Tag: Nr 26

  • 16 X 2000 Audiencja papieska dla Polaków

    16 października 2000 r. minęły 22 lata od wyboru kardynała Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Z tej okazji Ojciec Święty otrzymał gratulacje i życzenia z całego świata. 22. rok pontyfikatu obfitował w wydarzenia niezwykłe: wystarczy wspomnieć otwarcie Wielkiego Jubileuszu, podróż na Synaj i do Ziemi Świętej, beatyfikację dwojga pastuszków z Fatimy, Dzień Przebaczenia, Światowy Dzień Młodzieży i Światowe Spotkanie Rodzin.

    W poniedziałek 16 października 2000 r. w Auli Pawła VI Ojciec Święty przyjął na audiencji ok. 7 tys. pielgrzymów z Polski, uczestników Jubileuszu Rodzin. Życzenia z okazji 22. rocznicy wyboru na Stolicę św. Piotra Janowi Pawłowi II złożył przewodniczący Rady ds. Rodziny przy Konferencji Episkopatu Polski, bp Stanisław Stefanek.

    Wśród uczestników audiencji była także pielgrzymka 32 członków rodziny Żółtowskich z Polski. Inicjatorem i organizatorem tej pielgrzymki był Związek Rodu Żółtowskich.

    …Minął już prawie rok od dnia audiencji. Wspomnienia – jeszcze cały czas żywe – postanowiliśmy wzbogacić i utrwalić przytaczając obszerne fragmenty przemówień1 Ojca Świętego i biskupa Stanisława Stefanka.

    Przemówienie biskupa Stanisława Stefanka

    Umiłowany Ojcze Święty!

    W 22. rocznicę powołania biskupa krakowskiego na stolicę Piotrową w Rzymie staje przed Namiestnikiem Chrystusa rodzina polska. Chcielibyśmy przedstawić Ojcu Świętemu każdy dom, szczególnie reprezentowany przez osoby zaangażowane w duszpasterstwie, w ruchach i stowarzyszeniach na rzecz rodzin […]

    W czasie Mszy św. sprawowanej dzisiaj w Bazylice św. Piotra dziękowaliśmy Bożej Opatrzności za ten znak sprzed 22 lat, za każdy dzień pontyfikatu, dar dla Kościoła, który przeprowadza świat przez granicę wieków. Dziękujemy za świadectwo niezłomnej wiary, za ofiarną miłość ogarniającą każdego człowieka, za wytrwałą posługę prawdzie. Dziękujemy za młodzież, za entuzjazm tak wielu serc, którym ukazałeś, Ojcze Święty, Chrystusa, wyznaczając im zadanie tworzenia „laboratorium wiary”. Dziękujemy za niezwykłą troskę o świętość domu rodzinnego – wspólnotę życia i miłości. Dom rodzinny – laboratorium, w którym uczymy się solidarności i życia w pełni ludzkiego.

    Przez rodzinę, która tu się zebrała, przyjmij, Ojcze Święty, nasze gorące życzenia zdrowia i mocy Ducha Świętego na długie lata Piotrowej posługi. Przyjmij znaki synowskiej czci i oddania. Przyjmij, Ojcze Święty, Polskę podejmującą od nowa wysiłki, by iść drogą wyznaczoną przed tysiącem lat w dniach chrztu św. Przyjmij Polskę, naszą wspólną matkę – Ojczyznę.

    Prosimy, Ojcze Święty, o Apostolskie Błogosławieństwo.

    Przemówienie Ojca Świętego

    1. „Łaska wam i pokój od Boga, Ojca naszego, i Pana Jezusa Chrystusa” (2 Kor 1,2) – tymi słowami św. Pawła witam serdecznie wszystkich obecnych na dzisiejszej audiencji w Watykanie.

    Moi drodzy, przybyliście jako pielgrzymi do Wiecznego Miasta, aby wziąć udział w Jubileuszu Rodzin w ramach obchodów Wielkiego Jubileuszu Bożego Odkupienia. Raduję się waszą obecnością, zwłaszcza kiedy patrzę na wasze dzieci – najmłodszych uczestników tego spotkania. Wszystkich pozdrawiam bardzo serdecznie, pojedyncze osoby i całe rodziny […]

    2. Spotykamy się dzisiaj, jak już wspomniałem, w ramach obchodów Wielkiego Jubileuszu Roku 2000. Przybyliście do Rzymu, aby odnowić się wewnętrznie i wzmocnić wasze siły duchowe. Przeszliście przez Drzwi Święte, które symbolizują przejście z grzechu do łaski. Jezus powiedział o sobie bardzo wyraźnie: „Ja jestem bramą” (J 10,7). Oznacza to, że On jest jedyną i ostateczną drogą prowadzącą do Ojca. Tylko w Nim, Synu Bożym, jest nasze zbawienie. Stał się człowiekiem, poniósł śmierć na drzewie krzyża i zmartwychwstał, aby ukazać człowiekowi jego prawdziwą wielkość, przywrócić pełną godność człowieczeństwu i sens istnienia w świecie. Jakąż wartość musi mieć w oczach Stwórcy każdy człowiek, skoro „Syna swego Jednorodzonego dał”, ażeby człowiek „nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Ogarnia nas głębokie zdumienie wobec tej przeogromnej godności człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże.

    Jak wielką wartość musi mieć w oczach Stwórcy każde ludzkie życie, każda istota ludzka, również ta, która jeszcze się nie narodziła, ale już żyje w łonie matki.

    3. Uczestniczycie w Jubileuszu Rodzin, który można nazwać wielkim świętem Kościoła na cześć rodziny. Przybyliście tutaj, aby powiedzieć „tak” miłości, miłości szlachetnej, czystej, miłości ożywiającej, miłości odpowiedzialnej. Przybyliście, aby ukazać, że dla was najcenniejszą wartością jest rodzina i życie, które w niej się rodzi, rozwija i znajduje schronienie.

