, bardzo podobał się Zjazd i ognisko. Około pierwszej w nocy dyżurny ogniomistrz wygasił już ogień.

    Ranek w niedzielę powitał nas znów słońcem. Po śniadaniu zaczęli wyjeżdżać pierwsi goście. Oczywiście pożegnania, ostatnie rozliczenia z kierownictwem Ośrodka. Do zobaczenia na następnym Zjeździe. Wszyscy tak deklarowali, wszyscy byli zadowoleni, że radośnie spędzili ten czas wśród swoich bliskich.

    Jak na początku, tak i na końcu zacytuję słowa Księdza Proboszcza z Lucienia:

    „Życzę Wam na zakończenie tej Mszy św. byście właśnie nie ustępowali w drodze, byście zawsze pamiętali o tych zjazdach rodzinnych, bo one dają Wam tę radość, radość bycia wśród swoich, swoich bliskich”.

    W imieniu organizatora Zjazdu w Lucieniu Jarosława ze Skierniewic i Jego żony Barbary oraz w swoim własnym jako I wiceprezes Naszego Związku pragnę podziękować wszystkim uczestnikom naszego spotkania za chęć i trud przyjazdu, za spędzenie wielu wspaniałych chwil, za zrozumienie niedociągnięć organizacyjnych, za cieple słowa wypowiedziane pod adresem Jarosława, za to że Zjazd się udał.

    Sam natomiast dziękuję Jarosławowi i Barbarze, Bożenie, Ludwikowi i Michałowi, Stefanowi, Piotrowi, za trudy organizacji Zjazdu, za ich zaangażowanie i sprawienie innym Żółtowskim radości.

    Dziękujemy Ci Stefanio i Rafale za optymizm i pogodę w pokonywaniu trudności lokalowych i organizacyjnych, za życzliwość i zapal w organizowaniu zjazdów.

    Andrzej Ludwik

  • Migawki o LUDWIKU HIERONIMIE MORSTINIE i Pławowicach

    Michał z Lasek (Czacza)

    Rok 1933.

    Polowanie, a raczej mała „klaperka” w Jurkowie u Kajetanów Morawskich. Zima, lekko prószący śnieg. Myśliwych niewielu, przeważnie młodociani, ja sam miałem wtedy 17 lat. Zaczęło się od „streify” w polu, czyli długiego marszu szeroko rozwiniętym szeregiem. Obok mnie szedł Ludwik w futrzanej czapce, z rękami w mufce, z dubeltówką pod pachą. Wzrok miał utkwiony w ziemię, robił wrażenie kogoś bardzo zamyślonego. Od czasu do czasu wyrywał go z zamyślenia pomykający zając. Wtedy składał się: pif, paf padały dwa strzały, lecz zając z reguły leciał zdrowy dalej. Ludwik nie wyglądał tym speszony, myślę, że lubił głównie atmosferę polowania, a nie jego wyniki.

    Rok 1943.

    Pławowice. Ludwikowie zaprosili mnie na trzytygodniowy urlop w czerwcu. Gdy zajechałem do nich, uderzyło mnie piękno Pławowic. Stary, asymetrycznie zbudowany pałac, położony w dużym parku z parusetletnimi dębami, po którymi pasły się arabskie siwe klacze ze źrebiętami. Przed domem staw sztucznie wykopany w XVII w. W latach okupacji odkryto drewniane rury prowadzące wodę z pobliskiego wzgórza do fontanny pod pałacem. Dwór oczywiście nie miał wody bieżącej. W niewielkiej odległości za stawem płynęła Szreniawa, zasilająca w wodę stawy rybne poprzegradzane groblami, na których rosły wierzby. W dali nad proszowską równiną można było dostrzec wznoszącą się wysoko górę Koniuszy, pełną legend. Na jej szczycie, obok kościoła pokazują kamień, na którym rzekomo siedział Kościuszko po bitwie pod Racławicami. Oprawa Pławowic naprawdę była malownicza.

    Ujęła mnie od razu gościnność i serdeczność państwa domu. Życie koncentrowało się na pierwszym piętrze, w kilku ciągnących się w amfiladzie salach. W jednej z nich, narożnej i przechodniej mieścił się gabinet pana domu. Pracował tam przy ogromnym, starym biurku, nie zwracając uwagi na przechodzące osoby. Zapisane strony odkładał na bok, a dalszy ich los obchodził już tylko Ninę.1

    W grudniu 1944 r. odwiedziłem znów na krótko Morstinów. Przyjechałem zapytać, czy możliwe byłoby powierzenie im mojej najmłodszej siostry, Zosi, by mogła w „Pławowskiej Akademii” kończyć szkołę średnią. Ludwik na moją prośbę odpowiedział negatywnie. Tłumaczył, że dom jest nieprawdopodobnie przepełniony i trudno byłoby w nim umieścić jeszcze jedną osobę. Kiedy jednak dowiedział się, że Zosia brała udział w Powstaniu Warszawskim i że była odznaczona, zaraz zmienił zdanie: ” skoro była w Powstaniu, to musimy się ścisnąć i ją przyjąć”.

