Tag: Nr 25

  • Materiały źródłowe do historii Rodziny Żółtowskich


    Andrzej M. Żółtowski

    Część I – Cmentarze w Płocku: stary i komunalny

    Poniżej zestawiono wyniki poszukiwań informacji o członkach rodziny w Płocku w 2000 r., jako materiału wyjściowego do opracowania historii rodziny. Proszę o nadsyłanie uwag i uzupełnień oraz szerszych informacji bezpośrednio pod moim adresem lub do redakcji biuletynu.

    Stary cmentarz rzymskokatolicki w Płocku, ul. Kobylińskiego/Wieczorka

    Cmentarz wyznania rzymskokatolickiego w Płocku, zwany starym, otwarto w 1780 r. Położony był wtedy poza miastem. Istniała na nim kaplica pw. św. Katarzyny. Należał do parafii św. Bartłomieja. W r. 1876 po założeniu nowego cmentarza zwanego dalej miejskim, na starym cmentarzu ograniczono pochówki wyłącznie do grobów murowanych. W ten sposób był on użytkowany do roku 1945. Przedstawiał dużą wartość historyczną i kulturową. Po 1990 r. usunięto większość starych nagrobków i zaczęto zakładanie nowych grobów. Cmentarz ma obecnie powierzchnię 2,3 ha. Należy do parafii św. Ducha.

    Wybrana bibliografia – publikacje:

    • K. Askanas, „Sztuka Płocka”, wyd. III, Płock 1991, passim.
    • Ks. A. Brykczyński, „Cmentarz Płocki”, w: „Korespondent Płocki” r. 1877 nr 53-78 (13 odc.).
    • K. Czarnecki, „Ikonografia Płocka”, tom I, Płock 1989, s. 96.
    • Abp. A. Nowowiejski, „Płock. Monografia historyczna”, wyd. II, Płock 1930, repr. Płock 1990, passim.
    • J. Stefański, „Płock od A do Z w tysiącletnich dziejach”, wyd. II, Płock 1995, s. 52-3, il.
    • I. Szychowski, T. Gałązka, „Płockie cmentarze”, Płock 1993, s. 4-9, il.

    Inskrypcje na odszukanych grobach:

    grób 1

    śp. / MARYA / z KARPIŃSKICH / ŻÓŁTOWSKA / obywatelka m. Płocka / † 4 września 1874 r. / Mąż wraz z dziećmi tę pamiątkę / poświęcają /

    grób 2

    śp. / BENEDYKT / ŻÓŁTOWSKI / żył lat 57 / zm. dn. 13 VIII 1997 /

    grób 3

    śp. / HIERONIM / ŻÓŁTOWSKI / żył lat 69 zm. 20 VII 1997 / TERESA / ŻÓŁTOWSKA / żyła [brak daty] zm. [brak daty]

    grób 4

    śp. / JAN / ŻÓŁTOWSKI / *1946 † 1999 /

    grób 5

    śp. / ZOFIA ŻÓŁTOWSKA / 4 V 1914 – 23 XI 2000 /

    CMENTARZ KOMUNALNY W PŁOCKU

    Cmentarz założono w 1973 roku. Powierzchnia ok. 10 ha.

    Wybrana bibliografia – publikacje:

    • J. Stefański, „Płock od A do Z w tysiącletnich dziejach”, wyd. II, Płock 1995, s. 54, il.
    • I. Szychowski, T. Gałązka, „Płockie cmentarze”, Płock 1993, s. 16-7, il.

    Informacje o grobach członków rodziny Żółtowskich odszukane w dokumentach cmentarza:

    grób 1 lokalizacja: F 5/IV 12; dane do biografii zmarłych:

    ZYGMUNT SZYMON ŻÓŁTOWSKI, ur. 24.9.1908 w Warszawie, zm. 16.6.1976 w Płocku, pogrzeb odbył się 16.6.1976 r.; (żona Halina 1914-1983)

    HALINA ŻÓŁTOWSKA, z d. NAGÓREK, ur. 4.1.1914 Detroit USA, zm. 18.7.1983 w Płocku, (mąż Zygmunt 1909-1976)

    grób 2 lokalizacja: C 6/I 27; dane do biografii zmarłego:

    STANISŁAW ŻÓŁTOWSKI, ur. 2.12.1917 w Walentynowie [k. Kutna?], zm. 9.7.1983 w Płocku

    grób 3 dane do biografii zmarłego:

    WŁADYSŁAWA ŻÓŁTOWSKA ur. ok. 1914 zm. 22.1.1992 w Płocku

    grób 4 dane do biografii zmarłego:

    ZDZISŁAW ŻÓŁTOWSKI ur. ok. 1953, zm. 24.7.1993 Płock

  • Moja droga do Szkocji


    Andrzej Żółtowski

    (Fragment listu pisanego do Papenburga do siostry Marioli Saryusz Zaleskiej, która przebywała tam w lipcu 1945 r. po oswobodzeniu obozuOberlangen, przekazany do druku przez Michała Żółtowskiego, publikowany już w „Biuletynie Ziemiańskim” nr 5/6 z 2000 r. W nr. 23 „Kwartalnika Związku Rodu Żółtowskich” Michał Żółtowski zamieścił wspomnienie pośmiertne o Andrzeju zmarłym w Łodzi 2 marca 2000 r.)

    Z początkiem kwietnia 1945 roku z obozu w Mühlbergu (Stalag IVB) przeniesiono nas, dziewięćdziesięciu jeńców do Drezna w celu użycia nas do prac przy odgruzowywaniu miasta po alianckim nalocie. Drezno było prawie całe w gruzach. Jednak po kilku dniach, na skutek zbliżającego się frontu Armii Czerwonej, zostaliśmy ewakuowani z Drezna na południe (30 km) do wsi Bethelsdorf, nieopodal miasteczka Leibstad. We wsi tej Niemcy zorganizowali dla nas mały obóz, pozbawiony już drutów kolczastych i naelektryzowanych przewodów. Odczuwało się wśród nich wyraźny niepokój i czuliśmy, że wojna ma się ku końcowi wraz ze zbliżającym się frontem.

    W obozie tym przebywaliśmy do siódmego maja, po wielu bowiem naradach, wartownicy nasi zadecydowali wyruszyć wraz z nami w dniu ósmego maja w kierunku Amerykanów, którzy według ich rozeznania powinni znajdować się w pobliskiej Czechosłowacji. Decyzja ta miała na celu uchronienie ich od niewoli radzieckiej wobec postępującego w kierunku południa frontu rosyjskiego.

    Nasza wartownicza załoga wolała dostać się do niewoli amerykańskiej, niż wpaść w ręce Rosjan. Takie było rozumowanie wachmanów, którzy panicznie bali się Rosjan.

    Już w dniach szóstym i siódmym maja słyszeliśmy wyraźnie odgłosy artylerii, żołnierze frontowi zaś często przechodzili przez wioskę w pobliżu naszego zakwaterowania. Przez cały czas pobytu we wsi Bethelsdorf widzieliśmy setki uciekinierów, którzy ewakuowali się w popłochu przed uderzającą falą Armii Czerwonej i największą radością napawał nas fakt, że nareszcie Niemcy zostali zmuszeni do walki na własnym terenie i odczują na własnej skórze grozę ewakuacji, którą stosowali dotychczas z powodzeniem we wszystkich podbijanych przez siebie krajach.

    Ósmego maja o godzinie piątej rano wyruszyliśmy więc w liczbie sześćdziesięciu kolegów, otoczeni przez uzbrojonych w karabiny i pistolety maszynowe wartowników w kierunku granicy czechosłowackiej.

    Z ogólnego rozeznania wynikało, że będziemy maszerować w kolumnie, w której skład wejdą grupy jeńców narodowości francuskiej, holenderskiej, serbskieji zdaje się – rosyjskiej. Kolumna ta ogółem liczyła około tysiąca jeńców. Nas, Polaków, było, jak już wspomniałem, tylko sześćdziesięciu, gdyż nocąsiódmego maja około dwudziestu paru kolegów uciekło już w kierunku wojsk amerykańskich. Ja z Frankiem P. woleliśmy jednak iść z wartownikami, gdyż zdawało się nam wówczas, że lepiej znają drogę i orientują się, gdzie jest front amerykański, co było niezmiernie ważne.

    W kolumnie marszowej otrzymaliśmy miejsce tuż za Serbami, którzy otwierali ją, dźwigając ogromny bagaż złożony na taczkach, ręcznych wózkach i rozmaitych innych kółkach własnego pomysłu. Ta nieprzebrana ilość bagażu utrudniała marsz i tempo niemrawo posuwających się ludzi. Ponieważ ze względu na częste naloty lotnictwa radzieckiego trzeba było maksymalnie wykorzystać do marszu wczesne godziny ranne, zaczęliśmy pchać się na czoło kolumny, wyprzedzając Serbów, którzy oponowali przeciwko temu, obawiając się narzucenia im zbyt szybkiego tempa. W czasie wyścigu z Serbami powstał niesamowity zamęt. Wartownicy starali się go opanować, rycząc na nas i zwyczajowo grożąc, jednak parliśmy uparcie do przodu i po półgodzinnej przepychance zwycięsko osiągnęliśmy czoło kolumny, mogąc nareszcie narzucić odpowiednie tempo marszu.