    Przy tej okazji pragnę wyrazić moje uznanie tym wszystkim, którzy włączają się w dzieło budowania „kultury życia” i w poczuciu wielkiej odpowiedzialności przed Bogiem, własnym sumieniem i narodem bronią ludzkiego życia, bronią godności małżeństwa i rodziny. Im wszystkim i wam tu obecnym mówię: nie traćcie otuchy. To jest wielkie posłannictwo, wielka misja, jaką Opatrzność wam powierzyła. Dziękuję wam z całego serca za tę postawę i za to, co czynicie. Niech nagrodą będzie dla was sam Chrystus. On powiedział do apostołów: „Już was nie nazywam sługami, […] ale nazwałem was przyjaciółmi, bo czynicie to, co wam przykazałem” (por. J 15,15). Do was dzisiaj mówię to samo.

    Życzę każdej rodzinie, wszystkim rodzinom w Polsce i na świecie, aby coraz bardziej odkrywały wielkość i świętość swego powołania; aby stały wiernie na straży „pięknej miłości” oraz każdego poczętego życia, by umiały obronić w dzisiejszych czasach drogocenne dziedzictwo wiary i przekazywać je następnym pokoleniom.

    4. Moi drodzy, dziękuję wam za to spotkanie. Dziękuję moim rodakom w kraju i na całym świecie za towarzyszenie mi modlitwą w czasie mego pontyfikatu. Odczuwam siłę tej modlitwy i jej owoce. Jest ona dla mnie cennym darem i duchowym wsparciem. Dziękuję za wasze przywiązanie do Papieża, do Kościoła i pasterzy. Niech przywiązanie to owocuje w chrześcijańskiej postawie ukazywanej w życiu osobistym, rodzinnym i społecznym.

    Wszystkich moich rodaków w Polsce i na świecie zawierzam opiece Matki Najświętszej i z serca im błogosławię.

    Po przemówieniu Ojca Świętego sześcioosobowa delegacja rodziny Żółtowskich mogła złożyć dary Ojcu Świętemu i przyjąć osobiście Jego błogosławieństwo. Było to ogromne przeżycie i uwieńczenie pielgrzymki z Polski do Rzymu2.

    Mamy nadzieję, że to nie koniec wspomnień o Pielgrzymce 2000, pewnie jeszcze wiele razy będziemy do niej wracać…


    1 Informacje o audiencji i teksty przemówień za „L’Osservatore Romano”, wydanie polskie 2000, nr 11-12, s. 54-55.

    2 Przebieg pielgrzymki i przeżycia ze spotkania z Ojcem Świętym relacjonowali w 24. numerze „Kwartalnika”: Jan, Bogusia, Rafał, Wacław, Bożena, Kicia, Ania z Białej, Agnieszka i Ania ze Sztumu.

  • Hymn Rodu Żółtowskich

    Marek z Poznania, autor hymnu rodzinnego, opublikowanego w nr. 11-12 z 1996 roku, proponuje, po przemyśleniach, dodać dwie nowe zwrotki. Przedstawiamy je poniżej:

    Przodkowie nasi w Ziemi Płockiej żyli,
    Tutaj powstała Żółtowskich historia,
    Książę Ziemowit wieś Żółtowo nadał,
    Za wierność Polsce – herb Ogończyk dodał.
    Tak się zaczęły rodu tego dzieje,
    Obrona Polski, Wolności i Wiary,
    Dni pełne pracy mierzone wiekami,
    Mądrością przodków wciąż owocowały.
    Dziś w całej Polsce Żółtowskich jest wielu,
    Choć czasy inne – cnoty pozostały,
    Bo w sercach naszych – „Bóg – Honor – Ojczyzna”
    Na zawsze będą klejnotem wspaniałym.
    Tu kończy się stary tekst, następuje dalszy, nowy:
    A kiedy w życiu przyjdą trudne chwile
    I przeciwnościom stawić trzeba czoła,
    Nie spuszczaj głowy – boś z Żółtowskich rodu!
    Bądź zawsze wierny, gdy Ojczyzna woła!
    Z nadzieją w przyszłość spoglądajmy śmiało,
    „Ogończyk” drogę godną nam wskazuje –
    Więc – jak przodkowie – dla Rodziny chwały –
    Uczyńmy wszystko, co serce dyktuje!

  • Kalendarium czerwiec-wrzesień 2001


    14-17 VI 2001

    • X Zjazd w Zaniemyślu.
      • Udział w uroczystościach Bożego Ciała.
      • Zebranie Ogólne Związku.
      • Spotkanie z prof. A. Kwileckim (patrz str. 6).
      • Odwiedzanie siedzib rodzinnych w Wielkopolsce (str. 4-6).
      • „Legenda herbowa” – sztuka wystawiona siłami własnymi.
      • „Za rok spotkamy się znowu” – bal pożegnalny.
    • Uczestnicy Zjazdu otrzymują nr 24 i 25 „Kwartalnika” oraz ankietę.

    16/17 VI 2001 Poznań.

    • „Historię łączą z przyszłością” – publikacja w „Głosie Wielkopolskim” na temat Związku i X Zjazdu w Zaniemyślu (str. 7).

    7 VIII 2001 Warszawa.

    • „Z jednego pnia” – reportaż radiowy Urszuli Żółtowskiej-Tomaszewskiej na temat Związku i X Zjazdu w Zaniemyślu (str. 7).

    15 IX 2001 Skierniewice

    • List do Ambasady USA w Warszawie z wyrazami potępienia terroryzmu.
  • Garść wspomnień z przeszłości


    Michał Żółtowski z Lasek

    Podchorążówka w Grudziądzu 1937-1938

    Kontynuujemy cykl wspomnień Michała Żółtowskiego, ur. w 1915 roku, syna Jana z Czacza, ziemianina wielkopolskiego. Przedstawione fragmenty, dotyczące trudów codziennego życia młodych podchorążych rezerwy XII Rocznika (1937-1938) Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, pochodzą z przygotowywanej przez Piotra Szymona Łosia i Michała Żółtowskiego publikacji na temat ziemian polskich w XX w.

    [1937]

    Ostatni rok studiów we Lwowie ułożył mi się niepomyślnie. Zimą 1937 r. nadwerężyłem sobie staw kolanowy i przez kilka miesięcy nie mogłem go wyleczyć. Materiał do egzaminu magisterskiego był ogromny i mało atrakcyjny, a niemożność poruszania się po pokoju i w ten sposób jakiegoś odprężenia doprowadziła mnie do nerwicy serca. Nie mogłem się uczyć, bo zaraz dostawałem bicia serca. Istna histeria! Złościłem się na siebie, ale to nic mi nie dawało. Dopiero kiedy wiosną zacząłem uczyć się na dworze, siedząc w parku Stryjskim i słuchając śpiewu ptaków, siły mi wróciły i egzamin zdałem.

