Tag: Nr 13-14

  • Lucień dla mnie


    B. W.

    Dla mnie zjazd w Lucieniu był miejscem powrotu z daleka. Jak zwykle wtedy bywa, w radości ze spotkania z dawno nie widzianymi znajomymi tkwi obawa. Czy spotkam tę samą życzliwość i uśmiech. Czy będę mogła je odwzajemnić. Przebywanie wśród kilkudziesięciu osób naraz wydawało mi się trudne … I miałam jeszcze przygotować wystawę.

    Dotknęłam więc życia wielkopolskich Żółtowskich, głównie z Czacza i Niechanowa.

    Muszę więc naukowo-fachowo-zawodowo zilustrować, usystematyzować, zaszufladkować zdjęcia, traktując Michała i Andrzeja Ludwika jak żywe źródła. Muszę potwierdzić, pogłębić wiedzę, którą nabyłam w domu, czytając biografie, studiując badania statystyczno-ekonomiczne dotyczące losów ziemiaństwa i arystokracji polskiej … Muszę … .

    Pierwszym moim żywym źródłem stał się Michał. Pojechałam do Lasek z łopotem i sztuczną energią. Spotkałam ciszę Ośrodka oraz wrażliwość zakonnicy na bezradność schorowanej starszej siostry zakonnej.

    A potem cierpliwe opowiadanie Michała. Gotowość wyjaśnienia każdego zdjęcia. Pradziad … Mama, bracia na koniach … Kilkuwiekowe życie rodziny. Żywe życiem Michała.

    Łagodnie zaczęły wracać wspomnienia o losach moich najbliższych. Zaczęłam chyba opowiadać. Ale przecież nie chciałabym ujawnić, jak kochałam moją babcię, dlaczego trzymam w szafie lalkę z dzieciństwa i chronię notesiki z rysikami pradziadka …. A Michał był szczodry w opowieściach…, ale czuwający. Starałam się, więc wejść na tyle w życie Jego rodziny, na ile mnie zapraszał. Zgubiłam moje zaszufladkowanie, zilustrowanie, usystematyzowanie … Słuchałam.

    W kilka tygodni później piłam kawę na Słonecznej. Rozmowa miła, pełna swobody, lekko sarkastyczna. Bogaty zbiór zdjęć Andrzeja Ludwika już mi się jawił inaczej. Znam niektórych bohaterów. Znowu wiele znanych mi sytuacji. Narracja gospodarzy bogata, lekka. Pióropusz zdarzeń i pochwał. Ale ja już wiem, że nie chcę nic naukowo-fachowo-zawodowo zaszufladkować.

    Michale, Andrzeju, Zosiu, dziękuję wam za to. (Już słyszę Andrzeja Ludwika: „Ależ moja droga, zupełnie niepotrzebnie dziękujesz”). Wybrane uprzednio, zreprodukowane zdjęcia opisujemy, tworząc podpisy. Potem krótki telefon do średniego Stefana z Leśnej Podkowy. „Ależ oczywiście zrobimy plansze, wydrukujemy podpisy. Przyjadę jutro”. Przyjechał pojutrze, ale artystycznie przygotował ilustracje świetnie.

    Wystawa chyba się udała. I Michał, i Andrzej starali się być „obiektywnymi źródłami epoki”, ale na szczęście z ich opowieści rysował się obraz Rodziny pełen życia mozolnego, codziennego i heroicznego, życia dla Boga, Honoru i Ojczyzny. Ten ich dar został przyjęty z szacunkiem i radością. Żółtowscy na zakończenie bili brawa.

    A inne dni? Wybory do Zarządu. Ogromna nas liczba. Bardzo dużo, nowych, jednakże różnorodnych Żółtowskich. Donośny głos Andrzeja, dyskretne czuwanie Michała. Otwartość i wielkie serce Rafała i Stefanii. Wzruszająca, mrówcza praca Rodziców zmarłego Michała nad dziełem syna. Wielkie zbiory zdjęć zjazdowych Marka z Poznania. Gorączkowe przygotowania Zosi i moje oraz znikanie z naszego domku, ażeby debaty Michała z dziećmi na tylko im znane tematy odbywały się w spokoju i wśród słodyczy.

    Rozmowy z Kicią. Ciepła pogawędka z prof.: Januszem Bieniakiem, znamy się dwadzieścia lat. Spotkanie z klanem leśno-podkowieńskim. Dyskusje w naszym domku… Lubiłam tam być. Ciężka praca Barbary, spokój Jarka. Piękna okolica, słoneczne pogoda, zwiedzanie Łącka i Płocka w upalne przedpołudnia , spacery….

    Do zobaczenia na następnym zjeździe.

  • Ludwika z Ostrowskich Żółtowska /1883-1939/


    Michał i Zofia Żółtowscy

    Ludwika z Ostrowskich Żółtowska urodziła się 14 stycznia 1883r. w Ujeździe koło Tomaszowa Mazowieckiego. Wyszedłszy za mąż w 1904 r. za Jana Żółtowskiego, właściciela majątku Czacz w powiecie kościańskim, potrzebowała paru lat, aby przystosować się do nieznanych sobie warunków ówczesnego zaboru pruskiego i stosunków w Wielkopolsce.

    Z małżeństwa tego urodziło się jedenaścioro dzieci, a wychowało dziewięcioro. Lata Pierwszej Wojny Światowej spędzili Janowie Żółtowscy w Szwajcarii, gdzie Jan Żółtowski działał jako jeden z członków Polskiego Komitetu Narodowego. Po powrocie do Polski w 1919 r. Ludwika Żółtowska zaczęła coraz więcej oddawać się pracy społecznej.

    Dzięki jej pomocy materialnej i moralnej, brat jej o. Józef Ostrowski, zakonnik z belgijskiej prowincji Benedyktynów w St. Andre, sprowadził bezpośrednio po zakończeniu I Wojny Światowej z powrotem do Polski Zakon Benedyktynów. Przybyli oni z prowincji czeskiej, przywożąc ze sobą cenną wielotysięczną bibliotekę wywiezioną niegdyś z Polski. Siedzibą klasztoru stał się za zgodą władz diecezjalnych Lubiń Wielkopolski w powiecie kościańskim. Ludwika Żółtowska nie szczędziła środków na wyposażenie kościoła i pomoc dla powstającego klasztoru.