    Już około godziny siódmej ujrzeliśmy nad sobą kilka samolotów lecących w kierunku zachodnim, w stronę zatłoczonej przez cofających się Niemców szosy, a mniej więcej o godzinie dziewiątej wkroczyliśmy na nią sami. Tu było piekło. Samochody i wozy posuwały się chaotyczną kolumną, a między tym wszystkim szalało SS, chcąc za wszelką cenę powstrzymać czerwone wojsko. Tego dnia skapitulował już Wehrmacht.

    Ja z Frankiem i grupką kolegów, w obawie przed walczącymi oddziałami, zaczęliśmy pchać się pospiesznie do przodu, zostawiając daleko za sobą starych, dużo wolniej posuwających się wartowników, a dodatkowych sił dostarczała nam świadomość, że SS strzela do jeńców bez uprzedzenia. Tymczasem lotnictwo dawało nam znać o sobie coraz bardziej przy sprzyjającej, wspaniałej pogodzie i czystym, przejrzystym powietrzu.

    Około godziny dwunastej przyjechał do nas na rowerze podoficer niemiecki z grupy naszych wartowników i kazał zatrzymać się, obiecując jedzenie, to znaczy chleb. Wyczerpani morderczym marszem usiedliśmy przy szosie, czekając na spełnienie obietnicy, gdyż byliśmy bardzo głodni. Od wielu dni dostawy żywności w Bethelsdorfie były minimalne, a tego dnia nic jeszcze nie jedliśmy. Dopiero po dwóch godzinach męczącego oczekiwania nadjechał zaprzężony w dwa konie wóz z upragnionym prowiantem. Otrzymaliśmy wówczas po jednym bochenku chleba i półkilogramową konserwę na każdego i jednocześnie podoficer zapowiedział, że jest to przydział dla nas na cały tydzień.

    W pewnej chwili usłyszeliśmy strzały, a na pobliskiej szosie powstała panika. Ja z Frankiem wskoczyliśmy do pobliskiej dziury, czekając, co nastąpi, a gdy po chwili podnieśliśmy głowy, by zorientować się w sytuacji, szosa była już pusta. Nie było ani samochodów, ani wozów, ani uciekinierów, tylko siedzieli wzdłuż niej SS-mani z bronią przeciwpancerną w oczekiwaniu na sowieckie czołgi.

    Sytuacja nasza stała się nagle bardzo trudna i niebezpieczna, gdyż dalsze ukrywanie się w dziurze było niemożliwe, a oddalenie się od szosy wykluczone z uwagi na jej usytuowanie w skalistym wąwozie na pograniczu Niemiec i Czechosłowacji. Decydujemy się na dalszy marsz szosą, a właściwie bieg. Chcemy dogonić kolegów, którzy prawdopodobnie w czasie strzelaniny uciekli tą drogą i są przed nami. Biegniemy resztkami sił. Napotykamy trupy, rannych, porozbijane samochody i grupy uzbrojonych SS-manów. W pewnej chwili widzimy SS-mana, który – potrząsając trzymanym w ręku pistoletem – coś do nas krzyczy. Nie mogę zrozumieć i dosłyszeć, czego on chce od nas, ale przebiegamy właśnie przez mostek na małym, górskim strumyku i wśród straszliwej detonacji znajdujemy się nagle pośród fontanny lecących zewsząd kamieni. Mamy ogromne szczęście i jest to po prostu nieprawdopodobne, że żaden ze spadających kamieni nas nie rani. Mostek został wysadzony przez SS-manów, by powstrzymać zbliżające się czołgi radzieckie. Nie czekając aż opadnie kamienny grad i pył, biegniemy dalej, ale sił coraz mniej, a plecaki bardzo w tym biegu przeszkadzają – na szczęście w porę dostrzegamy boczną drogę prowadzącą w las i tam skręcamy. W lesie odpoczywamy trochę, ale za chwilę posuwamy się dalej w kierunku Cieplic, gdyż z rozmów wartowników wynikało, że Amerykanie są w Cieplicach lub Brux, dwadzieścia kilometrów od Cieplic. Posuwamy się leśną drogą biegnącą równolegle do głównej szosy, by dostać się jak najszybciej do strefy amerykańskiej, mimo że lotnictwo radzieckie nadal rzuca małe bomby na pobliską szosę. Nas, na szczęście, chroni przed ich rażeniem gęsty las.

    Niestety, ciągle nie odnajdujemy kolegów i nie wiemy, co się z nimi stało. Pod wieczór podchodzimy pod Cieplice, sanatoryjne miasteczko czechosłowackie i po wejściu widzimy pełno porozbijanych samochodów, trupy leżące na chodnikach i kilka palących się domów. W ocalałych oknach dostrzegamy flagi czechosłowackie i wiele powiewających na wietrze białych flag. Miasto zostało już oczyszczone z wojsk niemieckich i wypełnia je ludność cywilna.

    W pewnej chwili napotykamy naszego wachmana na wpół już przebranego w cywilne ubranie. Oświadcza nam, że jest już stary, ma 50 lat i nigdzie dalej nie idzie. „A wy, róbcie, co chcecie. Wojna skończona”.

    Niestety w Cieplicach, jak nas poinformowali Czesi, nie ma Amerykanów, ale podobno są dalej, w Brux. Znowu więc podążamy bocznymi ulicami w kierunku szosy wiodącej do Brux. Zaledwie po paru minutach marszu dochodzimy do niej, ale panuje tu tak nieopisany chaos wśród kłębiących się ludzi i wszelkiego rodzaju pojazdów, że rezygnujemy z dalszej drogi na dzisiaj i mimo zasięgniętej u jakiegoś Czecha informacji o otoczeniu miasta przez wojska radzieckie, decydujemy się pozostać tu na noc. Sił już nam brakuje. Skierowani przez milicję obywatelską (cywile z opaskami na rękawie) trafiamy z Frankiem do obozu cywilnych robotników francuskich, którzy rozbawieni i pijani witają nas hałaśliwie, poją i karmią gościnnie, nie zaprzestając wiwatować na cześć Polski. Pomimo wesołego nastroju, w jaki usiłują nas wprowadzić, nie opuszcza mnie myśl, że nasi koledzy przedostali się już zapewne do strefy amerykańskiej, a my ciągle jeszcze tkwimy w Cieplicach. W trakcie kolacji Czesi przyprowadzają naszych dwóch kolegów i w czwórkę czujemy się już nieco raźniej.

    Około godziny dziewiątej wieczorem do Cieplic wjeżdżają pierwsi zmotoryzowani żołnierze radzieccy. Ludność ogromnie wiwatuje, a my siedzimy u Francuzów i słuchamy przynoszonych przez nich z miasta wiadomości. Tej nocy słabo spałem, po 54-kilometrowym „spacerze” i wszystkich związanych z nim przejściach. Nerwy nie pozwalały zasnąć.

    Następnego dnia, tj. dziewiątego maja, Cieplice były już pełne wojska radzieckiego, a na domach powiewały czerwone flagi. Gdzieniegdzie widać było grupy niemieckich rozbrojonych żołnierzy pilnowanych przez żołnierzy radzieckich. Niemcy już teraz byli jeńcami, a ja nareszcie po pięciu latach i ośmiu miesiącach – człowiekiem wolnym.

    Poprosiłem Francuzów, by poszli do miasta i sprowadzili czeskiego milicjanta, by zorientował nas w sytuacji, a Franek, któremu najlepiej to wychodziło, zajął się gotowaniem posiłku, gdyż Francuzi dali nam trochę kaszy i kartofli. Opału było dużo i do naszej dyspozycji było nie tylko drewniane łóżko, ale i garstka węgla. Francuzi przyprowadzili ze sobą dwóch Czechów i Polaka, którzy namówili nas do przejścia paru ulic dalej, do fabryki Zeissa. Tam miało być już dużo Polaków, byłych jeńców, którzy napłynęli z różnych stron do Cieplic. Podziękowaliśmy za zaproszenie i po zjedzeniu zupełnie smacznego, pierwszego na wolności obiadu, ruszyliśmy według dostarczonego nam szkicu do byłej fabryki Zeissa. Tu muszę zaznaczyć, że na szkicu tym wszystkie ulice miasta miały już nazwy czeskie, a w nawiasie obok, dla orientacji, były umieszczone niemieckie nazwy ulic z poprzedniego dnia. W czasie drogi spotkaliśmy paru Polaków, których namówiliśmy, by poszli razem z nami.

    W fabryce Zeissa, której maszyny zostały już wcześniej zdemontowane i wywiezione przez Niemców, zastaliśmy dużą liczbę byłych jeńców rozmaitych narodowości. Byli tam Amerykanie, Anglicy, Belgowie, Francuzi, Holendrzy i Polacy. Zamieszkałem wraz z trzema kolegami na drugim piętrze, w małym pokoiku, zostając komendantem naszej czwórki, a ponieważ każda grupa byłych jeńców miała swą nazwę, ja nazwałem swoją „Mühlberg” od nazwy obozu, w którym przebywałem przed Dreznem. W fabryce znalazła również schronienie grupa kobiet polskich z Armii Krajowej, które dowiedziawszy się, że jesteśmy z Mühlbergu ucieszyły się bardzo, gdyż – jak mówiły – nigdy nie zapomną tego obozu, w którym doznały tyle serca, kiedy trafiły do niego po Powstaniu Warszawskim głodne, zabiedzone i obdarte. Jedna z grup mieszkająca w fabryce, nie pamiętam już jakiej narodowości, przyprowadziła któregoś dnia dwa duże woły, które natychmiast poszły do kotła.

