Kicia – Krystyna
Już Nowy Rok. Z powodu grypy w sylwestra siedzę w domu. Adaś z kolegami na uroczystości pod olsztyńskim ratuszem.
Za oknem świerki, sosenki i jałowce uginają się pod ciężarem świeżego śniegu. Na niebie niskie śniegowe chmury. Coś w rodzaju mgły przestania łunę bijącą od miasta. Słychać wybuchy, widać błyski, ale bez świetlnych efektów, wszystko znika w „oparach”.
Zbliża się północ, więc niezdarnie, bo pierwszy raz, odkręcam druciki przywiezionego z Francji miniaturowego szampana. Prawie cały wystrzela w górę i spada na podłogę. Namawiam jamniczkę Finkę, by wylizała. Nawet pies nie chce spełnić ze mną toastu noworocznego, witam więc nowe tysiąclecie na kolanach wycierając podłogę.
W TV nudy – zaczynam wspominać zdarzenia ubiegłego roku i wtedy staje mi przed oczyma autokar pełen Żółtowskich – zatrzymuje się na parkingu, okolica chyba już podalpejska, chłodno i ciemnawo.
„Nasz” ksiądz rozpoczyna Mszę świętą podróżną. Maleńki składany stolik nakryty białą serwetą Bożenka pięknie udekorowała kiścią owocków rokitnika. W sąsiedztwie kielicha wyglądały jak kiść winogron. Ksiądz Józef, nie Żółtowski, migiem przebrał się do Mszy. Znalazł się też „etatowy” ministrant – Michał syn Bogusi. Zapaliliśmy świece umieszczone w butelkach po wodzie mineralnej z obciętym dnem. Wyglądały jak wspaniałe lampiony wzbudzając zainteresowanie kierowców i pasażerów innych samochodów.
Msza krótka, żywiołowo wygłoszone intencje, jednak wrażenie bliskości Boga – niezatarte. Nad nami gwiaździste niebo, a między nami cienie obecnych czy też może eteryczne postacie tych, o których myślimy, a których nie ma wśród nas – czy też jest nas tak dużo, jakbyśmy wszyscy byli podwójni?
W ciszy ruszamy dalej, zapadam w drzemkę. Rano jesteśmyw Padwie. Dość chłodno, mały spacerek przez miasto – ogromny plac z fontannami, zielenią i rzędami posągów – są też Polacy. Mijamy uniwersytet. Nasza pilotka, bardzo miła pani Grażyna, wymienia wielkich Polaków, którzy tu studiowali. Jeszcze chwila i jesteśmy przed bazyliką św. Antoniego Padewskiego. Najpierw Msza święta w kaplicy o surowym wnętrzu. Już wiemy od ks. Józefa, że św. Antoni oprócz znajdowania kluczy pomaga w beznadziejnych sytuacjach. „Święty Antoni Padewski, Nauczycielu Anielski! Niech mnie wesprze łaska twoja. Niech się znajdzie zguba moja”. To była częsta modlitwa mojej babci. Natychmiast znajdowało się to, co, jak mówią, „diabeł ogonem nakrył”. Po Mszy idziemy do bazyliki. Nasz ksiądz zasiadł w ogromnym barokowym konfesjonale i spowiadał tych, którzy nie zdążyli przed wyjazdem uporządkować swego sumienia. Iwonka w jednej z kaplic wypatrzyła zakonnika kwestującego i udzielającego indywidualnych błogosławieństw. Obserwowałam ją spod kolumny. Podeszła do niego i uklękła. Zakonnik skinął na mnie – jak zaczarowana podeszłam i uklękłam obok Iwonki. Nie wiem, co mówił, ale poczułam się bardzo dobrze – zmęczenie długą drogą zniknęło. Zwiedzamy bazylikę, w niej wspaniałą barokową kaplicę z grobem i relikwiami św. Antoniego oraz tzw. kaplicę polską. Zbiórka przed konnym pomnikiem kondotiera weneckiego dłuta Donatella. Chyba pierwsze liczenie „bramkowe” – przechodzimy kolejno pod wzniesionymi rękami liczących („budujemy mosty dla pana starosty”) – są wszyscy. Robimy zdjęcia pamiątkowe i rozgadani idziemy do autokaru.
Następny etap – Piza. Mijamy Bolonię, Florencję – szkoda, chętnie znów spojrzałabym na pięknego Dawida, Ponte Vecchio – most złotników, popiersie Celliniego. Pilotka przybliża nam historię mijanych miast, usiłuje pokazać choć kopułę katedry S. Maria del Fiore – symbol Florencji wszystkim znany z publikacji turystycznych i plakatów biur podróży.