    W całym życiu Ludwiki Żółtowskiej umiłowanie piękna odgrywało wielką rolę. Uzdolniona artystycznie, za młodu uczyła się malarstwa i pozostawiła po sobie wiele obrazów, które jednak zaginęły podczas II Wojny Światowej. Jej zmysł artystyczny zaznaczył się szczególnie w okresie przebudowy pałacu w Czaczu. Wzięła czynny udział w zaprojektowaniu od nowa istniejącego domu. Kolekcjonowała też, w porozumieniu z Kurią Biskupią w Poznaniu, aż do ostatnich tygodni swego życia, wzory starych koronek i ornatów. Ołtarze w kościele w Czaczu ozdabiane były regularnie bukietami z czackiego ogrodu, tworząc niekiedy dziełka artystyczne. Ludwika Żółtowska sama nad tym czuwała; zwłaszcza w Wielkim Tygodniu oraz w oktawie Bożego Ciała starała się, aby kwiaty były szczególnie piękne.

    Od 1933 r. zaczęła organizować w pałacu w Czaczu zamknięte rekolekcje i tę akcję prowadziła aż do śmierci, tj. do sierpnia 1939r. Uczestnikami rekolekcji byli studenci Uniwersytetu Poznańskiego, grupy narzeczonych, panie z Koła Ziemianek Wielkopolskich i Koła Młodych Ziemianek, Sodalicja Mariańska i inni.

    Zapraszano najlepszych rekolekcjonistów, jak ks. kardynała Hlonda, ks. Kazimierza Kowalskiego, o. Bernarda Przybylskiego O.P., ks. Aleksandra Żychlińskiego.

    W ścisłej łączności z ówczesnym proboszczem czackim, ks. Marciniakiem, a następnie ks. Pankowskim, współpracowała z rozwijającą się bujnie w okresie międzywojennym siecią organizacji katolickich na terenie Wielkopolski, takich jak Stowarzyszenie Młodzieży Męskiej, Młodych Polek, Matek Chrześcijańskich. Stałej pomocy udzielała też wraz z mężem Towarzystwu „Stella”, które organizowało kolonie letnie dla dzieci z miasta. Dla Młodzieży Męskiej otworzyła świetlicę z radiem – co było nowatorstwem, jak na owe czasy. W sezonie letnim zatrudniała trenera, ażeby prowadził zajęcia sportowe dla młodzieży, gry i ćwiczenia z lekkiej atletyki. Dla Młodych Polek urządzała kursy szycia i gotowania, zakończone wystawami i pokazami; dla jednych i dla drugich organizowała wycieczki. Na zebrania Matek Chrześcijańskich wyszukiwała prelegentów, sama opracowywała wiele tematów, przywiązując wielką wagę do tej działalności.

    Polska wyszła z I Wojny Światowej zniszczona i gospodarczozrujnowana. Wkrótce miał ją dotknąć ogólnoświatowy kryzys gospodarczy. Żywy udział Ludwiki Żółtowskiej w pracach Stowarzyszenia Ziemianek i Koła Pań Domu, urządzanie wystaw lub też własnych stoisk na Jesiennych Targach Poznańskich, wszystko to miało służyć podniesieniu warunków życiowych społeczeństwa. Z podobnych pobudek zatrudniała w domu wiele osób z pośród poszkodowanych przez I Wojnę Światową.

    W Czaczu i Białczu wspólnie z mężem założyła dwa przedszkola – czyli, jak wówczas mówiono, „ochronki”, dla około stu dzieci. Były to dzieci pracowników wymienionych majątków oraz gospodarzy obu wsi. Dwie siostry ze Zgromadzenia SS. Oblatek zajmowały się prowadzeniem przedszkola, trzecia miała za zadanie opiekę nad chorymi oraz dostarczanie leków. Pielęgniarka ta informowała Ludwikę Żółtowską o wszelkich potrzebach ludzi w okolicy, którym trzeba było przyjść z pomocą.

    Dla potrzeb wsi, a zwłaszcza pracowników majątku, prowadziła założoną przez siebie wypożyczalnię książek – w tym znaczną pozycję zajmowały książki religijne.

    Szczególnym zamiłowaniem otaczała ogród, sad i park w Czaczu, kochała kwiaty i postawiła hodowlę bylin na wysokim poziomie, współpracują c ściśle z p. Marcińcem, dyrektorem Zieleni Miejskiej w Poznaniu.

    Zajęła się urządzeniem ogródków mieszkaniach pracowników majątkowych oraz zakładaniem ich przy blokach mieszkalnych, przeznaczonych dla rodzi robotnych na Sołaczu w Poznaniu. Pracowała przy tym wiele sama fizycznie.

    Lecz wszystko co poprzednio powiedziano są to tylko zewnętrzne formy działania Ludwiki Żółtowskiej i nie dają pełnego obrazu jej osoby. O dobroci jej i wdzięku w obcowaniu z drugimi mogą mieć wyobrażenie tylko ci, co ją osobiście znali.

    Zmarła nagle w Czaczu w przededniu wybuchu II Wojny Światowej 17 sierpnia 1939r.

    Laski, grudzień 1972 r.

    Powyższa notatka została opracowana na życzenie Kierownictwa Muzeum Diecezjalnego w Poznaniu. W Muzeum tym znajdują się eksponaty (przeważnie wzory szat liturgicznych ) ze zbiorów Ludwiki Żółtowskiej.

  • Migawki z podróży mojego życia


    Andrzej Ludwik z Milanowa

    Korciło mnie zawsze napisać pamiętnik idący do tyłu. Bo czyż nie jest logiczne starać się odnaleźć źródło takiego czy innego postępku? A przecież moje dzisiejsze postępowanie jest na pewno wynikiem jakichś wcześniejszych decyzji. Proszę się nie martwić, nie podejmę się takiej analizy i z tej prostej przyczyny nie piszę pamiętnika. Pewnikiem jednak tego życiorysu jest fakt, że się urodziłem, że uniknąłem parę razy śmierci i również – a to jest zadziwiające – nie przebywałem ani chwili w więzieniu, ani w lagrze czy w łagrze mimo spełnienia tzw. warunków podstawowych, by się tam znaleźć.

    A więc urodzenie – 25 listopada 1922; miejscowość – Mszczyczyn, powiat Śrem, województwo poznańskie, kraj – Rzeczpospolita Polska. Nazwy geograficzne podaję według wówczas obowiązującego nazewnictwa. W Słowniku Geograficznym jest podane, że źródłosłów Mszczyczyna tkwi w czasowniku mścić się. Widocznie Żółtowscy za krótko tam władali (tylko dziad i ojciec), by przejąć mściwość związaną z nazwą.