    Teraz zaczęły się długie narady, których jedynym tematem był ten, jak się wydostać z Cieplic do strefy amerykańskiej, która, jak się okazało, była w odległości ponad stu kilometrów, bo aż w Karlsbadzie. Jedni radzili tak,inni inaczej, a właściwie ogólnie nie było wiadomo, co robić. Upał w Cieplicach taki, że trudno wytrzymać. Cały dzień chodzimy ulicami miasta, gdzie było pełno wojska rosyjskiego, które szło w kierunku na Pragę. Prawie wszystkie sklepy i magazyny z wódką i winem były porozbijane, a na ulicy rozdawano formalnie alkohol, począwszy od wina, aż do szampana, więc proszę sobie wyobrazić jak wyglądało miasto. W rynsztokach leżeli żołnierze radzieccy, Czesi i byli jeńcy wszystkich narodowości, ustawicznie racząc się alkoholem, wiwatując na cześć zwycięstwa i końca wojny. Raz po raz wybuchały gdzieś awantury przerywane gęstymi strzałami. Czesi odgrywali się na Niemcach, zamieszkujących w przeważającej liczbie Cieplice, Niemcy dla swego bezpieczeństwa wyłapywali byłych jeńców, proponując im kwatery u siebie, chcąc w ten sposób zabezpieczyć własne życie i uniknąć nękających rewizji, mieszkanie niemieckie, w którym przebywał były jeniec, wolne było bowiem od szykan ze strony Czechów czy żołnierzy radzieckich i każdy Niemiec czuł się bezpieczniejszy, mając u siebie byłego jeńca.

    Pewnego dnia spotkałem Polaka, który poinformował mnie o grupie byłych jeńców polskich kwaterujących w małym dworku pod Cieplicami. Udałem się we wskazane miejsce i radość moja była ogromna. Byli tam koledzy, którzy ósmego maja w czasie strzelaniny na szosie odłączyli się od nas. Uradowany byłem z niespodziewanego spotkania, gdyż byliśmy ze sobą wszyscy bardzo zżyci. Naradzałem się z nimi przez cały wieczór, co robić dalej, ale w rezultacie tych rozmów nie powzięliśmy żadnej decyzji. Po dwóch lub trzech dniach cała ta grupa przeniosła się do Cieplic, do fabryki, gdzie mieszkałem, i było nas teraz w fabryce ponad pięciuset Polaków byłych jeńców wojennych, Polaków wywiezionych na przymusowe roboty do Niemiec i z obozów koncentracyjnych.

    Któregoś dnia udałem się do bogatej dzielnicy miasta i zadzwoniłem do furtki luksusowej willi. Drzwi otworzyła przerażona Niemka, której kazałem uprać moją dosyć brudną bieliznę. W międzyczasie chodziłem w koszuli i kalesonach jej męża. Odtąd przychodziłem tam codziennie, ponieważ miała radio i mogłem wysłuchiwać komunikatów ze świata. Po paru dniach usłyszałem nawoływanie skierowane do wszystkich byłych jeńców znajdujących się w Cieplicach, aby słuchali specjalnych audycji informacyjnych. Jednocześnie z tym komunikatem zapowiedziano, iż byli jeńcy angielscy i amerykańscy mają się zebrać jeszcze dzisiaj na stacji kolejowej, skąd odjadą do strefy amerykańskiej.

    Pobiegłem, co sił w nogach z tą informacją do fabryki, a mój przyjaciel Franek wrócił właśnie z dworca kolejowego z tą samą wiadomością. Franek powiedział mi, że chyba będzie można wkręcić się jakoś do transportu alianckiego i zdecydowaliśmy się spróbować, biegnąc z zarzuconymi na ramię plecakami w stronę dworca. Tu pełno już było Anglików i Amerykanów i musieliśmy wmieszać się pomiędzy nich. Nareszcie podstawiono wagony towarowe i zaczęto wpuszczać do nich żołnierzy, każdego o coś pytając. Gdy nadeszła moja kolejka, to nie umiałem w ogóle nic odpowiedzieć, gdyż nie znając języka angielskiego nie zrozumiałem pytania, ale Franek uratował sytuację wyjaśniając pospiesznie, że jesteśmy z Anglii i tam chcemy powrócić. Popatrzono na nas uważnie i… wpuszczono do wagonu.

    W pociągu zaczęło się powtórne wypytywanie wszystkich i spisywanie danych. Siedzieliśmy cicho w kącie, oczekując z niecierpliwością na odjazd. Była godzina pierwsza po południu, a według zapowiedzi kolejarza, pociąg miał ruszyć dopiero za pół godziny. Niestety, mijały godzina za godziną, a my staliśmy na stacji, podczas gdy wojskowi radzieccy ustawicznie sprawdzali transport.

    Wreszcie o godzinie piątej z minutami ruszyliśmy w kierunku Karlsbadu z nadzieją w sercach, iż może tym sposobem dostaniemy się do strefy amerykańskiej. Pociąg wlókł się powoli, stając często, gdyż tory były ciągle zajęte. Pod wieczór dobiliśmy do małej stacyjki, a ponieważ zaczął padać silny przedburzowy deszcz, a wagon, którym jechałem, był otwarty, trzeba było schronić się przed ulewą pod pobliskimi drzewami i dopiero późną już nocą ruszyliśmy w dalszą drogę, by około godziny szóstej lub siódmej nad ranem dojechać pod Karlsbad, gdzie zatrzymano nas pod semaforem. Staliśmy tam przez kilka godzin, wreszcie zrobił się jakiś ruch w pociągu, co zrozumieliśmy, że dalej jedziemy, ale niestety, pociąg stał nadal. Upał był szalony i głód zaczął nam bardzo dokuczać. Nie mieliśmy ze sobą nic do jedzenia, a i wody brakowało w pobliżu. Nie chcieliśmy jej szukać dalej, bojąc się, że pociąg odjedzie bez nas. Po paru godzinach oczekiwania poszedłem do maszynisty Niemca, by dowiedzieć się czegoś konkretnego, a ten mi wyjaśnił, iż powodem naszego postoju jest komisarz radziecki, który przeprowadza na dworcu w Karlsbadzie szczegółową kontrolę każdego pociągu, selekcjonując żołnierzy. Do strefy amerykańskiej przepuszczał jedynie Amerykanów i Anglików, a Polaków zatrzymywał na miejscu. I co mam właściwie powiedzieć temu komisarzowi, jak nas odkryje i zapyta, co w tym pociągu robimy i gdzie chcemy jechać? Nerwy zaczęły dawać znać o sobie, a czas wyczekiwania wydawał się wiekiem.

    Dopiero o godzinie szóstej wieczorem pociąg drgnął i ruszył. Na dworcu w Karlsbadzie kazano wysiąść z wagonów tylko Anglikom, Amerykanom i Francuzom, tym wszystkim zaś, których doczepiono do składu w międzyczasie, pozostać w wagonach. Wysiedliśmy zgodnie z rozkazem razem z Amerykanami. Podzielono nas na grupy i polecono wsiadać do samochodów ciężarowych stojących w pobliżu. Już, już mieliśmy ruszać, gdy podbiegł do naszego samochodu silnie zbudowany podoficer amerykański żujący gumę i kazał wszystkim wysiadać. Zrozumieliśmy!!! Ktoś nas sypnął i doniósł, że jedziemy nieprawnie. Na szczęście jednak przypuszczenia nasze okazały się błędne i po ponownym przeliczeniu grup, mogliśmy wdrapać się na ciężarówkę. Ruszamy, ale ciągle jeszcze znajdujemy się w strefie radzieckiej miasta, gdyż Karlsbad był okupowany przez Amerykanów i wojska czerwone.

    Widzę, że pierwszy w kolumnie samochód zwalnia i staje. Sprawdzanie? Nie. Ruszamy znowu i przejeżdżamy przez zbawczy most, którego pokonanie oznacza dla nas osiągnięcie upragnionej strefy amerykańskiej.

    Spojrzałem na Franka. Jeszcze blady ze strachu odwzajemnił mi spojrzenie z uśmiechem ulgi i ściskając za rękę, szepnął: „udało się!”

    Z bardzo zniszczonego przez działania wojenne Karlsbadu, udajemy się w zupełnie dla nas niewiadomym kierunku, a prowadzone przez amerykańskich Mulatów ciężarówki pędzą jak zwariowane. Około godziny dziewiątej wieczorem wpadamy w szalonym pędzie na ulice Pilzna. Amerykanie i miejscowa ludność pozdrawiają nas wesołymi gestami, rzucając do ciężarówek papierosy i czekoladę. Nastrój w mieście radosny, ale my jedziemy dalej i wreszcie zatrzymujemy się na lotnisku. Tutaj każą nam wszystkim wysiąść, dzielą na dwudziestosiedmioosobowe grupy i numerują je kolejno. Nasza otrzymuje numer 95. Zaraz wydano nam konserwy i każdy z nas zaczyna szukać miejsca na nocleg na lotnisku. Następnego dnia o świciekazano nam wszystkim zarejestrować się. Kolej na moją grupę wypadła dopierookoło godziny piątej po południu. Tu znowu tragedia, gdyż trzeba wypełnić formularz w języku angielskim. Jakiś Amerykanin zauważył, że idzie mi to niesporo i zdziwiony, że znalazłem się tutaj, będąc Polakiem, szybko zrozumiał moją sytuację i nie robiąc większych trudności pomógł wypełnić formularz, wstawiając w odpowiednie rubryki dużo nazw i cyfr. Po rejestracji i obsypaniu nas jakimś białym proszkiem (jak okazało się później DDT), czekaliśmy na dalszy bieg wypadków. Ponieważ naszą grupę wywołano dopiero 22 maja, przez kilka dni mieszkaliśmy w budynkach biurowych lotniska, paląc stoły, szafy, krzesła i w ogóle wszystko, co tylko dało się spalić, by ugotować wodę na herbatę. Amerykanie bowiem dawali nam tylko konserwy i papier toaletowy, co mnie i Franka szalenie śmieszyło, bo od tego luksusu odwykliśmy już dawno, w czasie tych lat niewoli.

