Tag: Nr 27

  • Działalność wydawnicza Franciszka Ogończyka Żółtowskiego


    Andrzej Mieczysław

    Franciszek Żółtowski (1867-1943) był z zawodu krawcem, jego zakład mieścił się w Warszawie przy ul. Świętokrzyskiej 19.

    Warszawski cech krawiecki był aktywny zarówno na polu gospodarczym, jak i pedagogicznym oraz kulturalnym, wspierał też działalność patriotyczną: wydawano „Gazetę Krawiecką” (1901- -1902), „Gazetę Krawiecką Damską” (od 1903) i „Gazetę Krawiecką Męzką” [!]; funkcjonowały kursy kształcenia czeladników – ich słuchaczem w latach 1880-1884 był pisarz Władysław Reymont (1867-1925); istniał teatr amatorski; działała Rada Gospodarcza Zgromadzenia Krawców (Franciszek był jej członkiem w roku 1903); krawcy publikowali też w „Gazecie Rzemieślniczej”, „Gazecie Przemysłowo-Rzemieślniczej” i „Rzemieślniku Polskim”.

    Franciszek odgrywał czynną rolę w cechu, występował przeciwko „tandeciarzom” – rzemieślnikom działającym poza cechem, stosującym naganne metody konkurencji i niegwarantującym właściwego poziomu usług. Swoją działalność zawodową reklamował ogłoszeniami w prasie, informatorach, kalendarzach. Obok tematyki społeczno-zawodowej interesował się także teatrem, zamieszczał w prasie krótkie utwory sceniczne przeznaczone dla teatrzyków amatorskich. W latach 1894-1898 wydawał – i był zapewne autorem tekstów – serię kalendarzy „Krojczy Kalendarzyk humorystyczny na rok…”. Zamieszczał tam, obok kalendarium, wiersze, ilustrowane dowcipy i ogłoszenia. Gdy zbliżało się odsłonięcie pomnika Adama Mickiewicza w setną rocznicę urodzin poety, uczcił to wydarzenie wydaniem własnym nakładem w 1898 roku broszury O Mickiewiczu i jego poezjach.

    W 1906 Franciszek napisał i wydał publikację o innym charakterze: Monografię Rodu Żółtowskich. Była ona owocem jego zainteresowań historią własnej rodziny i chęcią stworzenia, jak pisał, „miłej rodowej pamiątki dla wszystkich tego szczepu Żółtowskich”. Broszura liczyła czterdzieści jeden stron, zawierała apel o kultywowanie pamięci o przodkach, wiersze patriotyczne (Porażka pod Cecorą 1618 i Zwycięztwo [!] Polaków pod Chocimiem 1621) oraz informacje na temat członków rodziny, oparte na dokumentach metrykalnych i sądowych. Praca prezentuje interesującą, nieprofesjonalną próbę przedstawienia swego rodowodu przez autora ze środowiska rzemieślniczego.

    Zainteresowania genealogiczne Franciszka miały charakter trwały. Poszukiwał nadal dokumentów, prowadził badania i pisał. W 1914 wydał w nowej, rozszerzonej formie Monografię Rodu Żółtowskich herbu Ogończyk (116 + 2 s.). Rozbudował znacznie bazę źródłową, czerpał informacje z archiwów, m. in. w Warszawie i Petersburgu, powoływał się na Okolskiego, Paprockiego, Żychlińskiego, Dunin-Borkowskiego i in. Zamieścił podobizny gen. Edwarda Żółtowskiego (1775-1842) oraz kopię drzewa genealogicznego Genealogia Domus Żółtowsciane, stemati Ogończyk wydanego przez Edmunda Marcelego Żółtowskiego (1812-1884) z Myszkowa. Monografia… została wznowiona w formie reprintu w 1993 w Skierniewicach przez Związek Rodu Żółtowskich. Notę bibliograficzną o Monografii… z 1914 zamieścił prof. Włodzimierz Dworzaczek wzestawieniach bibliograficznych polskich rodzin szlacheckich. (Genealogia, t. I, Warszawa 1959, s. 170)

  • Materiały do biografii i bibliografii Franciszka Żółowskiego (1867-1943)


    Informacje biograficzne

    Bliższe szczegóły z życia Franciszka i jego rodziny nie są mi znane. Proszę o kontakt osoby mogące udzielić dodatkowych informacji.
    Franciszek ur. 1867 w Zdzieszynie (?), zm. 2.5.1943 w Warszawie, pochowany został na Cmentarzu Powązkowskim w grobie rodzinnym, kwatera 303-6-1; był żonaty z Jadwigą Wandą z Kusińskich z Mszczonowa, ur. ok. 1866, zm. 26.3.1935, pochowaną w grobie jak wyżej. Grób pozbawiony jest stałej opieki, niszczeje. Dwa lata temu zniknął z grobu krzyż kamienny wysokości ok. 1 m.

