Andrzej Ludwik z Milanowa
Korciło mnie zawsze napisać pamiętnik idący do tyłu. Bo czyż nie jest logiczne starać się odnaleźć źródło takiego czy innego postępku? A przecież moje dzisiejsze postępowanie jest na pewno wynikiem jakichś wcześniejszych decyzji. Proszę się nie martwić, nie podejmę się takiej analizy i z tej prostej przyczyny nie piszę pamiętnika. Pewnikiem jednak tego życiorysu jest fakt, że się urodziłem, że uniknąłem parę razy śmierci i również – a to jest zadziwiające – nie przebywałem ani chwili w więzieniu, ani w lagrze czy w łagrze mimo spełnienia tzw. warunków podstawowych, by się tam znaleźć.
A więc urodzenie – 25 listopada 1922; miejscowość – Mszczyczyn, powiat Śrem, województwo poznańskie, kraj – Rzeczpospolita Polska. Nazwy geograficzne podaję według wówczas obowiązującego nazewnictwa. W Słowniku Geograficznym jest podane, że źródłosłów Mszczyczyna tkwi w czasowniku mścić się. Widocznie Żółtowscy za krótko tam władali (tylko dziad i ojciec), by przejąć mściwość związaną z nazwą.
Natomiast siedziba powiatu ma inne konotacje. Najzabawniejsza spotkała mnie w RKU w Warszawie, w 1960-którymś roku. Sierżant-skryba nie zauważył znaku nad „S” i źle odczytał literę „e” sądząc, że jest to „a”. No i wstydził się głośno wymówić te dźwięczne Śrem w czasie odczytywania książeczki wojskowej. Acha, była i druga trudność porozumienia się z sierżantem. Chodziło o pochodzenie. Do tych samych sześćdziesiątych lat wpisywano mi chcąc nie chcąc – pochodzenie obszarnicze. W chwili wypisywania książeczki sierżant podsuwał mi określenie – inteligencja pracująca. Też dziwoląg językowy. Ja natomiast chciałem podtrzymać „tradycję” wczesnego Peerelu, lecz zapomniałem określenia, już wtedy nie używanego. Klapka się odemknęła i z triumfem prawie krzyknąłem OBSZARNICZE. Sierżant się skrzywił i „wyjechał z argumentem”: „Pana ojciec miał studia?” Ja mu na to: „Panie sierżancie, było obszarnicze? to musi pozostać obszarnicze.”
Wracając do pochodzenia, to rodzice wychowali się pod dwoma berłami. Ojciec pod pruskim, jako najstarszy syn Marcelego i Ludwiki Czarneckiej, rodziny wielkopolskiej dopiero w trzecim pokoleniu. Wcześniej byli obywatelami Polesia Wołyńskiego i Wołynia. Matka pod berłem carskim jako najmłodsze dziecko Włodzimierza Światopełka Czetwertyńskiego, Sybiraka, a wcześniej obywatela Wołynia i Marii Uruskiej, wnuczki najbardziej skąpego obywatela Galicji i Lodomerii – tak podaje Aleksander Fredro – i córki jednej z najbogatszych „heritier” litewskich, Hermancji Tyzenhauz. Co za melanż! Tak się zaczęło moje bardzo szczęśliwe życie, na razie również bardzo niesamowite. Były bowiem „narzucania” – na przykład mowa obca. Wbiła mi się w pamięć opowieść miss Charlotte, że w czasie rewolucji w 1917 r. w Kijowie została przewrócona na chodniku przez szarżujących Kozaków tak niefortunnie, że końskie kopyto otworzyło jej klatkę piersiową obnażając serce. Miss Charlotte dzielnie trzymała to serce niby ptaka, obiema rękami, by nie wyskoczyło póki nie przyszedł doktór. Oczywiście „doktór” a nie lekarz, bo tak się wtedy mówiło. Usiłowałem ja czy mój brat, właściwie na pewno ja, sprawdzić u mojej Matki, czy to możliwe. Nie pamiętam odpowiedzi ani faktu, kiedy miss Charlotte opuściła dwór w Mszczyczynie.
Natomiast bardzo wyraźnie pamiętam poważne zarzuty mojego Ojca, że źle trzymam się na siodle umieszczonym na kucce. Po pierwsze, nie było to w ogóle siodło tylko tak zwana „gapka”, a jeszcze inaczej ceratowy czaprak. Oczywiście śliski, oczywiście bez strzemion. Broniłem się skutecznie płacząc coraz rozpaczliwiej. Byłem najmłodszy; trzy siostry, kolejno Rózia, Betka, Maryś i brat Stefan mnie poprzedzali. Protesty niewiele dały, pewnie starsi wzięli górę. Pocieszenie dawały osty, z którymi się przyjaźniłem, króliki, które hodowałem, kanarek, którego pochowałem pod tują w pudełku po daktylach.