    Natomiast siedziba powiatu ma inne konotacje. Najzabawniejsza spotkała mnie w RKU w Warszawie, w 1960-którymś roku. Sierżant-skryba nie zauważył znaku nad „S” i źle odczytał literę „e” sądząc, że jest to „a”. No i wstydził się głośno wymówić te dźwięczne Śrem w czasie odczytywania książeczki wojskowej. Acha, była i druga trudność porozumienia się z sierżantem. Chodziło o pochodzenie. Do tych samych sześćdziesiątych lat wpisywano mi chcąc nie chcąc – pochodzenie obszarnicze. W chwili wypisywania książeczki sierżant podsuwał mi określenie – inteligencja pracująca. Też dziwoląg językowy. Ja natomiast chciałem podtrzymać „tradycję” wczesnego Peerelu, lecz zapomniałem określenia, już wtedy nie używanego. Klapka się odemknęła i z triumfem prawie krzyknąłem OBSZARNICZE. Sierżant się skrzywił i „wyjechał z argumentem”: „Pana ojciec miał studia?” Ja mu na to: „Panie sierżancie, było obszarnicze? to musi pozostać obszarnicze.”

    Wracając do pochodzenia, to rodzice wychowali się pod dwoma berłami. Ojciec pod pruskim, jako najstarszy syn Marcelego i Ludwiki Czarneckiej, rodziny wielkopolskiej dopiero w trzecim pokoleniu. Wcześniej byli obywatelami Polesia Wołyńskiego i Wołynia. Matka pod berłem carskim jako najmłodsze dziecko Włodzimierza Światopełka Czetwertyńskiego, Sybiraka, a wcześniej obywatela Wołynia i Marii Uruskiej, wnuczki najbardziej skąpego obywatela Galicji i Lodomerii – tak podaje Aleksander Fredro – i córki jednej z najbogatszych „heritier” litewskich, Hermancji Tyzenhauz. Co za melanż! Tak się zaczęło moje bardzo szczęśliwe życie, na razie również bardzo niesamowite. Były bowiem „narzucania” – na przykład mowa obca. Wbiła mi się w pamięć opowieść miss Charlotte, że w czasie rewolucji w 1917 r. w Kijowie została przewrócona na chodniku przez szarżujących Kozaków tak niefortunnie, że końskie kopyto otworzyło jej klatkę piersiową obnażając serce. Miss Charlotte dzielnie trzymała to serce niby ptaka, obiema rękami, by nie wyskoczyło póki nie przyszedł doktór. Oczywiście „doktór” a nie lekarz, bo tak się wtedy mówiło. Usiłowałem ja czy mój brat, właściwie na pewno ja, sprawdzić u mojej Matki, czy to możliwe. Nie pamiętam odpowiedzi ani faktu, kiedy miss Charlotte opuściła dwór w Mszczyczynie.

    Natomiast bardzo wyraźnie pamiętam poważne zarzuty mojego Ojca, że źle trzymam się na siodle umieszczonym na kucce. Po pierwsze, nie było to w ogóle siodło tylko tak zwana „gapka”, a jeszcze inaczej ceratowy czaprak. Oczywiście śliski, oczywiście bez strzemion. Broniłem się skutecznie płacząc coraz rozpaczliwiej. Byłem najmłodszy; trzy siostry, kolejno Rózia, Betka, Maryś i brat Stefan mnie poprzedzali. Protesty niewiele dały, pewnie starsi wzięli górę. Pocieszenie dawały osty, z którymi się przyjaźniłem, króliki, które hodowałem, kanarek, którego pochowałem pod tują w pudełku po daktylach.

    No i nie pamiętam, w którym roku, ale na pewno nie póżniej niż w 1928 r., pojawiła się ukochana panna Halina Szumana Pedagog, wychowawczyni, nauczycielka. Wiele lat później razem z matką, odwiedziłem ją w Poznaniu na ul. Mostowej. Nauczyła mnie – jak dziś sądzę – wszystkiego. Bo i ortografii, i pisania, i rachunków, i nawyku czytania. Pod jej opieką zdawałem dwa egzaminy do szkół: w Gostyniu Wlkp. i w gimnazjum św. Stanisława Kostki w Warszawie. Jakie to były klasy? Nie pamiętam. Gdy oddano mnie do internatu w Pszczynie w 1933 r., chodziłem do 6 klasy szkoły powszechnej. Ale to jeszcze dopiero się zdarzy.

    Liczna rodzina mieszkała w majątkach w okolicy; byli to: stryj Franek w Brześnicy, stryj Jaś w Strzelcach Wielkich i siedziba dziadków Godurów, gdzie mieszkała Bunia, ciotki Marysia, Rózia (moja chrzestna matka), Liza i stryj Luluś, no i najmłodszy – stryj Benek. Wszystkie te osoby, to rodzeństwo mego ojca, rodzeństwo które jeszcze nie założyło swoich rodzin.

    Oprócz nich byli Potworowscy w Goli, Czartoryscy w Baszkowie, pp. Taczanowscy w Podrzeczu, a tam moja flama Ania. W domu były też ukochane stworzenia – Jimmy i Kitasia, moi ulubieńcy. Właśnie mamy jechać na Mszę św. Jest niedziela. Jestem ubrany w strój marynarski i granatowy płaszcz ze złotymi guzikami. Dzięki pannie Halinie jestem gotów wcześniej niż inni, szmizetka pod krawat przypięta do kalesonów, by przypadkiem coś gdzieś nie wyszło. Czysty, umyty, czekam przy powozie przed domem. Oczywiście i Jimuś i ja chcemy sobie wyrazić radość ze spotkania na dzień dobry. On z łapami na płaszczu liże moją gębę, a ja wtulam twarz w jego cudownie pachnącą psem sierść.

    Niestety wpierw wychodzi mój ojciec – „Jak ty wyglądasz ? Jimmy przestaje mnie całować, a ja staram się zetrzeć ślady jego łap. Oczywiście panna Halina ratuje sytuację..

    Długa, 6 km, jazda do kościoła, kurz trzeszczy w zębach, czy to do Gostynia do Filipinów czy Strzelców Wielkich – do parafii Tą ostatnią podróż odbywaliśmy, gdy zajeżdżaliśmy potem na obiad do Godurowa.

    W Godurowie były tak zwane oglądania: „kogo on przypomina? do kogo podobny? jak urósł!”. Ale były i pocieszania. Ciocia Rózia trzymała kluczdo wspaniałej szafy w jadalni, a tam gruszki w miodzie i śliwki w cukrze. Czasami udawało się otrzymać nawet trzy sztuki, jedną po drugiej.