    Latem napadły mnie wątpliwości, czy w takim stanie wytrzymam służbę wojskową. Wybrałem się po radę do szefa Rejonowej Komendy Uzupełnień w Kościanie. Przedstawiłem mu swoją sprawę, pytając o możliwość uzyskania rocznego odroczenia. Szef Komendy, mjr Kita, opowiedział mi wtedy własną historię. W 1920 roku, jadąc na front wschodni, jedenaście dni w nieopalanym wagonie, nabawił się nerwicy serca. Toczyła się wojna o niepodległość Polski, nie czas było myśleć o zdrowiu. I wtedy służba wojskowa okazała się najlepszym lekarstwem. Mjr Kita radził więc zanadto się nie przejmować i zdecydować na podchorążówkę.

    W końcu września ogoliwszy głowę „na zero” dojechałem do Grudziądza. Zameldowałem się w koszarach Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii i otrzymałem przydział do 2. plutonu II szwadronu liniowego. Szwadron składał się z trzech plutonów, po 30 „ułanów z cenzusem”, czyli podchorążych, w każdym. Dowódcą szwadronu był rtm. Henryk Lewandowicz, dowódcą plutonu por. Jerzy Sobieszczański, a jego zastępcą plutonowy Kowalewski. Najstarszym podoficerem w szwadronie, tzw. szefem szwadronu – st. wachmistrz Antoni Łopata. Spośród przyszłych kolegów nieznałem nikogo. Pobrałem umundurowanie, bieliznę, juchtowe wysokie buty, a do nich zamiast skarpet onuce (z czasem przekonałem się, jakie są praktyczne). Wszystko przesiąknięte było specyficznym zapachem magazynu wojskowego.

    Nie zostawiając czasu na rozmyślania popędzono nas na stadion, gdzie w stroju gimnastycznym mieliśmy demonstrować formę fizyczną. Czekały nas trzy próby: bieg na 100 m, skok wzwyż i rzut granatem. Niezłe wyniki w dwóch pierwszych konkurencjach poprawiły moje samopoczucie. Odczuwałem radość, że mimo obaw dostałem się do upragnionej podchorążówki.

    Przydział do niej nie był wcale sprawą łatwą. Wprawdzie z roku na rok liczba miejsc w Szkole się powiększała i w 1937 doszła do 450, lecz rekrutacja obywała się według zasad swoistego pierwszeństwa: najłatwiej było się dostać kadetom, w następnej kolejności absolwentom średnich szkół rolniczych, pozostali zaś musieli nieraz szukać protekcji wyższych sfer wojskowych. Tak też było ze mną. Komisja poborowa uznała, że mam nogi o 5 cm za krótkie i nadaję się do piechoty. Na szczęście udało się tę decyzję zmienić.

    Dzień powszedni zaczynał się o godzinie 5 rano. Słysząc wygrywaną na trąbce pobudkę, zrywaliśmy się z łóżek i ubieraliśmy w złożone w kostkę na taborecie umundurowanie. Pierwszym jednak sygnałem przykrej konieczności wstawania było coś innego: mieliśmy pod oknami szyny kolejowe i punktualnie o 4.50 przejeżdżał sapiący pociąg. Jakeśmy go nie cierpieli!

    Po szybkim ubraniu maszerowaliśmy do stajni i wyprowadzaliśmy konie do wodopoju. Konie trzeba poić długo przed podaniem im paszy treściwej. Przy wodopoju nie należało zbliżać się do prowadzonych po kilka koni z taborów. Luzacy obchodzili się z nimi dość twardo, a konie odwzajemniały się gryząc i kopiąc. W ciągu roku zdarzyło się parę ciężkich wypadków pokopania podchorążych. Pułki odsyłały najgorszych szeregowych do służby stajennej w Grudziądzu jako luzaków.

    Po powrocie do stajni zadawano koniom siana, a my zabieraliśmy się do ich czyszczenia. Trzykrotne czyszczenie nie tylko utrzymuje czystość skóry i chroni od insektów, lecz stanowi doskonale wpływający na samopoczucie zwierzęcia masaż. Do tzw. obrządku stajennego otrzymywaliśmy płaską owalną szczotkę z twardym włosiem i metalowe zgrzebło do zdejmowania kurzu i łupieżu. Zgrzebło należało wystukiwać na betonie stajennej posadzki, by usunąć brud. Od czasu do czasu podoficer rzucał nam polecenie: „Dziś każdy musi wybić 36 zgrzebeł” – co było zupełną niemożliwością, lecz na szczęście nikt tego nie liczył. Po czyszczeniu następowało obrokowanie, najmilsza chwila w całym dniu. Obowiązywała wtedy zupełna cisza, siadaliśmy na drągu przegradzającym stanowiska i obserwowaliśmy nasze rumaki jedzące żarłocznie owies.

    Powróciwszy do koszar, przystępowaliśmy do porannej toalety i słania łóżek. Musiały być zasłane idealnie, lecz z upływem czasu, stawało się to coraz trudniejsze, gdyż słoma w siennikach zamieniała się w sieczkę. Wykruszała się na pociągniętą oliwą podłogę i przywierała do niej. Ani jedno źdźbło nie miało prawa leżeć na ziemi. Sprawdzanie stanu sypialń zdarzało się o różnych porach dnia, a nawet nocy. Oficer inspekcyjny w zamszowych rękawiczkach stawał na taborecie i sprawdzał palcem, czy nie ma kurzu na abażurze lampy. Jeśli znalazło się go choć trochę, musieliśmy wysłuchać długiej litanii dosadnych określeń o stanie naszej niechlujnej izby. Wszystko to jednak braliśmy z humorem i dużym dystansem. Jeśli o tym piszę, to nie po to, aby kogoś oskarżać, lecz raczej wskazać na chwyty wychowawcze stosowane w wojsku. Twierdziliśmy, że nabyliśmy umiejętności potrzebnych do pracy dobrej pomocy domowej. Z upływem czasu coraz sprawniej i coraz szybciej wykonywaliśmy prace porządkowe, tak iż nas samych to dziwiło.

