Tag: Nr 24

  • Asyż i Monte Cassino


    Ania ze Sztumu

    15 października 2000 r. po zwiedzeniu Rzymu udaliśmy się do pięknie położonego miasta św. Franciszka – do Asyżu; jest to również miasto św. Klary, założycielki Zakonu Klarysek. Święty Franciszek urodził się w 1152 r., w bogatej rodzinie asyskiej. W młodości prowadził życie beztroskie. Pewnego dnia jednak dokonała się w nim przemiana: porzucił uciechy wielkiego świata, a nawet oddał ojcu otrzymaną od niego szatę.

    W Asyżu byliśmy bardzo krótko, bo ok. 2 godz. Miasteczko liczące 5000 mieszkańców jest otoczone masywnymi murami i zachowuje typowo średniowieczny wygląd. Zwiedziliśmy największy zabytek w Asyżu – monumentalną bazylikę Świętego Franciszka, która wznosi się na Rajskim Wzgórzu (Colle del Paradiso). W bazylice znajduje się wiele kaplic, m.in.: św. Antoniego z Padwy, św. Stanisława, św. Piotra z Alkantary, św. Antoniego Opata, św. Katarzyny, św. Marcina z Tours. Zwiedzając bazylikę mieliśmy okazję zobaczyć liczne freski oraz grób św. Franciszka i jego szatę. Jak co dzień uczestniczyliśmy we Mszy św. Mieliśmy też okazję kupić pamiątki związane z miejscami kultu świętego Franciszka.

    Do klasztoru na Monte Cassino wjechaliśmy krętą wąską drogą prowadzącą nad przepaścią. Pod nami roztaczał się piękny widok na miasteczko Cassino. Na cmentarzu polskim spotkaliśmy wiele grup rodaków, którzy wspólnie z nami oddali hołd poległym żołnierzom i uczestniczyli we Mszy św. koncelebrowanej. Złożyliśmy kwiaty na grobie generała Władysława Andersa, którego życzeniem było spocząć po śmierci wśród swoich żołnierzy. Następnie zwiedziliśmy w niezwykle szybkim tempie klasztor. Tym razem Iwona wyjątkowo się nie zgubiła. Gdy już zjechaliśmy ze wzgórza, uczestnicy pielgrzymki nagrodzili brawami naszych bardzo sprawnych kierowców.

  • Co mi dała pielgrzymka do Italii


    Zofia Jancewicz

    Udając się na pielgrzymkową wycieczkę do Italii, myślałam, że wiem co nieco o tym kraju, a przede wszystkim o Rzymie. Jak się miało wkrótce okazać, była to wiedza papierowa, wiedza z oddali.

    Zanurzenie w Italię, choćby tylko błyskawiczne otarcie się o jej historię i kulturę, pozwoliło mi autentycznie poczuć oddech dalekiej przeszłości i teraźniejszości tego kraju.

    Mojemu pielgrzymowaniu towarzyszyła nieodłącznie świadomość, że dane mi jest chodzić po ziemi, na której pierwsi chrześcijanie oddawali życie za wiarę (Colosseum), ziemi „memento”, gdzie człowiek przekonał się, że „nie zna dnia ani godziny” (Pompeje); ziemi, która wydała tytanów intelektu i sztuki (Michał Anioł Buonarroti, Leonardo da Vinci, Dante Alighieri); ziemi, której syn uczył swoim życiem, jak kochać Stwórcę, człowieka, ptaki i wszelkie stworzenie (św. Franciszek z Asyżu); ziemi, której córa pisała do wielkich tego świata o konieczności reform w dążeniu do doskonałości (św. Katarzyna Sieneńska); ziemi, na której żołnierze polscy walczyli i ginęli „za wolność naszą i waszą” (Monte Cassino).

    Nasuwało się nieustannie pytanie, jak ta ziemia mogła stworzyć i może pomieścić tyle piękna, tyle cudów a obecnie tylu pielgrzymów.

    Uwieńczeniem piękna i cudów Italii jest bazylika Św. Piotra w Rzymie z jej Pietą Michała Anioła. Właśnie na placu Św. Piotra, w ramionach wspaniałej Bazyliki, dane mi było uczestniczyć w Mszy św., celebrowanej przez Jana Pawła II, papieża Polaka, z okazji Jubileuszu Rodzin w dwutysiąclecie chrześcijaństwa.

    Intensywny deszcz padał przez cały czas liturgii. Nie wszyscy uczestnicy mieli parasole. Obok mnie moknął trzymając drzewce transparentu, zawsze uśmiechnięty i zawsze ciekawy świata Michał Żółtowski. Pomyślałam sobie – to szczególna łaska móc uczestniczyć w tej pięknej liturgii w strugach deszczu. „Oto radość doskonała” powiedziałby Biedaczyna z Asyżu.

    Na drugi dzień, w poniedziałek, wielka nagroda! W Auli Pawła VI 9-tysięczny gwar i śpiew. Pojawia się i udziela audiencji Jan Paweł II! Delegacja Rodu Żółtowskich wręcza votum rodzinne.

    Podczas tych dni przeżyłam dwa szczególnie wzruszające momenty: pierwszy – gdy zobaczyłam Ojca Świętego, wspartego na lasce, wchodzącego powoli do Auli Pawła VI, drugi – na widok Piety Michała Anioła w bazylice Św. Piotra.

    Pielgrzymkowa wycieczka do Italii w Roku Jubileuszowym była przede wszystkim skromnym hołdem dla Następcy św. Piotra. Jednocześnie dostarczyła mi wiele wzruszeń poznawczych, wzbogaciła mnie o nowych przyjaciół i natchnęła do ponownego, dłuższego pielgrzymowania do Watykanu, Rzymu i całej ziemi włoskiej.

  • Moje spotkania z Janem Pawłem II


    Wacław z Łodzi

    Jak daleko sięgnę pamięcią w świat lat dziecinnych, przypominam sobie, jak podczas spotkań rodzinnych moja matka, ciotka, wujowie, opowiadali, że mój dziadek, a ich ojciec, jeszcze przed II wojną światową bardzo często mówił, że chciałby doczekać takiej chwili, kiedy Polak zostanie papieżem.

    Myśl o tym, że Polak może zostać papieżem, przekazywana była nieśmiało, aczkolwiek każdy w skrytości ducha marzył o tym. Marzenia były, ale zdrowy rozsądek myśli takie odrzucał, przecież od kilku stuleci przywilej ten „przysługiwał” Włochom. Cytowało się chętnie Słowackiego, który w XIX wieku wieszczył:

    Pośród niesnasków – Pan Bóg uderza W ogromny dzwon. Dla Słowiańskiego oto Papieża Otwarty tron […] A trzebaż mocy, byśmy ten Pański Dźwignęli świat… Więc oto idzie – Papież Słowiański, Ludowy brat… […] On rozda miłość, jak mocarze rozdają broń, Sakramentalną moc on pokaże, Świat wziąwszy w dłoń.

    Marzenia, można powiedzieć, wszystkich Polaków, ziściły się 16 października 1978 roku, gdy świat obiegła wiadomość: KAROL WOJTYŁA – PAPIEŻEM. Jak dokonano tego wyboru? W historycznym konklawe brało udział 111 kardynałów. Głównym protektorem kardynała Karola Wojtyły był kardynał Wiednia Franz Koenig. Przeprowadził on, jak się okazało, skuteczną kampanię na rzecz kandydata nie-Włocha, przy przychylności dla tej idei kardynała Johna Króla z Filadelfii – Polaka z pochodzenia. W ósmym głosowaniu 94 głosy zostały oddane na kardynała Karola Wojtyłę, który w hołdzie dla swoich poprzedników przyjął imię Jana Pawła II. Jeszcze dzisiaj widzę obraz telewizyjny i słyszę słowa kardynała Pericle Fellici: „Habemus Papam Carolum Sanctae Romanae Ecclesiae Cardinalem Wojtyła Ioannem Paulum Secundum”. Ze łzami w oczach odbierałem przekaz Jego pierwszego błogosławieństwa „Urbi et Orbi”. Niespełna osiem miesięcy później, 2 czerwca 1979, na lotnisku Okęcierozpoczęła się pierwsza pielgrzymka Papieża, Papieża-Polaka do Ojczyzny. To wtedy usłyszeliśmy ważne i ważkie słowa „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”.

    A potem były następne pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny. Dla mnie ważna była ta trzecia, odbyta w dniach 8-14 czerwca 1987 roku. Tym razem Papież odwiedza m.in. Tarnów – miasto mego urodzenia i dzieciństwa, miasto wiecznego spoczynku mego ojca Jana, a także Łódź, w której spędziłem młodość, założyłem rodzinę i gdzie płyną moje dojrzałe lata. Na spotkanie z Ojcem Świętym wyruszyłem w grupie wiernych z naszej nowo powstałej parafii Miłosierdzia Bożego, w towarzystwie mojego młodszego syna Michała. Po długim marszu dotarliśmy o brzasku na Lublinek (lotnisko, gdzie wyznaczone było miejsce spotkania). W skupieniu i modlitwie oczekiwaliśmy na Papieża. I wreszcieogromna radość: Papież jest z nami!

    W wielkim słońcu razem z Michałem trwaliśmy do końca uroczystości, a potem bardzo zmęczeni, opaleni „na raka”, ale bardzo szczęśliwi, wzbogaceni duchowo, wróciliśmy do domu. Tyle razy słyszeliśmy: „Zostań z nami, zostań z nami…”. Papież został i jest z nami poprzez nieustanną troskę, jaką otacza sprawy swej Ojczyzny i swego narodu.

    Jan Paweł II ma ten wielki dar, że postrzegany jest nie tylko jako wielkość, ale i zwykły człowiek, pełen humoru i godności. Dotarł ze swym przesłaniem do serc ludzkich także przez gest, spojrzenie znad czytanego tekstu, poprzez uśmiech, poprzez zamyślenie i to, jak słucha, może bardziej jeszcze niż poprzez słowa, które głosi i pisze.

    Powiada się, że Jan Paweł II jest dobrym człowiekiem na złe czasy. Potępia przemoc i swoim autorytetem zażegnuje światowe konflikty. Jego głos, wołający o szacunek dla człowieka, jest słyszany bardzo często. A i świat, jak nigdy przedtem, bardzo tych słów potrzebuje.

    W trzecim dniu trwania VI Zjazdu naszego Rodu w Ciechocinku rozpoczynała się piąta pielgrzymka Jana Pawła II do Ojczyzny (31 maja 1997). Po Mszy za Ród i pamiątkowym zdjęciu wracamy w pośpiechu do hotelu, aby oglądać transmisję z przylotu Ojca Świętego do Polski.

    Wrocław witał Papieża w strugach deszczu. Po Zjeździe pojechałem na spotkanie z Ojcem Świętym do Kalisza. Nowo powstała diecezja kaliska witała Papieża radośnie i w pełnym słońcu.

    Dwa lata później, w roku 1999, spotykamy się na VIII Zjeździe w Chomiąży Szlacheckiej. W sobotę, w trzecim dniu Zjazdu, po powrocie z Mszy św. za Ród, w pokoju prezesa Andrzeja Ludwika oglądamy transmisję z lądowania samolotu na lotnisku pod Gdańskiem z Ojcem Świętym, który rozpoczął swą szóstą, najdłuższą, pielgrzymkę do Ojczyzny. Głęboko zapadło mi w serce przesłanie tej pielgrzymki „Bóg jest miłością”. W czasie jej trwania Jan Paweł II gościł w klasztorze kamedułów na Wigrach, gdzie rok wcześniej mieliśmy VII Zjazd naszego Związku. Później Papież odwiedził Łowicz. Na to spotkanie pojechałem razem z Elą. Tu w Łowiczu byłem tak blisko Ojca Świętego, myśl wybiegała naprzód: co przyniesie rok dwutysięczny, czy dojdzie do skutku zaplanowana w Chomiąży pielgrzymka Żółtowskich do Rzymu na Światowe Spotkanie Rodzin?

    Rok dwutysięczny był dla mnie rokiem szczególnym. Najpierw na przełomie sierpnia i września pielgrzymowałem do Lourdes i Fatimy, a potem był Rzym.