    Na piętrze, ciotki czasami pozwalały grzebać w skarbach. Były to dwie szafki malowane, białe, na korytarzu ciągnącym się wzdłuż pokoi, zbudowanym w kształcie podkowy, w którą dom był zbudowany. W ogóle dom był arcyinteresujący. Na przykład nie było w ogóle wodociągów czy kanalizacji, a dom był duży. Tam, gdzie w dyskretnym miejscu zwykle jest woda do spłukiwania był torf, co stanowiło na pewno odmianę od zwykłości. Poza tym były trzy tajemne pokoje. A może mnie pamięć zawodzi, ale dwa na pewno. Dzieciom – nie wiem dlaczego – ich nie pokazywano. A przecież w tym domu urodził się mój brat, dwa tygodnie po Cudzie nad Wisłą.

    Co do urodzeń – to tak, jak nas było pięcioro, każde dziecko ujrzało świat gdzie indziej. Najstarsza siostra spoglądnęła na świat nad rzeką Kamienną, dopływem Wisły. Dlaczego? Dość to skomplikowane. Mój ojciec nie czuł się Poznaniakiem i uprosił swego ojca, by na usamodzielnienie się zakupić majątek, właśnie tam nad Kamienną. Była to Wola Pawłowska, lecz tytuł własności musiał opiewać na poddanego cara, a mój ojciec był poddanym Hohenzollernów. Zatem, członek Związku Rodzinnego Edward Żółtowski, stryj mego ojca właściel Kocka, został też właścicielem Woli Pawłowskiej.

    Druga siostra, Betką zwana, miała usprawiedliwioną sympatię do Milanowa. Zasłużyli się temu Austriacy. Ich ofensywa z 1915 r. wypędziła rodziców z ulubionej Woli Pawłowskiej, by już nigdy tam nie wrócić. Zabrali co mogli – konie, krowy i część mebli i znaleźli się w kochających objęciach mojej babki matczynej. Z tego powodu Becia była chrzestną córką Buni „Milanowskiej”.

    Wyruszyli jednak dalej w drogę. Następne milowe kroki tej eskapady to Żołudek k/Lidy, dom brata mojej matki. Powód wyjazdu był dość istotny. Mój ojciec, jako poddany pruski, musiał wystrzegać się ujawniania obywatelstwa przed Rosjanami, bo byłby zamknięty do obozu internowania. Również musiał wystrzegać się Prusaków, gdyż byłby oskarżony o dezercję. Dalsze etapy podróży moich rodziców dzielił z nimi klan Czetwertyńskich; ponieważ do moich rodziców dołączyli na Podlasiu Czetwertyńscy z Suchowoli. Grodzieńszczyznę opuścili również Czetwertyńscy z Żołudka. Wszyscy podążyli wraz z dobytkiem – końmi, bydłem, meblami, służbą – na Ukrainę do Białej Cerkwi. Sądzono, że tam na pewno Niemcy nie dojdą. Ale i to było złudzeniem.

    Tam na Ukrainie ujrzała światło dzienne moja trzecia siostra i została córką chrzestną pani Marii Branickiej, ostatniej władczyni państwa białocerkiewskiego. O bracie i o sobie już zeznałem.

    W moim dzieciństwie cudowne były podróże na Podlasie oraz do Milanowa. No bo proszę: kurczaki na zimno, cudownie świeże prześcieradła przypinane agrafkami przez pannę Deuar, wychowawczynię, do zielonego pluszu przedziału w pociągu, zawsze w drugiej klasie. Mam w oczach deseń tego pluszu. Potem była Warszawa, gdzie znowu cuda niedostępne w dzieciństwie – pachnąca szynka na śniadanie i nie znany zapach czegoś tajemniczego. Przylepiony nosem do szyby gapiłem się na tramwaje sunące po Krakowskim Przedmieściu i rozmyślałem nad tym zapachem. To tajemnicze i nieznane okazało się dużo, dużo później, ulatniającym się gazem z maszynki w kredensie obok pokoju jadalnego. Moja babka skarżyła się na bóle głowy, lecz Bonifacy służący nie wiązał tego z nieszczelnym przewodem.

    Po Warszawie był Dworzec Wschodni, wtedy Wileński, gdzie działo się zawsze mnóstwo. Potem była przesiadka w Łukowie, a tam zawsze obawiałem się, że się nie zmieszczę między pociągami. Tory rzeczywiście biegły blisko siebie. Przy przesiadce dzieci robiły zawsze zamieszanie i były powodem różnych wydarzeń. Raz na przykład, prywatny bagaż mego brata rozpiął się (był to elegancki sakwojaż koszykowy) i cała zawartość, wszystkie jego skarby, rozsypały się pod koła wagonów. Nie wiedząc, co będzie dalej, dla bezpieczeństwa zacząłem przeraźliwie płakać.

    Już w wagonie było zawsze mocowanie się z pasem od okna, którym przytraczało się klamkę drzwi w obawie przed bandytami. Ponieważ przedział otwierał się na obie strony i nie było korytarza, wobec tego niebezpieczeństwo czyhało z obu stron i mocowanie klamki pasem podnoszącym okno musiało być dokonane na obie strony. W końcu był cudowny Milanów, skrzypiące koła powozu, krótki przejazd przez wieś i bardzo…no właśnie, jak bardzo kochająca … Kochana Bunia „Milanowska”.

    Wspomnienie, pewnie wspomożone późniejszymi opowieściami, sytuuje mnie pchającego wózek Buni po parku. Nie pamiętam ani jednego Jej odezwania do mnie, ale pamiętam bardzo uśmięchnięte oczy patrzące na mnie i tylko na mnie. To tak jakby się odzywała, a nawet więcej, bo oczy mówiły wszystko. Było w nich i napomnienie i uczucie i … jak gdyby wiedza, co będzie w przyszłości.

    Najcudowniejsze wspomnienie wiąże się z rakietą tenisową marki Williams, co znaczy Rolls-Royce wśród rakiet. Płakałem na korcie, gdy złamała się po silnym uderzeniu, w kilka lat potem. Miałem osiem lat, gdy Bunia „Milanowska” umarła w kwietniu 1931 r., ale wciąż Ją widzę uśmiechającą siędo mnie.

    Zamieszkaliśmy w Milanowie chyba w czerwcu czy lipcu tego samego roku, bo moja Matka odziedziczyła majątek. Portrety rodzinne Czetwertyńskich i serwis korecki pojechały do Żołudka, a biblioteka przechodziła na najstarszego brata matki, Seweryna do Suchowoli.

    Gdzieś na jesieni zaczęło się pakowanie tych niezliczonych książek. Suchowola kupiona dla mojego wuja od generałowej Natalii Kickiej nie miała sali mogącej pomieścić te skarby. Odjechały zatem z Milanowa te najcenniejsze do Warszawy, do pałacu na Krakowskim Przedmieściu. Również sześć szaf i trzy komody przeznaczone na atlasy i grafikę. Pozostała więcej niż połowa szaf i książek aż do 1944 r. Brałem bardzo żywy udział w odkurzaniu i pakowaniu ksiąg. Jedna, autorstwa Eneasza Sylwiusza Piccolominiego spowodowała, że od tego dnia przez wiele lat wołano na mnie Enio.