    Przed śniadaniem odbywała się zbiórka szwadronu z odśpiewaniem pieśni „Kiedy ranne wstają zorze”. Podobnie śpiewaliśmy wieczorem: „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. W niedzielę szliśmy całą szkołą w płaszczach i przy szablach do kościoła.

    W okresie rekruckim czyściliśmy konie trzy razy dziennie, potem tylko z rana i dopiero na poligonie, pod koniec naszej służby, ponownie musieliśmy je czyścić trzykrotnie. Pomimo tylu starań zauważyliśmy kiedyś, że konie skubią się wzajemnie zębami po grzywach, co wskazywało na pojawienie się wszy. Trzeba było przeprowadzić dezynfekcję i walkę z groźnym pasożytem.

    Na jesieni zarządzono ogólny przegląd koni. Przez trzy dni czyściliśmy je na dworze, po kilka godzin dziennie, a luzacy „zamywali” im ciepłą wodą kość ogonową. Mój koń cały lśnił od czystości. Podczas przeglądu jakiś major w białych rękawiczkach podrapał mu skórę pod okiem i ukazał się łupież. Otrzymałem stopień dostateczny, najgorszy w całym plutonie. Trudno przytoczyć lawinę niecenzuralnych słów i gróźb, którymi dowódca plutonu mnie obrzucił za tak straszne zaniedbanie.

    Nas starszych i po studiach nie drażniły humorystyczne chwyty pedagogiczne przełożonych. Przyjmowaliśmy je z filozoficznym spokojem. Metody szkolenia młodego żołnierza mają długą historyczną tradycję. Nie można mu zostawić wolnego czasu, by nie tęsknił za domem i bliskimi. Nie tyle ważne jest zaprawianie go do ćwiczeń wymagających siły i odwagi, ile wszczepienie sumienności w wykonywaniu zajęć zmuszających do przełamywania siebie. Służą temu prace porządkowe, szare i nudne, niedające zadowolenia, ale dobrze spełniane. Wyrabiają silną wolę i ducha posłuszeństwa.

    Środki, jakie wobec nas stosowano, ograniczały się do wczesnego wstawania, nocnej służby przy koniach, służby wartowniczej i skoku z wieży spadochronowej. Obserwując kolegów, stwierdzałem, jak wiele nam dawały te proste metody wychowawcze.

    Nie zapomnę wypowiedzi mego kuzyna, z którym przez pół roku mieszkałem razem we Lwowie. Żył wygodnie, wstając koło południa, niewiele się ucząc, myśląc głównie o zabawie. Po rocznej służbie w Grudziądzu zmienił się gruntownie. Sprężył się wewnętrznie, ukończył Szkołę z pierwszą lokatą, stał się innym człowiekiem. Po powrocie na studia powiedział, że rok spędzony w podchorążówce był najpiękniejszym rokiem w jego życiu. W cywilu nie znajdował dostatecznych bodźców do pracy nad sobą, do przełamania lenistwa i wygodnictwa…

    …W dniu 3 listopada, zgodnie z kawaleryjską tradycją, urządzono bieg myśliwski św. Huberta. Poustawiano na pagórkach okalających koszary długie, choć niewysokie przeszkody i plutonami oraz szwadronami puściliśmy się galopem w urozmaiconym, lesistym terenie. Miły dla oka był widok przeszkody, pokonywanej przez kilkunastu jeźdźców jednocześnie. Dla młodych kawalerzystów bieg ten stanowił pierwszy egzamin zgrania z koniem. Nie brakło wypadków, kiedy podchorążak znalazł się nagle na ziemi, nie psuło to jednak nikomu humoru. Na finiszu czekał na wszystkich gorący bigos z kotła.

    Pamiętnym przeżyciem dla nas był pierwszy nocny alarm. Od pewnego czasu chodziły słuchy, że nas to czeka w najbliższej przyszłości, więc niektórzy koledzy idąc spać nie rozbierali się całkowicie. Wreszcie którejś nocy, o godzinie 11 wieczór, posłyszeliśmy sygnał trąbki na alarm i padł rozkaz wyjazdu na nocne ćwiczenia na stroczonych siodłach. Znaczyło to, że z przodu kulbaki miał być przytroczony zrolowany płaszcz kawaleryjski, sięgający do kostek, z tyłu siodła umieszczony dwuczęściowy lniany worek – „owsiak”, zawierający dwa kilogramy owsa, u dołu zaś dwie skórzane sakwy na szczotkę do czyszczenia konia, przybory toaletowe itp. Wszystko musiało być przypięte dziesięcioma różnej długości rzemieniami – tzw. trokami. Pod klapą siodła przytraczało się szablę. Siodła znajdowały się w stajni, płaszcze na korytarzu koszarowym, razem z resztą rynsztunku, karabinem, bagnetem i łopatką. Na koc, stanowiący czaprak, kładło się właściwy czaprak obszyty skórą z odpowiednimi szlufkami. Rozeznanie się w przeznaczeniu poszczególnych troków wymagało pewnej wprawy, a my przećwiczyliśmy to tylko raz. Najgorszy był fakt wyłączenia światła elektrycznego, skutkiem czego troczyć musieliśmy przy latarce, siedząc w słomie przy koniu. Nic dziwnego, że próba ta wykazała nasz brak doświadczenia i tylko prymus Szkoły, Jerzy Lutostański, w ciągu jedenastu minut stanął z koniem na placu. Większość potrzebowała trzydziestu, a nawet czterdziestu minut, by sobie ze wszystkim poradzić. Dla wyjaśnienia zaznaczę, że na przykład w czasie manewrów mieliśmy stale stroczone siodła i o alarmowym przysposabianiu nie było mowy.

    Szwadrony stanęły wreszcie w gotowości do wymarszu, po czym odbyliśmy nastrojowy nocny spacer w ładnym terenie.