    W południe 22 maja na płycie lotniska wylądowały samoloty i zaczęto nas do nich ładować. Przed każdym ze stojących samolotów wyczytywano z listy nazwiska zarejestrowanych i kiedy usłyszałem jakiś dziwny, gardłowy dźwięk, wiedziałem, że chodzi o mnie i czym prędzej wyszedłem z szeregu. Samolotami były dwumotorowe amerykańskie transportowce i załadowano nas do jednego z nich w liczbie dwunastu czy piętnastu ludzi. Ja naturalnie byłem z Frankiem. Usiadłem obok Australijczyka, który cały czas przepowiadał wszystkim ze śmiechem, jak będą chorować, gdy samolot będzie w powietrzu.

    Nareszcie ruszyliśmy do startu w nieznane i po raz pierwszy w życiu znalazłem się w powietrzu. Patrzę, a mój Australijczyk zielenieje w oczach i zaczyna chorować. Po chwili pomagałem mu w tym solidarnie, a wiaderko służące do tego celu przechodziło już przez całą podróż z jego rąk do moich.

    Po około trzech godzinach lotu wylądowaliśmy na dużym lotnisku i kiedy na hangarze zobaczyłem napis „Rauchen verboten” byłem przekonany, że znaleźliśmy się znowu w Niemczech, ale okazało się, że to Francja – Reims. Z lotniska zabrały nas samochody do wielkiego obozu amerykańskiego usytuowanego w dużym parku, a wszystko, cokolwiek się tam znajdowało, było wspaniale urządzone.

    Tu otrzymaliśmy doskonałą, gorącą kolację składającą się z pulardyczy indyka i świetnego kompotu z brzoskwiń. Tu również po raz pierwszy od lat zobaczyłem biały, a właściwie śnieżnobiały chleb. Przez długie lata wojny jedliśmy tylko czarny razowy chleb o konsystencji gliny, więc ten biały zrobił na nas kolosalne wrażenie. Kuchnia była obsługiwana przez jeńców niemieckich, którzy bardzo sprawnie wydawali nam posiłki.

    Po kolacji nastąpiła ogólna dezynfekcja i kąpiel. Kazano nam po prostu wszystko wyrzucić do płonącego ogniska. Mnie udało się ukryć parę drobiazgów, z którymi nie rozstawałem się przez lata niewoli i przeszły wraz ze mną wszystkie najcięższe chwile wojny.

    W drodze do kąpieli rozdano nam mydła i ręczniki, a po jej odbyciu przechodziło się wzdłuż stołów, na których leżały stosy bielizny i nowych amerykańskich mundurów. Na końcach stołów leżały papierosy i czekolada, której nareszcie mogłem najeść się do syta, a Franek bardzo ucieszył się z dodatkowego przydziału moich papierosów. Każdy z nas wybrał stosowną dla siebie bieliznę i mundur, każdy otrzymał również duży zielony wojskowy worek na rzeczy i ubrani już w mundury USA, z całym uzupełnionym ekwipunkiem stawiliśmy się w dużej hali, gdzie odbywały się oględziny lekarskie

    Tu znów wyniknął kłopot z formularzami do wypełnienia, ale tym razem pomoc jakiegoś żującego Amerykanina nie na wiele mi się przydała, formularz nie wypadł najlepiej. Lekarzowi musiałem się przyznać, że jestem „Polish”, obstukał mnie jednak, jak każdego z nas, pytając ciągle, czy boli (magicznesłowa wszystkich lekarzy obcej narodowości), a gdy ustawicznie kiwałem głową przecząco, uśmiechnął się i obdukcja na tym się zakończyła.

    Po badaniach lekarskich zaprowadzono nas do namiotów, gdzie po całodziennych trudach nareszcie mogliśmy iść spać. Było już dobrze po północy.

    Następny ranek, a był to dzień 23 maja, powitał nas świetnym śniadaniem złożonym z szynki, jajek, serów, dżemów i ogromnej ilości ciast. Po zjedzeniu tych wspaniałości nastąpił odjazd ciężarówkami na lotnisko angielskie odległe o około 30 km od Reims. Na tym to lotnisku co kilka minut lądowały ogromne, czteromotorowe samoloty angielskie, które miały nas zabrać w dalszą, nieznaną drogę. W pewnej chwili przy jednym z nich dostrzegłem załogę polską. Podszedłem do nich, by dowiedzieć się, gdzie lecimy. Niestety, nie chcieli mi tego powiedzieć, zasłaniając się tajemnicą wojskową. Dalej nie wiedzieliśmy, gdzie polecimy.

    Przed wejściem na pokład samolotu rozdano nam czekoladę, cukierki i papierosy, jak również torebki do wiadomego celu, ale na szczęście nie były nam specjalnie potrzebne w tej podróży, gdyż ogromny samolot leciał przy pięknej pogodzie równo i spokojnie. Samoloty te były przeznaczone nie do przewozu ludzi, lecz bomb, więc siedzeń w nich nie było, a i leżeć nie było zbyt dobrze, ale wiozły nas bezwzględnie ku lepszemu i wówczas wszystko wydawało się nam wygodne.

    Po niespełna godzinie lotu wylądowaliśmy. Na lotnisku powitała nas serdecznie jakaś grupa kobiet i mężczyzn ubranych w angielskie mundury. Teraz nastąpiły przemówienia, z których nic nie zrozumiałem. Po chwili znów obsypują nas DDT i prowadzą do dużego hangaru z szeregiem stołów zastawionych ciastem. Przynoszą herbatę i co chwilę jakaś stara Angielka wpycha nam czekoladę lub papierosy, uśmiechając się zalotnie. Coś mnie te panie pytają, nie umiem nic odpowiedzieć i wreszcie po zjedzeniu podwieczorku, każą mnie i Frankowi przejść koło drzwi hangaru, gdzie każdy z nas dostaje po funcie angielskim, torebce z kanapkami i torebce z mandarynkami. Dotąd jednak nie wiemy, w jakim jesteśmy kraju.

    W jakiś czas później przychodzi po nas kapral RAF-u, zabiera mnie i Franka do małej ciężarówki i ponieważ jedziemy nią po lewej stronie, wiemy już, że jesteśmy w Anglii lub Szwecji. Dojeżdżamy do małej stacyjki, wsiadamy do pociągu. którym jedziemy znowu w nieznane i dopiero, gdy stajemy na stacji i widzimy napis „London”, wiemy z całą pewnością, że to Anglia. W Londynie przesiadamy się do pociągu jadącego do Szkocji. Jak dowiedziałem się potem, lotniskiem, na którym lądowaliśmy ostatnio, było lotnisko Dunsfeld pod Londynem. Do Szkocji jedziemy przez całą noc pod opieką wspomnianego kaprala RAF-u i 24 maja nad ranem kończymy podróż na stacji Kinghorn, gdzie kapral przekazuje nas żołnierzowi polskiemu pełniącemu służbę na dworcu.

    Przez cały czas podróży pociągiem jechaliśmy w osobnym przedziale o miękkich, wygodnych fotelach, dostając bezpłatnie na większych stacjach kanapki z YMCA i NAAFI, tak że podróż tę zaliczyliśmy do bardzo dobrych. Żołnierz z peronu wskazał nam drogę do pobliskiego obozu Wojska Polskiego i tu po przesłuchaniu i wypełnieniu niezbędnych formalności zostałem przemundurowany w battle-dress z półokrągłymi napisami na rękawach „Poland”. W takich mundurach chodzą żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

    I tak to, w ten sposób, po wielu latach niewoli, znalazłem się znowu w Wojsku Polskim.

    Findogask, Szkocja, lipiec 1945.

  • Poszukiwania osób i rodzin

    Ksiądz kanonik Szymon Żółtowski, kapelan, ppłk WP, ur. 18.7.1886 w Libawie na Łotwie, zm. 20.2.1977 w Gdańsku, syn Jana – stoczniowca w Rosji – i Petroneli z Nowickich. Ukończył seminarium diec. mohylowskiej, działał w środowiskach polskich w Rosji. Więziony, powrócił do Polski w ramach wymiany jeńców po wojnie. W 1923-39 kapelan WP w Zegrzu. Brał udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie proboszcz w Gdańsku.

    Poszukuje się informacji o pochodzeniu rodziców, ew. rodzeństwa oraz o działalności w latach 1939-1945 w Legionowie i Warszawie.

    Dr Józef Żółtowski, lekarz medycyny, ur. 14.3.1863 w Gogolinie, gm. Koronowo, pow. bydgoski, zm. 14.3.1863 w Chorzowie. Ukończył studia medyczne w 1894 r. w Niemczech, działał na Śląsku w Mikołowie, Koźlu, od 1926 w Chorzowie. Uczestnik Powstań Śląskich, działacz społeczny.