    Około 300 tys. wiernych z całego świata uczestniczyło w dniach 14-15 października 2000 roku na III Światowym Spotkaniu Rodzin w Watykanie. Entuzjazmu ze spotkania z Ojcem Świętym nie zgasił nawet ulewny deszcz. Staliśmy wytrwale w jego strugach na placu Św. Piotra podczas Mszy św. kończącej Jubileusz Rodzin. „Drodzy rodzice przyjmijcie do swego domu Chrystusa, a pomoże wam spełnić rodzicielską posługę” – apelował Papież. Zmoczeni, zmęczeni, ale szczęśliwi wracamy do hotelu, odległego od Rzymu ponad 130 km; na zakończenie tej uroczystej Mszy ogłoszono, że w poniedziałek Ojciec Święty przyjmie na audiencji w Auli Pawła VI wszystkich pielgrzymów z Polski.

    Emocje sięgnęły zenitu w poniedziałek. Z początku wydawało się, że jazda przebiega normalnie. W pewnym momencie czas zaczął uciekać, jak na przyspieszonym filmie. Jak dwa dni przed egzaminem, mnóstwo materiału do przerobienia, mało czasu, a tu jeszcze tyle drogi do Rzymu. Czyżby marzenia z Chomiąży Szlacheckiej o pielgrzymce do Ojca Świętego i bezpośredniej audiencji nie miały się spełnić? Jedno tylko w głowie, jedna myśl – czy zdążymy? Dojeżdżamy, oddychamy z ulgą, jeszcze inni idą za nami. Jak się później okazało, ks. Józef „rydzykuje” i od o. Hejmo dostaje łącznie aż sześć kart wstępu. Najpierw idzie nas piątka. Nie ma Rafała. Co się stało? Później dochodzi. Jesteśmy razem. Czekamy.

    Wchodzi Gwardia Szwajcarska, za chwilę przejdzie obok nas Ojciec Święty. Jeszcze nigdy nie byłem tak bardzo, bardzo blisko. Napięcie rośnie. Za kilka minut dojdę do Papieża, i to z synem i czwórką Żółtowskich.To jest niesamowite, na 8 tys. znajdujących się w auli 35 osób dojdziedo Papieża, w tym nas sześcioro. Biskup Stefanek – Przewodniczący Kongregacji ds. Rodzin wita Jana Pawła II. Oglądam się do tyłu. Rozpostarty transparent: ZWIĄZEK RODU ŻÓŁTOWSKICH POZDRAWIA OJCA ŚWIĘTEGO. Jestem ogromnie wzruszony, co powiem? Podchodzimy i mówię: „Umiłowany Ojcze Święty, przyjmij pracę naszego syna i brata, tę Genealogię Rodu Żółtowskich, która cementuje nasz Ród”. Papieskie błogosławieństwo. Pot, łzy, pocałunki – już po emocjach.

    Wieczorem w hotelu ks. Józef odprawia Mszę bez kazania – argumentuje, że nie może równać się z Papieżem. Po Mszy, zamiast zbierać na tacę, daje każdemu po okolicznościowej 100-lirowej monecie z podobizną Jana Pawła II.

    Właściwie to pielgrzymka się już skończyła.

    Jeszcze przed nami Monte Cassino. Ciekawe, co przyniesie następny dzień. Wracam myślą do mojej pierwszej pielgrzymki do Rzymu w roku 1996. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ta obecna była nadzwyczaj udana, mimo że staliśmy w strugach deszczu. Wtedy byłem sam, na Monte Casino jechałem bardzo smutny. Powaga miejsca, natrętna myśl „dlaczego nie ma ze mną Michała?” potęgowały nastrój przygnębienia. Jednak uśmiechnęło się do mnie słońce, spotkałem kogoś bliskiego, tym kimś była Lidka z Sulechowa. Teraz jest inaczej, autokar pełen Żółtowskich, moja żona i syn. Wysiadamy z autokaru. Na cmentarzu spotykam dalszą kuzynkę, z domu Wojciechowską (mieszka w sąsiedniej parafii, nie widzieliśmy się kilka lat). Ks. Józef Grzeszczuk odprawia Mszę za swoich parafian, za tutaj poległych i ku mojemu zaskoczeniu – za duszę Michała. W głowie kołaczą się myśli: „Michał był harcerzem, ministrantem, tyle razy stawał przy ołtarzu, jego pracę ofiarowaliśmy Papieżowi, dziękuję ci, księże”.

    Jeden z ostatnich etapów pielgrzymki to Wenecja. Stąd wywodzili się papieże: Jan XXIII (Roncalli) oraz Jan Paweł I (Albino Luciani) – Papież Uśmiechu.

    Późnym wieczorem opuszczamy Wencję. O świcie autokar na pierwszym biegu z trudem wjeżdża na Kahlenberg. Stąd król Jan III Sobieski, po zwycięstwie nad Turkami w roku 1683, powiadomił Stolicę Apostolską: „Przybyłem, zobaczyłem, Bóg zwyciężył”. Tutaj, w kościele pod wezwaniem św. Józefa, nasz pielgrzymkowy kapelan odprawił Mszę w intencji wszystkich zmarłych z Rodu a w szczególności za Zbigniewa ze Skierniewic. Po Mszy wpisaliśmy się z Jasiem do księgi pamiątkowej.

    Teraz przed nami już tylko droga do domu, do Polski. Uczestniczyłem w fantastycznym przedsięwzięciu. Pielgrzymka, z której wracamy, była dla mnie wprawdzie kolejnym, ale za to najważniejszym spotkaniem z Papieżem Janem Pawłem II.

    Ojciec Święty jest fenomenem w nowożytnych dziejach ludzkości, nikomu bowiem za życia nie zaczęto spontanicznie stawiać tylu pomników. Obserwujemy, co dzieje się w Stolicy Apostolskiej, słuchamy modlitw Ojca Świętego, modlimy się razem z Nim. Jakże lękamy się o Jego zdrowie. Każde spotkanie z Papieżem (nie tylko to osobiste) wzbogaca nas i czyni choć trochę lepszymi. I o to chyba chodzi.

    My Polacy jesteśmy niezwykle dumni z naszego Wielkiego Polaka- Papieża. Myślę, że i On po trosze również z nas. Świadczą o tym Jego słowa:

    „Raduję się z tego wielkiego dobra, jakie się stało i wciąż się dokonuje w mojej Ojczyźnie. Serdecznym moim pragnieniem jest głosić pokój moim Rodakom. Ten pokój, który umniejsza zwątpienie, przywraca zgodę i pobudza do miłości”.

  • Moje spotkania z Ojcem Świętym


    Rafał z Korycina

    Niedziela 19 maja 1997 roku, godzina 12, samo południe. Stoję wśród tłumów wiernych na placu Św. Piotra w Watykanie w oczekiwaniu na modlitwę Anioł Pański. Otwiera się okno Biblioteki Watykańskiej, obsługa spuszcza za okno dywan i mocuje mikrofony. Na placu różnojęzyczny śpiew na cześć Ojca Świętego. Grupa, wśród której stoimy ze Stefanią, moją żoną, przyjechała z odległej Jasionówki jako młodzieżowa orkiestra dęta. Ubrani w jednolite mundury paradne stanowią atrakcję wśród zgromadzonych na placu ludzi, grają. Grają też inne orkiestry, ze Szkocji, z Francji. Polska jednak góruje nad wszystkimi. Tłum na moment zamarł w ciszy, by nagle głośnym okrzykiem powitać ukazującego się w oknie Jana Pawła 1I. Głośne wiwaty nie dopuszczają do głosu Ojca Świętego. Ceremonia się rozpoczęła. Modlitwa w skupieniu i ciszy. Po niej Papież pozdrawia grupy zgromadzone na placu Świętego Piotra. Na koniec zwraca się do Polaków w naszym ojczystym języku, na co odpowiadają gromkie brawa, wiwaty, orkiestra, która natychmiast wchodzi z pieśnią „Po górach dolinach”, po czym bez przerwy gra dalej, nie dopuszczając innych orkiestr. Papież przysłuchuje się chwilę i odchodzi. Muzyka nie milknie. Część ludzi opuszcza plac, inni gromadzą się wokół tej barwnej młodzieżowej orkiestry. Pojawia się telewizja RAI, która na żywo transmituje występ. Turyści filmują. Po godzinie dowiadujemy się, że Ojciec Święty zaprosił nas na audiencję o godzinie 19 w sali na czwartym piętrze tuż pod Biblioteką. W tym dniu przypadają jego 77 urodziny. Papież źle się czuje. Boimy się, by nie odwołano audiencji. O. Konrad Hejmo, dominikanin, który organizuje spotkania z Ojcem Świętym, mówi, że jeżeli Jan Paweł II przejdzie te „dwie siekierki”, czyli dwie siódemki, dalej będzie się cieszył dobrym zdrowiem. Z niepokojem chodzi po sali obserwując korytarz, czy nie zbliża się Papież. Nagle włączają się światła, wszyscy biją brawo. W drzwiach już wcześniej otwartych ukazuje się postać w bieli z laską. Podchodzi do tronu, oddaje laskę lecz nie siada. Wśród ciszy, która nagle zapanowała, głośno intonuje „Chwalcie łąki umajone”. Zaskoczył nas wszystkich. Po pierwszej zwrotce druga. Cała grupa śpiewa z Ojcem Świętym, obsługą, fotoreporterami. Po chwili podchodzi do każdej grupy, a jest ich ok. dziesięciu, chwilę poświęcając na rozmowę i wspólne zdjęcie. Na wstępie proszono, by nie wyciągać rąk do Papieża, toteż nikt tego nie czyni. Wielkim więc jest dla mnie przeżyciem, kiedy Ojciec Święty przechodząc obok mnie sam wyciąga do mnie dłoń i pozwala, bym ucałował pierścień najwyższego dostojnika katolickiego. Za chwilę już schodziliśmy po schodach opuszczając pałac papieski, dumni z zaszczytu jaki nas spotkał, jakoś było nam lekko, odmłodzeni o kilkanaście lat, szczęśliwi.

    14 i 15 października 2000 Papież ogłosił dniami Zjazdu Rodzin w ramach obchodów Roku Jubileuszowego. Staraniem wielu członków Rodu Żółtowskich 32 osoby spośród nas pojechały na tę uroczystość. Nie tylko dorośli, ale i nasza młodzież, zabrana specjalnie, gdyż od niej oczekujemy zawiązywania nowych rodzin Żółtowskich, tworzenia nowego pokolenia w duchu prawdziwej rodziny.