    …W pierwszych dniach służby w Grudziądzu miałem żywo w pamięci dwa lata przysposobienia wojskowego w szkole średniej. Nie cierpiałem tych ćwiczeń, musztry i wykładów, jak również wizytowania koszar 56. p. piechoty, w których czasem odbywały się zajęcia. Nie odpowiadała mi kadra ani atmosfera. Wpodchorążówce od pierwszej chwili poczułem się inaczej. W powietrzu unosiło się coś innego, przede wszystkim mieliśmy konie, każdy swojego kasztana, z którym dzieliło się powodzenia i niepowodzenia. Najważniejsze było jednak coś innego. W podtekście naszego życia istniało pojęcie Ojczyzny. Nikt tego słowa nie wymawiał, ale ono naprawdę było. Śpiewaliśmy ułańskie pieśni. Pamiętam moje starannie ukrywane wzruszenie, gdy usłyszałem po raz pierwszy w nowych warunkach śpiewaną przez szwadron pieśń „O mój rozmarynie…” Doszliśmy do słów „Dadzą mi konikacisawego… i ostrą szabelkę do boku mego…”. W naszym szwadronie mieliśmy konie „cisawe”, czyli kasztany. Trzeba przeżyć samemu takie chwile, żeby to zrozumieć. Należeliśmy do pierwszych pokoleń młodzieży niepodległej Polski i byliśmy wychowani w kulcie miłości Ojczyzny. Od piątego roku życia spotykałem się z polskim wojskiem, najpierw we wsi rodzinnej, gdzie kwaterował w 1920 roku batalion piechoty, później w Poznaniu, gdzie wciąż spotykało się maszerujące z orkiestrą oddziały wojska.

    [1938]

    Okres zimowy poświęcony był na opanowanie regulaminów wojskowych oraz podręcznika hippologii i nauki o broni. W tym czasie obowiązywał ZOK, czyli zakaz opuszczania koszar. W maju czuliśmy wyraźnie, że dyscyplina się rozluźnia i nie robiono trudności z udzielaniem przepustek do miasta. Każdy spędzał czas wolny według własnego uznania. Wielkim powodzeniem cieszył się sławny hotel z restauracją pod nazwą „Królewski Dwór”. W sali na dole grała orkiestra i można było zatańczyć, poza tym lokal słynął z dobrej kuchni. Do specjalności należała potrawa „Châteaubriand”… Kelner wnosił starannie ogrzany, długi półmisek z wyborowym mięsem, jarzynami i owocami… Porcja była przeznaczona zasadniczo na dwie osoby, lecz myliłby się, kto by przypuszczał, że przeciętny podchorąży nie potrafił zjeść tego w pojedynkę. Apetyty mieliśmy ogromne.

    Ułan z cenzusem pragnący zatańczyć musiał stanąć przed najstarszym oficerem na sali, stuknąć obcasami i prosić o pozwolenie zatańczenia. Otrzymawszy je, zdejmował ostrogi i zapraszał do tańca jedną z fordanserek.

    Zbliżał się termin wyjazdu Szkoły na poligon. Należało przedtem przeprowadzić ćwiczenia z załadunkiem koni na pociąg. W oznaczonym dniu, wczesnym rankiem, wjechaliśmy po ciemku do śpiącego jeszcze miasta. „Jak ci cywile dobrze sobie żyją” – posłyszałem z ust kolegi, patrzącego z zazdrością na zasłonięte firankami okna.

    Dojechaliśmy do jakiejś rampy kolejowej, gdzie czekał na nas pociąg towarowy. Każdy pluton otrzymał przydział paru wagonów. Z rampy kolejowej przerzucono pomost z desek i zrobiliśmy pierwszą próbę z wprowadzaniem koni. Niektóre bardzo się bały, inne mniej, w końcu wiedzieliśmy już, jak postępować. Otrzymaliśmy wtedy rozkaz załadowania koni w formie konkursu szybkości między plutonami, co zwiększyło nasze zaangażowanie i dało dobre wyniki. Tymczasem lunął rzęsisty deszcz. Byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Po powrocie do koszar i gorącym śniadaniu kazano nam się suszyć. Napaliliśmy w piecu, rozwiesiliśmy, na czym się dało, wilgotną bieliznę i umundurowanie, po czym położyliśmy na parę godzin do łóżek. Co za „laba”!

    Nocą w pierwszych dniach czerwca wyjechaliśmy z końmi pociągiem towarowym na poligon, nie jak zwykle do Biedruska pod Poznaniem, lecz do Raducza na Mazowszu. Na stacji w Skierniewicach wyładowaliśmy konie i sformowaliśmy oddziały, przy czym w pełnym szyku przemaszerowaliśmy przez miasto. Byliśmy zaskoczeni owacyjnym powitaniem z kwiatami przez miejscową ludność. Po dwudziestokilometrowym marszu w palącym słońcu dotarliśmy w rejon poligonu. Liniowe szwadrony skierowano na wyznaczone sekcjami kwatery we wsi Psary. Dano nam do dyspozycji stodołę w wiejskiej zagrodzie. W jednym sąsieku umieściliśmy naszych sześć koni, w drugim na ziemi, na glinianej bojowicy, urządziliśmy dla siebie posłanie. Dodano nam na wszelki wypadek luzaka. Kuchnia polowaznajdowała się o paręset metrów, więc zdecydowaliśmy się przejść na własny wikt. Uczynna gospodyni dostarczała chleb i mleko, smażyła jajecznicę. Niczego więcej nie potrzebowaliśmy do szczęścia. Przesunięto pobudkę na godzinę 4 rano i zarządzono czyszczenie koni trzy razy dziennie. Plutonowy rzadko do nas zaglądał. Pucowanie rzędów końskich odbywało się bez nadzoru.

    Zaraz pierwszego dnia urzekło mnie piękno wsi. Obok wiejskiej drogi płynął strumień, na miedzach rosły dzikie grusze, oko cieszyły polne kwiaty w przydrożnych rowach i między łanami. W miejsce dziedzińca koszarowego otoczonego murem mieliśmy przyrodę w pełnym rozkwicie.
    Po przyjeździe do Psar rtm. Lewandowicz zarządził zaraz bieg myśliwski dookoła poligonu. Ruszyliśmy galopem uradowani takim pomysłem. Po drodze wypadło nam przepłynąć małą rzeczkę przecinającą drogę, lecz konie doskonale to pokonały. Tylko koń kolegi Janka Rukata miał taki brzydki zwyczaj, że wszedłszy do wody – choćby do dużej kałuży – kładł się i zaczynał tarzać. Dalszą drogę Janek odbywał zupełnie przemoczony.
    Po obiedzie popędzono nas do kąpieli w odległej o 2 km Pilicy. Trzy razy przyszło nam przebiec tę trasę, ale nie czuliśmy zmęczenia.