    Zauważyłem uderzającą zmianę w sali bibliotecznej. Ludwikowie ustawili tam w środku jakby pokoik ze sklejki, w którym z braku wolnych pomieszczeń w Pałacu umieścili przyjaciela sprzed wojny, Leopolda Staffa z żoną. Żył on jeszcze wrażeniami z Powstania Warszawskiego, a tak był zdeprymowany zniszczeniami kultury, jakie się dokonały, że nie mógł o niczym innym mówić.

    Na parterze kwaterowali niemieccy żołnierze. O jakieś 2 km od Pławowic stał sztab większego oddziału AK. Niemcy o tym doskonale wiedzieli. Obie strony nie chciały się wzajemnie zaczepiać, dla obu istotnym problemem był oczekiwany atak Armii Radzieckiej, stojącej o kilkanaście kilometrów za Wisłą.

    Przed świętami Bożego Narodzenia zjawiło się we dworze paru akowców z nieśmiałym zapytaniem, czy dziedzic zgodziłby się odstąpić im bezpłatnie jedną tonę karpia z jesiennego odłowu. Spodziewali się, że przy sprzedaży detalicznej uzyskają wiele wyższą cenę. Zapłacą należność zgodnie z urzędową taryfą, a sami coś zarobią. Ludwik, mający zawsze szeroki gest, zaufał im, a akowcy wzorowo wywiązali się z obietnicy.

    Rok 1952.

    Zakopane. Willa przy ul. Kasprusie. Spędziłem tam w marcu, w czasie ogromnych roztopów, przemiłe dwa tygodnie. Nina oprócz prowadzenia domu, troskliwie czuwała nad chorującym mężem. Uczestniczyłem wtedy w paru ciekawych rozmowach. Raz przyszedł z wizytą Roman Brandstaetter, innym razem jakaś nieznana mi literatka. W pewnej chwili powiedziała: „Dobrze, że teraz możemy ze sobą swobodnie rozmawiać. Przed wojną chyba nie byłoby to możliwe”. Na to Ludwik: „Bardzo cię przepraszam, ale i przed wojną przyjmowaliśmy każdego. Potwierdzi ci to każdy z literatów”.

    W Zakopanem Ludwik należał do Rady Miejskiej. Udało mu się po burzliwej dyskusji utrzymać nazwę ulicy Władysława Zamoyskiego, kiedy wykazał, że to on właśnie wywalczył doprowadzenie linii kolejowej do miasta. Miał za to inny kłopot, z którego mi się zwierzył. Przeczytał mianowicie wszystkie książki z publicznej biblioteki i nie wiedział, co dalej robić. Miałem ze sobą dwie naukowe pozycje, jedną z historii, drugą z ornitologii i zapytałem, czy by to go nie interesowało. W jakieś 4-5 dni przeczytał obie – oczywiście nocami, gdyż w dzień pracował nad tłumaczeniem hiszpańskich. poezji. Uderzyło mnie, że zaczął zaraz robić porównania z działami o ptakach sławnego Brehma.

    Ostatni raz widzieliśmy się w Warszawie, w mieszkaniu przy Kanonii, na krótko przed Jego śmiercią. Cierpiał bardzo i na pewno przeczuwał, że się więcej nie zobaczymy. Sięgnąwszy do szuflady, wręczył mi cały plik zdjęć Bułhaka z widokiem Jarogniewic. Zrozumiałem Jego intencję.

    październik 1994 r.


    1 żonę Janinę z Żółtowskich – B.W.

  • Paweł i Anna Żółtowscy


    Elżbieta z Żółtowskich Wężykowa

    Byłam najmłodszą z trzech córek i chyba najbardziej rozpieszczoną przez Rodziców. Ojciec nasz, który był dla mnie uosobieniem pewności, siły i rozsądnego działania, praktycznie nie był w stanie odmówić żadnym moim prośbom! Jednak wychowywano nas starannie i wiedziałam, że są granice, których przekraczać nie wolno.