    Przygotowawszy stosowny transparent: „Ród Żółtowskich pozdrawia Ojca Świętego”, ubrani w jednakowe białe koszulki z herbem Ogończyk, pełni zapału wyruszyliśmy o świcie autokarem z hotelu do Rzymu. Pogoda zepsuła się radykalnie, i to na czas samej tylko uroczystości, tak jakby Pan Bóg płakał nad stanem rodzin na świecie. Część z nas miała parasole, inni kupowali je po drodze od zawsze przewidujących handlarzy, dla których deszcz to czystyinteres. Takich tłumów nikt nie przewidywał. Nie wkroczyliśmy nawet na teren państwa Watykan. Ceremonia przeniosła się na ulice Rzymu. Tylko wielkie billboardy pozwoliły obserwować, co dzieje się na głównym ołtarzu i jak przebiega uroczystość celebrowana przez Ojca Świętego. Wszyscy byli przemoknięci do nitki, wyglądaliśmy mizernie. Spotkanie, na któretak liczyliśmy, nie udało się, jednak Ojciec Święty nie zapomniał o nas, jak to czyni dobry pasterz wobec swych owieczek. Na poniedziałek 16 października zapowiedział przyjęcie pielgrzymów polskich w Auli Pawła VI o godz. 10. Pogoda wróciła do normy, ciepło, pogodnie i my, Żółtowscy, w kilkutysięcznej kolejce na spotkanie z Janem Pawłem II, naszym rodakiem. Wciskamy się do Auli prawie na końcu. Rozpoczynam nerwowe poszukiwania o. Konrada Hejmo, chcąc odebrać zaproszenia na prywatne dojście do samego Ojca Świętego. Przedzieram się przez tłumy zgromadzone bliżej podium i w końcu drogę zagradza mi kordon karabinierów. Dalej iść nie można. Tłumaczę po angielsku, że idę do o. Hejmo po wejściówki. Zrozumieli, puścili. Kiedy po kilku minutach udaje mi się dotrzeć do poszukiwanego, okazuje się, że ks. Józef Grzeszczuk, który pełnił dla naszej grupy posługę duszpasterską, wcześniej dotarł do o. Hejmo i, przedstawiając pisemną prośbę biskupa Dydycza z diecezji drohiczyńskiej, uzyskał dla nas pięć wejściówek. Prędko więc wracam do swej grupy, gdyż niosłem w reklamówce prezenty dla Papieża. Okazało się, że pięć osób poszło już osobnym wejściem na spotkanie z Ojcem Świętym. Bogusia Żółtowska z Białej, widząc, że nie mam zaproszenia, odstępuje mi swoje. Wiem, że było to dla niej wielkie wyrzeczenie, tak bardzo chciała dostać się przed oblicze Ojca Świętego. Nie waha się ani chwili, mówi: „Bierz moją wejściówkę i wchodź”. Biorę i wchodzę. Mam przecież dary dla Papieża. Widząc wielkie poświęcenie Bogusi i jej olbrzymią chęć uczestnictwa w tej ceremonii, nasz ksiądz cudem dostaje jeszcze jedno zaproszenie i daje jej. Ten godny pochwały czyn Bogusi został przez Pana Boga nagrodzony, inaczej tego nie da się zinterpretować. Siedzimy więc na krzesłach 10m od Ojca Świętego, Bogusia z synem Michasiem, Wacek z synem Januszem, Bożena i ja.

    Do Auli Pawła VI weszło ponad 8,5 tys. Polaków przybyłych na uroczystość Jubileuszu Rodzin. Ochrona nie pozwala rozwijać transparentów, mając na uwadze bezpieczeństwo Papieża. Wśród dźwięków orkiestry dętej i oklasków wchodzi Ojciec Święty. Zasiada na tronie. Wita się ze świtą biskupów i kardynałów, w tym z biskupem Stefankiem, krajowym duszpasterzem rodzin w Polsce. Po homilii dotyczącej rodziny następuje przyjęcie darów i bezpośrednie spotkanie z Ojcem Świętym. Wolno przesuwa się kolejka do Papieża. Sala śpiewa, nam się łzy cisną do oczu. Niektórzy rzeczywiście płaczą. Klękam przed Ojcem Świętym i trzymając otwarty Adres mówię: „Ojcze Święty! 1000-letni polski Ród Żółtowskich najuniżeniej prosi Waszą Świątobliwość o błogosławieństwo na drugie tysiąclecie”, Jan Paweł II błogosławi i daje pierścień do pocałowania. Każdy z nas dostąpił tej chwili powiedzenia kilku słów do Ojca Świętego. Byliśmy szczęśliwi. Wycałowaliśmy się z radości na oczach 8,5-tysięcznej widowni. Ceremonia zakończyła się, lecz Polacy zgromadzeni w auli długo wiwatowali na część Ojca Świętego.

    Ja wręczyłem Papieżowi Adres z prośbą o błogosławieństwo dla Rodu pióra Andrzeja Ludwika stosownie oprawiony i elegancko wydrukowany, podpisany przez Michała z Lasek, Andrzeja Ludwika i przeze mnie, Wacek z Januszem – Genealogię Rodu Żółtowskich pięknie oprawioną w skórę, Bożena – książkę Michała o Róży Czackiej, Bogusia – drugi egzemplarz Genealogii oprawiony starannie przez Andrzeja Ludwika. To spotkanie było wielkim przeżyciem dla nas wszystkich – dla tych, którzy z dala obserwowali, i dla naszej szóstki z bliska. Nie da się zaprzeczyć, że to historyczny dzień w dziejach naszego Rodu.

  • Moje wrażenia z pielgrzymki do Włoch


    Joanna Narkiewiczówna

    Muszę powiedzieć, że Stefan Żółtowski ze swoją propozycją dołączenia do wycieczki – pielgrzymki rodziny Żółtowskich do Włoch „spadł mi jak z nieba”. Właśnie obie z mamą musiałyśmy, niestety, zrezygnować z wyjazdu do Rzymu na Światowy Dzień Młodzieży, gdy nagle, dwa dni później, zadzwonił Stefan. Dostrzegając w tym palec Boży, podjęłyśmy pozytywną decyzję i gdy nadszedł październik, rozpoczęłyśmy przygotowania do podróży. Wprawdzie, na dobry początek wycieczki „w ciepłe kraje”, trochę zmarzłyśmy, czekając na opóźniony autokar z Białegostoku, ale za to letnia pogoda we Włoszech i trasa pielgrzymki szybko wymazały ten drobiazg z pamięci.

    Chociaż realizacja programu wymagała od uczestników wiele samozaparcia i wytrzymałości, to, co było dane nam obejrzeć, wynagradzało wszystkie trudy. Prześliczne krajobrazy, fascynujące budowle, klimat niezwykłości tej jednej z kolebek europejskiej cywilizacji sprawiły, że przez kilka dni trwałyśmy jak w transie w wielkim urzeczeniu i zachwycie nad niepowtarzalnością, wyjątkowością kraju, w którym Pan Bóg zgromadził tyle piękna.

    Szczególne wrażenie wywierały na nas wiekowe świątynie, których – zgodnie z intencją pielgrzymki – było na naszym szlaku najwięcej. Zaprawdę, ich twórcy oraz ówcześni wierni musieli bardzo kochać Boga, skoro ku Jego chwale wznieśli istne dzieła sztuki. Codziennie w którymś z odwiedzanych kościołów uczestniczyliśmy w krótkiej Mszy św., odprawianej przez towarzyszącego nam w pielgrzymce naszego kapelana, ks. Józefa Grzeszczuka, którego słowo zawsze nas umacniało i skłaniało do refleksji nad każdym przeżytym dniem, nad teraźniejszością, przeszłością i przyszłością.

    Największym przeżyciem duchowym była dla nas, oczywiście, wizyta, w Watykanie – udział najpierw we Mszy św. na placu Świętego Piotra, a potem w spotkaniu Ojca Świętego z polskimi rodzinami z okazji obchodu Jubileuszu Rodzin. Wzruszone i pełne radości z otrzymania błogosławieństwa od naszego Papieża czułyśmy się w Wiecznym Mieście jak w domu.

    Ostatnim etapem wycieczki było wzgórze Kahlenberg w Wiedniu, gdzie w bitwie z Turkami wzięło udział dwóch rycerzy z rodu Żółtowskich. Skorzystałyśmy z okazji, aby w tym miejscu pomodlić się również za dusze przodków naszej rodziny: Jana Szukszty h. Pobóg i Franciszka Narbutta h. Trąby ze Żmudzi. Przykro nam było słyszeć, że Austriacy z premedytacją przemilczają decydującą rolę króla Jana III Sobieskiego i polskiego rycerstwa w wiedeńskiej wiktorii, która ocaliła chrześcijańską Europę.

    Późnym wieczorem, 20 października, wróciłyśmy do Warszawy, dziękując organizatorom pielgrzymki i wszystkim jej uczestnikom za tę kilkudniową wspólnotę wielkich przeżyć i wzruszeń – religijnych, patriotycznych i estetycznych.

  • Monte Cassino, Pompeje, Neapol


    Agnieszka z Kutna

    Dzień 17 października 2000 r., piąty dzień naszej rodzinnej pielgrzymki.

    Zawędrowaliśmy na Monte Cassino, do Pompei i Neapolu, zagłębiając się w pasjonującą historię. Pogoda dopisywała, słońce, aczkolwiek z małymi wyjątkami, obdarowało nas swym blaskiem, wiatr i deszcz zachowując na później.

    Na Monte Cassino jechaliśmy ponad dwie godziny, a sam wjazd na szczyt zapewne przyprawił niektórych o mdłości, jednakże widoki były malownicze, co uwieczniono na fotografiach i taśmie wideo. Odwiedziliśmy polski cmentarz zdobywców klasztoru Benedyktynów poległych podczas ofensywy w roku 1944 (11-18 maja). Leżą tam, często bezimienni, młodzi chłopcy, którzy własną krwią godnie przeciwstawiali się działaniom hitlerowców, broniących drogi na Rzym (ostatecznie zajęty przez aliantów, dzięki II Korpusowi Polskiemu gen. Władysława Andersa, 4 czerwca 1944 r.).

    Uczestniczyliśmy z prawdziwą przyjemnością we Mszy św. celebrowanej przez naszego duchownego przewodnika ks. Józefa Grzeszczuka. W kazaniu usłyszeliśmy prawdę o nas Polakach i o Polsce starającej się obecnie o wejście w struktury europejskie. Polska powinna stać z głową podniesioną wysoko w pierwszych szeregach państw europejskich za zasługi swoich dzielnych żołnierzy broniących każdego skrawka ziemi „starego kontynentu”. Ojczyzna matka tysięcy nieprzejednanych obrońców dobra, wolności, suwerenności nie musi błagać o przyjęcie do Europy, gdyż zawsze w niej była i będzie. My Polacy współcześnie żyjący nie mamy się czego wstydzić, nie zhańbiliśmy się w historii. Na Monte Cassino powinniśmy oddać cześć poległym za naszą niepodległość, zjednoczeni jak oni wtedy, zagłębić się w modlitwie, refleksji nad grobami braci-rodaków. Tu na cmentarzu spotkały się setki Polaków, by uczestniczyć w Mszach św. w intencji zmarłych żołnierzy, by złożyć wieńce na mogile gen. Andersa, twórcy i dowódcy armii polskiej złożonej z jeńców więzionych w ZSRR, by uczcić wielkie polskie zwycięstwo. Były pielgrzymki z Radia Maryja, byliśmy tam i my, rodzina Żółtowskich dla której największymi wartościami są Bóg – Honor – Ojczyzna. Pewna jestem, iż żaden Żółtowski nie zawahałby się, gdyby przyszło mu bronić, jak ci polegli, słusznej idei – wolności.

    Z braku czasu (w Pompejach mieliśmy stawić się o godz. 13) na zwiedzenie opactwa mieliśmy zaledwie 15 min. Oczy nacieszyliśmy, kierowcom podziękowaliśmy za szczęśliwy zjazd i ruszyliśmy ku Pompejom. Byliśmy tam jedynie 1,5 godz., z „dodatkowym prezentem” – drugą grupą, chciałoby się rzec „katastrofa”, ale na szczęście oprowadzała polska, przesympatyczna przewodniczka. Weszliśmy w krąg kultury starożytnych Rzymian, gdyż od 310 r. p.n.e. Pompeje znajdowały się pod panowaniem państwa rzymskiego. Początkowo skromne osiedle rolnicze, z czasem przekształciło się w ważny ośrodek przemysłu i handlu. Pierwszą klęską, która nawiedziła miasto, było silne trzęsienie ziemiw 62 r. n. e., całkowicie niszczące kolonię. Ocaleli z katastrofy mieszkańcy przystąpili do odbudowy, podniesiono z ruin wiele budowli, rozbudowano świątynie, kiedy nagle 24 sierpnia 79 r. n.e. uśpiony od wieków Wezuwiusz rozbudził się z długiego snu, wybuchając z niesłychaną siłą. Na Pompeje spadł gęsty deszcz lapillów i żarzących się łupek, osadę pokryty śmiercionośne wilgotne popioły. Nieliczni, którzy uszli z życiem, rzucili się w stronę Stabiów i Nucery, lecz trujące wyziewy wulkanu przerwały ucieczkę. Miasto okryła gruba pokrywa (5-6 m) popiołów. Na wieki zapomniano o tym obszarze ciągnącym się od Herkulanum do Stabiów. Umarłą miejscowość „obudził” Vittorio Spinazzoli, kierujący pracami odsłaniania domów i ulic spod warstwy lapillów. Na pompejańskich ulicach znów słychać gwar przechodniów, turystów. 17 października 2000 r. byliśmy nimi m.in. my – rodzina Żółtowskich, której udało się zobaczyć tak wiele w tak krótkim czasie. Podziwialiśmy wspaniałe rezydencje – domy bogatych – i mniej okazałe mieszkania uboższej warstwy. Zachwycaliśmy się forum, czyli centrum życia politycznego, gospodarczego i religijnego Pompejów. Usytuowane były tam gmachy publiczne: bazylika, urzędy miejskie, hale targowe oraz budowle kultowe. Nie ustępowała forum rozmachem i świetnością świątynia Apollina, której tylną ścianę portyku zdobią malowidła o tematyce zaczerpniętej z Iliady, pod kolumną stoją kopie posągu Apollina z łukiem oraz popiersia Diany, ich oryginały znajdują się w Muzeum Narodowym w Neapolu. Zachował się ołtarz ofiarny usytuowany przed schodami bazyliki i kolumna jońska z zegarem. Nie omieszkaliśmy zobaczyć Term Stabińskich, gdzie w szatni umieszczona jest gablota z gipsowym odlewem ciała jednej z ofiar wybuchu Wezuwiusza. Ciekawostką okazał się dom publiczny ze śmiałymi malowidłami na ścianach i kamiennymi łóżkami. Potrzeby duchowe zaspokajał natomiast teatr grecki. Wszyscy uczestnicy naszej pielgrzymki byli pod wrażeniem wysokiej cywilizacji i kultury Pompejów – „miasta umarłego”, aczkolwiek w pewnym sensie nadal żyjącego, zarówno historią, jak i współczesnością.