    Były i inne bardzo ważne zdarzenia, jak wyjazd panny Heleny Sarnowskiej, dawnej nauczycielki mojej ciotki i matki, potem ochmistrzyni Buni. Urodzona w Szwajcarii, córka polskiego emigranta, kalwinka miała oszczędność we krwi. Stosowała ją ku zdumieniu i zaskoczeniu mego ojca równie do powierzonych jej pieczy beczek starki. Gdy ulewano, by podać gościom, panna Helena dolewała równą ilość destylowanej wody. Gdy wyjechała do wynajętego mieszkania na Jasnej 24 odziedziczyłem suczkę Spotkę i poezje Słowackiego. Oczywiście odwiedzałem ją z matką, kiedy tylko byłem w Warszawie.

    Rok 1932 zapisał mi się źle w pamięci, bo Mama pojechała na długo do Rzymu, gdzie ciężko zachorowała Rózia ucząca się tam w angielskim college’u. Obie pozostałe siostry były w pensjonacie Sacre Ceur w Zbylitowskiej Górze; pozostaliśmy więc sami we trzech z ojcem. Był jakiś wychowawca, ale bardzo krótko. Czas szczególnie jesienią był okropny, deszcz za oknami, mokre świerki, nikomu nic nie można powiedzieć. Na Boże Narodzenie rozjaśniło się, wróciła Mama, wróciły siostry, a po Bożym Narodzeniu Mama zaczęła mnie uczyć francuskiego.

    Czytałem również obowiązkowo po angielsku, a w nagrodę Mama czytała głośno Pana Tadeusza. W pamięci znikły lektury angielskie i francuskie, a pozostał Pan Tadeusz. Pewnie z tego powodu mam teraz pierwsze wydanie oraz raczej nie znane wydanie dziennikarskie z 1939 r.; także pierwsze tłumaczenie wierszem Dziadów i ballad.

    Nie mogę rozstać się z marzeniem, by gdzieś na aukcji odnaleźć wydanie, z którego Mama czytała; niewielki rozmiar, grzbiet i różki z cielęcej skóry, jasnej, papier marmurkowy jasno brązowy. Ot marzenie!!!

    A co do nauki francuskiego, to faktem jest to, że od tamtegoczasu piszę po francusku bez poważniejszych błędów.

    W Milanowie były oczywiście psy, które przyjechały z Mszczyczyna. Najważniejsza Kitasia, foksterierka Mamy, bohaterka polowań na dziki, moja Spotka, która nigdy bohaterką nie była, dochodząc do dziwnych zachowań w czasie burzy chowała się pod bardzo niskie kanapki i robiła straszne tzw. powietrze. Potem ciągle u mnie wietrzono mówiąc głośno, że powietrze jest ciężkie. Nie było rady, trzeba było milczeć, bo tak zwane „zwalanie” na psy było zbyt oklepane. Fajfuś należał do Betki, Tucha albo Tuska do Rózi – były to owczarki polskie, nizinne, rodzime na Podlaniu.

    A potem było cudowne lato, które trwało i trwało … Jeremi Przybora twierdzi, że kto nie znał wakacji w polskim dworze, ten nie zaznał wakacji nigdy w życiu. Lecz ja znałem i jestem tego samego zdania … Byli też równolatkowie w Plancie. Byłem bardzo dumny, że powinni byli mi mówić „wuju”. Niewyegzekwowane prawo napawało mnie taką samą dumą, jak tytuły królewskie, dawno postradanych księstw.

    We wrześniu 1933 r., gdy Stanisław Ulam udał się na stypendium uniwersytetu Harvard, ja zostałem odwieziony do internatu w Pszczynie, gdzie przez z górą miesiąc szlochałem w poduszkę z tęsknoty za matką i domem. I tak chyba zacząłem moje dorosłe życie.

    Warszawa, grudzień 1996 r.

  • Nocy grudniowa…


    Marek z Poznania

    Nocy grudniowa najjaśniejszej pokory pełna daj wszystkim choć trochę miejsca przy wigilijnym stole Nocy grudniowa zielonym świerkiem pachnąca daj nam dzisiaj zaznać serc naszych otwartości Nocy grudniowa niech blask Twojej świecy rozjaśni mroki umiłowania bliźniego Nocy grudniowa przez swoją wielkość uświadom nam naszą małość kruchą Nocy grudniowa niech Twój nadmiar Miłości spłynie choć iskierką na nasze serca zmrożone Nocy grudniowa w roku najcieplejsza zapalasz łzę niejedną w zimnym dotąd oku Nocy grudniowa daj się zatrzymać na wszystkie dni i noce głębokie Nocy grudniowa Twój betlejemski początek błogosławieństwem dla nas i zbawieniem świata.

    1996

  • Pół wieku przyjaźni

    Pamięci Adama Żóltowskiego

    Zasiedziała, rządna, zapobiegliwa porastała na ziemi wielkopolskiej rodzina Żółtowskich przez XIX w, coraz bardziej w znaczenie i dostatki. Jej senior nosił związany z posiadaniem Jarogniewic pruski tytuł hrabiowski. Młodsze linie zadowalały się nadaniami, jakimi Stolica Apostolska wyróżniała osoby dobrze myślące, a dobrze sytuowane. Choć nieuznawane przez wadzący się z Watykanem od czasów Kulturkampfu rząd Rzeszy stanowiły dyplomy papieskie w stosunkach z sąsiadami, z dostawcami, ze służbą, walor realny. Należało im się odpowiednie miejsce w kasie żelaznej. Spoczywając tam obok akcji i listów zastawnych, współżyły z nimi jako ostatni ślad feudalny w krzepnącej erze trzeźwego kapitalizmu.

    Wzorem wielu innych rodów polskich założyli Żółtowscy własny Związek Rodzinny, ale oparli go na jedynych w swoim rodzaju statutach. Nie przeceniając ani rozdmuchując splendoru nazwiska usiłowali stworzyć dlań solidne gospodarcze podstawy. Każdy członek związku, niezależnie od wieku i stanu zdrowia, zobowiązany był do spisania testamentu zabezpieczającego odziedziczone lub nabyte włości od wyjścia z rąk rodziny. Nie wolno mu było poza tym przystępować do spółek z nieograniczoną poręką. Między przezornością a ryzykiem wybierać miał w dziedzinie materialnej zawsze przezorność. 0 tym, że prawidło to nie wiązało go w życiu osobistym i publicznym, świadczyły przechowywane w gablotkach krzyże Virtuti Militari i odznaczenia bojowe z Powstania Listopadowego. W 1919 i 1920 r. doszły do nich dalsze.