    Wieczorem wyznaczono mnie na nocną służbę wartowniczą do wozu z sianem stojącego za wsią. Noc była piękna, cisza zupełna, dochodziły tylko stłumione głosy dalekiej wsi. Rok przedtem we Lwowie byłem znerwicowanym studentem, mającym żal do całego świata, teraz wszystko samo się ułożyło. Czułem z tego powodu ogromną radość.

    Pobyt na poligonie kończył się. Po długim marszu dotarliśmy do Modlina, aby nazajutrz wziąć udział w przeprawie przez Bugo-Narew. Dzień był upalny. Łódkami, w spodenkach kąpielowych przejechaliśmy na drugą stronę rzeki, trzymając za rzemienny uwiąz płynące obok konie. Potem, w drodze powrotnej, na oklep wjeżdżaliśmy do wody, a konie wchodziły chętnie, gdyż ciągnęło je do stajni. Przeprawa była wspaniała. Po powrocie do Grudziądza nastąpiła uroczystość ukończenia Szkoły i promocja na podchorążych. Zaraz potem urządzono ogólny bieg myśliwski, szwadronami w rogatywkach barwy pułków, do których otrzymaliśmy przydziały. W doskonałych nastrojach wróciliśmy do koszar. Zaraz zaczęły się pożegnania i wyjazdy.

    Gdy w 1988 roku paru kolegów zorganizowało pierwszy zjazd koleżeński w 50-lecie ukończenia Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, jeden z dawnych podchorążych zabrał głos. Powiedział, że gdy był w Szkole, miewał obawy, czy stosowane tam metody były właściwe. Po udziale w kampanii wrześniowej nabrał przekonania, że szkolenie szło jednak we właściwym kierunku. W sytuacjach trudnych do przewidzenia umieliśmy na ogół podejmować trafne decyzje.

    Laski maj 2001 r.

  • „Z jednego pnia” – reportaż Urszuli Żółtowskiej-Tomaszewskiej

    7 sierpnia 2001 r. o godz. 22 nadano w programie Polskiego Radia Bis półgodzinny reportaż Urszuli Żółtowskiej-Tomaszewskiej „Z jednego pnia”. Autorka wykorzystała nagrania z X Zjazdu Związku Rodu Żółtowskich w Zaniemyślu (14-17 VI 2001), by przedstawić zarówno uroki, jak i problemy Związku gromadzącego osoby noszące jedno nazwisko, ale reprezentujące różne zawody, różny poziom wykształcenia, środowisko, wiek.

    Reportaż wzbogacony fragmentami nagrań z poprzednich zjazdów utrwala pamięć o ludziach i wydarzeniach, tworzących historię Rodziny i Związku.

    Oto fragment wspomnień Michała z Lasek: „Przed laty [1991] przyjechało do mnie dwóch panów: młody student, też Michał Żółtowski, w towarzystwie pana w wieku około lat sześćdziesięciu ze Skierniewic [Zbigniew]. Przyszli poradzić się, co bym sądził, by stworzyć Związek Rodziny Żółtowskich. Powiedziałem, że boję się podziałów na lepszych [utytułowanych] i gorszych. Zbigniew zastrzelił mnie argumentem zupełnie nieoczekiwanym: «W tym momencie, kiedy się wszyscy w kraju dzielą, dajmy przykład – my się jednoczymy». Na ten argument nie miałem odpowiedzi”.

    Śp. Zbigniew ze Skierniewic mówił kiedyś: „Życie dzisiejsze nie sprzyja kontaktom między rodzinami. Działalność Związku […] łączy, podnosi autorytety rodzin. […] W zjazdach uczestniczą też małe dzieci, są tym zainteresowane, cieszą się, że noszą to samo nazwisko, korespondują z Żółtowskimi z innych miast […] Nie byłoby to możliwe, gdyby nie było Związku…”

    Historiom rodzinnym poświęcone jest wiele audycji Urszuli, zawsze wartych wysłuchania. Polecamy np. „Orle gniazdo” – historię życia dr Teofila Zygarskiego, pomorskiego pedagoga, i jego potomnych (program I Polskiego Radia, 3 V 2001).

    Cenimy u Urszuli dar rozumienia spraw ludzkich i umiejętność przedstawienia ich innym. Dziękujemy za ten reportaż i prosimy o następne.

  • Wrażenia z X Zjazdu w Zaniemyślu

    Moje wrażenia ze Zjazdu są wybitnie subiektywne – związek z rodzinną Wielkopolską zawarłem przed osiemdziesięciu laty. Uderzały mnie zmiany, lecz również widzę wartości, jakie ta kraina potrafiła zachować w trudnych obecnych czasach.

    Uroczystość Bożego Ciała obchodziliśmy w Zaniemyślu – niewielkim miasteczku położonym nad brzegiem jeziora. Zwracało uwagę staranne przygotowanie procesji, liście paproci i tataraku rozesłane na ulicach, orkiestra, wielka liczba ministrantów. Gdzie duchowieństwo jest gorliwe, tam i parafianie garną się do Kościoła. Widzieliśmy młodzież we wszystkich grupach wiekowych, małe dzieci w wózkach, starsze osoby.

    Prelekcja profesora socjologii Andrzeja Kwileckiego z Poznania odbyła się po południu. Była ciekawa i bogata w treść. Poruszał on różne tematy w sposób nietypowy – zwrócił uwagę, że zbierane materiały o rodzinach wielkopolskich mają charakter biograficzny, natomiast brak im ujęć szerszych, monograficznych. Interesujące więc byłyby opracowania tematów takich jak: studia młodzieży, metody gospodarowania, przebrnięcie przez trudną epokę zniesienia pańszczyzny, zdobywanie tytułów, gromadzenie dzieł sztuki, udział w pracy społecznej na wsi itp. Poruszył problem tworzenia się warstwy inteligencji miejskiej z młodzieży ziemiańskiej, która z różnych powodów musiała szukać chleba w mieście. Zwrócił uwagę na wielkie i dodatnie znaczenie tego zjawiska. Aktualnym tematem była sprawa przebaczenia tym, którzy niekiedy zbyt daleko posunęli się w swojej współpracy z rządami państw zaborczych. Przywołał postać gen. Dowbór-Muśnickiego, oficera carskiej armii, który nie potrafił nawet prawidłowo podać komendy po polsku podczas uroczystości wojskowych. Bardziej drastyczny był przykład gen. Raszewskiego, pochodzącego z ziemiańskiej rodziny, który przez trzydzieści lat wiernie służył w wojsku Hohenzollernów. Piłsudski nie wahał się jednak zrobić go dowódcą Okręgu Korpusu w Poznaniu i Raszewski przez długie lata dobrze to zadanie spełniał. Te przykłady powinny wskazywać nam drogę postępowania obecnie w Polsce, ile razy spotykamy ludzi, którzy chcą i umieją ojczyźnie służyć, mimo iż mieli pogmatwaną przeszłość.