    Trzecim przystankiem dnia był Neapol – perła południowych Włoch, gdzie postęp cywilizacyjny zlewa się z ubóstwem widocznym na obrzeżach miasta. Podczas godziny do własnej dyspozycji, kiedy to za towarzysza mieliśmy deszcz, mogliśmy podziwiać cudowne uliczki i kamienice, ucieszyć podniebienie prawdziwym spaghetti i lodami kasztanowymi. „Zobaczyć Neapol i umrzeć” – zaprzeczyć temu powiedzeniu nie można.

    Na tym zakończyliśmy zaplanowanie na 17 października 2000 r. wycieczki. Dzień był niesamowity, pełen wrażeń, niezapomniana karta w kalendarzu życia. Otworzyliśmy nasze serca na historię starożytną i tę, która ciągle żyje i będzie żyła, póki my dajemy jej świadectwo.

    Zmęczeni podróżą, jednakże podekscytowani zasiedliśmy do kolacji, na którą tradycyjnie podano makaron. Kładąc się do łóżek oczekiwaliśmy z niecierpliwością dnia jutrzejszego – wizyty w Asyżu.

  • Padwa, Piza, San Marino


    Ania z Białej

    Pielgrzymka do Włoch – fragmenty

    13 października 2000

    Pierwszego dnia naszej podróży udaliśmy się do Padwy – miasta św. Antoniego. Zawierzając naszą pielgrzymkę Bogu odprawiliśmy tam Mszę św., którą celebrował ks. Józef Grzeszczuk. Potem weszliśmy do bazyliki wzniesionej na cześć św. Antoniego. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem kunsztu średniowiecznych architektów i budowniczych. Obejrzeliśmy też relikwie i pamiątki po św. Antonim. Z dumą odnaleźliśmy tam cząstkę naszej Ojczyzny – kaplicę polską. Później, idąc do autokaru, mogliśmy zwiedzić chociaż cząstkę Padwy, na więcej niestety nie starczyło czasu.

    Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Pizy. Podziwialiśmy tam wzniesione w XII w. romańskie budowle. Najstarszą z nich jest katedra, będąca świadectwem genialnej koncepcji i niezrównanego kunsztu tych, którzy ją budowali. Kolejną jest baptysterium służące do ceremonii chrztu. Budowa tego obiektu sakralnego zajęła prawie dwieście lat. Trzecią z kolei budowlą wzniesioną na placu katedralnym – Piazza del Duomo jest dzwonnica, która przy wysokości 56 m odchylona jest od pionu o 4,54 m. Fenomen ten sprawił, iż tzw. krzywa wieża w Pizie stała się jednym z najczęściej zwiedzanych zabytków. Ostatnim z podziwianych przez nas obiektów jest cmentarz. Legenda głosi, że na jego terenie znajduje się ziemia przywieziona z Palestyny i dlatego zwłoki chowane tutaj obracają się w proch w ciągu jednej doby. Po zwiedzaniu zabytków na Piazza Duomo pojechaliśmy na nocleg do Montecatini Terme. Po typowo włoskiej kolacji wszyscy udali się na długo oczekiwany odpoczynek. Rankiem wraz z całym bagażem i uśmiechem na ustach wyruszyliśmy w dalszą podróż…

    19 października 2000

    Wyjeżdżaliśmy z hotelu później niż zwykle. Dlatego po Mszy św. i skromnym śniadaniu wybraliśmy się na krótki spacer po plaży. Odprężeni i wyspani pojechaliśmy do San Marino. Korzystając z czasu wolnego, przechadzaliśmy się po licznych sklepach i kupowaliśmy pamiątki dla naszych bliskich i dla nas samych. Niestety, nie udało nam się obejrzeć całego miasta, gdyż spieszyliśmy się do Wenecji, oddalonej od San Marino o ponad 300 km. Do Wenecji dotarliśmy ok. godz. 16. Statkiem przepłynęliśmy Canale Grande, kończąc podróż na placu Św. Marka. Niestety przybyliśmy za późno, aby zwiedzić bazylikę. Na dzwonnicę też nie było sensu wjeżdżać, ponieważ zapadał już zmierzch i nie moglibyśmy podziwiać roztaczających się z niej widoków. Jednak niezrażeni przeciwnościami przechadzaliśmy się uliczkami miasta, podziwiając nietypowy krajobraz „miasta na wodzie” oraz oglądaliśmy, chociaż z zewnątrz, zabytkowe kamienice na placu Św. Marka, bazylikę Św. Marka oraz Pałac Dożów. W Wenecji nareszcie mieliśmy kilka godzin luzu… Nie słyszeliśmy wtedy słów „szybciej, bo już jesteśmy spóźnieni”. Mogliśmy więc spokojnie usiąść w jednej z licznych pizzeri i zjeść włoski przysmak – pizzę, a na deser wspaniałe włoskie lody.

    Około godz. 22 wyjechaliśmy z Wenecji, udając się w kierunku Polski.

  • Spotkanie z Dobrocią


    B. W.

    Nigdy nie myślałam, że będę tak blisko Ojca Świętego. Marzyłam… A tymczasem po beznadziejnym, szarym, zalanym deszczem dniu, w którym odprawiano Mszę św. za rodziny, zaświtała nadzieja. Papież obiecał audiencję dla Polaków.

    Dla mnie dzień ten zaczął się źle. Nie mieliśmy szans zdążyć na uroczystą Mszę św. w Bazylice Świętego Piotra. Byłyśmy z Bogusią bardzo z tego powodu rozżalone. Przy wchodzeniu na salę audiencyjną odłączyłyśmy się od Żółtowskich. Zajęłyśmy miejsca blisko podium. Tymczasem Żółtowscy siedzący na końcu 9-tysięcznego tłumu wciąż nas wzywali, coś krzyczeli, machali rękami. Powiedziałyśmy: „Nie idziemy do nich” i… poszłyśmy. (Już w autokarze Wacław oznajmił mi, że uzgodnił z Rafałem, iż gdyby była audiencja, to prezes, ja i Wacław idziemy z darami, ale ja o tym zapomniałam.) Okazało się, że ks. Józef przyniósł pięć wejściówek na procesję z darami, a Rafała nie ma. Gorączkowo wybieramy się – idę więc ja, Wacław Janusz, Michał-ministrant i Bogusia. Wzywają już do przejścia. Idziemy zdenerwowani, „gdzie Rafał?”. W połowie drogi do pierwszych krzeseł dobiega Rafał. Konsternacja – nie ma wejściówki. Po chwili wahania Bogusia oddaje mu swoją i idzie z nami z książką. Strażnik kontroluje nas i mimo jej próśb bezpardonowo odsyła Bogusię. Siadamy w drugim rzędzie, jest nam przykro, czujemy też ulgę, ponieważ jest Rafał, prezes, i jesteśmy szczęśliwi, ponieważ otrzymaliśmy łaskę bezpośredniego spotkania Ojca Świętego.

    Nagle zdaję sobie sprawę, że będę blisko Człowieka o życiu świętym, wielkiego Polaka. Płaczę. Ktoś mnie chwyta za rękę – Bogusia. Obie płaczemy. Mężczyźni mają łzy w oczach. Mówię do Bogusi „Zanim zaczęłaś żałować, Bóg cię wynagrodził”. Bogusia ze łzami: „Wierz mi, ani przez chwilę nie żałowałam”.

    Fanfary. Obok nas siedzą Kawalerowie Maltańscy. Jeden z nich zapuszcza żurawia w naszą stronę. Podczytuje otwarty przez Rafała Adres do Ojca Świętego. Uśmiecham się do siebie. Niedawno go widziałam… Wszyscy wstają. Gromkie brawa. Siedzące przed nami przedstawicielki Radia Maryja i ks. Rydzyk wycierają łzy. Ksiądz Rydzyk wyszarpuje z tłumu jeszcze jednego, młodego człowieka i wprowadza do wybrańców z darami. Śpiewy na cześć Papieża. Ojciec Hejmo, główny celebrans, wita Ojca Świętego i przedstawia grupy rodzin polskich. Zakwita radość, ta subtelna tchnąca od Jana Pawła i ta krzykliwa, trochę teatralna – nasza. Kilka kamer filmuje całe wydarzenie. Widzę przez łzy, jak przy powitaniu Żółtowskich rozwinął się nasz transparent – duża czerwona plama na tle różnokolorowych główek. Przemawia bp Stefanek, potem Ojciec Święty. Przygarbiony, złoty – mówi cicho. Mam zamęt w głowie. Niezwykle zdyscyplinowana, zimna służba porządkowa obserwuje z dystansem nasze krzyki, śpiewy, żywą reakcję na słowa Ojca Świętego. A Jan Paweł uśmiecha się do nas.

    Służby porządkowe oszczędzają czas. Wzywają nas do ustawienia się w kolejkę z darami. Sypią się paczuszki kobiet z Radia Maryja, zbierają swoje prezenciki chyłkiem, z tremą. Dostojnie przemieszczają się młode kobiety Kawalerowie Maltańscy w historycznych strojach, kilku starszych mężczyzn, paru młodych bez strojów. Część ich zostaje mimo zaproszeń ze strony służb. Chyba nie chcą, aby było ich zbyt dużo. Wzruszenie ramion porządkowego. Patrzę na dwie siwe kobiety – wydały mi się takie skromne, nobliwe, piękne.

    Popychają nas w kolejkę. Nogi mi się trzęsą. Podchodzimy do Ojca Świętego. Ogarnia nas ciepłe światło kamer, reflektorów, ale nie… – dla mnie to bliskość Jana Pawła. Nic nie jest ważne, Rafał głośno mówi o naszej wierności Bogu, podaje Adres. Ściskam książkę Michała z Lasek Blask prawdziwego światła i myślę „to dzięki Róży Czackiej i Michałowi tu jestem – drogi Boże są nieprzeniknione”. Widzę oczy Ojca Świętego patrzące na mnie. Dobre oczy. Mówię parę słów o Michale – autorze, jedno zdanie o książce. Jan Paweł się uśmiecha. Ja też się cieszę. Jest stary, ale zdrowy. Parę lat temu był taki schorowany… Podnosi mnie porządkowy we fraku z żelaznym ramieniem i przyklejonym do twarzy uśmiechem. Odchodzę.

    Długa droga po schodach, wchodząc, w ogóle ich nie zapamiętałam. Siadam na krześle obok Rafała i Wacława. Wycieramy łzy. Całujemy się szczęśliwi. „Boże mój, dziękuję Ci za tę chwilę”…

    Nawet teraz po kilku miesiącach, kiedy czasem nie mam siły żyć przyzwoicie, to uśmiech Jana Pawła, Jego osobisty uśmiech dla mnie, podrywa i umacnia w drodze do Dobra. I nic potem… ani przerobienie pielgrzymki na wycieczkę, ani niezwiedzenie bazylik, ani żadne akapity nie przysłonią mi radości z wizyty u Ojca Świętego, za co wszystkim Żółtowskim dziękuję.