    Za najdawniejszej mej pamięci moralne przywództwo rodu, bodaj także prezesurę związku rodzinnego, sprawował pan Stanisław Żółtowski z Niechanowa. Jak często się zdarza, wysunął się na pierwsze miejsce dlatego właśnie, iż różnił się nieco od innych. Wnuk Andrzeja Zamojskiego, „Pana Andrzeja” z 1863 roku, którego przypominał postawą i ruchami, przejął po nim tradycje Towarzystwa Rolniczego. Centralne Towarzystwo Gospodarcze, organizację zawodową ziemian wielkopolskich, patronującą powstającym dopiero kółkom rolniczym, starał się przekształcić w instytucję przede wszystkim ideową o celach patriotycznych. Jak dziad jego z Margrabią, tak spierał się publicznie z Józefem Kościelskim z Miłosławia, gdy ten, pozyskany przez młodego cesarza Wilhelma II nakłaniał Koło Polskie w Berlinie do głosowania na budżet wojskowy Rzeszy. Późniejsza stanowcza zmiana postawy Kościelskiego, odczuta przez cesarza jako zawód ze strony osobistego przyjaciela, stała się punktem wyjścia nowego, po ugodowej erze Capriviego, kursu antypolskiego.

    Liczne dwory i pałace Żółtowskich w Wielkopolsce, niektóre z nich urocze, jak Ujazd i opisany w Dworcu mego Dziadka Godurów, miały typowe cechy siedzib wielkopolskich. Pałac w Niechanowie był bardziej wielki i polski niż wielkopolski. Za kolumnami jego podjazdu znaleźć było można nie więcej komfortu niż konformizmu. Ducha niekonformistycznego wzmagała jeszcze pani domu, Maria z Sapiehów, córka Adama, lwowskiego „czerwonego księcia”. Jak brat jej, późniejszy Książę Biskup krakowski i Kardynał Polski Podziemnej, kierowała się tymi samymi bujnymi i szlachetnymi odruchami, które przodków jej skłoniły do popełnienia nabożnej zbrodni Beatum Scelus, gdyż uwożąc obraz cudowny zrobili zeń Matkę Boską Kodeńską1.

    Do najczęstszych gości i najbliższych przyjaciół Niechanowa tak samo jak mego rodzinnego Jurkowa, zaliczał się pan August Cieszkowski z Wierzenicy, syn autora i wydawca „Ojcze Nasz”2, ale podczas gdy u nas ubolewał stale, że „Morawscy rozumieją wszystko prócz filozofii ścisłej”, znalazł w Niechanowie zbliżony do Sokretesa urodą wierzenicki myśliciel chętnego jak Platon słuchacza, w osobie Adama, drugiego syna Stanisława i Marii Żółtowskich. Pamiętam Adama, starszego ode mnie o latblisko dziesięć, który gdy byłem dzieckiem a on podrostkiem wzbudzał mój podziw siłą i zwinnością fizyczną. Tę samą sprawność co w zawodach sportowych, wykazywał w dialektycznych dysputach z kochanym panem Gugą Cieszkowskim. Przygotowywał w nich nieświadomie tezę doktorską, jakiej pod tytułem „Graf Cieszkowski’s Philosophie der Tat” bronić miał w 1904 r. na uniwersytecie w Monachium.

    Przed Monachium studiował w Heidelbergu, gdzie był uczniem Kuno Fischera, później w Paryżu. W roku 1910 zakończył pierwszą młodzieńczą wędrówkę, która stała się wstępem do dalszych. Habilitował się w Krakowie i ożenił z Janiną Puttkamerówną, prawnuczką mickiewiczowskiej Maryli. Przez najlepszą, najbliższą towarzyszkę życia i myśli związał się uczuciowo z kresami północno-wschodnimi, ziemią poetów, legend i jezior. W domu teścia, Wawrzyńca Puttkamera, odnalazł tę samą żarliwie narodową atmosferę, która sapieżyńskimi wspomnieniami barwiła jego dzieciństwo.

    W tym właśnie okresie zarysowała się ostatecznie jego osobowość sprowadzająca do wspólnego mianownika tak bogate a różnorodne rodzinne i duchowe dziedzictwa. Przypadła mu w spadku po Żółtowskich rozwaga oraz toga profesorska nadawały mu dostojeństwa, ale nie tłumiły ognia młodości, jaki nie przestał w nim tlić do końca. Filozof, dyplomata i ziemianin, myśliciel i myśliwy, duchem Krasińskiego przepojony strażnik mickiewiczowskich pamiątek, chrześcijanin, liberał i narodowiec, urodzony we Lwowie, wykładający w Krakowie i Poznaniu, a osiadły na Litwie Wielkopolanin miał Adam Żółtowski zawsze wyraźne i jednolite oblicze. Był pozornych rozbieżności czy nawet przeciwieństw szlachetnie wcieloną syntezą.

    Nie znam przebiegu jego studiów uniwersyteckich, bo sam siedziałem wówczas na ławie gimnazjalnej w Lesznie i uczyłem się dopiero tej greki i łaciny, które jemu pozwalały czytać zarówno Platona, jak Ojców Kościoła w tekście oryginalnym. W Krakowie już po mojej maturze, a jego habilitacji spotkałem go ponownie i poznałem jego żonę.

    W ostatnich czterech latach przed I Wojną Światową przeżywał Kraków okres swoistego renesansu. By istotę jego zrozumieć, trzeba zdawać sobie sprawę, jak bardzo różniły się nastroje tego najbardziej arystokratycznego, przytłoczonego cieniem Wawelu miasta od nastrojów gwarniejszej, bardziej ruchliwej, bardziej rewolucyjnej, ale i bardziej snobistycznej Warszawy.

    W Warszawie uchylano ukradkiem kapelusza przechodząc koło murów Cytadeli, za którymi nie przestawał snuć się cień Traugutta, ale uśmiechano się wesoło i pobłażliwie, gdy Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem przejeżdzał powóz na gumach, wiozący popularnego „Gucia” Potockiego.