Mijamy most na mętnej rzece Arno. Pędzimy autostradą. Za moment będziemy na „Placu Cudów”. Gorąco, piękna pogoda i jakby lekko wilgotne powietrze – wyraźny zapach morza. Plac naprawdę wydaje się cudowny wszystkie budowle (krzywa wieża, katedra i baptysterium) na tle błękitnego nieba z grupami bielutkich chmurek też wydają się alabastrowo białe i jakieś nieziemskie – jakby właśnie spłynęły z nieba w sposób absolutnie cudowny! Choć zbudowane z solidnego marmuru, chyba nic nie ważą. Na znanych mi zdjęciach są jakieś szarawe, daleko im do bieli. Oniemiałam! Ale to jeszcze nic. Następne absolutne zaskoczenie to wspaniała akustyka. Wyobrażam sobie jak dorosłego katechumena, na przykład w XIII w., zanurzano we wspaniałej marmurowej chrzcielnicy. Wokół śpiew spadający kaskadami z góry – na poszczególnych piętrach „echo”. Dostojny głos kapłana też spadający z góry. Musiało to sprawiać wrażenie, że niebo się otwiera: mówi sam Pan Bóg, a anieli śpiewają. To dopiero chrzest! Jaki wspaniały! Baptysterium rozpoczęto budować w stylu romańskim, skończono w gotyckim. Wszystkie budowle marmurowe, niby nic mają wspólnego ze starożytnością, a jednak na niektórych blokach kamienia znajdują się fragmenty rzymskich napisów – wiadomo więc, że budulec był „z odzysku”. Katedra, której budowę rozpoczęto po bitwie morskiej pod Palermo w 1063 r., kiedy pizańczycy pokonali Saracenów, jest budowlą w stylu romańskim pełnym wpływów muzułmańskich – kolumienki i ażurowe galerie arkadowe. Myślę, że w stworzeniu pizańskiego stylu romańskiego uczestniczyło trochę „speców” arabskich, może niewolników? Słynna krzywa wieża to dzwonnica przykatedralna, tzw. kampanila. Opleciona ażurem kolumienek zdaje się lekceważyć grawitację. Odchylenie jej od pionu obecnie wynosi ponad 4,5 m. Wejść nie możemy, bo wokół trwają prace konserwatorskie i wykopaliskowe. W Pizie urodził się Galileusz i podobno wieżę wykorzystywał do doświadczeń dotyczących właśnie grawitacji. W katedrze wisi tzw. lampa Galileusza – świecznik z brązu, którego wahania zwróciły uwagę uczonego na ruch Ziemi wokół własnej osi. Zamyśleni, dość długo snujemy się po Campo Santo – cmentarzu założonym na przełomie XII i XIII w., pełnym rzymskich i średniowiecznych sarkofagów. Gotyckie arkady ozdobiono freskami przedstawiającymi m. in. śmierć, Sąd Ostateczny, piekło. Jednak atmosfera spokoju pozwala na odpoczynek zarówno fizyczny, jak i umysłowy – cisza, dobra, potrzebna po tylu wrażeniach. Znów liczenie „bramkowe”, naprędce lody, jeszcze kilka zdjęć i marsz do autokaru. Jedziemy do hotelu w Tagliacozzo w pobliżu Bolonii – na nasz pierwszy nocleg we Włoszech. Najważniejsza jest kąpiel; nie pamiętam, co na kolację, chyba była dobra. Z przyjemnością wypijam kieliszek czerwonego wytrawnego wina wyłudzony z sąsiedniego stołu. Padam snem sprawiedliwego.
Rano – czy to już sobota? Jedziemy do Sieny, w autokarze powstaje coś w rodzaju klubu dyskusyjnego. Urzędowy przewodnik wycieczki, pani Grażyna, wygłasza informacje o okolicy i zabytkach najeżone datami historycznymi, głównie fakty, czasem legenda. Na temat świętych Antoniego, Franciszka, Katarzyny i innych, a także papieży i papieży-mecenasów sztuki zabiera głos ks. Józef, szef pielgrzymki, dzielnie reprezentujący Kościół walczący. Dyskusja dotyczy faktów, legend i postaw. Jako profesjonalistki włączają się Bożenka i Iwonka. Porządku pilnuje Rafał – „na stanowisku”, „sam prezes”! A gdy w dyskusji rozgorzeją temperamenty, ksiądz zarządza Pod Twoją obronę, Anioł Pański lub cząstkę różańca. Młodzież niby śpi, ale chyba nie całkiem.
Już Siena, piękne średniowieczne miasto. Zaczynamy od zwiedzania sanktuarium św. Katarzyny. Ogromna katedra, w połowie ołtarz z główną relikwią – głową św. Katarzyny. Jest to jednak zaskakujące, że nadal relikwie świętych można widzieć z tak bliska i że są tak popularne – tłumy podchodzą, by spojrzeć, modlą się, lub może nie? Głowa świętej wygląda jak głowa mojej babci w bardzo późnym wieku – cienka jakby naciągnięta skóra, wyraźne kości twarzy, a na górnej wardze ciemna plamka, jak febra. Babcia często miewała takie „febry” i smarowała je maścią cynkową – wraca wspomnienie sprzed ponad trzydziestu lat. Czuję, że tu, przed tą relikwią, niczym się nie różnimy od dawnych pielgrzymów, których przyciągało to miejsce. Też patrzyli z zadziwieniem i pewnie trochę mniej skrywaną nadzieją, że świat niematerialny to prawda, że uda się go pojąć, nawiązać z nim kontakt. Czy teraz ta święta filozofka wie już wszystko? Wokół katedry pełno ludzi, pielgrzymki, wycieczki wchodzą grupami, a mimo to jakiś rozgardiasz, choć atmosfera poważna. Trzeba uważać, by się nie zgubić!
Następnie idziemy obejrzeć górującą nad miastem białą katedrę z XIII w. z romańską dzwonnicą z biało-zielonego marmuru. W pobliżu na kolumnie wilczyca kapitolińska (w Pizie też była). Tu zadziwia kolor średniowiecznej cegły, dachówek, bruku, a nawet ziemi – jest ciepły, czerwonobrązowy, jakbyrudziejący w słońcu. Dobrze tu, można usiąść na kamieniu i podumać. Schody katedry pełne turystów. Pstrykają aparaty fotograficzne, kamer niewiele. Naprzeciwko jakaś dziwna konstrukcja. Scena? Jak średniowieczny szafot z powiewającymi oberwanymi skrawkami materiału. Brr! Dobrze, że już dość dawno po egzekucji. Skąd ta myśl? Może dlatego, że dekoracja była w cieniu, a tu najważniejsze jest słonce!