    PS. Kiedy Rafał wrócił od o. Hejmo z informacją, że pięć wejściówek wziął ks. Józef, okazało się, iż już jesteśmy w drodze do Papieża. Ks. Józef poczuł się winny, że prezes Związku Rodu nie będzie przewodniczył grupie Żółtowskich. Pobiegł do o. Hejmo z prośbą o pomoc. Dostał wejściówkę, którą mógł wręczyć Bogusi. I tak dobro zrodziło dobro. Może jestem nieoszczędna w słowach wielkich, ale taka jest potrzeba chwili.

    PS. Tym też artykulikiem żegnam się z Wami, Żółtowscy, jako szef Związku Rodu, a witam jako czytelniczka i może… autorka…

    Bożenna Wanda Żółtowska – B.W.

  • Tempus fugit!


    Kicia – Krystyna

    Już Nowy Rok. Z powodu grypy w sylwestra siedzę w domu. Adaś z kolegami na uroczystości pod olsztyńskim ratuszem.

    Za oknem świerki, sosenki i jałowce uginają się pod ciężarem świeżego śniegu. Na niebie niskie śniegowe chmury. Coś w rodzaju mgły przestania łunę bijącą od miasta. Słychać wybuchy, widać błyski, ale bez świetlnych efektów, wszystko znika w „oparach”.

    Zbliża się północ, więc niezdarnie, bo pierwszy raz, odkręcam druciki przywiezionego z Francji miniaturowego szampana. Prawie cały wystrzela w górę i spada na podłogę. Namawiam jamniczkę Finkę, by wylizała. Nawet pies nie chce spełnić ze mną toastu noworocznego, witam więc nowe tysiąclecie na kolanach wycierając podłogę.

    W TV nudy – zaczynam wspominać zdarzenia ubiegłego roku i wtedy staje mi przed oczyma autokar pełen Żółtowskich – zatrzymuje się na parkingu, okolica chyba już podalpejska, chłodno i ciemnawo.

    „Nasz” ksiądz rozpoczyna Mszę świętą podróżną. Maleńki składany stolik nakryty białą serwetą Bożenka pięknie udekorowała kiścią owocków rokitnika. W sąsiedztwie kielicha wyglądały jak kiść winogron. Ksiądz Józef, nie Żółtowski, migiem przebrał się do Mszy. Znalazł się też „etatowy” ministrant – Michał syn Bogusi. Zapaliliśmy świece umieszczone w butelkach po wodzie mineralnej z obciętym dnem. Wyglądały jak wspaniałe lampiony wzbudzając zainteresowanie kierowców i pasażerów innych samochodów.

    Msza krótka, żywiołowo wygłoszone intencje, jednak wrażenie bliskości Boga – niezatarte. Nad nami gwiaździste niebo, a między nami cienie obecnych czy też może eteryczne postacie tych, o których myślimy, a których nie ma wśród nas – czy też jest nas tak dużo, jakbyśmy wszyscy byli podwójni?

    W ciszy ruszamy dalej, zapadam w drzemkę. Rano jesteśmyw Padwie. Dość chłodno, mały spacerek przez miasto – ogromny plac z fontannami, zielenią i rzędami posągów – są też Polacy. Mijamy uniwersytet. Nasza pilotka, bardzo miła pani Grażyna, wymienia wielkich Polaków, którzy tu studiowali. Jeszcze chwila i jesteśmy przed bazyliką św. Antoniego Padewskiego. Najpierw Msza święta w kaplicy o surowym wnętrzu. Już wiemy od ks. Józefa, że św. Antoni oprócz znajdowania kluczy pomaga w beznadziejnych sytuacjach. „Święty Antoni Padewski, Nauczycielu Anielski! Niech mnie wesprze łaska twoja. Niech się znajdzie zguba moja”. To była częsta modlitwa mojej babci. Natychmiast znajdowało się to, co, jak mówią, „diabeł ogonem nakrył”. Po Mszy idziemy do bazyliki. Nasz ksiądz zasiadł w ogromnym barokowym konfesjonale i spowiadał tych, którzy nie zdążyli przed wyjazdem uporządkować swego sumienia. Iwonka w jednej z kaplic wypatrzyła zakonnika kwestującego i udzielającego indywidualnych błogosławieństw. Obserwowałam ją spod kolumny. Podeszła do niego i uklękła. Zakonnik skinął na mnie – jak zaczarowana podeszłam i uklękłam obok Iwonki. Nie wiem, co mówił, ale poczułam się bardzo dobrze – zmęczenie długą drogą zniknęło. Zwiedzamy bazylikę, w niej wspaniałą barokową kaplicę z grobem i relikwiami św. Antoniego oraz tzw. kaplicę polską. Zbiórka przed konnym pomnikiem kondotiera weneckiego dłuta Donatella. Chyba pierwsze liczenie „bramkowe” – przechodzimy kolejno pod wzniesionymi rękami liczących („budujemy mosty dla pana starosty”) – są wszyscy. Robimy zdjęcia pamiątkowe i rozgadani idziemy do autokaru.

    Następny etap – Piza. Mijamy Bolonię, Florencję – szkoda, chętnie znów spojrzałabym na pięknego Dawida, Ponte Vecchio – most złotników, popiersie Celliniego. Pilotka przybliża nam historię mijanych miast, usiłuje pokazać choć kopułę katedry S. Maria del Fiore – symbol Florencji wszystkim znany z publikacji turystycznych i plakatów biur podróży.

    Mijamy most na mętnej rzece Arno. Pędzimy autostradą. Za moment będziemy na „Placu Cudów”. Gorąco, piękna pogoda i jakby lekko wilgotne powietrze – wyraźny zapach morza. Plac naprawdę wydaje się cudowny wszystkie budowle (krzywa wieża, katedra i baptysterium) na tle błękitnego nieba z grupami bielutkich chmurek też wydają się alabastrowo białe i jakieś nieziemskie – jakby właśnie spłynęły z nieba w sposób absolutnie cudowny! Choć zbudowane z solidnego marmuru, chyba nic nie ważą. Na znanych mi zdjęciach są jakieś szarawe, daleko im do bieli. Oniemiałam! Ale to jeszcze nic. Następne absolutne zaskoczenie to wspaniała akustyka. Wyobrażam sobie jak dorosłego katechumena, na przykład w XIII w., zanurzano we wspaniałej marmurowej chrzcielnicy. Wokół śpiew spadający kaskadami z góry – na poszczególnych piętrach „echo”. Dostojny głos kapłana też spadający z góry. Musiało to sprawiać wrażenie, że niebo się otwiera: mówi sam Pan Bóg, a anieli śpiewają. To dopiero chrzest! Jaki wspaniały! Baptysterium rozpoczęto budować w stylu romańskim, skończono w gotyckim. Wszystkie budowle marmurowe, niby nic mają wspólnego ze starożytnością, a jednak na niektórych blokach kamienia znajdują się fragmenty rzymskich napisów – wiadomo więc, że budulec był „z odzysku”. Katedra, której budowę rozpoczęto po bitwie morskiej pod Palermo w 1063 r., kiedy pizańczycy pokonali Saracenów, jest budowlą w stylu romańskim pełnym wpływów muzułmańskich – kolumienki i ażurowe galerie arkadowe. Myślę, że w stworzeniu pizańskiego stylu romańskiego uczestniczyło trochę „speców” arabskich, może niewolników? Słynna krzywa wieża to dzwonnica przykatedralna, tzw. kampanila. Opleciona ażurem kolumienek zdaje się lekceważyć grawitację. Odchylenie jej od pionu obecnie wynosi ponad 4,5 m. Wejść nie możemy, bo wokół trwają prace konserwatorskie i wykopaliskowe. W Pizie urodził się Galileusz i podobno wieżę wykorzystywał do doświadczeń dotyczących właśnie grawitacji. W katedrze wisi tzw. lampa Galileusza – świecznik z brązu, którego wahania zwróciły uwagę uczonego na ruch Ziemi wokół własnej osi. Zamyśleni, dość długo snujemy się po Campo Santo – cmentarzu założonym na przełomie XII i XIII w., pełnym rzymskich i średniowiecznych sarkofagów. Gotyckie arkady ozdobiono freskami przedstawiającymi m. in. śmierć, Sąd Ostateczny, piekło. Jednak atmosfera spokoju pozwala na odpoczynek zarówno fizyczny, jak i umysłowy – cisza, dobra, potrzebna po tylu wrażeniach. Znów liczenie „bramkowe”, naprędce lody, jeszcze kilka zdjęć i marsz do autokaru. Jedziemy do hotelu w Tagliacozzo w pobliżu Bolonii – na nasz pierwszy nocleg we Włoszech. Najważniejsza jest kąpiel; nie pamiętam, co na kolację, chyba była dobra. Z przyjemnością wypijam kieliszek czerwonego wytrawnego wina wyłudzony z sąsiedniego stołu. Padam snem sprawiedliwego.

    Rano – czy to już sobota? Jedziemy do Sieny, w autokarze powstaje coś w rodzaju klubu dyskusyjnego. Urzędowy przewodnik wycieczki, pani Grażyna, wygłasza informacje o okolicy i zabytkach najeżone datami historycznymi, głównie fakty, czasem legenda. Na temat świętych Antoniego, Franciszka, Katarzyny i innych, a także papieży i papieży-mecenasów sztuki zabiera głos ks. Józef, szef pielgrzymki, dzielnie reprezentujący Kościół walczący. Dyskusja dotyczy faktów, legend i postaw. Jako profesjonalistki włączają się Bożenka i Iwonka. Porządku pilnuje Rafał – „na stanowisku”, „sam prezes”! A gdy w dyskusji rozgorzeją temperamenty, ksiądz zarządza Pod Twoją obronę, Anioł Pański lub cząstkę różańca. Młodzież niby śpi, ale chyba nie całkiem.

    Już Siena, piękne średniowieczne miasto. Zaczynamy od zwiedzania sanktuarium św. Katarzyny. Ogromna katedra, w połowie ołtarz z główną relikwią – głową św. Katarzyny. Jest to jednak zaskakujące, że nadal relikwie świętych można widzieć z tak bliska i że są tak popularne – tłumy podchodzą, by spojrzeć, modlą się, lub może nie? Głowa świętej wygląda jak głowa mojej babci w bardzo późnym wieku – cienka jakby naciągnięta skóra, wyraźne kości twarzy, a na górnej wardze ciemna plamka, jak febra. Babcia często miewała takie „febry” i smarowała je maścią cynkową – wraca wspomnienie sprzed ponad trzydziestu lat. Czuję, że tu, przed tą relikwią, niczym się nie różnimy od dawnych pielgrzymów, których przyciągało to miejsce. Też patrzyli z zadziwieniem i pewnie trochę mniej skrywaną nadzieją, że świat niematerialny to prawda, że uda się go pojąć, nawiązać z nim kontakt. Czy teraz ta święta filozofka wie już wszystko? Wokół katedry pełno ludzi, pielgrzymki, wycieczki wchodzą grupami, a mimo to jakiś rozgardiasz, choć atmosfera poważna. Trzeba uważać, by się nie zgubić!

    Następnie idziemy obejrzeć górującą nad miastem białą katedrę z XIII w. z romańską dzwonnicą z biało-zielonego marmuru. W pobliżu na kolumnie wilczyca kapitolińska (w Pizie też była). Tu zadziwia kolor średniowiecznej cegły, dachówek, bruku, a nawet ziemi – jest ciepły, czerwonobrązowy, jakbyrudziejący w słońcu. Dobrze tu, można usiąść na kamieniu i podumać. Schody katedry pełne turystów. Pstrykają aparaty fotograficzne, kamer niewiele. Naprzeciwko jakaś dziwna konstrukcja. Scena? Jak średniowieczny szafot z powiewającymi oberwanymi skrawkami materiału. Brr! Dobrze, że już dość dawno po egzekucji. Skąd ta myśl? Może dlatego, że dekoracja była w cieniu, a tu najważniejsze jest słonce!