    W Krakowie, jak pisał Stanisław Witkiewicz, przechadzała się opinia publiczna po linii A – B z oczami wlepionymi w okna pałacu pod Baranami, skąd też wyjeżdżali Potoccy, ale pan Adam pod strażą do twierdzy w Kufsteinie3, a syn jego pan Andrzej do pałacu namiestnikowskiego we Lwowie, gdzie dosięgnąć go miała kula ukraińskiego irredentysty4. Tylko w podwawelskim grodzie przywdziewali w niedzielę zacni majstrowie krawieccy i szewscy odświętnekontusze – jakżeżby zadowolić się mieli czamarą Kilińskiego – tylko tam pojawiały się w szabas na Kazimierzu jedwabne chałaty i wspaniałe lisie lub nawet sobolowe czapki. Od czasu, gdy ciszę nocy zimowej nie przerywał już gwar rozpędzonych w świetle pochodni sań kuligowych, nie można było na ziemi ujrzeć bardziej barwnego i pańskiego widowiska, jak zajeżdżające przed Pannę Marię korowodem wozów bronowickie chłopskie wesela.

    Arystokratyczne tradycje Krakowa zakotwiczone były silnie w dziejach. Niegdyś przyjmowała Rzeczpospolita mieszczan i jego często i chętnie w poczet swych wielmożów. Nie żaden wojewoda, ale Pan Krakowski był z senatorów najpierwszym. Po rozbiorach odpłacał się Kraków za oddawaną mu cześć przybierając uczonych i artystów, od Szujskiego i Matejki do młodego Wyspiańskiego, w uznawaną bez szemrania przez cały naród purpurę. Lecz nie znaczyło to, że zmniejszał swoje wymagania wobec tych, którzy nosili związane z jego przeszłością nazwiska. Niezrównany, powiedziałbym nawet niewytłumaczalny, a trwający przez lat wiele, autorytet Stanisława Tarnowskiego, polegał głównie na tym, iż śladem przodków potrafił znów własną zasługą zająć pierwsze miejsce w senacie – już nie Rzeczypospolitej ale Uniwersytetu Jagiellońskiego.

    Młoda Polska, z rozchełstanym, grającym po pijanemu nafortepienie Stanisławem Przybyszewskim na czele, zakłóciła nieco ten krąg przyzwyczajeń i myśli. Zwracała na siebie uwagę, otwierała może nową epokę, więc dobrze, że nie w Warszawie lub, broń Boże! w Poznaniu, obrała sobie siedlisko. Szczycono się nią jednak z pewnym zażenowaniem. Bo w gruncie rzeczy pozostawała ciałem obcym, podobna bujnej jemiole, co na starym pniu wyrosła. Więc z ulgą, choć nie bez wzruszenia odprowadzano „Życie”5 na rakowicki cmentarz. A w świecie postaci bajecznych, które zaludniały sny i wyobraźnię Krakowiannigdy już stary autochton, smok podwawelski, nie ustąpił pierwszeństwanadlatującej z krain odległych „Chimerze”6.

    Po zrywie rewolucyjnym następuje nieraz zastój. Kraków uniknął tego niebezpieczeństwa. Nie zamarł, ale odżył. Starł zbyt jaskrawy nalot rodzimej egzotyki, ale najpierw wchłonął jego ożywcze, odmładzające soki. Stara krew zaczęła w nim silniej pulsować. Tętno jej przyśpieszone poczuli w sobie Wencle i Fiszery za swymi ladami, Zollowie i Estreicherowie na swych katedrach, Potoccy i Tarnowscy w swych pałacach. Nawet równie wykwintny, jak wymowny trybun ludu roboczego Ignacy Daszyński, wyznawał mi w wiele lat później na obiedzie u Aleksandra Skrzyńskiego, że postęp zaszczepionej na zmurszałej wielowiekowej tradycji stanowił dlań urok przedwojennego Krakowa.

    Przy tych więc nastrojach powitano między Sukiennicami a Barbakanem młodego, a rokującego świetne nadzieje filozofa Adama Żółtowskiego najżyczliwiej. Przywoził z zagranicznych uniwersytetów poważny bagaż naukowy i był spokrewniony z pierwszymi rodami w kraju! Trochę dziwił statecznych kolegów, gdy przed udaniem się na wykład lub do seminarium, gimnastycznymkrokiem obiegał całe Planty, ale ostatecznie wybaczyć mu to było możnawspominając ustanowione niegdyś przez perypatetyków, a niedawno jeszcze przez prof. Wincentego Lutosławskiego precedensy. Widocznie w ruchu na świeżym powietrzu znajdował to samo źródło natchnienia do pracy naukowej, którego starszy filozof O. Stefan Pawlicki, szukał w słodyczy ciastek u Maurizia.

    Patrzano na niego jako na wschodzącą gwiazdę. Na firmamencie sędziwej Almae Matris Jagellonicae dzielił to uprzywilejowane stanowisko z rówieśnikiem i przyjacielem Kazimierzem Marianem Morawskim, którego następnie oderwać miała od warsztatu historycznego prowadzona nieustannie przez 20 lat parcelacja niewielkiego, odziedziczonego po matce podkrakowskiego folwarku. Operacja ta przywodziła na myśl, zdaniem fachowych rolników, ewangeliczną przypowieść o 12 koszach odpadków zebranych po rozdziale między rzesze 7 ryb i 7 chlebów. Wtenczas jednak badał K. M. Morawski epokę saską z równym zapałem co Adam Żółtowski metodę Hegla. W wolnych chwilach pisywali obaj do redagowanego przez trzeciego przyjaciela i wspólnego kuzyna Ludwika Hieronima Morstina, „Museion’u”.

    Kajetan Morawski – Tamten brzeg, Paryż, 1950.

    Ciąg dalszy w następnym numerze.


    1 Patrz wyjaśnienie w Eustachy Sapieha Dom Sapieżyński Warszawa, 1966

    2 Por. Kwartalnik 6-8, październik 1994 – czerwiec 1995: Konserwatywny polityk 1822-1872, spadkobierca wielomilionowej fortuny, działacz polityczny, wybitny organizator pracy organicznej.

    3 Aresztowany w 1851 r. Przebywał w twierdzy około roku.

    4 Namiestnik Galicji (ur. 1861), marszałek, kolekcjoner, austriacki dyplomata, jako namiestnik złagodził antyukraiński kurs Wiednia. Zastrzelony przez ukraińskiego studenta 12 IV 1908r.

    5 „Życie”, tygodnik artystyczny wydawany w Krakowie, doprowadzony do bankructwa przez S.Przybyszewskiego w 1900 r.

    6 „Chimera”, miesięcznik modernistyczny streszczał się w aforyzmie „sztuka dla sztuki”, wydawany w Warszawie 1901-1907.

    B.W.