Podążamy do centrum miasta, które wyznacza smukła wieża Palazzo Communale. Grupowo zwiedzamy średniowieczne uliczki, plac przed ratuszem – jedyny w swoim rodzaju. Zbudowany amfiteatralnie, nawet odcieniem i pasami bruku podzielony na sektory, co pięknie widać, gdy się nań spojrzy z wieży. Wokół placu ulica, jakby współczesna bieżnia, obecnie pełna stolikówprzed restauracjami, lecz w czasie słynnych wyścigów konnych „Il Palio di Siena” pełni rolę hipodromu. Wyścigi odbywają się dwa razy w roku: 2 lipca i 16 sierpnia. Są nie tylko widowiskiem dla turystów: przedstawiciele poszczególnych dzielnic miasta, zwanych tu „contrade”, zmagają się o honorowy proporzec „Palio”. Trwa to od najdawniejszych czasów, a kończy się wspólnym piciem wina w zwycięskiej contradzie. Forma i zasady dzisiejszych wyścigów pochodzą z początków XVIII w. Mechanizm, przygotowanie i znaczenie są zupełnie niezrozumiałe dla ludzi nieurodzonych w tym mieście. Ten bieg musi być naprawdę niebezpieczny dla jeźdźców, koni i publiczności. Wszędzie ciasno – średniowieczna zabudowa. Adaś oczywiście pędzi na wieżę Palazzo Communale – są zdjęcia z góry, bardzo udane. Ja zrezygnowałam – to ponad trzysta stopni, tym razem wolę rzeczy „bardziej przyziemne”, a jest co oglądać. Zamiast obiadu zjadam ogromne grono świetnych winogron – jestem objedzona.
Jedziemy do Orvieto, starego etruskiego miasta. Parking dla autokarów położony u stóp skały wulkanicznej, na której zbudowane jest miasto. Na górę wjeżdżamy kolejką linową, taką jak na naszą Gubałówkę. Piękna katedra, a szczególnie jej koronkowo rzeźbiona fasada złoci się w słońcu. Płaskorzeźby przedstawiają stworzenie świata, genealogię Dawida, dzieje proroków i Jezusa Chrystusa oraz Sąd Ostateczny. Trudno fotografować. Ciasna zabudowa rzuca na katedrę cienie. Trzeba wejść w wąską uliczkę, by objąć obiektywem całą fasadę. Mam już w domu stare zdjęcie, na którym widać skrajne kamienice tej uliczki, a w głębi katedrę. Byłam tu dwadzieścia pięć lat temu z moją mamą, ale katedra była wtedy w remoncie i oglądałyśmy ją tylko z zewnątrz. Tym razem spędziliśmy w niej wiele czasu. Nasz ksiądz odprawił Mszę św. przy ołtarzu Cudu Eucharystycznego. Uprzednio wytłumaczył nam, na czym ten cud polega: są to plamy krwi, jaka spłynęła z Hostii przełamanej przez księdza niedowiarka. W czasie Mszy św. znów myślałam o mojej mamie i babci, jakie byłyby szczęśliwe uczestnicząc w niej. O tym Cudzie Eucharystycznym słyszałam od babci, gdy byłam małą dziewczynką, a ona zamiast bajek opowiadała mi treść książek, sztuk teatralnych, oper, historie biblijne itp., wszystko, co widziała, słyszała i przeżyła przed wojną. Sprawiało to wrażenie, jakbym rosła na gruzach jakiejś wspaniałej cywilizacji, której dobrodziejstw ona zaznała. (Teraz mogę to tak określić.) W czasie tej Mszy miałam wrażenie, że mama i babcia są ze mną i mogą zobaczyć mojego syna Adasia którego już obie nie znały. Pierwszy raz w życiu widziałam tak wielki fresk w prezbiterium zdjęty ze ściany, która jest osuszana. Coś nieprawdopodobnego, jaka wspaniała ta nowoczesna technika konserwatorska! Oglądamy freski w kaplicy della Madonna di San Brixio pędzla Fra Angelica i Signorellego: Zmartwychwstanie, Koniec Świata, Potępienie. Następnie zwiedzamy Muzeum graduałów. Nie wiem, dlaczego tak się nazywa, może te księgi liturgiczne otwarte są na odpowiednich stronach? Patrzę jak zaczarowana, ogromne tomy ręcznie przepisywane, a raczej przemalowywane, bogato zdobione, pełne miniatur – bogactwo barw. Tak wielkich ksiąg jeszcze nie widziałam – lekko mnie zatkało – kocham piękne książki i nawet, gdy nie mogę nic przeczytać, są dla mnie obiektem zachwytu. Ociągając się wychodzę. Wracamy kolejką i do autokaru. Jedziemy dalej, mijamy Rzym, jest jakaś tablica wskazująca kierunek na Monte Cassino – mam wrażenie, że błądzimy. Droga piękna, ale bardzo długa. Klub dyskusyjny działa: informacje – pani Grażyna, komentarze – ks. Józef. Wiele głosów. Pacierze krótkie, nie śpiewamy, tylko w kościele i w czasie Mszy. Młodzież wyraźnie się ze sobą zżywa, już wszyscy są rodzeństwem, to miłe! A matkuje im Bogusia – zdecydowanie! Już późno, nareszcie jesteśmy w Toglatti – Albergo Bocconcino na Via Vittorio Veneto 25. Zakwaterowanie i kolacja. Mieszkam w pokoju 4-osobowym z łazienką. Kąpiemy się kolejno, przygotowujemy rzeczy na najważniejszy punkt naszego programu – obchody Jubileuszu Rodzin na placu Świętego Piotra w Rzymie.