    Byłam bardzo dumna, że jest taki przystojny i młodo wygląda (pamiętam Jego roześmiane tak bardzo niebieskie oczy, gdy uczył mnie tańczyć walca), a moje przekonanie, że wszystko potrafi i wszystkiemu zaradzi przetrwało z małymi wyjątkami do wieku dorosłego.

    Czasy się zmieniały, nasz dom warszawski z dużym ogrodem zmienił się w 1945 r. w mały sublokatorski pokój w Krakowie, a dostatekw trudności dnia codziennego. Mogłam podziwiać Rodziców, ich zdolność do zorganizowania nowego sposobu życia 1 zarobkowania i zachowania równowagi umysłu; było to trudne szczególnie po wyjeździe dwóch starszych córek na Zachód. Ojciec nasz był wymagający dla siebie i dla nas, ale wybaczał potknięcia i błędy młodego wieku. Jedyną rzeczą, której nie mógłby przeboleć, to brak wiary w Boga, a także brak patriotyzmu. Powoływał się zawsze na całą działalność swego ojca Stanisława, matki Marii z Sapiehów i całej Rodziny Żółtowskich przeciw germanizacji w Wielkopolsce, a także na osobę swego wuja kardynała Adama Stefana Sapiehę, łączącego w sposób doskonały służbę Bogu i Narodowi. Kontakty z wujem Kardynałem bardzo się zacieśniły, gdy zamieszkaliśmy w Krakowie. Miałam wrażenie, że papa miał w Nim duchowego Ojca i doświadczonego, serdecznego przyjaciela.

    Do końca długiego życia papa interesował się bardzo aktywnie polityką, historią, a także po części socjologią i filozofią. Czytał ogromnie dużo, znajomość trzech języków (niemieckiego, angielskiego, francuskiego) rozszerzała możliwość wyboru ciekawych pozycji i znakomicie ułatwiała słuchanie zagranicznych radiostacji. Z niektórych ciekawszych artykułów zagranicznych gazet, czy interesujących Go książek robił sobie pisemne recenzje, potrafił dawać własne, interesujące komentarze. Lubił dyskusje na wszystkie poważne tematy, podczas których oboje zapalaliśmy się tak ogromnie, że mama musiała interweniować! Bardzo lubił ludzi młodych jako patrzących na rzeczy prosto, bez pewnych naleciałości, nabytych uformowań, spontanicznych; lecz na dyskusje o polityce nieodmiennie udawał się co piątek do p. Stefana Stablewskiego(też Wielkopolanina), gdzie mógł spotkać osoby różnej profesji zbliżone do niego wiekiem i wiedzą; nazywaliśmy ich po cichu „strategami”!. Rodzice moi do późnych lat życia spędzali wakacje chodząc po Tatrach, urządzając wycieczki w okolicach Rabki, wreszcie robiąc duże spacery po Krakowie. Pamiętam jak papa mając lat 70 mama 61 szli sobie piechotką z Poronina na Jaszczurówkę (Zakopane) i dalej do doliny Olczyskiej. To się nazywa kondycja fizyczna!!

    Na zakończenie muszę wspomnieć, że Ojciec nasz często wracając myślą do odzyskania Niepodległości przez Polskę po I wojnie mawiał, że życzy nam, następnym pokoleniom przeżyć to, czego On w 1920 r. doświadczył: „Spełniło się to o czym śniły pokolenia, a co do niedawna wydawało się niezniszczalnym marzeniem. Uczucie pokrzywdzenia, zepchnięcia na drugi plan, uzależnienia od obcych, wymazania z ludzkiej pamięci ustąpiło miejsca świadomości odzyskania Wolności, godności ludzkiej oraz pełnej odpowiedzialności za dalsze losy Kraju. Rota Konopnickiej nie była przesadą w oddawaniu uczuć i nastrojów wypełniających w owym czasie nasze dusze i serca”.

    Mama, której dobroć i wrażliwość na ludzkie losy winny by zawsze dla nas wzorem, była osobą niezwykle inteligentn o różnorodnych uzdolnieniach. Szkół wyższych nie kończył ale jak żartowaliśmy z papą tytuł „magistra” powinna był posiadać! Współtworzyła prace magisterskie z filologii angielskiej (co do francuskiej nie mam pewności); nazywało się to „korekta”! Pracowała w Akademii Umiejętności (pierwsza w życiu prac w wieku ok. 50 lat), robiła tłumaczenia na 3 obce języki bardzo wprawnie. Zdumienie budziła różnorodność dziedzin, szczególnie ścisłych, jeśli chodzi o terminologię. Pamiętam prace z dziedziny prawa, filozofii, medycyny, ichtiologii czy wreszcie jakiś niezwykły tekst o budowie oka muchy!