No i nie pamiętam, w którym roku, ale na pewno nie póżniej niż w 1928 r., pojawiła się ukochana panna Halina Szumana Pedagog, wychowawczyni, nauczycielka. Wiele lat później razem z matką, odwiedziłem ją w Poznaniu na ul. Mostowej. Nauczyła mnie – jak dziś sądzę – wszystkiego. Bo i ortografii, i pisania, i rachunków, i nawyku czytania. Pod jej opieką zdawałem dwa egzaminy do szkół: w Gostyniu Wlkp. i w gimnazjum św. Stanisława Kostki w Warszawie. Jakie to były klasy? Nie pamiętam. Gdy oddano mnie do internatu w Pszczynie w 1933 r., chodziłem do 6 klasy szkoły powszechnej. Ale to jeszcze dopiero się zdarzy.
Liczna rodzina mieszkała w majątkach w okolicy; byli to: stryj Franek w Brześnicy, stryj Jaś w Strzelcach Wielkich i siedziba dziadków Godurów, gdzie mieszkała Bunia, ciotki Marysia, Rózia (moja chrzestna matka), Liza i stryj Luluś, no i najmłodszy – stryj Benek. Wszystkie te osoby, to rodzeństwo mego ojca, rodzeństwo które jeszcze nie założyło swoich rodzin.
Oprócz nich byli Potworowscy w Goli, Czartoryscy w Baszkowie, pp. Taczanowscy w Podrzeczu, a tam moja flama Ania. W domu były też ukochane stworzenia – Jimmy i Kitasia, moi ulubieńcy. Właśnie mamy jechać na Mszę św. Jest niedziela. Jestem ubrany w strój marynarski i granatowy płaszcz ze złotymi guzikami. Dzięki pannie Halinie jestem gotów wcześniej niż inni, szmizetka pod krawat przypięta do kalesonów, by przypadkiem coś gdzieś nie wyszło. Czysty, umyty, czekam przy powozie przed domem. Oczywiście i Jimuś i ja chcemy sobie wyrazić radość ze spotkania na dzień dobry. On z łapami na płaszczu liże moją gębę, a ja wtulam twarz w jego cudownie pachnącą psem sierść.
Niestety wpierw wychodzi mój ojciec – „Jak ty wyglądasz ? Jimmy przestaje mnie całować, a ja staram się zetrzeć ślady jego łap. Oczywiście panna Halina ratuje sytuację..
Długa, 6 km, jazda do kościoła, kurz trzeszczy w zębach, czy to do Gostynia do Filipinów czy Strzelców Wielkich – do parafii Tą ostatnią podróż odbywaliśmy, gdy zajeżdżaliśmy potem na obiad do Godurowa.
W Godurowie były tak zwane oglądania: „kogo on przypomina? do kogo podobny? jak urósł!”. Ale były i pocieszania. Ciocia Rózia trzymała kluczdo wspaniałej szafy w jadalni, a tam gruszki w miodzie i śliwki w cukrze. Czasami udawało się otrzymać nawet trzy sztuki, jedną po drugiej.
Na piętrze, ciotki czasami pozwalały grzebać w skarbach. Były to dwie szafki malowane, białe, na korytarzu ciągnącym się wzdłuż pokoi, zbudowanym w kształcie podkowy, w którą dom był zbudowany. W ogóle dom był arcyinteresujący. Na przykład nie było w ogóle wodociągów czy kanalizacji, a dom był duży. Tam, gdzie w dyskretnym miejscu zwykle jest woda do spłukiwania był torf, co stanowiło na pewno odmianę od zwykłości. Poza tym były trzy tajemne pokoje. A może mnie pamięć zawodzi, ale dwa na pewno. Dzieciom – nie wiem dlaczego – ich nie pokazywano. A przecież w tym domu urodził się mój brat, dwa tygodnie po Cudzie nad Wisłą.
Co do urodzeń – to tak, jak nas było pięcioro, każde dziecko ujrzało świat gdzie indziej. Najstarsza siostra spoglądnęła na świat nad rzeką Kamienną, dopływem Wisły. Dlaczego? Dość to skomplikowane. Mój ojciec nie czuł się Poznaniakiem i uprosił swego ojca, by na usamodzielnienie się zakupić majątek, właśnie tam nad Kamienną. Była to Wola Pawłowska, lecz tytuł własności musiał opiewać na poddanego cara, a mój ojciec był poddanym Hohenzollernów. Zatem, członek Związku Rodzinnego Edward Żółtowski, stryj mego ojca właściel Kocka, został też właścicielem Woli Pawłowskiej.