Niedziela 15 października 2000. Zakładamy koszulki z herbem Ogończyk, w które zaopatrzył nas prezes Rafał. Na wszelki wypadek bierzemy kurtki i parasole, choć nasza pilotka zapewnia, że w czasie audiencji papieskich na placu Świętego Piotra zawsze jest piękna pogoda. Ja nie wierzę, obserwuję góry – mgła poranna przesłania szczyty, idzie w górę – wiem, że musi być deszcz. Wiem to na pewno, bo osiem lat mieszkałam w Jeleniej Górze z widokiem na Karkonosze. Zaczyna padać, gdy idziemy na plac Św. Piotra. Pod murami Watykanu kupuję drugi parasol dla Adasia, bo pod jednym już nam za ciasno. Sprzedawców parasoli pełno. Wchodzimy całą grupą przez kolumnadę z prawej strony, rząd toalet cuchnie straszliwie, czy to z powodu deszczu? Zatykam nos, niemożliwe, żeby tak było zawsze. Zajmujemy dalekie miejsca stojące naprzeciw ołtarza. Leje już jak z cebra, nic nie widać przez wzniesione wokół parasolki. Nasze koszulki z herbem są bez znaczenia – szkoda! Dobrze, że cokolwiek słychać. Msza papieska jest długa. Grupki ludzi przemieszczają się nieustannie. Wśród nas, trzepocząc skrzydłami odwrotnie założonej peleryny, przelatuje niczym archanioł – Wacław z Łodzi. Tuż za nim ks. Józef „obciągnięty” czarnawą torbą foliową. Jest zimno, mokro. Z parasoli kapie sąsiadom za kołnierz. Stoimy jak na pokucie, ale pocieszam się, że dziś to my robimy naszemu Papieżowi tzw. publikę. W telewizji oglądamy zawsze nieprzebrane tłumy przed Bazyliką. Dziś my jesteśmy tym tłumem i czujemy jedność z tak wielu bardzo przejętymi ludźmi. Wzruszenie pozwala wytrzymać niewygodę.
Ojciec Święty udziela kilku ślubów w różnych językach, Polakom też – po polsku. Gdy chwilami rozsuną się parasolki i stanę na palcach, mogę zobaczyć Ojca Świętego na wielkim ekranie, później, kiedy przejeżdża papamobilem, gdy podskoczę. Z moim wzrostem w tłumie nie mam żadnych szans. Spotykam „sztywną” Bożenkę w „nieprzemakalnej” kurtce – z rękawów cieknie! Wygląda niepokojąco, obawiam się, że zachoruje. Jakoś się skrzykujemy pod znak herbowy umieszczony na kiju długości lancy. Transparent, który mamy ze sobą, był rozwinięty tylko przez chwilę. Za radą ks. Józefa idziemy do watykańskiego sklepu z dewocjonaliami. Tam też straszny tłok. Kupujemy różańce różane i inne, krzyżyki itp., a także pocztówki. Deszcz się skończył, wracamy do autokaru i w drogę do hotelu, trzeba się wysuszyć. Nie rozpaczamy, bo czeka nas audiencja w sali Pawła VI w poniedziałek o 11. Jednak mamy za daleko do domu – jesteśmy zmęczeni, a tu prawie 120 km jazdy. Fatalnie! Wracając do autokaru zgubiliśmy dwie osoby – Anię z Podkowy Leśnej i jej synka Michała. Rafał i pani Grażyna próbują ich jakoś zlokalizować za pomocą telefonów komórkowych. Wszyscy są pełni niepokoju: czy dojadą? Czy coś im się złego nie przytrafiło? Dłużej przecież nie mogliśmy czekać. Robi się smutno, wręcz ponuro. Rafał na wszelki wypadek zaopatruje nas w wizytówki hotelowe z numerem swojej komórki, żałując szczerze, że nie zrobił tego wcześniej. Nagle – zguby są, znajdują się w Domu Polskim – stamtąd ich jutro odbierzemy.
Wieczorem nasz ksiądz odprawia nam Mszę św. w hotelu na oszklonej werandzie, gdyż nasze uczestnictwo we Mszy św. papieskiej było niecałkowite. Ks. Józef na co dzień jest pełen werwy i humoru: opowiada dowcipy, historyjki, robi zabawne uwagi dotyczące wypowiedzi wielu osób, z pewną pobłażliwością „spogląda” na powierzone jego pieczy duszyczki, a chwilami pełni rolę gadatliwego nieszkodliwego wesołka, któremu czasem dowcip się nie uda, jest marny – w ogóle jest taki „zwyczajny”. Gdy jednak stanie przed ołtarzem – nawet prowizorycznym – absolutnie się przemienia – staje się pełen niepospolitego dostojeństwa i powagi. Jego kazania są krótkie, lecz precyzyjne, żadnych zbędnych stów. A ofiara… myślę, że to jest ofiara Abla: szczera, radosna i dlatego natchniona. W modlitwie nie ma zbędnych słów – zadziwiające! To, co tu piszę, to wniosek z wszystkich Mszy św. odprawionych przez ks. Józefa w czasie naszego z nim pielgrzymowania.
Wieczorem znów szykujemy stroje na poniedziałkową audiencję – jest tylko dla Polaków. Ubieramy się elegancko – Adaś czarne długie spodnie, koszulę białą, mundurową z patkami i krótkimi rękawami, a ja biała bluzkę z długimi rękawami i długą czarną spódnicę.