    Poszukuje się informacji o rodzicach, ew. rodzeństwie, o działalności w czasie powstań, i o miejscu grobu.

    Romuald Żółtowski ur. ok. 1809, zm. 16.3.1860 w Bogucinie, parafia Garbów (Lubelskie), syn Piotra i Heleny z Uchańskich. Ok. 1850 był rządcą lub administratorem dóbr hr. Jezierskiego w rejonie Garbowa, mieszkał tam w 1848 z żoną Marią z Trzcińskich.

    Poszukuje się informacji o rodzicach, ew. rodzeństwie i dzieciach, o rodzinie żony, o wykształceniu (szkoły) i innej działalności, także o miejscu grobu.

    Jan (Iwan) Żółtowski ur. 15.11.1867 w Pińsku lub okolicy, zm. 16.7.1959 w Moskwie, syn Władysława. Wybitny architekt rosyjski, działał w Petersburgu i Moskwie, akademik, współpracownik najwyższych władz.

    Poszukuje się informacji o rodzinie, ew. rodzeństwie oraz o dokładnym miejscu urodzenia – może np. w Brodczy nad Płotnicą, pow. Pińsk, gdzie ok. 1900 mieli folwark nieznani nam bliżej Żółtowscy.

    Zbigniew Żółtowski, plut. pchor. rez. 4. psk, zginął 23.4.1939 w Krasnobrodzie. Pochowany na tamtejszym cmentarzu w grupie 491 żołnierzy WP poległych w okresie 17-29.9.1939. Absolwent Szkoły Podchorążych w Grudziądzu, rocznik 1937/8.

    Poszukuje się szerszych informacji o zmarłym i jego rodzinie.

    Stanisław Żółtowski. W 1914 szeregowiec, ochotnik w Legii Cudzoziemskiej w Bayonne, ew. Reuilly, we Francji. 9.5.1915 w I p. Legii Cudzoziemskiej, 2. bat. C (bayończycy). Brał udział w bitwie pod Arras, pozostał nadal w szeregach. 16.6.1915 bierze udział w walkach w rejonie Lyonu, gdzie nastąpił praktycznie koniec działalności „polskich” oddziałów Legii. Był ranny, lecz przeżył.

    Poszukuje się informacji o jego pochodzeniu, rodzinie i dalszym biegu życia.

    Franciszek Żółtowski z St. Louis, Montana, USA. Ochotnik w Armii gen. Hallera 1918-1919 we Francji.

    Poszukuje się informacji o nim i jego rodzinie.

    Wacław lub Wiesław Gospoś, ur. 1918 w Warszawie, syn Jana i Janiny, vel: Stefan Żółtowski ur. 1916 w Klewaniu pow. Równe, syn Kazimierza, żona Łucja z Kaweckich, dzieci.

    1937-1939 WP saper

    ok. 1942 żołnierz AK w rejonie Lwowa i Tarnopola, 27 dywizja?, zmiana nazwiska.

    1944-1945 LWP, II Armia.

    1945 internowany w obozie w Skrobowie k. Lubartowa, po ucieczce i schwytaniu skazany na śmierć, ułaskawiony, ze zmianą na 10 lat więzienia.

    1958 z urzędu uchylenie wyroku

    Poszukuje się: rodziny Wacława, źródła dokumentów Stefana Żółtowskiego – czy zostały one przejęte po zmarłym, jeżeli tak, to kim on był; informacji, czy przeżył i jakie były jego dalsze losy?

    Ignacy Żółtowski ur. 1877, syn Michała, zm. 1940. Przed 1939 przodownik komendy wojew. Policji Państwowej w Łucku. Figuruje na liście zamordowanych w Charkowie w maju 1940, nr listy 057/1-68.

    Poszukuje się wiadomości o nim i rodzinie.

    Lucjan Żółtowski ur. 9.2.1926, syn Franciszka. Skazany na śmierć, wyrok wykonano w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie dn. 13.4.1950.

    Poszukuje się wiadomości o zmarłym i jego rodzinie, o miejscu grobu.

    Paweł Żółtowski ur. 25.11/8.12.1904 w Myślatyniu k. Izasławia (koło Homla), syn Mikołaja, zm. 30.8.1986 w Moskwie. Ukraiński historyk sztuki, kształcił się w Kijowie, publikował w Kijowie, Lwowie i Moskwie.

    Poszukuje się informacji o jego rodzicach, ew. rodzeństwie i potomnych, o miejscu grobu (podobno we Lwowie?).

  • Trzeba robić rzeczy nadzwyczajne


    Michał Żółtowski, Laski październik 2000 – luty 2001

    Wspomnienia rządcy z Minogi w latach okupacji 1942-1944; Fragmenty

    Michał Żółtowski, ur. w 1915 r., syn Jana z Czacza, ziemianina wielkopolskiego, w latach 1942-1944 był rządcą, a następnie administratorem majątku Minoga (ok. 800 ha, przed 1939 pow. olkuski, w czasie wojny pow. miechowski woj. kieleckie, od 1999 pow. krakowski woj. małopolskie), będącego od 1938 r. masą spadkową po śp. Józefie Skarbek-Borowskim, zarządzaną przez młodszego z synów – Wacława. W tym czasie dwór prócz konieczności prowadzenia gospodarki w warunkach wojny i okupacji współdziałał z paramilitarną organizacją ziemian „Uprawa – Tarcza”, gościł wielu wysiedlonych i uciekinierów, wspierał w różnych formach ofiary wojny. Najtrudniejszy okres pracy Michała Żółtowskiego to rok 1944 – końcowy okres wojny i zbliżanie się nowej władzy.
    Tekst jest fragmentem przygotowywanej przez Piotra Szymona Łosia i Michała Żółtowskiego publikacji na temat ziemian polskich w XX w.

    Chcąc opowiedzieć, jak wyglądało gospodarowanie w latach okupacji, powinienem podać najpierw nieco danych o sobie i o warunkach, w których przyszło mi pracować. Przystępując do pracy w kwietniu 1942 r. kończyłem 26 lat. Miałem za sobą magisterium z prawa na Uniwersytecie Lwowskim, podchorążówkę kawalerii w Grudziądzu i udział w Kampanii Wrześniowej. Moja znajomość rolnictwa ograniczała się do pięciomiesięcznej praktyki rolnej w Niechanowie pod Gnieznem, w majątku będącym w administracji mego kuzyna Władysława Żółtowskiego. Latem 1939 roku przez miesiąc prowadziłem samodzielnie ojcowski folwark Mierzejewo w powiecie gostyńskim, skąd rządcę powołano do wojska. W pierwszych latach okupacji, mieszkając z rodziną w Lasach Lubartowskich, przestudiowałem wszystkie dostępne wówczas w księgarniach podręczniki uprawy roślin i hodowli. Pragnąłem zdobyć konieczne umiejętności w prowadzeniu obiektu rolnego.

    [1941]

    W końcu 1941 roku otrzymałem od mego przyjaciela Leona Krzeczunowicza zaproszenie do Sieciechowic pod Krakowem, gdzie administrował majątkiem Stanisława Reya z Przecławia. W 1940 roku stał się wraz z Karolem Tarnowskim współzałożycielem paramilitarnej organizacji „Uprawa”, potem „Tarcza”, a wreszcie „Opieka”. Miała ona różne społeczne cele, między innymi ukrywanie Żydów oraz profesorów wyższych uczelni, lecz główne zadanie polegało na finansowaniu działalności Armii Krajowej. Pod tym względem „Tarcza” oddała wielkie zasługi dla kraju.

    [1942]

    Mnie zaproponował praktykę w sąsiednim majątku, Minodze, mającym około 300 hektarów użytków rolnych i około 500 hektarów lasów, a będącym masą spadkową po zmarłym w 1938 roku Józefie Skarbek-Borowskim, znakomitym gospodarzu. Minoga leży w dawnym powiecie olkuskim, włączonym częściowo w czasie wojny wraz z Ziemią Proszowską do powiatu miechowskiego. Zimą 1942 roku Wacław, syn Józefa, rozglądał się za kimś na miejsce rządcy. Przyjął mnie jako praktykanta z pensją pół kwintala jęczmienia miesięcznie, lecz z pełnym utrzymaniem, co w tych czasach znaczyło najwięcej.

    Przez pierwszych kilka tygodni Wacek poświęcał mi całe przedpołudnia, zaznajamiając z panującymi stosunkami i opowiadając historię poszczególnych pracowników. Niektóre rzeczy należało wiedzieć, by nie popełniać rażących błędów wobec ludzi. Interesująca była między innymi historia długoletniego stangreta, Walentego Rutkowskiego, którego zastąpił z czasem młody Józek Korzec. Walenty zwany przez dzieci z dworu pieszczotliwie Walusiem pełnił za moich czasów funkcję stajennego. Dawniej jeździł wszędzie ze „starszym panem” Skarbek-Borowskim, podziwiał jego znajomość spraw gospodarczych i troskę o majątek. Ile razy Józef wracał nocą z Krakowa, w okresie gdy kociły się owce, zawsze po przyjeździe do domu udawał się najpierw do owczarni. Ta troska o żywy inwentarz imponowała ludziom, uwagi na ten temat słyszałem z różnych stron.