Druga siostra, Betką zwana, miała usprawiedliwioną sympatię do Milanowa. Zasłużyli się temu Austriacy. Ich ofensywa z 1915 r. wypędziła rodziców z ulubionej Woli Pawłowskiej, by już nigdy tam nie wrócić. Zabrali co mogli – konie, krowy i część mebli i znaleźli się w kochających objęciach mojej babki matczynej. Z tego powodu Becia była chrzestną córką Buni „Milanowskiej”.
Wyruszyli jednak dalej w drogę. Następne milowe kroki tej eskapady to Żołudek k/Lidy, dom brata mojej matki. Powód wyjazdu był dość istotny. Mój ojciec, jako poddany pruski, musiał wystrzegać się ujawniania obywatelstwa przed Rosjanami, bo byłby zamknięty do obozu internowania. Również musiał wystrzegać się Prusaków, gdyż byłby oskarżony o dezercję. Dalsze etapy podróży moich rodziców dzielił z nimi klan Czetwertyńskich; ponieważ do moich rodziców dołączyli na Podlasiu Czetwertyńscy z Suchowoli. Grodzieńszczyznę opuścili również Czetwertyńscy z Żołudka. Wszyscy podążyli wraz z dobytkiem – końmi, bydłem, meblami, służbą – na Ukrainę do Białej Cerkwi. Sądzono, że tam na pewno Niemcy nie dojdą. Ale i to było złudzeniem.
Tam na Ukrainie ujrzała światło dzienne moja trzecia siostra i została córką chrzestną pani Marii Branickiej, ostatniej władczyni państwa białocerkiewskiego. O bracie i o sobie już zeznałem.
W moim dzieciństwie cudowne były podróże na Podlasie oraz do Milanowa. No bo proszę: kurczaki na zimno, cudownie świeże prześcieradła przypinane agrafkami przez pannę Deuar, wychowawczynię, do zielonego pluszu przedziału w pociągu, zawsze w drugiej klasie. Mam w oczach deseń tego pluszu. Potem była Warszawa, gdzie znowu cuda niedostępne w dzieciństwie – pachnąca szynka na śniadanie i nie znany zapach czegoś tajemniczego. Przylepiony nosem do szyby gapiłem się na tramwaje sunące po Krakowskim Przedmieściu i rozmyślałem nad tym zapachem. To tajemnicze i nieznane okazało się dużo, dużo później, ulatniającym się gazem z maszynki w kredensie obok pokoju jadalnego. Moja babka skarżyła się na bóle głowy, lecz Bonifacy służący nie wiązał tego z nieszczelnym przewodem.
Po Warszawie był Dworzec Wschodni, wtedy Wileński, gdzie działo się zawsze mnóstwo. Potem była przesiadka w Łukowie, a tam zawsze obawiałem się, że się nie zmieszczę między pociągami. Tory rzeczywiście biegły blisko siebie. Przy przesiadce dzieci robiły zawsze zamieszanie i były powodem różnych wydarzeń. Raz na przykład, prywatny bagaż mego brata rozpiął się (był to elegancki sakwojaż koszykowy) i cała zawartość, wszystkie jego skarby, rozsypały się pod koła wagonów. Nie wiedząc, co będzie dalej, dla bezpieczeństwa zacząłem przeraźliwie płakać.
Już w wagonie było zawsze mocowanie się z pasem od okna, którym przytraczało się klamkę drzwi w obawie przed bandytami. Ponieważ przedział otwierał się na obie strony i nie było korytarza, wobec tego niebezpieczeństwo czyhało z obu stron i mocowanie klamki pasem podnoszącym okno musiało być dokonane na obie strony. W końcu był cudowny Milanów, skrzypiące koła powozu, krótki przejazd przez wieś i bardzo…no właśnie, jak bardzo kochająca … Kochana Bunia „Milanowska”.
Wspomnienie, pewnie wspomożone późniejszymi opowieściami, sytuuje mnie pchającego wózek Buni po parku. Nie pamiętam ani jednego Jej odezwania do mnie, ale pamiętam bardzo uśmięchnięte oczy patrzące na mnie i tylko na mnie. To tak jakby się odzywała, a nawet więcej, bo oczy mówiły wszystko. Było w nich i napomnienie i uczucie i … jak gdyby wiedza, co będzie w przyszłości.
Najcudowniejsze wspomnienie wiąże się z rakietą tenisową marki Williams, co znaczy Rolls-Royce wśród rakiet. Płakałem na korcie, gdy złamała się po silnym uderzeniu, w kilka lat potem. Miałem osiem lat, gdy Bunia „Milanowska” umarła w kwietniu 1931 r., ale wciąż Ją widzę uśmiechającą siędo mnie.