    Była w stanie tłumaczyć na polski dodatkowo z dwóch czy trzech języków, czyli z pięciu, sześciu języków tłumaczyła na polski.

    Czytała ogromnie dużo, interesowało ją wszystko. Pamięć miała wyjątkową; mówiło się, że jeżeli w encyklopedii hasło potraktowane jest zbyt krótko lub w ogóle go brak, to wystarczy zapytać mamę – na pewno będzie wiedziała!

    Potrafiła cieszyć się wszystkim; pamiętam wiosną mówiła „No, dzień już dłuższy trzeba wypatrywać ptaków, a na tej płaczącej wierzbie już widzę pączki, trzeba koniecznie pojechać za miasto – ziemia na pewno pachnie …”

    marzec 1995

  • Paweł Żółtowski /25 XII 1889 – 25 VII 1985/

    Był właścicielem majątku Stawiska w pow. węgrowskim, rolnik, urodzony w Niechanowie k. Gniezna jako syn Stanisława (1849-1908) i Marii z Sapiehów Kodeńskich h. Lis z Krasiczyna (1855-1929).

    W 1908 r. ukończył wyższą szkołę realną w Poznaniu i rozpoczął studia na wydziale rolnym Katolickiego Uniwersytetu w Louvain w Belgii. Kierunek studiów kontynuował w 1910 i 1911 r. na Akademii Rolniczej w Berlinie. W 1911 i 1912 studiował w London School Economics and Political Science. W 1912 r. jako Polak zamieszkały pod zaborem pruskim miał odbyć służbę wojskową w armii cesarskiej. Wybrał 5. szwadron 2. pułku ułanów gwardii stacjonujący w Berlinie – ten sam, w którym służył jego ojciec.

    Po jednorocznej służbie odbył praktykę gospodarczą w majątku Stawiany pod Wągrowcem Zygmunta Chłapowskiego. Zmobilizowany w sierpniu 1914 r. został wysłany wraz ze swym pułkiem na front francuski. Przeżywał głębokie rozterki Polaka zmuszonego do walki przeciw przyjaznej Francji. Musiał nawet ukrywać znajomość języka francuskiego, by nie być poczytanym za szpiega. W maju 1915 r. został wraz z pułkiem wchodzącym w skład II Armii gen. Augusta v. Mackensena wysłany na Front Wschodni. Pełniąc służbę wywiadowczą był odznaczony Żelaznym Krzyżem niemieckim za wykrywanie pozycji wojsk rosyjskich. W końcu 1915 r. wrócił na front francuski.

    W połowie 1916 r. został odkomenderowany na kurs dowódców kompanii piechoty, a następnie otrzymał urlop dla „spraw rolnych” i wyjechał do rodzinnego Strońska. Do wojska niemieckiego już nie wrócił; na wiadomość o kapitulacji Niemiec i początkach powstania w Poznaniu zgłosił się do formowania Oddziałów Wojska Polskiego i objął jako porucznik, a wkrótce rotmistrz 8. kompanię 1. Pułku Strzelców Wielkopolskich.

    Na początku marca 1919 r., w składzie Grupy Wielkopolskiej płk. Konarzewskiego, poszedł jako dowódca batalionu na odsiecz Lwowa. Zyskał wtedy uznanie kolegów za to, że odpowiadając na apel dowództwa, by oficerowie”wyższych broni” uzupełniali brakujące kadry w piechocie, zgłosił się tam jako jeden z pierwszych. Parokrotnie ranny otrzymał po walkach 3 Krzyże Walecznych, a później order Polonia Restituta.

    W dalszym toku służby przerzucony z Frontu Zachodniego na Białobrzeski, w grudniu 1919 r. został przyjęty do Szkoły Sztabu Generalnego i odtąd służył już tylko w sztabach. W 1920 w Sztabie Głównym w Warszawie, następnie u boku gen. Jana Edwarda Romera na Ukrainie, w końcu na Froncie Południowo-Wschodnim. Szkołę Sztabu Generalnego ukończył w 1921 r.

    W czerwcu 1922 r. bierze ślub z Anną Potocką h. Pilawa (1898-1982), córką Henryka Potockiego z Chrząstowa i Julii z Branickich h. Korczak. Podjął służbę w Inspektoracie Kawalerii, następnie w biurze Ścisłej Rady Wojennej pod gen. Tadeuszem Kutrzebą, a od 1923 w III Oddziale Sztabu Generalnego. Przeniesiony do Poznania w 1923 r. jako szef sztabu VII Brygady Jazdy gen. Sochaczewskiego pełnił tę funkcję aż do 1925 r., nosząc barwy 15 p. Ułanów Poznańskich. Przeszedł następnie do rezerwy, czego w późniejszych latach życia żałował.