    Podążamy do centrum miasta, które wyznacza smukła wieża Palazzo Communale. Grupowo zwiedzamy średniowieczne uliczki, plac przed ratuszem – jedyny w swoim rodzaju. Zbudowany amfiteatralnie, nawet odcieniem i pasami bruku podzielony na sektory, co pięknie widać, gdy się nań spojrzy z wieży. Wokół placu ulica, jakby współczesna bieżnia, obecnie pełna stolikówprzed restauracjami, lecz w czasie słynnych wyścigów konnych „Il Palio di Siena” pełni rolę hipodromu. Wyścigi odbywają się dwa razy w roku: 2 lipca i 16 sierpnia. Są nie tylko widowiskiem dla turystów: przedstawiciele poszczególnych dzielnic miasta, zwanych tu „contrade”, zmagają się o honorowy proporzec „Palio”. Trwa to od najdawniejszych czasów, a kończy się wspólnym piciem wina w zwycięskiej contradzie. Forma i zasady dzisiejszych wyścigów pochodzą z początków XVIII w. Mechanizm, przygotowanie i znaczenie są zupełnie niezrozumiałe dla ludzi nieurodzonych w tym mieście. Ten bieg musi być naprawdę niebezpieczny dla jeźdźców, koni i publiczności. Wszędzie ciasno – średniowieczna zabudowa. Adaś oczywiście pędzi na wieżę Palazzo Communale – są zdjęcia z góry, bardzo udane. Ja zrezygnowałam – to ponad trzysta stopni, tym razem wolę rzeczy „bardziej przyziemne”, a jest co oglądać. Zamiast obiadu zjadam ogromne grono świetnych winogron – jestem objedzona.

    Jedziemy do Orvieto, starego etruskiego miasta. Parking dla autokarów położony u stóp skały wulkanicznej, na której zbudowane jest miasto. Na górę wjeżdżamy kolejką linową, taką jak na naszą Gubałówkę. Piękna katedra, a szczególnie jej koronkowo rzeźbiona fasada złoci się w słońcu. Płaskorzeźby przedstawiają stworzenie świata, genealogię Dawida, dzieje proroków i Jezusa Chrystusa oraz Sąd Ostateczny. Trudno fotografować. Ciasna zabudowa rzuca na katedrę cienie. Trzeba wejść w wąską uliczkę, by objąć obiektywem całą fasadę. Mam już w domu stare zdjęcie, na którym widać skrajne kamienice tej uliczki, a w głębi katedrę. Byłam tu dwadzieścia pięć lat temu z moją mamą, ale katedra była wtedy w remoncie i oglądałyśmy ją tylko z zewnątrz. Tym razem spędziliśmy w niej wiele czasu. Nasz ksiądz odprawił Mszę św. przy ołtarzu Cudu Eucharystycznego. Uprzednio wytłumaczył nam, na czym ten cud polega: są to plamy krwi, jaka spłynęła z Hostii przełamanej przez księdza niedowiarka. W czasie Mszy św. znów myślałam o mojej mamie i babci, jakie byłyby szczęśliwe uczestnicząc w niej. O tym Cudzie Eucharystycznym słyszałam od babci, gdy byłam małą dziewczynką, a ona zamiast bajek opowiadała mi treść książek, sztuk teatralnych, oper, historie biblijne itp., wszystko, co widziała, słyszała i przeżyła przed wojną. Sprawiało to wrażenie, jakbym rosła na gruzach jakiejś wspaniałej cywilizacji, której dobrodziejstw ona zaznała. (Teraz mogę to tak określić.) W czasie tej Mszy miałam wrażenie, że mama i babcia są ze mną i mogą zobaczyć mojego syna Adasia którego już obie nie znały. Pierwszy raz w życiu widziałam tak wielki fresk w prezbiterium zdjęty ze ściany, która jest osuszana. Coś nieprawdopodobnego, jaka wspaniała ta nowoczesna technika konserwatorska! Oglądamy freski w kaplicy della Madonna di San Brixio pędzla Fra Angelica i Signorellego: Zmartwychwstanie, Koniec Świata, Potępienie. Następnie zwiedzamy Muzeum graduałów. Nie wiem, dlaczego tak się nazywa, może te księgi liturgiczne otwarte są na odpowiednich stronach? Patrzę jak zaczarowana, ogromne tomy ręcznie przepisywane, a raczej przemalowywane, bogato zdobione, pełne miniatur – bogactwo barw. Tak wielkich ksiąg jeszcze nie widziałam – lekko mnie zatkało – kocham piękne książki i nawet, gdy nie mogę nic przeczytać, są dla mnie obiektem zachwytu. Ociągając się wychodzę. Wracamy kolejką i do autokaru. Jedziemy dalej, mijamy Rzym, jest jakaś tablica wskazująca kierunek na Monte Cassino – mam wrażenie, że błądzimy. Droga piękna, ale bardzo długa. Klub dyskusyjny działa: informacje – pani Grażyna, komentarze – ks. Józef. Wiele głosów. Pacierze krótkie, nie śpiewamy, tylko w kościele i w czasie Mszy. Młodzież wyraźnie się ze sobą zżywa, już wszyscy są rodzeństwem, to miłe! A matkuje im Bogusia – zdecydowanie! Już późno, nareszcie jesteśmy w Toglatti – Albergo Bocconcino na Via Vittorio Veneto 25. Zakwaterowanie i kolacja. Mieszkam w pokoju 4-osobowym z łazienką. Kąpiemy się kolejno, przygotowujemy rzeczy na najważniejszy punkt naszego programu – obchody Jubileuszu Rodzin na placu Świętego Piotra w Rzymie.

    Niedziela 15 października 2000. Zakładamy koszulki z herbem Ogończyk, w które zaopatrzył nas prezes Rafał. Na wszelki wypadek bierzemy kurtki i parasole, choć nasza pilotka zapewnia, że w czasie audiencji papieskich na placu Świętego Piotra zawsze jest piękna pogoda. Ja nie wierzę, obserwuję góry – mgła poranna przesłania szczyty, idzie w górę – wiem, że musi być deszcz. Wiem to na pewno, bo osiem lat mieszkałam w Jeleniej Górze z widokiem na Karkonosze. Zaczyna padać, gdy idziemy na plac Św. Piotra. Pod murami Watykanu kupuję drugi parasol dla Adasia, bo pod jednym już nam za ciasno. Sprzedawców parasoli pełno. Wchodzimy całą grupą przez kolumnadę z prawej strony, rząd toalet cuchnie straszliwie, czy to z powodu deszczu? Zatykam nos, niemożliwe, żeby tak było zawsze. Zajmujemy dalekie miejsca stojące naprzeciw ołtarza. Leje już jak z cebra, nic nie widać przez wzniesione wokół parasolki. Nasze koszulki z herbem są bez znaczenia – szkoda! Dobrze, że cokolwiek słychać. Msza papieska jest długa. Grupki ludzi przemieszczają się nieustannie. Wśród nas, trzepocząc skrzydłami odwrotnie założonej peleryny, przelatuje niczym archanioł – Wacław z Łodzi. Tuż za nim ks. Józef „obciągnięty” czarnawą torbą foliową. Jest zimno, mokro. Z parasoli kapie sąsiadom za kołnierz. Stoimy jak na pokucie, ale pocieszam się, że dziś to my robimy naszemu Papieżowi tzw. publikę. W telewizji oglądamy zawsze nieprzebrane tłumy przed Bazyliką. Dziś my jesteśmy tym tłumem i czujemy jedność z tak wielu bardzo przejętymi ludźmi. Wzruszenie pozwala wytrzymać niewygodę.

    Ojciec Święty udziela kilku ślubów w różnych językach, Polakom też – po polsku. Gdy chwilami rozsuną się parasolki i stanę na palcach, mogę zobaczyć Ojca Świętego na wielkim ekranie, później, kiedy przejeżdża papamobilem, gdy podskoczę. Z moim wzrostem w tłumie nie mam żadnych szans. Spotykam „sztywną” Bożenkę w „nieprzemakalnej” kurtce – z rękawów cieknie! Wygląda niepokojąco, obawiam się, że zachoruje. Jakoś się skrzykujemy pod znak herbowy umieszczony na kiju długości lancy. Transparent, który mamy ze sobą, był rozwinięty tylko przez chwilę. Za radą ks. Józefa idziemy do watykańskiego sklepu z dewocjonaliami. Tam też straszny tłok. Kupujemy różańce różane i inne, krzyżyki itp., a także pocztówki. Deszcz się skończył, wracamy do autokaru i w drogę do hotelu, trzeba się wysuszyć. Nie rozpaczamy, bo czeka nas audiencja w sali Pawła VI w poniedziałek o 11. Jednak mamy za daleko do domu – jesteśmy zmęczeni, a tu prawie 120 km jazdy. Fatalnie! Wracając do autokaru zgubiliśmy dwie osoby – Anię z Podkowy Leśnej i jej synka Michała. Rafał i pani Grażyna próbują ich jakoś zlokalizować za pomocą telefonów komórkowych. Wszyscy są pełni niepokoju: czy dojadą? Czy coś im się złego nie przytrafiło? Dłużej przecież nie mogliśmy czekać. Robi się smutno, wręcz ponuro. Rafał na wszelki wypadek zaopatruje nas w wizytówki hotelowe z numerem swojej komórki, żałując szczerze, że nie zrobił tego wcześniej. Nagle – zguby są, znajdują się w Domu Polskim – stamtąd ich jutro odbierzemy.

    Wieczorem nasz ksiądz odprawia nam Mszę św. w hotelu na oszklonej werandzie, gdyż nasze uczestnictwo we Mszy św. papieskiej było niecałkowite. Ks. Józef na co dzień jest pełen werwy i humoru: opowiada dowcipy, historyjki, robi zabawne uwagi dotyczące wypowiedzi wielu osób, z pewną pobłażliwością „spogląda” na powierzone jego pieczy duszyczki, a chwilami pełni rolę gadatliwego nieszkodliwego wesołka, któremu czasem dowcip się nie uda, jest marny – w ogóle jest taki „zwyczajny”. Gdy jednak stanie przed ołtarzem – nawet prowizorycznym – absolutnie się przemienia – staje się pełen niepospolitego dostojeństwa i powagi. Jego kazania są krótkie, lecz precyzyjne, żadnych zbędnych stów. A ofiara… myślę, że to jest ofiara Abla: szczera, radosna i dlatego natchniona. W modlitwie nie ma zbędnych słów – zadziwiające! To, co tu piszę, to wniosek z wszystkich Mszy św. odprawionych przez ks. Józefa w czasie naszego z nim pielgrzymowania.

    Wieczorem znów szykujemy stroje na poniedziałkową audiencję – jest tylko dla Polaków. Ubieramy się elegancko – Adaś czarne długie spodnie, koszulę białą, mundurową z patkami i krótkimi rękawami, a ja biała bluzkę z długimi rękawami i długą czarną spódnicę.