     

  • Święta Noc

    Zanim do ręki weźmiesz opłatek, Ten biały symbol wielkiej Miłości, Upewnij się, że już nie masz w sercu Żadnej urazy, żadnej zazdrości. Pomyśl, czy jeszcze gdzieś w zakamarkach Bratu nie chowasz żadnej zawiści, Czy solą ci w oku nie pozostały Bliźnich sukcesy, szczęście, korzyści. Zanim do ręki weźmiesz opłatek, Już z myślą czystą i już bez swady, Tak z głębi serca gorąco przeproś Za własne błędy, za własne wady. Przeproś tych wszystkich, których minęło Twe dobre słowo, twoja życzliwość, Którym nie dałeś pomocnej dłoni, Których zawiodła twa sprawiedliwość. … Teraz już możesz ująć opłatek, Jak serca część daj na dłoni bratu, Przełam się z bliźnim przy choinki blasku, A Święta Noc zapanuje światu.

    1996

    Marek z Poznania

  • VI Zjazd Rodu Żółtowskich

    Tym razem Kujawy! Tak ustalono jesienią 1996 r. na zebraniu Zarządu. Dlatego też, zobowiązani przez Zarząd Jarosław i Rafał wyruszyli na poszukiwania miejsca, które odpowiadałoby różnym gustom Żółtowskich, już w lutym. I znaleźli to o czym myśleli, ośrodek o zróżnicowanym komforcie, a co za tym idzie i cenach za pobyt.

    Wizyta na Kujawach zakończyła się podpisaniem umowy wstępnej na organizację noclegu i wyżywienia oraz imprez dodatkowych z Domem Wypoczynkowym „Amazonka” w Ciechocinku.

    Jedynym i niepodważalnym warunkiem uczestnictwa w Zjeździe jest wykupienie całości pobytu. Żaden z organizatorów wypoczynku nie może zapewnić częściowego obłożenia miejsc sypialnych lub niepełnego wyżywienia. Niemożliwy jest więc przyjazd częściowy np. w sobotę lub tylko na dwa dni, lub rezygnacja ze śniadania bądź obiadu. Zarezerwowane miejsce w ośrodku musi być opłacone w całości, nawet, jeżeli zrezygnuje się z części pobytu.

    Celowo wcześniej podajemy tę propozycję, byście ją dokładnie przemyśleli. Organizatorzy nie chcą mieć takich kłopotów jak to było w Lucieniu, gdzie musieli się trudzić by zakwaterować tych z nas, którzy przyjechali choć wcześniej tego przyjazdu nie deklarowali. Przez to część z nas musiała mieszkać w innym ośrodku lub w prywatnych kwaterach.

    Warunkiem uczestnictwa w Zjeździe jest złożenie przedpłaty w wysokości 50% do 10 kwietnia na adres Związku w Skierniewicach. Tylko tym osobom Związek rezerwował będzie miejsca sypialne i wyżywienie. Koszt całego pobytu (4 dni, 4 noclegi, 12 posiłków, impreza dodatkowa: zwiedzanie miasta bryczkami i tramwajem konnym, ognisko, w trakcie którego wystąpi specjalnie dla nas kujawski zespół folklorystyczny) wynosi 280 zł od osoby. Tak więc przedpłata stanowi 140 zł od osoby. Bez przedpłaty nie ma możliwości zagwarantowania 80 miejsc. Zamówienia trzeba składać na 3 miesiące przed terminem Zjazdu. Uprzedzono nas, że możemy zrezygnować z 2, 4 pokoi, ale dobrać ponad 80 już się nie da. Dlatego w Zjeździe będą uczestniczyć Ci, którzy szybko podejmą decyzję i dokonają przedpłaty.

    Organizatorzy zamówili 60 miejsc w domkach kempingowych i 20 miejsc w pokojach hotelowych. Pokoje hotelowe są droższe, domki tańsze.Koszt 280 zł jest kosztem średnim. Osoby wynajmujące domek będą mniej dopłacać, osoby decydujące się na pokoje hotelowe dopłacać będą więcej.

    Pokój 3 osobowy 95zł : 3 = 31.7zł od osoby. Pokój 2 osobowy 85zł : 2 = 42.5zł od osoby. Domek 6 osobowy 150zł : 6 = 25zł od osoby. Namiot własny bez opłaty. Koszt wyżywienia ok. 35zł za trzy posiłki.

    Organizatorzy dopuszczają możliwość uczestnictwa w Zjeździe bez noclegu dla osób z okolic Ciechocinka (ewentualna opłata za wyżywienie, jeżeli zechcą z niego skorzystać). Prosimy jednak o wcześniejsze zawiadomienie Zarządu w Skierniewicach, by móc ilościowo zaplanować imprezę.

    Także namiotowców obowiązuje wcześniejsze zawiadomienie Zarządu, gdyż należy poinformować właściciela obiektu o ilości rozbitych namiotów.

    Osoby, które dokonają przedpłaty na konto Związku do 10 kwietnia br. zostaną zakwalifikowane na Zjazd i otrzymają zaproszenie, program, gwarancję noclegu i wyżywienia. Zarząd poczyni starania, by program Zjazdu był interesujący. Zamierzamy urządzić wystawę, wycieczkę do Torunia, przegląd rodzinnej poezji, ognisko, mszę św. za Rodzinę, możliwość korzystania z jazdy konnej, zwiedzanie Ciechocinka, przejażdżki bryczkami i inne.

    Organizatorzy serdecznie zachęcają Żółtowskich do czynnego uczestnictwa w naszym kolejnym rodzinnym spotkaniu.

    „Amazonka” – dom wypoczynkowy położony między Parkiem Zdrojowym a Wisłą. Posiada pokoje 2, 3 osobowe, pokoje lux i apartamenty. 10 domków drewnianych z dwoma sypialniami i salonem typu Brda. Własna stadnina koni, kawiarnia, restauracja, patio, sala bilardowa, tenis stołowy, sala konferencyjna, własne sklepy wewnątrz obiektu, sauna, bicze wodne, masaże, kuracje odchudzające. Właściciel obiektu gwarantuje wszelkie dodatkowe atrakcje według życzenia. Pokoje posiadają zaplecze sanitarne, telewizory, telefony, tv satelitarną, zarówno w domkach jak i w hotelu.

    Ciechocinek to miasto znane jako renomowane uzdrowisko z ciekawymi zabytkami klasy światowej, jak i ze specyficznym klimatem zdrowotnym. Zwłaszcza klimat wokół tężni solankowych posiada charakterystyczne właściwości lecznicze.

    Zjazd rozpocznie się 28 maja w godzinach popołudniowych, a skończy 1 czerwca po obiedzie.

    Do zobaczenia na kolejnym spotkaniu!

    Rafał z Korycina i Jarosław ze Skierniewic