    Następnie objął stanowisko Dyrektora Wielkopolskiej Izby Rolniczej. Mimo iż w tej pracy cieszył się wielkim uznaniem, po kilku latach podał się do dymisji wiedząc, że ktoś wysoko postawiony chce zająć jego miejsce i liczy na poparcie „z góry”. Paweł nie chciał się dać wciągnąć w „walkę o stołki”.

    W 1929 r. podjął pracę w Ministerstwie Rolnictwa. W 1931 r. został adoptowany przez Krzysztofa Augusta Cieszkowskiego, syna filozofa i otrzymał od niego majątek Stawiska w pow. węgrowskim. Pragnąc zająć się nim efektywnie, dochody pochodzące z udziału w firmie handlu herbatą oraz z założonej wraz z ciotecznym bratem P.F.Sapiehą spółki do handlu węglem przeznaczył na wybudowanie chlewów, obory, stodoły i spichlerza.

    W 1939 r., podobnie jak wielu innych, szukał długo swego sztabu i ostatecznie oddał się we Lwowie pod dowództwo gen. Langnera. Uciekł stamtąd w przebraniu cywilnym nie ufając zapewnieniom władz sowieckich, że oficerowie po złożeniu broni wywożeni do Złoczowa będą mogli udać się wg własnego uznania do Rumunii lub do miejsca zamieszkania.

    Wraz ze Stanisławem Czapskim, bratem malarza Józefa, przemykając się między wojskami niemieckimi a sowieckimi, częściowo końmi, a częściowo piechotą dotarł w październiku do zburzonej Warszawy.

    W jesieni 1939 r. został wprowadzony przez Michała Sobańskiego (zmarł w Majdanku) do zespołu Związku Walki Zbrojnej (ZWZ). Ściślejszą jednak współpracę nawiązał dzięki Stanisławowi Geysztorowi z Biurem Pracy Społecznej, gdzie należał do grupy spraw rolnych. Do paramilitarnej organizacji ziemian „Uprawa”, później „Tarcza” dostał się dzięki Marii Krzeczunowicz i jej bratu Leonowi (oboje zamordowani przez Gestapo) oraz Karolowi Tarnowskiemu. Został mianowany delegatem na woj. warszawskie (pseudonim „Ogończyk”).

    Miał wtedy za zadanie przygotować lotnisko dla alianckich samolotów latających nad Polską. Zlecono mu następnie pracę nad projektem nowej konstytucji.

    W Powstaniu Warszawskim mając postrzeloną nogę nie pełnił znaczącej funkcji. W końcowej fazie, dzięki pomocy krewnych wydostał się szczęśliwie ze stolicy.

    W 1945 r. po wyzwoleniu Polski wraz z rodziną zamieszkał w Krakowie. Metropolita krakowski, arcyb. Adam Stefan Sapieha był bratem matki Pawła. Paweł swego wuja kochał, czcił i podziwiał. Jemu samemu życie trudno się układało, gdyż ze względu na swą przeszłość i pochodzenie nie mógł znaleźć pracy w żadnej państwowej instytucji. Dawne źródła zarobku przestały istnieć, toteż znając dobrze języki robił tłumaczenia, udzielał lekcji angielskiego, niemieckiego w Seminarium Duchownym, uczył francuskiego i angielskiego. W ostatnich latach życia, gdy już nie pracował, studiował prasę zagraniczną w Klubie Książki i Prasy i na specjalnych zebraniach referował swoje spostrzeżenia o sytuacji politycznej Polski i Europy. Po mieście kursował na piechotę; nie dawał się podwozić. W 94. roku życia miał pełną żywość umysłu i doskonałą pamięć.

    Pozostało po nim wspomnienie człowieka wielkiej prawości charakteru, bezinteresownego, bardzo odważnego, przywiązanego do Kościoła i Ojczyzny.

    Z małżeństwa z Anną Potocką pozostały trzy córki:

    1. Julia (ur. w 1923) wyszła za mąż za Wacława Bnińskiego, mieszka stale w Stanach Zjednoczonych.
    2. Maria (ur. w 1929) wyszła za mąż za Artura Potockiego, mieszka stale we Francji.
    3. Elżbieta (ur. w 1935) wyszła za mąż za Macieja Wężyka, mieszka stale w Krakowie.