W ogromnej sali Pawła VI prawie pełno. Oprócz nas są Rycerze Maltańscy w strojach oficjalnych, kilka osób XXXXXX w tym dwie Damy oraz Radio Maryja i jego sympatycy z bardzo wielu parafii. Sporo księży i zakonnic. Siadamy dość daleko od podium z tronem papieskim. Uwagę przyciąga wspaniała rzeźba znana z telewizji, jest przepiękna – nowoczesna, a wydaje się, że mogłaby wzbudzać zachwyt w każdych czasach. Główna postać to młody, energiczny Bóg, a wszystko razem – krzew gorejący, z którego powstanie świat. Nasi przedstawiciele Rafał, Bożenka, Wacław, Janusz i Bogusia z synem otrzymują specjalne bilety-przepustki i ustawiają się w ogonku niosąc z sobą dary dla Ojca Świętego, które przedtem wszyscy obejrzeliśmy. Były to pięknie oprawione książki: Michała Żółtowskiego Blask Prawdziwego Światła – Matka Elżbieta Róża Czacka i Jej Dzieło (niesie Bożenka – współredaktorka i Rafał ) oraz Genealogia Rodu Żóltowskich – Michała Żółtowskiego z Łodzi (niosą współpracownicy – rodzice Michała i brat). Mamy ze sobą transparent z napisem: Związek Rodu Żółtowskich. Jest wielki. Gdy go podnoszą, wskakujemy z Adasiem na nasze krzesła i podtrzymujemy w środku, by był czytelny. I jest! Ksiądz witający przybyłych odczytuje go głośno i bezbłędnie. Czekamy na Ojca Świętego – wchodzi z lewej strony, idzie wolniutko, przygarbiony i taki jakiś „nasz” – najważniejszy na świecie. Dziwne uczucie! Jakbym dotarła do celu pielgrzymkii zaraz doznam wtajemniczenia. Mamy z Adasiem dwa zdjęcia, które zrobiła nam Teresa z Białegostoku – nasze miny na tych zdjęciach potwierdzają moje przeżycia. Na sali wyraźny entuzjazm, powiewają chusty, podnosimy transparent, inni też coś podnoszą – robi się głośno. Za chwilę absolutna cisza – mówi Ojciec Święty! Wita nas, wygłasza homilię, przyjmuje prezenty, udziela błogostawieństw, modli się z nami, błogosławi wszystkich obecnych i znów wolniutko wychodzi. Czas biegnie cwałem, już wychodzimy, ktoś holuje nas do Muzeum Watykańskiego, czy to ksiądz, czy pani Grażyna? W głowie mi się kręci, zupełnie nic nie wiem – już nie pamiętam, co mówił Ojciec Święty. Chyba byłam zbyt przejęta, może muszę przyjechać tu jeszcze raz? Poprzednio w 1976 roku, gdy byłam trzy dni w Rzymie, nie widziałam Papieża Pawła VI nawet w oknie.
W holu Muzeum Watykańskiego wspaniała rzeźba „Przekroczyć próg tysiąclecia? Czy nadziei?” Nasz Papież, fala, skała, ludzie, piękny marmur – zachwycająca! Za chwilę poznajemy się ze wspaniałym przewodnikiem, który pokaże nam, oczywiście wybiórczo, skarby Muzeum Watykańskiego, Kaplicę Sykstyńską, oprowadzi po Bazylice Świętego Piotra i jej podziemiach, pokaże nam Rzym starożytny i nowożytny, a także niektóre polonica. Drobna pani, cichy zachrypnięty głos, powściągliwy komentarz, żadnego gadulstwa – a jakże pomaga trwać w oczarowaniu! Przekonała nas, że tu wszystko jest piękne, tu, w Rzymie każdy kamień wie o nas więcej niż my sami. Ruszamy za panią przewodnik, w jej prawej ręce różowa róża na długiej łodydze wskazuje, gdzie spojrzeć, dokąd iść. Podziwiamy, wzdychamy, niekiedy cicho dzielimy się uwagami. I tak snujemy się parę godzin, które wydają się chwilą i tylko nogi dają znać, że to bardzo długa droga. W Kaplicy Sykstyńskiej można na moment przysiąść i trochę pokontemplować, mając przed sobą Sąd Ostateczny Michała Anioła. Niestety trzeba wyjść, zamykają. Pędzimy do Bazyliki, wolniutko przechodzimy przez Drzwi Święte. Zaczynając od słynnej Pięty dłuta Michała Anioła oglądamy kolejno rzeźby i ołtarze, schodzimy do podziemi do grobu św. Piotra. Oglądamy kaplice z sarkofagami papieży oraz dwie polskie: Matki Boskiej Częstochowskiej i Matki Boskiej Ostrobramskiej. Adaś podchodzi do mnie i mówi cichutko: „Mamo, ja już tu byłem albo mi się to śniło”. Dziwne, bo ja już tu byłam naprawdę, a on nie. Pomyślałam, że jest wrażliwy. Pani przewodnik odchodzi. Do odjazdu mamy jeszcze trochę czasu wolnego. Wyznaczono godzinę i punkt zbiórki, ostatnia kolumna z kolumnady Berniniego z prawej strony Bazyliki. Żałuję, że nie możemy wjechać windą na dach-taras świątyni, z którego roztacza się piękny widok na Rzym, nie wchodzimy na szczyt kopuły, skąd można obserwować miasto jak z lotu ptaka. Gdy zaś spojrzy się z galerii w kopule na ołtarz główny, to chodzący wokół ludzie wyglądają jak pionki na szachownicy – odległość to prawie 150 m. Wszyscy się rozbiegają. Adaś znika z młodzieżą. Wracam do Bazyliki, znów przez Drzwi Święte. Idę popatrzeć na moją ulubioną rzeźbę, którą jest Pięta, chyba najsłynniejsze dzieło Michała Anioła, i pomodlić się.