    W ogromnej sali Pawła VI prawie pełno. Oprócz nas są Rycerze Maltańscy w strojach oficjalnych, kilka osób XXXXXX w tym dwie Damy oraz Radio Maryja i jego sympatycy z bardzo wielu parafii. Sporo księży i zakonnic. Siadamy dość daleko od podium z tronem papieskim. Uwagę przyciąga wspaniała rzeźba znana z telewizji, jest przepiękna – nowoczesna, a wydaje się, że mogłaby wzbudzać zachwyt w każdych czasach. Główna postać to młody, energiczny Bóg, a wszystko razem – krzew gorejący, z którego powstanie świat. Nasi przedstawiciele Rafał, Bożenka, Wacław, Janusz i Bogusia z synem otrzymują specjalne bilety-przepustki i ustawiają się w ogonku niosąc z sobą dary dla Ojca Świętego, które przedtem wszyscy obejrzeliśmy. Były to pięknie oprawione książki: Michała Żółtowskiego Blask Prawdziwego Światła – Matka Elżbieta Róża Czacka i Jej Dzieło (niesie Bożenka – współredaktorka i Rafał ) oraz Genealogia Rodu Żóltowskich – Michała Żółtowskiego z Łodzi (niosą współpracownicy – rodzice Michała i brat). Mamy ze sobą transparent z napisem: Związek Rodu Żółtowskich. Jest wielki. Gdy go podnoszą, wskakujemy z Adasiem na nasze krzesła i podtrzymujemy w środku, by był czytelny. I jest! Ksiądz witający przybyłych odczytuje go głośno i bezbłędnie. Czekamy na Ojca Świętego – wchodzi z lewej strony, idzie wolniutko, przygarbiony i taki jakiś „nasz” – najważniejszy na świecie. Dziwne uczucie! Jakbym dotarła do celu pielgrzymkii zaraz doznam wtajemniczenia. Mamy z Adasiem dwa zdjęcia, które zrobiła nam Teresa z Białegostoku – nasze miny na tych zdjęciach potwierdzają moje przeżycia. Na sali wyraźny entuzjazm, powiewają chusty, podnosimy transparent, inni też coś podnoszą – robi się głośno. Za chwilę absolutna cisza – mówi Ojciec Święty! Wita nas, wygłasza homilię, przyjmuje prezenty, udziela błogostawieństw, modli się z nami, błogosławi wszystkich obecnych i znów wolniutko wychodzi. Czas biegnie cwałem, już wychodzimy, ktoś holuje nas do Muzeum Watykańskiego, czy to ksiądz, czy pani Grażyna? W głowie mi się kręci, zupełnie nic nie wiem – już nie pamiętam, co mówił Ojciec Święty. Chyba byłam zbyt przejęta, może muszę przyjechać tu jeszcze raz? Poprzednio w 1976 roku, gdy byłam trzy dni w Rzymie, nie widziałam Papieża Pawła VI nawet w oknie.

    W holu Muzeum Watykańskiego wspaniała rzeźba „Przekroczyć próg tysiąclecia? Czy nadziei?” Nasz Papież, fala, skała, ludzie, piękny marmur – zachwycająca! Za chwilę poznajemy się ze wspaniałym przewodnikiem, który pokaże nam, oczywiście wybiórczo, skarby Muzeum Watykańskiego, Kaplicę Sykstyńską, oprowadzi po Bazylice Świętego Piotra i jej podziemiach, pokaże nam Rzym starożytny i nowożytny, a także niektóre polonica. Drobna pani, cichy zachrypnięty głos, powściągliwy komentarz, żadnego gadulstwa – a jakże pomaga trwać w oczarowaniu! Przekonała nas, że tu wszystko jest piękne, tu, w Rzymie każdy kamień wie o nas więcej niż my sami. Ruszamy za panią przewodnik, w jej prawej ręce różowa róża na długiej łodydze wskazuje, gdzie spojrzeć, dokąd iść. Podziwiamy, wzdychamy, niekiedy cicho dzielimy się uwagami. I tak snujemy się parę godzin, które wydają się chwilą i tylko nogi dają znać, że to bardzo długa droga. W Kaplicy Sykstyńskiej można na moment przysiąść i trochę pokontemplować, mając przed sobą Sąd Ostateczny Michała Anioła. Niestety trzeba wyjść, zamykają. Pędzimy do Bazyliki, wolniutko przechodzimy przez Drzwi Święte. Zaczynając od słynnej Pięty dłuta Michała Anioła oglądamy kolejno rzeźby i ołtarze, schodzimy do podziemi do grobu św. Piotra. Oglądamy kaplice z sarkofagami papieży oraz dwie polskie: Matki Boskiej Częstochowskiej i Matki Boskiej Ostrobramskiej. Adaś podchodzi do mnie i mówi cichutko: „Mamo, ja już tu byłem albo mi się to śniło”. Dziwne, bo ja już tu byłam naprawdę, a on nie. Pomyślałam, że jest wrażliwy. Pani przewodnik odchodzi. Do odjazdu mamy jeszcze trochę czasu wolnego. Wyznaczono godzinę i punkt zbiórki, ostatnia kolumna z kolumnady Berniniego z prawej strony Bazyliki. Żałuję, że nie możemy wjechać windą na dach-taras świątyni, z którego roztacza się piękny widok na Rzym, nie wchodzimy na szczyt kopuły, skąd można obserwować miasto jak z lotu ptaka. Gdy zaś spojrzy się z galerii w kopule na ołtarz główny, to chodzący wokół ludzie wyglądają jak pionki na szachownicy – odległość to prawie 150 m. Wszyscy się rozbiegają. Adaś znika z młodzieżą. Wracam do Bazyliki, znów przez Drzwi Święte. Idę popatrzeć na moją ulubioną rzeźbę, którą jest Pięta, chyba najsłynniejsze dzieło Michała Anioła, i pomodlić się.

    Wracamy do naszego hotelu jak zwykle późno. Przed kolacją na oszklonej werandzie ma być Msza św. Są już prawie wszyscy, wtem przychodzi wiadomość, że ks. Józef uwięziony w windzie. W hotelu poruszenie, nie ma konserwatora. Jednak przygoda dobrze się skończyła. Ksiądz posiedział trochę w windzie, zanim Adaś mu wytłumaczył, jak uruchomić fotokomórkę w drzwiach, by wyjść. Na szczęście winda stała na piętrze. Msza św. się odbyła, a była pamiętna najkrótszą homilią, która brzmiała mniej więcej tak: „Nie będę robił konkurencji Ojcu Świętemu – pomyślcie o tym co mówił wam w czasie dzisiejszej audiencji”. Dla mnie okropne, do dziś nic mogę sobie tego przypomnieć! Na domiar złego restauracja w Albergo Bocconcino dała cudowny pokaz, jak pół kilogramem podłego mięsa nakarmić trzydzieści osób. Po kolacji masaż spuchniętych nóg i smarowanie maścią kasztanową. Jutro Monte Cassino!

    Zwiedzanie zaczynamy oczywiście od cmentarza. Piękna pogoda, dość ostre, ale wspaniałe świeże powietrze, mój teść Roman powiedziałby „mahoniowe”! Rafał ze Stefanią składają wieńce przed ołtarzem. Ks. Józef wraz z dwoma innymi odprawia Mszę. Nasz ksiądz przewodniczy. Idziemy do Komunii św. w pełnym słońcu – za poległych i za wszystkich Polaków na całym świecie. Bożenka ma znicze, chce zapalić na jakimś grobie. Aż dziwne, że niema tu żadnego Żółtowskiego, wiemy to z tablicy informacyjnej – spisu poległych. Z lewej strony cmentarza znajdujemy grób nieznanego żołnierza. Bożenka zapala znicze. Odchodzimy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Następnie zwiedzamy klasztor – jest tam grób św. Benedykta. Mamy mało czasu, nie wszyscy schodzą na dół bo wielki tłok. Mnie się udało. Całość wspaniale odbudowana. Informują, że nie tylko za pieniądze watykańskie, ale też i niemieckie. Odjeżdżamy zamyśleni.

    Mijamy Neapol – najpierw zwiedzimy Pompeje, niegdyś kwitnące 25-tys. starożytne miasto, które na skutek wybuchu Wezuwiusza nocą 24 sierpnia 79 r. p.n.e. zostało zasypane lawiną popiołu i kamieni. Zginęło około 2000 osób. Od 1860 r. trwa systematyczne odkopywanie Pompei. Dziś możemy już chodzić oryginalnymi ulicami, oglądać place, domy, świątynie. Przy wejściu oprócz biletów zaopatrujemy się w plan miasta. Miejscowa pani przewodnik oprowadza nas i objaśnia po polsku. Młodzież rozbiegana, wszystko chce zobaczyć, wszystkiego dotknąć. Adaś szaleje, robi zdjęcia, wszystko go interesuje – wpakował się do lupanaru, gdzie zrobił zdjęcia zachowanych fresków, które jednoznacznie określają, co się tam robiło. Pierwszy raz jestem w Pompejach i też chcę jak najwięcej zobaczyć. Zaskakują rozwiązania techniczne, bar – jak współczesny: kuchnia, miejsce na gary o innych niż dziś kształtach, ale wracamy do nich pomału, bo ładniejsze. Taki ceramiczny rzymski garnek jest modny do dziś. A na jezdniach, jakie świetne przejścia dla pieszych po wielkich kamieniach, między którymi płynie woda i przejadą koła arby. Nie mogę tylko sobie wyobrazić, jak przechodziły koń albo osioł. Upał jest nie do wytrzymania. W domu patrycjusza, gdzie ogląda się freski na ścianach (zwierzęta, jest nawet tygrys) i mozaiki na podłodze – siadam sobie na krzesełku należącym do dozorcy i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że w tym domu jest chłodno i nadzwyczaj przyjemnie. Podzieliłam się moją wodą mineralną ze spragnionym psem. Nigdzie tu nie ma wody, choć odkopano wodociągi i fontanny uliczne. Pies sprytny, pije, jak mu się leje wodę małym strumieniem na język, widać, tak go tu poją. Dzięki temu psiakowi poczułam się jak w domu, świat zrobił się mały, przytulny, właściwie niezmienny. Współczuję wynalazcom – wszystko już było, a Daniken twierdzi, że loty kosmiczne też.

    Popołudnie spędzamy w Neapolu – port, zatoka, zamek-twierdza, centrum miasta, pałace, teatr, świetne lody – nagły ciepły deszcz i lądujemy w tzw. Galerii Umberta. Mozaika na posadzce przedstawia znaki zodiaku, staję na swoim baranie – na szczęście. Galeria Umberta to dom towarowy, a raczej zestaw sklepików, butików itp. Nic nie kupiłam, ale gdy byłam tu z mamą, kupiłam sobie drewniaki na obcasach, leciuteńkie, chyba z drzewa sandałowego i mam je do dziś. Noszę je latem, choć mają dwadzieścia pięć lat. Koniec zwiedzania, chyba wszyscy mają dosyć. Wracamy do Toglatti. Jutro Rzym antyczny i spacer przez miasto.