     

    Elżbieta z Żółtowskich Wężykowa, Michał z Lasek (Czacza)

  • Piąty Zjazd

    Po raz piąty spotkałem się z wieloma osobami noszącymi to samo nazwisko, co ja. W 1992 r. w Skierniewicach było to trochę powyżej trzydziestu osób, tego roku – w pięć lat później – było powyżej osiemdziesięciu. W tym również wiele dzieci, które w Skierniewicach nie były obecne.

    Wydaje mi się, że zamysł założycieli trafił w oczekiwanie szerszego grona. Tego roku, tak jak i w latach poprzednich w Zajączkowie i Soczewce, zaznaczyły swą obecność grupy oczekujące od Zjazdu spełnienia różnych projektów.

    Przede wszystkim to młodzież i dzieci przybywające na spotkania z Michałem z Lasek i korzystające z pozbawionych trosk wakacji, w atrakcyjnym miejscu i w swojskim otoczeniu. Spotkanie z Michałem wydaje się być fundamentalne dla tak licznie przyjeżdżającej młodzieży.

    Oczywiście odrębną grupą jest Zarząd Związku, który z racji przyjętych obowiązków nie może nie przyjechać na Zjazd. Sądzę, że Zarząd rzeczywiście chce się spotykać ze sobą, a przede wszystkim z resztą osób, niezależnie od atrakcyjności miejsca czy innych powodów. Inne osoby mają różne powody przyjazdu i różne oczekiwania, np. wypoczynek wśród przyjaznych osób, spotkanie z bliską czy dalszą rodziną, ciekawość, poszukiwanie urozmaicenia.

    Podobają mi się bardzo – jeśli prezesowi wolno mieć upodobania – Ci, którzy stęsknili się za innymi Żółtowskimi; taką motywację słyszałem. Była potwierdzona okazywaniem sympatii każdej z przybyłych osób. Wiem, że są tacy, którzy przybywają po raz pierwszy i „obwąchują zgromadzoną społeczność”. Jest też urocza para „starszych państwa” z Bydgoszczy, którzy są niezmiennie życzliwi wszystkim. Ta ich bezinteresowna życzliwość jest niezwykle odpoczynkowa, a przy bezinteresownej niechęci charakteryzującej nasze czasy stanowi prawdziwą przyjemność.

    Wystawa dotycząca historii rodziny Michała i mojej była przeżyciem, ale skoro spowodowała zainteresowanie historią i sprawiła radość, to się cieszę, ponieważ lubię dzielić się radością.

    Przyjmując, że uzyskałem pozwolenie wyrażenia zupełnie prywatnej opinii, wyznaję że tego roku miałem wyjątkowe towarzystwo zjazdowe. W naszym domku nr 4 przez trzy noce z rzędu prowadziliśmy bardzo interesujące dyskusje, w gronie pięciu-sześciu osób, będących często zupełnie odmiennego zdania.

    A w sobotę przedzjazdową zadzwoniłem do Urszuli „radiowej”, która ucieszyła się z mojego telefonu, gdyż „stęskniła się” za Żółtowskimi i zdecydowała przyjechać na Zjazd.

    Z przytoczonych relacji wynika, że coś różnego, a jednocześnie wspólnego, ciągnie nas do siebie. Przypuszczam, że jest to wynik doświadczeń „peerelowskich”. Rozmaite wspólnoty wmawiano nam na siłę, powodując niechęć do jakichkolwiek zgromadzeń. W późniejszym okresie dobrowolne zrzeszanie się było zagrożeniem dla władzy, zatem ta dążność była likwidowana metodami administracyjnymi lub policyjnymi. Pamiętam, że w 1984 r. władze odmówiły zarejestrowania Towarzystwa Miłośników Konia w Polsce; zapewne dlatego, by nie zezwolić na legalne zbieranie się ludzi. Dziś, gdy policyjne inwigilacje uległy ukróceniu, społeczeństwo znajduje formy różne stowarzyszeniowe, czasem egzotyczne. My mamy wyznaczone cele w statucie, jasno wyrażone postawy etyczne. Uważam, że to jest naszym atutem, a przyszłość dowiedzie naszej umiejętności samodzielnego rządzenia się. Wzajemne zaś oddziaływania wytworzą ustalone sympatie czy przyjaźnie. Chyba już wytworzyły.