    Rozpoczynając pracę jako praktykant od pierwszej chwili stykałem się z żywą tradycją po dawnym właścicielu, śp. Józefie Skarbek-Borowskim. Gospodarz ten nie tylko znał się doskonale na wszystkich działach rolnictwa, hodowli i leśnictwa, lecz również interesował się architekturą, rzemiosłem, a nawet sztuką. Józef Skarbek-Borowski dbał o wysoki poziom wykonywanych w Minodze rzemiosł: stelmacha, kowala, zduna, rymarza. Ludzi umiał wychowywać, dzięki czemu szybko się doskonalili. Ze stelmacha zrobił dobrego „powoźnika”, który konstruował powozy i bryczki. Wasążki jego roboty, jak również sanie, były bardzo estetycznie wykończone. Kowalowi nie pozwalał kuć koni pod kuźnią, lecz pod specjalną, zadaszoną wystawką przy stajni cugowej. Miało to uniemożliwić pasowanie rozpalonej podkowy do kopyta, co często bywa stosowane, a niszczy kopyto. „Starszy Pan” czuwał nad pracą zduna, przestawiającego kaflowe piece we dworze, znał się na każdym szczególe tej roboty. Pod jego kierunkiem stolarz reperował wzorzyste parkiety w jadalni, zapewne dzieło z czasu dawnych właścicieli Wężyków.

    [1943]

    Zimą 1943 roku zostałem zaprzysiężony jako członek AK z przydziałem do plutonu konnego Osłony Sztabu Krakowskiego Okręgu AK. Dowódcą plutonu był Leon Krzeczunowicz, pseudonim „Express”, potem „Roland”, zastępcą zaś był Wacek Skarbek-Borowski, pseudonim „Kmicic”. Prawie nic nie wiedziałem o pozostałych członkach, mogę zaledwie paru wymienić. Należał do nas zawodowy podoficer, kawalerzysta podkuwacz, pełniący w sąsiednim majątku Gołyszynie funkcję kowala. W Minodze: Edward Paluch, jak się dziś mówi – kamerdyner we dworze, Andrzej Chełkowski praktykant, i trzech pracowników stałych: Jan Kowalski, Mieczysław Piekara i Jan Podolski, brat polowego; z dniówkowych Jan (?) Bubak. Dalej kilku praktykantów rolnych: Stanisław Rey (Junior), Jan Rey, Dominik Rey, Paweł Popiel, syn właściciela Ściborzyc, a z czasem dołączyli Karol Szembek, Jan Załęski, przebywający w sąsiednim dworze Władysławiu oraz Iwo Cielecki, będący na oficjalnym etacie łowcy szczura piżmowego.

    [1944]

    W plutonie Ochrony Sztabu wiosną 1944 roku pełniłem funkcję instruktora. Przygotowywałem młodych do egzaminu na podchorążych. Zdawali go pomyślnie z początkiem lata przed jakąś komisją wojskową. Szkolenie prowadziłem głównie w polu, wyjeżdżając linijką z jednym z owych młodych ludzi. Zatrzymywaliśmy się w miejscu z rozległym widokiem, by nikt nie mógł usłyszeć naszych rozmów. Utrzymanie anonimowości naszej organizacji wymagało nieustannej czujności, lecz mimo iż środowisko minodzkie było bardzo liczne i zróżnicowane, nikt nie znał naszych pseudonimów ani dróg porozumiewania się.

    W lipcu przyjechał do nas Oskar Rudziński, młody człowiek po studiach, pewnie ukrytych, uprawy łąk. Siostrzeniec Leona Henio Czecz był moim kolegą z Grudziądza i ukrywał się w Sieciechowicach. Czterech spośród nich: Oskar Rudziński, Henio Czecz, Stanisław Rey i Karol Szembek pełnili konno ochronę sztabu w lasach Sancygniowa. Dwóch pierwszych zginęło od kul niemieckich, wyprzedzając jako szperacze jadący na wozach sztab Okręgu AK. Ich śmierć stała się sygnałem ostrzegawczym i przyczyniła się do ocalenia sztabu.

    Zbliżały się żniwa. Tradycyjnie najmowano do nich przed wojną górali z Podhala, a od 1940 roku zespół kosiarzy, w zimie pracujących przy wyrębach leśnych. Przyprowadzali ze sobą pomoc do odbierania snopów. Po raz pierwszy nie udało się Wackowi dojść z nimi do porozumienia. Znacznie podwyższyli stawkę i nie chcieli ustąpić. Wacek, zawsze gotów pójść ludziom na rękę, nie mógł zgodzić się na wygórowane żądania i zdecydował, że zamiast kosiarzy użyjemy naszych dwóch żniwiarek i sami będziemy wiązać snopy. Kazał poza tym zakupić 10 kos i na jednym z pól rozpocząć żniwa własnymi pracownikami. Wielu z nich było młodych i okazało się, że młode pokolenie nie posiada powszechnej w starszej generacji umiejętności i nie potrafi kosić. Musieli się dopiero uczyć i urwali kilka kos. Wkrótce zaczęła się im ta praca udawać. Podobnie było ze zwózką zboża. Dwóch młodych fornali, synów emerytów, uczyło się układania snopów na wozie. Jeszcze tego nie umieli, co spowodowało przewrócenie paru załadowanych fur. Na szczęście trudności te okazały się przejściowe. W czasie żniw po raz pierwszy podniesiono dzienną stawkę z dwóch do trzech kilogramów zboża. Było to prawdopodobnie zalecenie kierownictwa „Uprawy – Tarczy”.

    Dżdżysty czerwiec i początek lipca sprawiły, że na łanie dwudziestu hektarów najlepszej pszenicy wystąpiła rdza i zniszczyła większość plonu. Po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z tą plagą. W czasie młocki ludzie mieli czerwone od rdzy dłonie i twarze, a z kłosów pozostawała tylko krwawa maź, plon zaś wyniósł nie więcej niż 30% spodziewanego.

    Niemcy nakazali w 1944 roku uprawiać łan soi i zrobić plantację koksagizu. Mimo obaw, że soja w naszym klimacie nie dojrzeje, udało się ją jesienią szczęśliwie zebrać. Nasiona soi mają wielką wartość odżywczą. Koksagiz natomiast jest rodzajem syberyjskiego mleczu, z którego korzeni sowieci wyrabiali kauczuk. Nie wyszło to, zdaje się, poza ramy szerokiego eksperymentu, Niemcy jednak utraciwszy z powodu wojny możliwości importu kauczuku, chcieli za wszelką cenę produkować go u siebie. Plantacja koksagizu miała rangę priorytetu i mogliśmy ściągać do plewienia dzieci ze szkoły w Skale. Nadszedł czas kwitnienia, następnie na łodygach wytworzyły się kulki puchu, podobne do kulek mlecza. Ten zawierający nasiona puszek zbierało się specjalną maszynką.

    W lipcu zdarzenia i wypadki polityczne pochłonęły wszystkich do tego stopnia, że odsunęły na bok sprawy gospodarcze. Front niemiecko-sowiecki znajdował się już na rdzennie polskich ziemiach. Do Minogi zjechała siostra naszej pani domu, Cecylia Reyowa z czworgiem dzieci, przebywająca dotąd u szwagra, Stanisława Reya w Przecławiu, a potem w Sieciechowicach. Prócz niej gościliśmy różnych krewnych, powinowatych lub znajomych państwa domu: Marysię Lednicką, Kubę Cielecką, Olgę Marchocką, Elę Heydlównę, przybył też do Minogi Kazio Małecki, czterdziestoletni kuzyn pana domu, dobry jeździec, ostatnio administrator u Konarskich w Proszowskiem. Odwrót wojsk niemieckich postępował na zachód, chwilami sprawiając wrażenie ucieczki. Oddziały AK obejmowały władzę nad coraz to większymi obszarami Miechowskiego, a w Kazimierzy Wielkiej utworzono Rzeczpospolitą Kazimierską z własnym rządem. Młodzi chłopcy rozbrajali napotkanych na drogach Niemców.

    1 sierpnia w Warszawie wybuchło Powstanie, jednocześnie w Krakowie Niemcy zastosowali terror. Tego dnia został aresztowany Leon Krzeczunowicz, a w gmachu gestapo zamordowano dowódcę krakowskiego okręgu AK „Odrę”, pułkownika Stanisława Rostworowskiego oraz Zygmunta Karłowskiego z żoną, niestrudzonych działaczy na rzecz „Uprawy – Tarczy”. Wówczas Wacław Skarbek-Borowski wywiózł końmi z Krakowa sztab dowództwa AK (następcą „Odry” został „Garda” – pułkownik Edward Godlewski) w lasy sancygniowskie. Niemcy zrobili tam zasadzkę, lecz podczas potyczki Wacek uratował sytuację, przewożąc sztab do lasów majątku Marchocice. O tym wszystkim nie wiedzieliśmy nic, gdyż sprawy akowskie, a bardziej jeszcze dotyczące „Uprawy – Tarczy” osłaniano ścisłą tajemnicą. O Leonie słyszeliśmy, że siedzi na Montelupich i jest strasznie torturowany, lecz wszystko dzielnie znosi. Wszystkie te wydarzenia poruszyły nas do głębi.