    Objazd dawnych siedzib rodzinnych odbył się w piątek. Zaczęło się od Kadzewa pod Śremem. Bywałem tam często przed wojną i lubiłem atmosferę tego domu. Pani domu, Cecylia z domu Ronikier, żona „103-letniego hrabiego”, jak o Stanisławie pisano, stwarzała w Kadzewie niezwykle pogodną, ciepłą atmosferę. Wojna ciężko dotknęła tę rodzinę, lecz po latach wygnania, wrócił wnuk, Stanisław Byszewski z rodziną i odkupił za zarobione pieniądze dom i park. Obecni państwo domu byli właśnie w Sopocie, gdzie ich 9-letni syn miał brać udział w zawodach konnych. Oglądaliśmy pokazywaną przez Iretkę – Irenę z Żółtowskich Byszewską, ich matkę, z gustem urządzoną część domu. Mieszkają w iście polowych warunkach i można ich za to podziwiać.

    Iretkę, będącą dzisiaj babcią pięciorga dzieci Byszewskich, pamiętam jako podlotka w Pławowicach u jej krewnych Morstinów w czasie wojny. Razem z młodziutką Anusią, dziś Ulatowską, która zjawiła się również na Zjeździe, uczyły się przerabiając klasy szkoły średniej. Ludwik Hieronim Morstin, dramaturg, nawet w tak trudnych czasach nie mógł obejść się bez teatru, toteż reżyserował sztuki teatralne swego pióra, w których Iretka grała ważne role. To doprowadziło ją po wojnie do ukończenia szkoły teatralnej w Krakowie, a następnie do długiej kariery aktorskiej na różnych scenach. Jest przypuszczalnie jedyną Żółtowską o podobnej przeszłości.

    Następnym etapem było Muzeum Regionalne w Kościanie – spotkanie z p. Magdaleną Lajszner, kustoszem tegoż muzeum. Jest historykiem publikującym dzieje dworów i pałaców ziemi kościańskiej. Prosi o dawne zdjęcia dworów i ich wnętrz. Dwa spośród nich uwiecznił Jan Bułhak, opracowując albumy zawierające po kilkadziesiąt zdjęć. Instytut Sztuki w Warszawie, ul. Długa 28, chętnie odbija dla siebie dawne zdjęcia, ofiarowując jednocześnie właścicielom albumów komplet doskonałych odbitek.

    Najciekawszym eksponatem wydał mi się ułamany róg tura wraz z częścią czaszki. Jest to, zdaje się, unikalne znalezisko, nie tylko w Polsce. Średnica rogu wynosi około 13-15 cm, czyli tyle co kilka średnic rogu krowy.

    Magdalena Lajszner opowiedziała o historycznym zdarzeniu związanym z ratuszem miejskim, w którym mieści się muzeum. Stoi on na środku rynku w Kościanie. Tutaj w październiku 1939 r. dwukrotnie odbyły się rozstrzeliwania Polaków, mające wprowadzić terror w polskim społeczeństwie. Raz rozstrzelano pod murami ratusza trzech zakładników, a potem, 22 X 1939, aż 32 osoby. Zginęli wtedy ludzie najbardziej zasłużeni dla Wielkopolski: Mieczysław Chłapowski, Jan Szołdrski, Edward Potworowski oraz wielu innych działaczy społecznych, gdyż takich wybierano na zakładników. Tych trzech znałem osobiście i pamiętam audycję z zagranicznego radia, którego słuchałem we Lwowie, gdy wymieniono ich nazwiska. Podobne egzekucje odbywały się też w innych miastach Wielkopolski, lecz kościańska była najbardziej znana. W Śmiglu zebrano też kilkudziesięciu zakładników, by ich rozstrzelać, wśród nich mego ojca i brata. W ostatniej chwili uratowała wszystkich interwencja dwóch ziemian Niemców. Pamiętali zapewne, jak mój ojciec, jako prezes komisji do spraw likwidacji poniemieckich majątków, zaprotestował przeciw niezgodnemu z przepisami ich nabywaniu. Kosztowało go to przysłanie z Warszawy komisji dyscyplinarnej i w końcu ustąpienie z urzędu. Temu jednak zawdzięczał uratowanie od śmierci.

    W chwilę po Kościanie znaleźliśmy się w moim rodzinnym Czaczu. Starałem się spojrzeć na dokonane tam przemiany w duchu jak największego obiektywizmu. Oceniam w pełni decyzję mieszkańców wsi, którzy po długotrwałym zamieszkiwaniu w pałacu masztalerzy, a później owczarzy, zdecydowali się na podjęcie kosztownego remontu i założenie szkoły zbiorczej. Dzieci i młodzież z siedmiu okolicznych osiedli zdobyły tu podstawowe wykształcenie. Nasze rozmowy toczyły się w dawnym salonie, zamienionym na szkolną bibliotekę. W tym salonie ustawiano niegdyś sztandar pułkowy 17. Pułku Ułanów z Leszna, który często tędy wyjeżdżał na ćwiczenia. Dwory ziemiańskie spełniały różnorakie funkcje, były ośrodkami pracy społecznej na wsi, a zwłaszcza prężnie rozwijającej się Akcji Katolickiej. Stanowiły bazę kultury intelektualnej, a czasem artystycznej, szybko rozwijającej się w XIX wieku.