    Dzieci:

    • Stanisława, ur. i zm. 1891 w Warszawie, na grobie rodzinnym nie ma inskrypcji.
    • Helena Maria ur. 22.12.1891 w Warszawie, zamężna za Zenonem Brudnickim ur. 1892, zm. 27.2.1987 w Warszawie. Ich grób znajduje się na cmentarzu Powązkowskim, kwatera 48-5-18. Mieli dwóch synów: Józef Brudnicki, prawnik, żonaty, zmarł ok. 1990, Andrzej Brudnicki, inż., mieszka za granicą (Szwecja?).
    • Władysława Filipina ur. 1894, zm. 11.11.1912 w Warszawie, pochowana z rodzicami.
    • Kazimierz Józef ur. 4.3.1898 w Warszawie, oficer WP, zm. 5.7.1927 w Warszawie, pochowany w grobie z rodzicami. Był żonaty z Elżbietą Dziwanowską †1991 (?), mieli córkę Ewę ur. 1925, zm. 1987 (?).
    • Julian Franciszek ur. 13.3.1900, zm. 15.8.1941, pochowany na Cmentarzu Powązkowskim, kwatera 239-6-8. Był żonaty (?) z Walerią ur. 1900, zm. 1927 w Warszawie, pochowaną na cmentarzu na Bródnie, kwatera 38 E-1-6; mieli syna Jerzego Henryka ur. 26.3.1925 w Krakowie zm. 13.7.1977 w Warszawie, pochowanego razem z matką. Jerzy był żonaty, jego córka Irena ur. ok. 1950, mieszkała w Czechosłowacji (?)
    • (?) Henryk Władysław ur. 16.1.1893, zm. 22.6.1929, pochowany na Powązkach razem z Julianem jw. w grobie 239-6-8. Franciszek nie wymienił go wśród swoich dzieci w Monografii… 1914, mógł być to dalszy krewny.

    Bibliografia podmiotowa

    1. Krojczy Kalendarz na rok 1894, Warszawa 1893, 32 s., il. [Estr., seria nowa13,312; Bibl. UW 019706]
    2. Krojczy Kalendarzyk humorystyczny na rok 1895, Warszawa 1894, 32 s., il. [Estr., seria nowa 13,341; Bibl. UW 019706]
    3. Krojczy Kalendarz satyryczny ilustrowany na rok 1896, Warszawa 1895, 32 s., il. [Estr., seria nowa 13,341; Bibl. UW 019706]
    4. Krojczy Kalendarz na rok 1897, Warszawa 1896, 32 s., il. [Estr., seria nowa 13,341; Bibl. UW 019706]
    5. Krojczy Kalendarz na rok 1898, Warszawa 1897, 32 s., il. [Estr., seria nowa 13,341; Bibl. UW 019706]
    6. O Mickiewiczu i jego poezjach z dodatkiem kalendarza na rok 1898, Warszawa 1898, 32 s., il. Nakład F. Żółtowskiego, druk Władysława Jasińskiego. [O tej publikacji pisała Hanna Szwankowska: Jak rzemiosło warszawskie uczciło Mickiewicza, „Rzemiosło”, Warszawa 1948, 1, 16-17.]
    7. Monografia Rodu Żółtowskich. Zebrał i opracował Franciszek Ogończyk z Żółtowa Żółtowski, Warszawa 1906, 41 s., il. [Bibl. UJ 81966]
    8. Monografia Rodu Żółtowskich herbu Ogończyk, Zebrał i opracował Franciszek Ogończyk z Żółtowa Żółtowski, Warszawa, Drukarnia Wł. Jasińskiego 1914, 116 + 2 s., il., indeks. [Wł. Dworzaczek: Genealogia t. I, s. 179; BN II 60315, I 826758; Bibl. UAM 232827 II.]

    Bibliografia przedmiotowa

    1. Monografia Rodu Żółtowskich herbu Ogończyk. Zebrał i opracował Franciszek Ogończyk z Żółtowa Żółtowski, Warszawa Drukarnia Wł. Jasińskiego 1914, s. 46.
    2. Michał Żółtowski, Genealogia Rodu Żółtowskich. Związek Rodu Żółtowskich Skierniewice 1998, s. 96-7.
    3. Andrzej Mieczysław Żółtowski. Groby rodzinne Żółtowskich na Cmentarzu Powązkowskim. Związek Rodu Żółtowskich, „Kwartalnik”, Skierniewice 1993, nr 1, s. 3-4.
    4. Stanisław Midzio, Z dziejów rzemiosła krawieckiego w Warszawie 1339-1980, PWN, Warszawa 1980, s. 93, 134, fot. 23 (?), 35 (?).
    5. Bożenna Kawka, Nagroda literacka im. Władysława Reymonta – trwałe związki pisarza z rzemiosłem, w: Sesja popularno-naukowa „Wokół Reymonta” 2 X 2000, Warszawa, Gmina Bielany 2001, s. 82.
    6. Reklamy zakładu krawieckiego F. Żółtowskiego w prasie, informatorach i kalendarzach.
  • Jak rzemiosło warszawskie uczciło Mickiewicza