    Pani przewodnik czeka na nas pod Colosseum w pobliżu głównego wejścia. Robimy sobie zdjęcia z Łukiem Konstantyna i dorożkami. Pani Anna z uśmiechem opowiada o siedmiu wzgórzach (Palatyn, Kapitol, Kwirynał, Awentyn, Monte Celio, Wzgórze Eskwilińskie i Viminalskie). Palatyn z murami pałaców cesarskich, Kapitol – siedziba władz miejskich, Kwirynał z pałacem królewskim. Jednego dnia zwiedzić Rzym – to po prostu żart, opisać zaś to, co zobaczyliśmy (choć był to tylko „zwiastun programu”), w krótkich słowach, też nie sposób! Przypomnę więc tylko trasę naszego spaceru. Oglądamy Colosseum od zewnątrz, tylko przez wejście zaglądając do środka. Na Forum Romanom wchodzimy przy Łuku Tytusa, tam, gdzie kończy się Święta Droga. Idziemy więc pod prąd dawnych triumfalnych pochodów. Zaglądamy do ocalałych gmachów, podziwiamy wskazywane przez panią Annę fragmenty świątyń. Zatrzymujemy się przy domniemanym grobie Romulusa, krótki postój i mijając po prawej Łuk Septymiusza Sewera kierujemy się na Kapitol. Z via di Conciliazione ostatni rzut oka na Forum Romanom i pięknie zielone Monte Palatino. Zawracamy, idziemy na Kapitol i tu niespodzianka – usłyszeliśmy hymn angielski, gra orkiestra dęta, zaciekawieni przyspieszamy kroku. Wąska uliczka z wylotem pomiędzy Pałacem Senatorów a Pałacem Konserwatorów zamknięta sznurem, a zza rogu wyłania się królowa Elżbieta II w dużym kapeluszu, z torebką pod kolor butów w otoczeniu kilku mężczyzn. Adaś zdążył zrobić zdjęcia: królowej – tuż przy schodach pokrytych czerwonym dywanem i orkiestry w paradnych mundurach na przeciwległych schodach. Zdjęcie pewnie byłoby lepsze, gdyby nasz „enfant terrible” – Tomek z Korycina – nie podstawił palca pod obiektyw. Ludzie wiwatują, nasz znak herbowy doskonale zewsząd widoczny – podskakuje. Jestem zaskoczona zupełnym brakiem ochrony, od naszej strony tylko jeden karabinier. Czyżby zapomnieli o tym doskonałym dla zamachowcapodejściu? Monarchini zniknęła, dywan też. Po chwili zdjęto sznurek i już mogliśmy kontynuować nasz program. Nasza pilotka pani Grażyna z zaniepokojonym spojrzeniem pyta cichym głosem: „Czy ten wasz znak herbowy to jest znak wojenny?” „Oczywiście – odpowiadam – taki jest początek wszystkich herbów” Okazało się, że oglądający królową Anglii Włosi myśleli, że jesteśmy grupą protestujących przeciw jej wizycie w Rzymie, zupełnie zbagatelizowaną przez ochronę. Idziemy na plac Kapitoliński, by spojrzeć na konny pomnik Marka Aureliusza, a następnie z pewnej odległości na Pałac Senatorski, który jest obecnie siedzibą Rady Miejskiej, i dwa pozostałe zamykające plac z trzech stron, też zaprojektowane wstępnie przez Michała Anioła. Odchodzimy, mijając monumentalne posągi Dioskurów Kastora i Polluksa z końmi, dalej schodami i w prawo na plac Wenecki przed pomnik Wiktora Emanuela II, zwany też Monumento Nazionale z Grobem Nieznanego Żołnierza i konnym pomnikiem wzniesionym na pamiątkę zjednoczenia Włoch. Spoglądając na ruiny Forum Trajana z czterdziestometrową kolumną Trajana, na szczycie której stoi św. Piotr z brązu, przechodzimy przed Pałac Wenecki, od którego plac przyjął swe imię. Stąd Via del Corso wiedzie aż na Piazza del Popolo. Skręcamy w lewo do Panteonu – świątyni wszystkich bogów. Tu dowiadujemy się o jej niezwykłej architekturze, wspaniałych proporcjach i historii. Wewnątrz odwiedzamy grób Rafaela, gdzie zawsze są świeże kwiaty, przy grobach królów włoskich – warta honorowa. Chyba przez Piazza Colonna z kolumną Marka Aureliusza idziemy w kierunku Fontanny di Trevi. Tu odpoczynek: jemy, pijemy, kupujemy pamiątki, robimy zdjęcia, a nade wszystko wchłaniamy atmosferę tego niezwykłego miejsca. Oczywiście wrzucamy bilon, aby tu znów powrócić. W pobliżu – Palazzo Quirinale, Kwirynał – siedziba prezydenta republiki. Przed pałacem Fontanna Dioskurów z dwiema rzymskimi rzeźbami. Jeszcze jakaś fontanna i powoli zbliżamy się do Placu Hiszpańskiego – Piazza di Spagna. Jest to podobno środek Rzymu i najpiękniejszy plac świata. Podziwiamy fontannę w kształcie łodzi o wdzięcznej nazwie La Barcarella, piękne barokowe schody wiodące do kościoła Trinita dei Monti. Po schodach nie wchodzimy, skręcamy w via Condotti, aby zwiedzić starą kawiarnię Cafe Greco, której gośćmi m.in. byli Byron, Shelley, Słowacki, Mickiewicz. Koniec spaceru, zjadam niedobre pieczone kasztany i „więcej grzechów nie pamiętam”, bo jedziemy autobusem miejskim, zepsuł się więc nawet z przesiadką. Jakoś docieramy do naszego autokaru.

    Jeszcze nie odczadziałam po Rzymie, a tu już dojeżdzamy do Asyżu. Nasz ksiądz zrobił nam piękny prezent, dał każdemu na pamiątkę pieniądz watykański z naszym Papieżem. Ogromnie się cieszymy, bo na wymianę pieniędzy w kantorach watykańskich nie mieliśmy żadnych szans.

    Zwiedzamy Asyż, miasto rodzinne patrona Włoch św. Franciszka z domu Giovanni Bernardone o przezwisku Francesco (Francuzik). Najważniejsze w mieście są bazylika i klasztor św. Franciszka w stylu gotyckim. W jednej z kaplic ks. Józef odprawia Mszę św. Jako jedną z intencji zgłaszam prośbę o zdrowie dla Joanny i Krzysztofa – moich przyjaciół lekarzy z Olsztyna. Dziś mogę już powiedzieć, że nasza modlitwa została wysłuchana! Krzysztof po usunięciu guza z czołowej części mózgu, operowany latem ubiegłego roku, już wrócił do zawodu i normalnie pracuje jako chirurg w szpitalu dziecięcym. Asi (anestezjolog, stwardnienie rozsiane) nie pogorszyło się i cieszy się, że ma męża całkowicie sprawnego. Po Mszy schodzimy do kościoła dolnego, gdzie znajduje się grobowiec św. Franciszka. W muzeum pamiątek po świętym wielkie wrażenie robi jego gęsto cerowany zgrzebny habit. Idziemy do górnego kościoła, który jest jedną z pierwszych gotyckich świątyń we Włoszech. Tam długo podziwiamy freski Giotta przedstawiające legendę św. Franciszka. Oglądamy też ślady trzęsienia ziemi.

    Ma się ku wieczorowi, wolniutko opuszczamy sanktuarium, po drodze poczta, kupuję znaczki i wysyłam dawno napisane pocztówki. Wsiadamy do autokaru – dziś spać będziemy w Rimini – największym kąpielisku nad Adriatykiem. Po drodze rozważania o św. Franciszku, dyskusja. Pani Zofia pięknie recytuje „Hymn św. Franciszka”.

    W Rimini – inny klimat. Zapach morza. W pokoju zimno i wilgotno. Włączam suszarkę do włosów zawieszoną na oparciu krzesła – robi się przyjemniej. Dziś mam pokój z Adasiem. Po kolacji pierwsza się kąpię i wskakuję do łóżka. Adaś snuje się po hotelu, kogoś odwiedza, otwiera i zamyka drzwi i okiennice. „Film mi się urywa”. Rano przesypiamy Mszę św., ledwo zdążamy na śniadanie, bieg nad morze, pakowanie, wyjazd.

    Jedziemy do San Marino – najstarszej i najmniejszej republiki świata. Z Rimini do San Marino – żabi skok, ale można by zrezygnować i zwiedzić znacznie ciekawszą i ważniejszą Rawennę. Nic z tego, bo wszyscy chcą zakupić tanie prezenty, a San Marino to strefa bezcłowa. Zajeżdżamy więc, kupujemy pamiątki, wino, perfumy i likier Amaretto. Nie oglądamy nic, bo czeka nas Wenecja. Spieszymy się, by zdążyć coś tam obejrzeć.

    W Wenecji najpierw wynajmujemy stateczek turystyczny. Opływamy główne kanały, następnie spacer po centrum. Jest późno, wszystko już zamknięte. W bazylice Św. Marka – koncert, Pałac Dożów – zamknięty. Wjazd na kampanilę tylko dla grup trzydziestoosobowych – nikt nie chce, bo już ciemno i zdjęć się nie zrobi. Snujemy się indywidualnie – zbiórka pod kolumną z lwem św. Marka.Ruszamy w miasto, by zjeść obiadokolację, oglądać sklepy, zrobić ostatnie we Włoszech zakupy. Tu jest drogo, kupuje trzy marionetki Pinokio dla moich wnucząt. Zjadamy z Adasiem dobrą pizzę, a na deser olbrzymie grono świetnych winogron. Wieczór spędzamy na placu Św. Marka w przyjemnej atmosferze „salonu Europy”. Kupujemy różę od ulicznego sprzedawcy, Adaś wręcza ją naszej pilotce, pani Grażynie. Nocą ruszamy do Wiednia. O ósmej rano jesteśmy na Kahlenbergu. Nasz ksiądz odprawia Mszę. Adaś czyta Pismo Święte! Msza jest za Żółtowskich – poległych i żywych. Staje mi przed oczyma kadr z filmu „Pan Wołodyjowski”, gdy hetman Sobieski wkracza – do kościoła w Stanisławowie na czele rycerstwa. Mam wrażenie, że zaraz wejdą! Niestety, zamiast chrzęstu oręża słychać wiertarkę i młotki murarskie – trwają prace remontowe. Po Mszy św. zwiedzamy kaplicę Sobieskiego, gdzie w „doskonałym towarzystwie” znajduje się herb Ogończyk- Adalbertusa Żółtowskiego, uczestnika odsieczy wiedeńskiej. Stojąc przed tym herbem po raz trzeci wracam myślą do 1976 r., gdy byłam tu po raz pierwszy, towarzysząc moim teściom i mężowi. Dowiadujemy się, że teren, na którym stoi kościół, plebania i taras widokowy, należy do Polski! Ta oficjalna informacja zaskoczyła mnie, nie wiedziałam, że tak może być. Z tarasu widok marny, snuje się mgła. Przejeżdżamy przez Wiedeń i w drogę do domu!

    Około godziny 23 jesteśmy w Warszawie, krótkie pożegnanie, taksówką do Bożenki, gdzie czeka wspaniała uczta przygotowana przez Lidię, wymarzona kąpiel i wygodne spanko. Śpimy długo. W sobotę po południu jesteśmy już w domu. 10 dni w podróży – dalej odpoczywam. Adaś przegląda zeszyty, dzwoni do kolegów, bo jutro – szkoła. Ja zaś zaczynam pomagać Piotrowi i Edycie przy sprzedaży chryzantem. Kasia, ich półtoraroczna córeczka jest już „wydana” babci Basi (mama Edyty). Mamy przed sobą pracowity tydzień i zimno w domu – nikt nie ma czasu napalić w piecu. Ale to nic, jeszcze mnie grzeją wspomnienia – nawet nie mam kataru. Dziękuję Bogu, że jeszcze zaliczyłam COŚ TAKIEGO!

    Szczęsne, 1 stycznia – 1 marca 2001 r.

  • Wasza Świątobliwość!

    Wzorem naszych ojców i ich ojców składamy Ci, Ojcze Święty, hołd synowski całego Rodu Żółtowskich. Gdy Stefan Skarbek Żółtowski w bitwie pod Cecorą w 1622 roku polecił duszę Bogu, ślubując, że jeśli przeżyje,to wspomoże jakąś świątynię Pańską, to dziś w Mogilskim klasztorze znajduje się kaplica Zbawiciela, jego fundacji.

    Gdy Jan Wojsław Żółtowski, pierwszy budowniczy i fortyfikator twierdzy Kudak, był w śmiertelnym niebezpieczeństwie w bitwie pod Chocimiem w 1621 roku, to oddał się w opiekę Najświętszej Panienki i ocalał.

    Gdy Wielkopolska jęczała pod młotem germanizacji, rozciągającej się nawet na Stolicę Apostolską w XIX wieku, to starszyzna rodzinyŻółtowskich zadecydowała ufundować studia w Rzymie dla jednego kleryka Polaka – Wielkopolanina. Kolejne stypendia trwały do roku 1918.

    Gdy świat przesłoniła najstraszliwsza wojna, a Ojczyznę rozerwano na strzępy, to ojcowie nasi bronili każdego progu domu, cierpiąc prześladowania w więzieniach, obozach, zesłaniach i kaźniach, zawsze z modlitwą na ustach. Tak zginęli śp. Andrzej w Oświęcimiu, Marceli, Stefan, Władysław w Katyniu i Henryk na Syberii.

    Gdy dziś w Naszej Ojczyźnie szerzy się kult pieniądza,konsumpcji i używania życia, oddajemy się w opiekę Jego Świątobliwości, by móc dalej żyć zgodnie z prawem Bożym, zaleceniami Matki Kościoła i tradycją przodków w myśl postanowień naszego Związku Rodu Żółtowskich.

    Wierni przywołanym wzorom błagamy najuniżeniej Jego Świątobliwość, Ojcze Święty, o błogosławieństwo dla nas wszystkich członków Rodu Żółtowskich i dla ich dzieci, by

    „Tworzyć jedność rodzinną”

    „Wychowywać w patriotyzmie i miłości do Ojczyzny…”

    „Uczyć samodzielności myśli, bohaterstwa czynu i świętości życia”

    Prezesi Związku
    Michał Żółtowski
    Andrzej Ludwik Żółtowski
    Rafał Maria Żółtowski