    Otrzymałem dzisiaj telefon od kolegi – bibliofila, że na rynku księgarskim ukazała się duża ilość listów mojej wielkopolskiej rodziny. W jednym z listów, pisanych po Zjeździe rodzinnym, piszący wyrażał żal z powodu nieobecności moich rodziców. Wyraziłem zainteresowanie zakupem, lecz oferent żąda ogromnie wygórowanej ceny – 20 zł za sztukę. Mam nadzieję, że przyszłe pokolenia zechcą równie wysoko ocenić prasę podawaną przez Bożenę z Ursusa oraz „lekkie pióro” niektórych autorów.

    Andrzej ze Słonecznej (z Milanowa)

  • Ród Żółtowskich


    Marek Żółtowski z Poznania

    Przodkowie nasi w Ziemi Płockiej żyli, Tutaj powstała Żółtowskich historia. Książę Ziemowit wieś Żółtowo nadal, Za wierność Polsce herb Ogończyk dodał. Tak się zaczęty rodu tego dzieje, Obrona Polski, Wolności i Wiary, Dni pełne pracy mierzone wiekami, Mądrością przodków wciąż owocowały. Dziś w całej Polsce Żółtowskich jest wielu, Choć czasy inne – cnoty pozostały, Bo dla nas Honor, Bóg oraz Ojczyzna Na zawsze będą klejnotem wspaniałym.

    muzyka: Zbigniew Preisner (z utworu „Miejcie nadzieję”)

  • Święta Wielkiejnocy – kiedyś

    W dzieciństwie zdarzenia przeżywa się intensywnie, ze świeżością młodego wieku i wrażliwą wyobraźnią. Później powtarzające się przeżycia kojarzą się zawsze z tymi pierwszymi. Poza tym dziecko posiada zdolność trafnego odczytywania znaków i symboli, gdy dorośli przestają je dostrzegać.

    Takie myśli zaczęły mnie nachodzić z chwilą, gdy chciałem wspomnieć dawne czasy i coś o nich napisać. Święta Wielkiejnocy jak zawsze poprzedzał okres Wielkiego Tygodnia, a sposób spędzenia go rzutował na same święta. Pełna wymowy, a chwilami dramatyczna liturgia z tych dni wytwarzała niezastąpiony nastrój. Gdy obecnie kościół, widząc zapędzenie ludzi, skrócił i uprościł tę liturgię, straciła nieco ze swej wyrazistości.

    Na nas dzieciach wielkie wrażenie robiła Msza św. w Wielki Czwartek, zwłaszcza przejście od hałaśliwego rozdzwonienia dzwonków na „gloria” do przerywanej klekotaniem grzechotek surowej ciszy. Po odprowadzeniu Sanctistimum do ciemnicy następowało ogołocenie ołtarza: zdjęcie obrusa, kwiatów, przewracanie świeczników i szeroko otwarte drzwiczki tabernakulum. To wszystko dla upamiętnienia chwili zgrozy na Golgocie, gdy skały pękały i zasłona świątyni rozdarła się na dwoje. Moja Babka, świetna pianistka, całymi dniami grająca na fortepianie aż w domu drżało, twierdziła, że trzy dni żałoby od Wielkiego Czwartku do Wielkiej Soboty stanowią dla niej najcięższe chwile w ciągu roku. Zwyczajowo w tym czasie nikt nie uprawiał żadnej muzyki.

    W Wielkim Tygodniu kościół parafialny w Czaczu świecił pustkami, pełno było pracy w polu i ogrodzie. Tylko przed ołtarzem, przy :ach stała garstka dzieci, w głębi zaś nawy widniały postacie kilkunastu starszych kobiet w regionalnych strojach.

    Począwszy od Wielkiej Środy Msze św. poprzedzały ciemne jutrznie, śpiew po łacinie kilkunastu psalmów i po każdym gaszenie jednej ze świec w stojących dwóch siedmioramiennych świecznikach. Nie rozumieliśmy słów, ale docierało do nas piękno ceremonii. W Wielki Piątek adoracja Krzyża odbywała się nieco inaczej niż dziś. Po odsłonięciu poszczególnych jego ramion, kładziono go na ziemi, a wierni, począwszy od kapłana, organisty i ministrantów całowali Jego rany i wrzucali grosiki do postawionej obok puszki. W Wielką Sobotę ogromne wrażenie wywoływał widok kapłana zdejmującego ornat i trzewiki, kładącego się w samej albie krzyżem na ziemi. Przez ten czas śpiewano litanię do Wszystkich Świętych.