    W Czaczu biblioteka liczyła 12 000 tomów, a biblioteka mojej matki, skromniejsza, posiadająca 2000 tomów, była w ciągłym ruchu, służąc wsi i pracownikom. Dzięki kolekcjonerskim zamiłowaniom mego dziadka ze strony matki, Juliusza Ostrowskiego, poznaliśmy w Czaczu obrazy większości malarzy polskich z przełomu XIX i XX wieku. Po rodzinie mojej prababki, z domu Mycielskiej, zachował się zbiór pięknej starej broni i kolekcja starych sztychów, które Niemcy w czasie wojny spalili. Długa na kilka metrów oszklona szafa mieściła znaleziska prehistoryczne z epoki łużyckiej (1200-600 lat przed Chr.) i bardzo wczesnego średniowiecza, odkopane w polu. Były tam wyroby kamienne, urny wszelkiego rodzaju i nieco późniejsza broń z dawnych czasów. Stare cmentarzysko pogańskie obfitowało w takie przedmioty.

    Jan Żółtowski był kolatorem dwóch parafii: Czacza i Białcza, i pokrywał w 3/4 wydatki na świątynie i probostwa. Obecnie przejęła te ciężary parafia.

    Mieszkańcom Czacza jesteśmy wdzięczni, że gdy Niemcy w czasie II wojny światowej wyrzucili z domu archiwum naszego pradziadka, Marcelego, zabezpieczyli wszystkie ciekawe dokumenty, które znalazły teraz swoje miejsce w publicznych archiwach i naszym małym, rodzinnym.
    Z Czacza podążyliśmy do Jarogniewic – znajduje się tam stary pałac zamieniony na zakład dla niepełnosprawnych. Jego właściciel, mój stryj, Adam Żółtowski studiował na pięciu wyższych uczelniach w Niemczech rolnictwo i ekonomię. Jego praca dyplomowa z 1889 roku wzbudziła zainteresowanie Uniwersytetu Jagiellońskiego i zaofiarowano mu katedrę ekonomii. Stryj odmówił, uważając, że jego pierwszym obowiązkiem jest w czasie walki o ziemię z rządem pruskim bronić swego majątku. Pełnił wysokie funkcje społeczne, bardzo w owych trudnych czasach ważne. Jemu i memu ojcu szpital w Kościanie zawdzięczał dobudowę piętra.

    Pobliskie Głuchowo należało do syna Adama, Marcelego – ojca obecnych na zjeździe Marysi Glińskiej i Reni Jakubowskiej oraz Piotra, nieobecnego na Zjeździe z powodu podróży służbowej. Z Marcelim byłem razem na wojnie, miał Virtuti Militari za rok 1920, w okolicy uchodził za bardzo dobrego gospodarza, w dodatku nowatorskiego. Doskonale umiał liczyć i przewidywać. W latach kryzysu gospodarczego pomagał kilku sąsiadom w ratowaniu majątków. Zadziwił rozwiązaniem z dostawą mleka. Wówczas Katowice płaciły o 1 czy 2 grosze więcej za litr, wobec czego Marceli zorganizował codzienną dostawę mleka na wczesny pociąg śląski. Kupił pierwszą w okolicy przyczepę na oponach i codziennie cztery konie kłusem dowoziły nią bańki na odległą o 35 km stację. Nazajutrz odpoczywały, a do Poznania biegła druga czwórka. Ta ryzykowna próba doskonale zdała egzamin i przynosiła dochody.

    Z Głuchowa wiodła nas droga do Ujazdu – pierwotnie nie mieliśmy tam zbaczać z naszej długiej trasy, lecz Rafał dał się namówić na wprowadzenie tej zmiany. Ujazd zachwycił wielu z nas swym charakterem osiemnastowiecznego,parterowego polskiego dworu o łamanym dachu. Ostatnio kupił go historyk zamieszkały w Wilanowie, którego mieliśmy możność poznać. Zamierza wszystko, nawet wnętrza, doprowadzić do dawnego stanu.

    Z Ujazdu wywodzi się nasza linia Wielkopolska: tutaj mieszkał jej założyciel, Jan Nepomucen, i tu wychował swych czterech synów, którzy nie przynieśli mu wstydu.

    W parku uderzył mnie widok prastarych dębów i platana o czterech potężnych konarach. Ochrona Zabytków Przyrody oblicza wiek dębów na 250 lat.

    Wargowo – to ostatnia wizyta tego dnia. By tam dotrzeć, musieliśmy przejechać szmat drogi pustymi na ogół szosami. Z przyjemnością patrzyłem na wysoki poziom upraw polowych w Wielkopolsce, podobnie jak na stan dróg i estetykę utrzymania poboczy.

    W Wargowie byłem tylko raz w życiu, w 1938, kwaterując z moim pułkiem w sąsiedniej wsi. Otrzymałem wtedy zwolnienie na całe popołudnie i dzięki temu mogłem dłużej rozmawiać ze stryjem Stanisławem, ówczesnym właścicielem, i jego synem Henrykiem. Stryj był człowiekiem dużej inteligencji, jego praca doktorska o finansach Księstwa Warszawskiego spowodowała, iż otrzymał zaproszenie do objęcia katedry historii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Odmówił z tych samych względów co Adam z Jarogniewic.

    Najstarszy z jego trzech synów, Henryk, zadziwiał zdolnościami, lecz uzarania życia doznał ciężkich porażek. Wyszedł z nich zwycięsko i pracując w Banku Rolnym jednocześnie zdobył doktorat z prawa, co było bardzo wtedy trudne. Rozgrywał też, razem z młodszym bratem, mecze tenisowe jako reprezentant Poznania. W 1939 r. dostał się na Litwie do obozu dla Polaków. Wywieziony wraz z żoną i dziećmi, pracował w tajdze. Zaczął ściągaćPolaków do armii Andersa i za to w końcu został uwięziony i zginął na Syberii. Jego dzieci do 1947 r. pozostały w Libanie, skąd wyjechały do Anglii. Po latach sprzedali wszystko, co tam zdobyli, i wrócili, by odrestaurować dom rodzinny i w nim zamieszkać. Z pewnością można by napisać powieść o ich życiu.

    Drugi syn, Stefan, zginął w Katyniu, a stryj Stanisław i razem z nim jego mały wnuczek, zmarli z głodu i wycieńczenia, uchodząc z Wielkopolski w 1939 r. Najmłodszy z synów, Józef, przed wojną pracował w Lidze Narodów, dożył w Anglii sędziwej starości.

    Michał Żółtowski z Lasek