Wracamy do naszego hotelu jak zwykle późno. Przed kolacją na oszklonej werandzie ma być Msza św. Są już prawie wszyscy, wtem przychodzi wiadomość, że ks. Józef uwięziony w windzie. W hotelu poruszenie, nie ma konserwatora. Jednak przygoda dobrze się skończyła. Ksiądz posiedział trochę w windzie, zanim Adaś mu wytłumaczył, jak uruchomić fotokomórkę w drzwiach, by wyjść. Na szczęście winda stała na piętrze. Msza św. się odbyła, a była pamiętna najkrótszą homilią, która brzmiała mniej więcej tak: „Nie będę robił konkurencji Ojcu Świętemu – pomyślcie o tym co mówił wam w czasie dzisiejszej audiencji”. Dla mnie okropne, do dziś nic mogę sobie tego przypomnieć! Na domiar złego restauracja w Albergo Bocconcino dała cudowny pokaz, jak pół kilogramem podłego mięsa nakarmić trzydzieści osób. Po kolacji masaż spuchniętych nóg i smarowanie maścią kasztanową. Jutro Monte Cassino!
Zwiedzanie zaczynamy oczywiście od cmentarza. Piękna pogoda, dość ostre, ale wspaniałe świeże powietrze, mój teść Roman powiedziałby „mahoniowe”! Rafał ze Stefanią składają wieńce przed ołtarzem. Ks. Józef wraz z dwoma innymi odprawia Mszę. Nasz ksiądz przewodniczy. Idziemy do Komunii św. w pełnym słońcu – za poległych i za wszystkich Polaków na całym świecie. Bożenka ma znicze, chce zapalić na jakimś grobie. Aż dziwne, że niema tu żadnego Żółtowskiego, wiemy to z tablicy informacyjnej – spisu poległych. Z lewej strony cmentarza znajdujemy grób nieznanego żołnierza. Bożenka zapala znicze. Odchodzimy z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Następnie zwiedzamy klasztor – jest tam grób św. Benedykta. Mamy mało czasu, nie wszyscy schodzą na dół bo wielki tłok. Mnie się udało. Całość wspaniale odbudowana. Informują, że nie tylko za pieniądze watykańskie, ale też i niemieckie. Odjeżdżamy zamyśleni.
Mijamy Neapol – najpierw zwiedzimy Pompeje, niegdyś kwitnące 25-tys. starożytne miasto, które na skutek wybuchu Wezuwiusza nocą 24 sierpnia 79 r. p.n.e. zostało zasypane lawiną popiołu i kamieni. Zginęło około 2000 osób. Od 1860 r. trwa systematyczne odkopywanie Pompei. Dziś możemy już chodzić oryginalnymi ulicami, oglądać place, domy, świątynie. Przy wejściu oprócz biletów zaopatrujemy się w plan miasta. Miejscowa pani przewodnik oprowadza nas i objaśnia po polsku. Młodzież rozbiegana, wszystko chce zobaczyć, wszystkiego dotknąć. Adaś szaleje, robi zdjęcia, wszystko go interesuje – wpakował się do lupanaru, gdzie zrobił zdjęcia zachowanych fresków, które jednoznacznie określają, co się tam robiło. Pierwszy raz jestem w Pompejach i też chcę jak najwięcej zobaczyć. Zaskakują rozwiązania techniczne, bar – jak współczesny: kuchnia, miejsce na gary o innych niż dziś kształtach, ale wracamy do nich pomału, bo ładniejsze. Taki ceramiczny rzymski garnek jest modny do dziś. A na jezdniach, jakie świetne przejścia dla pieszych po wielkich kamieniach, między którymi płynie woda i przejadą koła arby. Nie mogę tylko sobie wyobrazić, jak przechodziły koń albo osioł. Upał jest nie do wytrzymania. W domu patrycjusza, gdzie ogląda się freski na ścianach (zwierzęta, jest nawet tygrys) i mozaiki na podłodze – siadam sobie na krzesełku należącym do dozorcy i dopiero wtedy zdaję sobie sprawę, że w tym domu jest chłodno i nadzwyczaj przyjemnie. Podzieliłam się moją wodą mineralną ze spragnionym psem. Nigdzie tu nie ma wody, choć odkopano wodociągi i fontanny uliczne. Pies sprytny, pije, jak mu się leje wodę małym strumieniem na język, widać, tak go tu poją. Dzięki temu psiakowi poczułam się jak w domu, świat zrobił się mały, przytulny, właściwie niezmienny. Współczuję wynalazcom – wszystko już było, a Daniken twierdzi, że loty kosmiczne też.
Popołudnie spędzamy w Neapolu – port, zatoka, zamek-twierdza, centrum miasta, pałace, teatr, świetne lody – nagły ciepły deszcz i lądujemy w tzw. Galerii Umberta. Mozaika na posadzce przedstawia znaki zodiaku, staję na swoim baranie – na szczęście. Galeria Umberta to dom towarowy, a raczej zestaw sklepików, butików itp. Nic nie kupiłam, ale gdy byłam tu z mamą, kupiłam sobie drewniaki na obcasach, leciuteńkie, chyba z drzewa sandałowego i mam je do dziś. Noszę je latem, choć mają dwadzieścia pięć lat. Koniec zwiedzania, chyba wszyscy mają dosyć. Wracamy do Toglatti. Jutro Rzym antyczny i spacer przez miasto.