    Nasza Matka wyczuwając trudności najmłodszych w uczestnictwie w tak długich nabożeństwach, już od Wielkiego Poniedziałku przygotowywała nas do nich przez odpowiednią lekturę. Było to Życie Chrystusa, a właściwie opis widzeń błogosławionej Katarzyny Emmerich, która od dziecka obdarzona niezwykłym darem oglądania całego życia Pana Jezusa, w końcu zgodziła się podyktować opis swych objawień. Jest to utwór bardzo żywy i obrazowy, przemawiający do serca i wyobraźni. Katarzyna słyszała jęki Chrystusa podczas biczowania, stuk młotków przy ukrzyżowaniu, ostatnie Jego słowa.

    Wielkosobotnie popołudnie tchnęło już spokojem. W kościele pozostał jeszcze grób – aż do rezurekcji w dzień następny, lecz nikt już nie pracował.

    Wielkanoc to dzień pełen radości. Uroczysty obiad z pisankami i barankiem na stole. Przed rozpoczęciem jedzenia nasz ojciec dzielił się jajkiem ze wszystkimi. Do stołu podawano wielką rzadkość – wino. Nawet dzieci dostawały troszeczkę. Oko przyciągały mazurki, zwłaszcza pokryte masą ze skórki pomarańczowej. Po obiedzie dorośli w malutkich filiżankach dostawali czarną kawę, a my mogliśmy zanurzyć w niej kostkę cukru i zjeść kanarka.

    Nazajutrz „śmigus”. Od rana należało strzec się nawet najlepszych przyjaciół. Okres ferii wielkanocnych wiązał się z wiosną i budzeniem się przyrody. Dokoła wszędzie, a zwłaszcza na łąkach tworzyły się rozlewiska. Starsze siostry przywoziły ze szkoły wiele wiadomości o słodkowodnej faunie. Biegały z siatkami, łowiły rozmaite stwory i zapełniały nimi coraz to nowe słoje. Od nich uczyliśmy się nazw trytonów, pijawek, chrząszczy żółtobrzeżków i innych owadów. Cały ten owadzi świat pozornie żył w zgodzie i dawał się obserwować, ale w nocy zwierzęta te napadały na siebie i pożerały się wzajemnie. W słoju pozostawała po zjedzonej ofierze jedynie przezroczysta błonka o jej kształcie.

    Co roku, na wiosnę pociągała nas archeologia – pobliskie cmentarzysko pogańskie. Pozornie rozkopane, w nieładzie, kryło jeszcze różne tajemnicze znaleziska. Kiedyś odkryliśmy płaski głaz pokryty węglem drzewnym, służący zapewne do palenia ludzkich zwłok. Wszędzie natrafialiśmy na resztki glinianych skorup, lecz znalezienie nie rozbitego naczynia było bardzo trudne. Czasem miało się je całe pod ręką, lecz zetknięcie wilgotnej ceramiki z powietrzem sprawiało, że rozpadała się w dłoni.

    Wreszcie niezapomniane spotkania ze zwierzyną. W pobliskiej bagnistej dolinie Obry, na przestrzeni kilometrów, większość łąk pokrywała woda z roztopów. Kiedyś widziałem jak z lasu wypadł rogacz i wielkimi susami pokonywał zalaną łąkę, wywołując przy każdym skoku fontanny kropel. Dotarłszy do wezbranego kanału przecinającego dolinę, rzucił się w lodowatą wodę i cały w niej zanurzył. Wyskoczył na drugim brzegu, otrząsnął się jak mokry pies i puścił się dalej skacząc po drugiej łące, równie zalanej, aż w końcu wylądował na zadrzewionym wzgórku. Co za widok!

    Kiedyś o zmierzchu ujrzałem na polu samotnego dropia. Stał ogromny, przypominając z daleka strusia. Na widok zbliżających się ludzi zaczął biec bijąc skrzydłami o wodę i odleciał.

    Przez kilka lat nie mogłem rozpoznać tajemniczego ptaka, wydającego donośny głos: „kurii, kurii, kurii, li, li.” Dopiero raz po latach miałem okazję go zobaczyć, jak cała para leciała nade mną. Był to niewiele mniejszy od bociana kulig wielki.

    Michał Żółtowski z Czacza

    kwiecień 1996 r.

  • Wiersze

    Dylemat

    Przepracowany kolejny tydzień. Jeszcze dziś muszę coś dokończyć, Sprawy jutra stoją w kolejce. Te z pojutrza też się niecierpliwią Muszę się nimi pilnie zająć. Muszę …… muszę? A przecież i tak kwitną łąki Muszę je podziwiać… Chcę je przeżyć…

    W biegu

    Ptak przyleciał Powiało muzyką Kropla rosy odpowiedziała Słońcem na błękicie Stanąłem, słucham…, patrzę…… i znów biegiem…

    Marek z Poznania

    Poznań, 1996