    Dla mnie zaczęła się nowa epoka. Z Wackiem spotykałem się co parę tygodni w umówionych miejscach w Krakowie. Otrzymałem plenipotencję generalną tak, że mogłem sprzedawać ziemię. Parę razy wysyłałem żywność do Krakowa, którą ktoś nieznany wiózł dalej dla Hani Skarbek-Borowskiej, która z dziećmi schroniła się u Byszewskich w Hucisku koło Gdowa za Bochnią. Wacek aż do mrozów przebywał w oddziałach AK w terenie. Miał świetny wywiad i znał kulisy różnych spraw w Minodze. Dawał mi dzięki temu cenne instrukcje.

    Wacek poinformował mnie, iż mam obsiać zbożem ozimym jedną trzecią majątku. Zawsze dotąd obowiązywała czteropolówka, natomiast uprawa i obsianie dodatkowych hektarów stwarzało poważne problemy. „U góry”, w Krakowie, zdecydowano, że obsianie jak największego areału jest aktem patriotyzmu, gdyż nie wiadomo, czy na wiosnę znajdą się środki po temu. Liczono się z powszechną utratą majątków. Wacław, mający zawsze hojną rękę, kazał mi przydzielić po 8 metrów sześciennych budulca sosnowego każdemu pogorzelcowi ze wsi Barbarka. Zostało to przez nich przyjęte z wdzięcznością.

    Na Pogorzelcu byłem raz świadkiem zjawiska przypominającego „fatamorganę”. Patrząc na południową linię horyzontu zobaczyłem niezwykle wyraźnie wznoszący się nad nią łańcuch Tatr. Widziałem wszystkie szczyty i przełęcze, a w nich płaty śniegu. Mówiono mi, że ów obraz Tatr ukazuje się, gdy ma nadejść długotrwały okres niepogody. Tak było rzeczywiście, ja to jednak przyjąłem jako pewien tajemniczy znak i ostrzeżenie przed trudnymi czasami, jakie nas czekają.

    W miarę upływu czasu trudności stale się mnożyły. Front ustabilizował się na Wiśle, lecz propaganda komunistyczna szerzyła wśród ludu miraże wypędzenia dziedziców i przejęcia ich majątków. Czuło się to w powietrzu. Zaczęły się na większą niż dotąd skalę kradzieże. Ginęły z transportu worki ze zbożem siewnym, nawet raz, podczas siewu grochu, wykradziono część przeznaczonego na to zapasu. Podczas młocki jakiś młodzik zrzucał niespodzianie pas od młocarni i zespół złożony z dwudziestu osób stawał bezczynnie w podwórzu. Takie rzeczy dotychczas nigdy się nie zdarzały.

    Zaczęły się nocne wizyty. Pewnego wieczoru ukazał się koło dworu człowiek w polskim mundurze. Zapytany, z czym przyszedł, wyprężył się i odpowiedział: „jestem żołnierzem polskim”. Wiedziałem od razu, że to agitator. Dwa razy musiałem mu dać jednak konia na tydzień, gdyż objeżdżał okolice i agitował. Odmowa mogła spowodować zemstę, nawet podpalenia, wolałem ustąpić.

    Gorsze od tego, bo boleśniejsze, były inne sprawy. Dwóch ludzi przyjętych z litości do pokoików w podwórzu, rymarz od Reyów spod Halicza i pomocnik w kredensie, po niedawnym ślubie, zaczęło pędzić bimber. Trzecim był mieszkający na wsi, lecz blisko dworu, jeden z fornali. Wiedziałem, że tu moje zakazy nie wystarczą, a łatwo o zemstę. Postanowiłem zawiadomić o tym dowództwo AK na naszym terenie, by przeprowadzili akcję karną. W takich przypadkach niszczyli sprzęt do pędzenia samogonu, a ludziom dawali w skórę i to pomagało. Może już wtedy żandarmeria AK uważała, że za późno na tego rodzaju akcje, gdyż oczekiwano dalszych działań wojennych. I nie zrobiono nic, a ludzie pili. Atmosferę tamtych dni oddaje również kolejny fakt. Pewnego wieczoru, gdy wróciłem z Krakowa, dowiedziałem się, że oddział AL spalił budynek urzędu gminy, znajdujący się naprzeciw kościoła i odmaszerował śpiewając Międzynarodówkę. Ponadto, zaczęto kraść nam owcena Pogorzelcu, najpierw jedną, potem od razu dwadzieścia. Musieliśmy sprowadzić je z powrotem do obory w Minodze mimo rosnącej ciasnoty.

    W Ojcowie Niemcy powołali młodzieżowy hufiec pracy przeznaczony do kopania rowów przeciwczołgowych. Brano do tego chłopców i dziewczęta od czternastego roku życia. Niemcy w takich wypadkach polecali majątkom wystawiać listę kandydatów, powodując przez to niechęć wsi do dworu. Znalazłem się w niemałym kłopocie, gdyż powinny były pójść do hufca również dziewczęta z dworu. W końcu za cenę 100 kg pszenicy od osoby udało mi się znaleźć paru chętnych do udziału w tym hufcu.

    Przez kilka tygodni przebywała w Minodze rodzina Heydlów z Brzózy. Matka, Wanda z Chełkowskich Beydlowa, była siostrą naszego praktykanta, Andrzeja. W czasie wojny straciła męża. Położona w Radomskiem Brzóza stała się obiektem nieustannych napadów band leśnych. Pani domu zabrawszy dzieci i siostrzenicę – sierotę, na wozie i własnymi końmi, zdecydowała się opuścić dom, w którym życie stało się nie do zniesienia. Podobne fakty zmuszały do spojrzenia z dystansem na własne trudności.

    Jesienią 1944 roku dom w Minodze liczył 44 mieszkańców. Wyżywienie tak wielkiej liczby osób nasuwało ciągłe trudności. Dzieci i młodzież miały ogromne apetyty. O zabiciu własnej, kolczykowanej świni nie można było marzyć. Za nielegalny ubój groziła śmierć. Jedynym wyjściem było kupno „prosiaka” mającego np. 100 kg wagi, płacąc zbożem lub drewnem. Tak też robiłem. Wystarczało to jednak zaledwie na miesiąc. W ostatnich dniach przed wejściem Sowietów doznałem raz nieoczekiwanego aktu wdzięczności ze strony obcego człowieka. Przyjechał do mnie młody kupiec zbożowy z Nowej Wsi pod Skałą, przywożąc długi kawał wędzonej kiełbasy. „To się panu przyda w trudnych chwilach, jakie pana czekają” – powiedział. Mało go znałem, może raz sprzedałem mu zboże, lecz w lecie mój szef, Wacek, pożyczył mu na ślub bryczkę i parę ładnych koni. Ów człowiek tego nie zapomniał.

    W ciągu jesiennych miesięcy Minoga wielokrotnie odgrywała podobną opiekuńczą rolę wobec różnych ludzi. W październiku, po zakończeniu Powstania Warszawskiego, poczęli napływać skierowani przez RGO wysiedleni ze stolicy różni krewni lub powinowaci Skarbek-Borowskich albo osób zamieszkałych we dworze. Przeważnie przebywali u nas po kilka tygodni, czasem nawet krócej, po czym wędrowali do innych przyjaciół lub znajomych. W ten sposób przewinęło się przez dwór minodzki ze dwadzieścia osób. Przyjeżdżali strasznie przybici tym, co widzieli i przeżyli, a także widokiem systematycznego niszczenia dóbr polskiej kultury w stolicy kraju. Wśród przybyłych z Warszawy znaleźli się dwaj uzdolnieni pianiści: Józef Jaroszyński i Benisławski. Zaczęli urządzać koncerty fortepianowe, co wspaniale oddziaływało na atmosferę domu.

    Jesienią 1944 roku coraz bardziej dawały się odczuć dążenia odśrodkoweu ludzi. Coraz mniej dniówkowych przychodziło do pracy, mówiono, że szukali wyższych zarobków u okolicznych gospodarzy na wsi. Do tej pory nie mieliśmy takich problemów. W czasie wykopków nie udało się wybrać całej marchwi, gdyż nie miał kto tego zrobić. Konieczność dostarczania koni na nieprzewidziane wyjazdy doprowadziła do tego, że zdecydowałem się przyjąć do orki kilka par koni od okolicznych włościan, którzy w ten sposób płacili za kupno budulcowego drewna. Z trudem „wyoraliśmy się” przed zimą.

    [1945]

    17 stycznia weszli Sowieci i wszystko się skończyło.

  • Wspomnienie o śp. Zbigniewie ze Skierniewic

    W czerwcu br. już 10. raz spotkamy się na Rodzinnym Zjeździe. Jest to mała jubileuszowa data, skłaniająca mnie do zadumy i wspomnień, jak to się stało, że dziś mamy tak liczny Związek Rodu Żółtowskich, i odbyliśmy tyle miłych i serdecznych spotkań.

    A było to tak: w 1987 r. śp. Zbigniew ze Skierniewic poznał kilkunastoletniego ucznia łódzkiego liceum – Michała. Był on wielkim entuzjastą historii, jednak najbardziej interesowały go korzenie i losy rodziny Żółtowskich. Zaczęły się częste spotkania w Skierniewicach, w domu Zbigniewa, długie rozmowy i rozważania. Stopniowo powstawała myśl o utworzeniu rodzinnej wspólnoty.

    Realizację swojego pomysłu rozpoczęli od zbierania informacji o przodkach w parafiach kościelnych i archiwach. Często natrafiali na dokumenty osób im nieznanych, a noszących ich nazwisko.