Pani przewodnik czeka na nas pod Colosseum w pobliżu głównego wejścia. Robimy sobie zdjęcia z Łukiem Konstantyna i dorożkami. Pani Anna z uśmiechem opowiada o siedmiu wzgórzach (Palatyn, Kapitol, Kwirynał, Awentyn, Monte Celio, Wzgórze Eskwilińskie i Viminalskie). Palatyn z murami pałaców cesarskich, Kapitol – siedziba władz miejskich, Kwirynał z pałacem królewskim. Jednego dnia zwiedzić Rzym – to po prostu żart, opisać zaś to, co zobaczyliśmy (choć był to tylko „zwiastun programu”), w krótkich słowach, też nie sposób! Przypomnę więc tylko trasę naszego spaceru. Oglądamy Colosseum od zewnątrz, tylko przez wejście zaglądając do środka. Na Forum Romanom wchodzimy przy Łuku Tytusa, tam, gdzie kończy się Święta Droga. Idziemy więc pod prąd dawnych triumfalnych pochodów. Zaglądamy do ocalałych gmachów, podziwiamy wskazywane przez panią Annę fragmenty świątyń. Zatrzymujemy się przy domniemanym grobie Romulusa, krótki postój i mijając po prawej Łuk Septymiusza Sewera kierujemy się na Kapitol. Z via di Conciliazione ostatni rzut oka na Forum Romanom i pięknie zielone Monte Palatino. Zawracamy, idziemy na Kapitol i tu niespodzianka – usłyszeliśmy hymn angielski, gra orkiestra dęta, zaciekawieni przyspieszamy kroku. Wąska uliczka z wylotem pomiędzy Pałacem Senatorów a Pałacem Konserwatorów zamknięta sznurem, a zza rogu wyłania się królowa Elżbieta II w dużym kapeluszu, z torebką pod kolor butów w otoczeniu kilku mężczyzn. Adaś zdążył zrobić zdjęcia: królowej – tuż przy schodach pokrytych czerwonym dywanem i orkiestry w paradnych mundurach na przeciwległych schodach. Zdjęcie pewnie byłoby lepsze, gdyby nasz „enfant terrible” – Tomek z Korycina – nie podstawił palca pod obiektyw. Ludzie wiwatują, nasz znak herbowy doskonale zewsząd widoczny – podskakuje. Jestem zaskoczona zupełnym brakiem ochrony, od naszej strony tylko jeden karabinier. Czyżby zapomnieli o tym doskonałym dla zamachowcapodejściu? Monarchini zniknęła, dywan też. Po chwili zdjęto sznurek i już mogliśmy kontynuować nasz program. Nasza pilotka pani Grażyna z zaniepokojonym spojrzeniem pyta cichym głosem: „Czy ten wasz znak herbowy to jest znak wojenny?” „Oczywiście – odpowiadam – taki jest początek wszystkich herbów” Okazało się, że oglądający królową Anglii Włosi myśleli, że jesteśmy grupą protestujących przeciw jej wizycie w Rzymie, zupełnie zbagatelizowaną przez ochronę. Idziemy na plac Kapitoliński, by spojrzeć na konny pomnik Marka Aureliusza, a następnie z pewnej odległości na Pałac Senatorski, który jest obecnie siedzibą Rady Miejskiej, i dwa pozostałe zamykające plac z trzech stron, też zaprojektowane wstępnie przez Michała Anioła. Odchodzimy, mijając monumentalne posągi Dioskurów Kastora i Polluksa z końmi, dalej schodami i w prawo na plac Wenecki przed pomnik Wiktora Emanuela II, zwany też Monumento Nazionale z Grobem Nieznanego Żołnierza i konnym pomnikiem wzniesionym na pamiątkę zjednoczenia Włoch. Spoglądając na ruiny Forum Trajana z czterdziestometrową kolumną Trajana, na szczycie której stoi św. Piotr z brązu, przechodzimy przed Pałac Wenecki, od którego plac przyjął swe imię. Stąd Via del Corso wiedzie aż na Piazza del Popolo. Skręcamy w lewo do Panteonu – świątyni wszystkich bogów. Tu dowiadujemy się o jej niezwykłej architekturze, wspaniałych proporcjach i historii. Wewnątrz odwiedzamy grób Rafaela, gdzie zawsze są świeże kwiaty, przy grobach królów włoskich – warta honorowa. Chyba przez Piazza Colonna z kolumną Marka Aureliusza idziemy w kierunku Fontanny di Trevi. Tu odpoczynek: jemy, pijemy, kupujemy pamiątki, robimy zdjęcia, a nade wszystko wchłaniamy atmosferę tego niezwykłego miejsca. Oczywiście wrzucamy bilon, aby tu znów powrócić. W pobliżu – Palazzo Quirinale, Kwirynał – siedziba prezydenta republiki. Przed pałacem Fontanna Dioskurów z dwiema rzymskimi rzeźbami. Jeszcze jakaś fontanna i powoli zbliżamy się do Placu Hiszpańskiego – Piazza di Spagna. Jest to podobno środek Rzymu i najpiękniejszy plac świata. Podziwiamy fontannę w kształcie łodzi o wdzięcznej nazwie La Barcarella, piękne barokowe schody wiodące do kościoła Trinita dei Monti. Po schodach nie wchodzimy, skręcamy w via Condotti, aby zwiedzić starą kawiarnię Cafe Greco, której gośćmi m.in. byli Byron, Shelley, Słowacki, Mickiewicz. Koniec spaceru, zjadam niedobre pieczone kasztany i „więcej grzechów nie pamiętam”, bo jedziemy autobusem miejskim, zepsuł się więc nawet z przesiadką. Jakoś docieramy do naszego autokaru.
Jeszcze nie odczadziałam po Rzymie, a tu już dojeżdzamy do Asyżu. Nasz ksiądz zrobił nam piękny prezent, dał każdemu na pamiątkę pieniądz watykański z naszym Papieżem. Ogromnie się cieszymy, bo na wymianę pieniędzy w kantorach watykańskich nie mieliśmy żadnych szans.