Zamieszkaliśmy w Milanowie chyba w czerwcu czy lipcu tego samego roku, bo moja Matka odziedziczyła majątek. Portrety rodzinne Czetwertyńskich i serwis korecki pojechały do Żołudka, a biblioteka przechodziła na najstarszego brata matki, Seweryna do Suchowoli.
Gdzieś na jesieni zaczęło się pakowanie tych niezliczonych książek. Suchowola kupiona dla mojego wuja od generałowej Natalii Kickiej nie miała sali mogącej pomieścić te skarby. Odjechały zatem z Milanowa te najcenniejsze do Warszawy, do pałacu na Krakowskim Przedmieściu. Również sześć szaf i trzy komody przeznaczone na atlasy i grafikę. Pozostała więcej niż połowa szaf i książek aż do 1944 r. Brałem bardzo żywy udział w odkurzaniu i pakowaniu ksiąg. Jedna, autorstwa Eneasza Sylwiusza Piccolominiego spowodowała, że od tego dnia przez wiele lat wołano na mnie Enio.
Były i inne bardzo ważne zdarzenia, jak wyjazd panny Heleny Sarnowskiej, dawnej nauczycielki mojej ciotki i matki, potem ochmistrzyni Buni. Urodzona w Szwajcarii, córka polskiego emigranta, kalwinka miała oszczędność we krwi. Stosowała ją ku zdumieniu i zaskoczeniu mego ojca równie do powierzonych jej pieczy beczek starki. Gdy ulewano, by podać gościom, panna Helena dolewała równą ilość destylowanej wody. Gdy wyjechała do wynajętego mieszkania na Jasnej 24 odziedziczyłem suczkę Spotkę i poezje Słowackiego. Oczywiście odwiedzałem ją z matką, kiedy tylko byłem w Warszawie.
Rok 1932 zapisał mi się źle w pamięci, bo Mama pojechała na długo do Rzymu, gdzie ciężko zachorowała Rózia ucząca się tam w angielskim college’u. Obie pozostałe siostry były w pensjonacie Sacre Ceur w Zbylitowskiej Górze; pozostaliśmy więc sami we trzech z ojcem. Był jakiś wychowawca, ale bardzo krótko. Czas szczególnie jesienią był okropny, deszcz za oknami, mokre świerki, nikomu nic nie można powiedzieć. Na Boże Narodzenie rozjaśniło się, wróciła Mama, wróciły siostry, a po Bożym Narodzeniu Mama zaczęła mnie uczyć francuskiego.
Czytałem również obowiązkowo po angielsku, a w nagrodę Mama czytała głośno Pana Tadeusza. W pamięci znikły lektury angielskie i francuskie, a pozostał Pan Tadeusz. Pewnie z tego powodu mam teraz pierwsze wydanie oraz raczej nie znane wydanie dziennikarskie z 1939 r.; także pierwsze tłumaczenie wierszem Dziadów i ballad.
Nie mogę rozstać się z marzeniem, by gdzieś na aukcji odnaleźć wydanie, z którego Mama czytała; niewielki rozmiar, grzbiet i różki z cielęcej skóry, jasnej, papier marmurkowy jasno brązowy. Ot marzenie!!!
A co do nauki francuskiego, to faktem jest to, że od tamtegoczasu piszę po francusku bez poważniejszych błędów.
W Milanowie były oczywiście psy, które przyjechały z Mszczyczyna. Najważniejsza Kitasia, foksterierka Mamy, bohaterka polowań na dziki, moja Spotka, która nigdy bohaterką nie była, dochodząc do dziwnych zachowań w czasie burzy chowała się pod bardzo niskie kanapki i robiła straszne tzw. powietrze. Potem ciągle u mnie wietrzono mówiąc głośno, że powietrze jest ciężkie. Nie było rady, trzeba było milczeć, bo tak zwane „zwalanie” na psy było zbyt oklepane. Fajfuś należał do Betki, Tucha albo Tuska do Rózi – były to owczarki polskie, nizinne, rodzime na Podlaniu.
A potem było cudowne lato, które trwało i trwało … Jeremi Przybora twierdzi, że kto nie znał wakacji w polskim dworze, ten nie zaznał wakacji nigdy w życiu. Lecz ja znałem i jestem tego samego zdania … Byli też równolatkowie w Plancie. Byłem bardzo dumny, że powinni byli mi mówić „wuju”. Niewyegzekwowane prawo napawało mnie taką samą dumą, jak tytuły królewskie, dawno postradanych księstw.
We wrześniu 1933 r., gdy Stanisław Ulam udał się na stypendium uniwersytetu Harvard, ja zostałem odwieziony do internatu w Pszczynie, gdzie przez z górą miesiąc szlochałem w poduszkę z tęsknoty za matką i domem. I tak chyba zacząłem moje dorosłe życie.
Warszawa, grudzień 1996 r.