    W tym czasie Zbigniew natknął się w księgarni na książkę pt. „Ludzie Lasek” – jej autorem był Michał Żółtowski z Lasek. Pojawiła się nadzieja, że będzie jeszcze ktoś, kto podzieli ich pasję i wspólnie będzie realizować ich marzenie. Nie było trudno trafić do podwarszawskich Lasek. Tak się też stało, i tam odbywały się następne spotkania, tam snuto dalsze plany.

    Postanowiono spotkać się w Laskach z grupą Żółtowskich w pewną czerwcową niedzielę – 7 czerwca 1992 r. Zapadła wtedy decyzja o zorganizowaniu I Założycielskiego Zjazdu Rodu Żółtowskich w dniu 6 września 1992 r. Po Zjeździe Zbigniew energicznie zabrał się do załatwiania spraw związanych z rejestracją Związku Rodu w Sądzie w Skierniewicach i założenia konta bankowego. Rozpoczął też bardzo obszerną korespondencję z wszystkimi znanymi i nieznanymi Żółtowskimi w Polsce i poza jej granicami. Adresy zdobywał sobie tylko znanymi sposobami. Takie były początki…

    Zbigniew miał wielkie plany i zamierzenia w pracy na rzecz Związku. Zakończył działalność zawodową i społeczną, aby cały swój czas poświęcić tylko sprawom Związku.

    Plany te, niestety, zostały przerwane nagłym, niespodziewanym Jego odejściem na zawsze.

    Dla mnie pozostał wielki żal i smutek, jednak na zjazdach bywam zawsze z radością.

    Natalia

    Skierniewice, marzec 2001 r.

  • Założenia programowe nowego Zarządu


    Rafał Maria Żółtowski

    Pokrótce przedstawiam podstawowe problemy i program działania naszego Związku w najbliższej przyszłości:

    Na pierwszym miejscu stawiam wydawanie kwartalnika. Pismo to jest najcenniejszym naszym spoiwem, czynnikiem jednoczącym nas, informującym o naszym istnieniu, nierzadko miłym wspomnieniem minionych chwil i przeżyć. By pismo nasze przedstawiało wartościowe treści, by ukazywało się regularnie, potrzebna jest praca sporej grupy osób. Stawiam to jako zadanie główne.

    Praca nad kwartalnikiem jest tylko częścią działalności wydawniczej. Ukazało się kilka ciekawych książek. „Genealogia Rodu Żółtowskich”, dzieło śp. Michała i jego rodziców Elżbiety i Wacława, znalazło się na półkach Biblioteki Watykańskiej. Rozwijanie tej formy działalności to nasz problem numer dwa.

    Zjazdy rodzinne organizowane corocznie są dużą atrakcją dla nas wszystkich. Przyjeżdżało na nie coraz więcej osób. W programach zjazdów znalazły się prelekcje na tematy historyczne, wystawy fotograficzne, wycieczki do miejsc związanych z historią kraju, regionu i rodziny. Honorowy Prezes Związku, Michał z Lasek z serdeczną życzliwością przekazywał młodzieży wiedzę o wartościach etycznych i dobrej tradycji miłości i szacunku dla Ojczyzny i Rodziny. Zjazdy odbywały się już na Kujawach i na Mazowszu, na Mazurach i w Wielkopolsce, a także nad morzem. Warto w przyszłości poznać także inne regiony kraju. Dwie wycieczki zagraniczne: na Litwę i do Włoch, stanowiły niezapomnianą atrakcję dla uczestników.

    Obserwując poczynania nowych członków zarządu zarówno przy organizacji wyjazdu do Włoch, jak i przy przygotowaniach najbliższego zjazdu jesteśmy pełni uznania dla ich pracy i cieszymy się bardzo, że krąg współdziałających na rzecz Związku powiększa się. Właśnie zadaniem numer trzy będzie włączenie coraz szerszego grona do wspólnej pracy, zarówno przy organizacji zjazdów, redagowaniu kwartalnika, działalności wydawniczej, przy organizacji imprez turystycznych, wyjazdów, obozów młodzieżowych itp.

    Zgłaszane są postulaty organizowania dla młodzieży krótkich letnich obozów z możliwością nauki jazdy konnej. Zaprzyjaźniony z Rodziną duszpasterz proponuje organizację scholi dla naszych dzieci. Są do tego warunki, a i kosztniewielki. Są to tematy do rozważenia w najbliższej przyszłości i podjęcia odpowiednich przygotowań, z udziałem także samych zainteresowanych – młodzieży.

    Internet staje się ważnym elementem gromadzenia i przekazywania informacji, do których ma dostęp każdy posiadacz komputera. Związek ma już stronę internetową: www.zoltowscy.org.pl i adres poczty elektronicznej zarzad@zoltowscy.org.pl. Należy pracować nad udoskonaleniem i rozszerzeniem tej strony. Internet może nam pomóc w nawiązaniu łączności z członkami Rodziny, rozsianymi po całym świecie. W tej dziedzinie jest także pole do popisu dla młodszej generacji.

    Na pewno trzeba będzie zajmować się wieloma innymi, mniej i bardziej ważnymi sprawami, i bieżącymi, i zaległymi. Wielkiej rewolucji do działalności Związku nie wnosimy, bo i nie ma takiej potrzeby. Będziemy się starali być dobrymi kontynuatorami inicjatora powstania Związku i jego pierwszego sekretarza śp. Zbigniewa ze Skierniewic wraz z wspomagającymi go Natalią i Jarosławem, jak i Zarządów poprzednich kadencji, których praca pod kierunkiem Andrzeja Ludwika zaowocowała 10-letnim istnieniem Związku, 9 zjazdami, pracą literacką i wydawniczą – 24 numery „Kwartalnika” pod redakcją Bożeny – zintegrowaniem, zawiązaniem przyjaźni i zadowoleniem z istnienia Związku. Licząc na pomoc, myślę, że podołamy tym wyzwaniom, czego życzę Zarządowi i członkom Związku, zapraszając ich wszystkich do dalszej pracy dla naszego wspólnego dobra.

    Rafał z Korycina
    Prezes

  • Zebranie Zarządu Związku


    18 marca 2001 r. w Laskach

    Głównym celem zebrania było omówienie działania Zarządu po zjeździe w Krynicy Morskiej w 2000 r., podsumowanie wyników wyjazdu do Rzymu i stanu przygotowań do Jubileuszowego Dziesiątego Zjazdu Związku w 2001 r.

    W toku zebrania omówiono następujące sprawy:

    1. Rafał przedstawił krótkie sprawozdanie z wyjazdu do Rzymu i audiencji u Ojca Świętego. Ogólnie oceniono wydarzenia jako bardzo udane i ważne. Szczegółowe relacje znajdą się w specjalnym, monotematycznym numerze „Kwartalnika” przygotowywanym przez Bożenę.
    2. W sprawie przygotowań do zjazdu tegorocznego informacji udzielili Bogusia i Mariusz, którzy wraz z Markiem z Poznania zaproponowali zorganizowanie zjazdu w Zaniemyślu (Wielkopolska). Ze względu na jubileuszowy charakter zjazdu poświęci się dużo uwagi przygotowaniu odpowiednich prelekcji, objazdu po interesujących obiektach, wystawy, występów teatru (!) amatorskiego itp.
    3. Rozważano 2 programy zwiedzania:
      1. Poznań, Kórnik, Rogalin, Kościan – propozycja Marka,
      2. Kościan, Czacz, Jarogniewice, Głuchowo, Ujazd, Wargowo – propozycja Michała.

      Zaaprobowano program wg pkt b.

    4. Bierze się pod uwagę możliwość wygłoszenia odczytów przez p. Magdalenę Lajszner z Muzeum w Kościanie, i prof. Andrzeja Kwileckiego z Poznania.
    5. W czasie zjazdu Michał prowadzić będzie tradycyjnie spotkania z młodzieżą.
    6. Omówiono wstępnie kilka zagadnień, które wymagać będą analizy w szerszym gronie w czasie zjazdu:
      1. ewentualne ulgi w koszcie udziału młodzieży w imprezach Związku – ref. dr Stefan.
      2. zdefiniowanie budżetu i przestrzeganie form rozliczeń wydatków ponoszonych przez Związek (rachunki, paragony, oświadczenia itp.) i rejestrację składek – ref. Jarosław.
    7. Wobec rezygnacji Bożeny z funkcji redaktora Kwartalnika powierzono dalszą działalność redakcyjną Andrzejowi Mieczysławowi z udziałem Rady Redakcyjnej – skład do ustalenia. Materiały i korespondencję dotyczącą „Kwartalnika” należy przesyłać pod adresem: Andrzej M. Żółtowski, ul. Kopcińskiego 18 m. 15, 02-777 Warszawa, tel./fax (022) 643-32-92.
    8. Przygotowanie sprawozdania z zebrania powierzono Bogusi.

    Tekst niniejszej informacji na podstawie protokołu z zebrania przygotowała – Redakcja

  • Życzenia dla Ojca Świętego

    W dniu 18 maja wysłano następujące życzenia od Związku Rodu Żółtowskich:

    Jego Świątobliwość
    Jan Paweł II
    Ojciec Święty
    Watykan

    W dniu 81. urodzin Ród Żółtowskich składa Waszej Świątobliwości gorące życzenia wielu lat życia w dobrym zdrowiu i w Łasce Bożej.

    W imieniu Rodziny
    Prezes Związku
    Rafał Żółtowski