Zwiedzamy Asyż, miasto rodzinne patrona Włoch św. Franciszka z domu Giovanni Bernardone o przezwisku Francesco (Francuzik). Najważniejsze w mieście są bazylika i klasztor św. Franciszka w stylu gotyckim. W jednej z kaplic ks. Józef odprawia Mszę św. Jako jedną z intencji zgłaszam prośbę o zdrowie dla Joanny i Krzysztofa – moich przyjaciół lekarzy z Olsztyna. Dziś mogę już powiedzieć, że nasza modlitwa została wysłuchana! Krzysztof po usunięciu guza z czołowej części mózgu, operowany latem ubiegłego roku, już wrócił do zawodu i normalnie pracuje jako chirurg w szpitalu dziecięcym. Asi (anestezjolog, stwardnienie rozsiane) nie pogorszyło się i cieszy się, że ma męża całkowicie sprawnego. Po Mszy schodzimy do kościoła dolnego, gdzie znajduje się grobowiec św. Franciszka. W muzeum pamiątek po świętym wielkie wrażenie robi jego gęsto cerowany zgrzebny habit. Idziemy do górnego kościoła, który jest jedną z pierwszych gotyckich świątyń we Włoszech. Tam długo podziwiamy freski Giotta przedstawiające legendę św. Franciszka. Oglądamy też ślady trzęsienia ziemi.
Ma się ku wieczorowi, wolniutko opuszczamy sanktuarium, po drodze poczta, kupuję znaczki i wysyłam dawno napisane pocztówki. Wsiadamy do autokaru – dziś spać będziemy w Rimini – największym kąpielisku nad Adriatykiem. Po drodze rozważania o św. Franciszku, dyskusja. Pani Zofia pięknie recytuje „Hymn św. Franciszka”.
W Rimini – inny klimat. Zapach morza. W pokoju zimno i wilgotno. Włączam suszarkę do włosów zawieszoną na oparciu krzesła – robi się przyjemniej. Dziś mam pokój z Adasiem. Po kolacji pierwsza się kąpię i wskakuję do łóżka. Adaś snuje się po hotelu, kogoś odwiedza, otwiera i zamyka drzwi i okiennice. „Film mi się urywa”. Rano przesypiamy Mszę św., ledwo zdążamy na śniadanie, bieg nad morze, pakowanie, wyjazd.
Jedziemy do San Marino – najstarszej i najmniejszej republiki świata. Z Rimini do San Marino – żabi skok, ale można by zrezygnować i zwiedzić znacznie ciekawszą i ważniejszą Rawennę. Nic z tego, bo wszyscy chcą zakupić tanie prezenty, a San Marino to strefa bezcłowa. Zajeżdżamy więc, kupujemy pamiątki, wino, perfumy i likier Amaretto. Nie oglądamy nic, bo czeka nas Wenecja. Spieszymy się, by zdążyć coś tam obejrzeć.
W Wenecji najpierw wynajmujemy stateczek turystyczny. Opływamy główne kanały, następnie spacer po centrum. Jest późno, wszystko już zamknięte. W bazylice Św. Marka – koncert, Pałac Dożów – zamknięty. Wjazd na kampanilę tylko dla grup trzydziestoosobowych – nikt nie chce, bo już ciemno i zdjęć się nie zrobi. Snujemy się indywidualnie – zbiórka pod kolumną z lwem św. Marka.Ruszamy w miasto, by zjeść obiadokolację, oglądać sklepy, zrobić ostatnie we Włoszech zakupy. Tu jest drogo, kupuje trzy marionetki Pinokio dla moich wnucząt. Zjadamy z Adasiem dobrą pizzę, a na deser olbrzymie grono świetnych winogron. Wieczór spędzamy na placu Św. Marka w przyjemnej atmosferze „salonu Europy”. Kupujemy różę od ulicznego sprzedawcy, Adaś wręcza ją naszej pilotce, pani Grażynie. Nocą ruszamy do Wiednia. O ósmej rano jesteśmy na Kahlenbergu. Nasz ksiądz odprawia Mszę. Adaś czyta Pismo Święte! Msza jest za Żółtowskich – poległych i żywych. Staje mi przed oczyma kadr z filmu „Pan Wołodyjowski”, gdy hetman Sobieski wkracza – do kościoła w Stanisławowie na czele rycerstwa. Mam wrażenie, że zaraz wejdą! Niestety, zamiast chrzęstu oręża słychać wiertarkę i młotki murarskie – trwają prace remontowe. Po Mszy św. zwiedzamy kaplicę Sobieskiego, gdzie w „doskonałym towarzystwie” znajduje się herb Ogończyk- Adalbertusa Żółtowskiego, uczestnika odsieczy wiedeńskiej. Stojąc przed tym herbem po raz trzeci wracam myślą do 1976 r., gdy byłam tu po raz pierwszy, towarzysząc moim teściom i mężowi. Dowiadujemy się, że teren, na którym stoi kościół, plebania i taras widokowy, należy do Polski! Ta oficjalna informacja zaskoczyła mnie, nie wiedziałam, że tak może być. Z tarasu widok marny, snuje się mgła. Przejeżdżamy przez Wiedeń i w drogę do domu!
Około godziny 23 jesteśmy w Warszawie, krótkie pożegnanie, taksówką do Bożenki, gdzie czeka wspaniała uczta przygotowana przez Lidię, wymarzona kąpiel i wygodne spanko. Śpimy długo. W sobotę po południu jesteśmy już w domu. 10 dni w podróży – dalej odpoczywam. Adaś przegląda zeszyty, dzwoni do kolegów, bo jutro – szkoła. Ja zaś zaczynam pomagać Piotrowi i Edycie przy sprzedaży chryzantem. Kasia, ich półtoraroczna córeczka jest już „wydana” babci Basi (mama Edyty). Mamy przed sobą pracowity tydzień i zimno w domu – nikt nie ma czasu napalić w piecu. Ale to nic, jeszcze mnie grzeją wspomnienia – nawet nie mam kataru. Dziękuję Bogu, że jeszcze zaliczyłam COŚ TAKIEGO!
Szczęsne, 1 stycznia – 1 marca 2001 r.