    Hanna Szwankowska

    W bieżącym roku mija sto pięćdziesiąta rocznica urodzin Adama Mickiewicza, a jednocześnie pięćdziesiąta rocznica budowy i odsłonięcia pomników w Warszawie i Krakowie. Zarówno przy wzniesieniu pomnika warszawskiego, jak również w uczczeniu stuletniej rocznicy urodzin rzemiosło warszawskie wzięło znaczny udział. Pomnik wzniesiony był ze składek społeczeństwa; pośród prawie 85 tysięcy ofiarodawców rzemieślnicy i robotnicy stanowiliznaczną część. Zebrano sumę niemałą – 235 000 rubli, co odpowiada około200 milionom obecnych złotych [1948 rok]. „Ofiarność ogółu” była „nie tylko hojną, lecz i powszechną”; „rzesze maluczkich skupiły się ze swymi ofiarami obok ludzi możnych”. Czytano w dziennikach całe szpalty drobnych ofiar, składanych przez sfery rzemieślnicze, robotnicze. Przede wszystkim najpopularniejszy wówczas „Kurier Warszawski” wymieniał całe kolumny ofiarodawców rzemieślników warszawskich. „Gazeta Rzemieślnicza” zebrała 807 rubli. Rzemieślnicy większości zakładów figurowali na wspólnych listach. Przeważna ilość ofiar sięgała do jednego rubla, ale nie brakło i wyższych. Nie należy zapominać, że rzadko który robotnik zarabiał wtedy w końcu XIX wieku rubla dziennie, a pośród rzemieślników wielu tyle właśnie miało dochodu.

    Drugą formą przyczynienia się do budowy pomnika była praca rzemieślników warszawskich przy jego wznoszeniu. Pomnik powstawał nader pośpiesznie – prace rozpoczęte w końcu 1897 roku trwały przez rok 1898. Po splantowaniu terenu murarze firmy Czosnowski założyli fundamenty i wymurowali podstawę pomnika. Dziewięciu kamieniarzy firmy Norblin montowało cokół pomnika, schody i podstawę pod kratę. Pośród nich kamieniarz Ignacy Hamerliński życiem przypłacił swoją gorliwość: „nie zważał na dręczącą go chorobę i pracował w słotne, śnieżne dni listopada”. Zmarł w parę dni po ukończeniu pracy. „By to dzielny człowiek i robotnik” – napisano o Hamerlińskim w sprawozdaniu z budowy. Pozostawił żonę i dwoje dzieci, którym komitet budowy wypłacił zapomogę. Nazwisko Hamerlińskiego, jako jedyne spośród rzemieślników i robotników zajętych przy budowie pomnika, zostało wydrukowane obok członków komitetu budowy, m. in. wiceprezesa Henryka Sienkiewicza, rzeźbiarza Godebskiego, inżynierów i przedsiębiorców.

    W następnej fazie prac cieśle firmy Bavensee wznieśli potężne rusztowania do wciągania cokołu i samego posągu. Podczas budowy równolegle wykonywano ozdoby do pomnika: brązownicy firmy Bracia Łopieńscy odlewali te ozdoby. Ale najwybitniejszym dziełem warszawskiego rzemiosła była krata przy pomniku. W czasach upadku sztuki w ogóle (przykładem tego jest sam posąg Mickiewicza w pomniku Godebskiego – zupełnie nieudany), a sztuki rękodzielniczej w szczególności, krata otaczająca skwer przy pomniku jest zaszczytnym wyjątkiem. O wykonanie jej ubiegały się trzy firmy – powierzono je firmie Zieleziński. Bezimienni kowale-artyści u Zielezińskiego przez rok cały kuli mozolnie kratę i 8 latarni, ustawianych parami po rogach, i wykonali dzieło, które może stanąć obok kraty z kościoła Świętego Krzyża, kowanej przez lata całe przez brata Fretera. Gałęzie, kwiaty, bukiety i liry – symbole poezji – tysiące elementów rozpięto na kracie, przy czym każde przęsło ozdobiono innym motywem roślinnym, a długość kraty wynosi paręset metrów. To dzieło warszawskich kowali ocalało szczęśliwie z niewielkimi stosunkowo uszkodzeniami, należałoby je tylko zabezpieczyć przed rdzą.

    Jak popularna była budowa pomnika Mickiewicza w Warszawie, świadczy jeszcze jeden fakt: leży przede mną niewielka książeczka, broszurka jednoarkuszowa (32 strony), wydrukowana w Warszawie przez Władysława Jasińskiego przy ulicy Trębackiej 3. Wydrukowana na skromnym papierze, ale bardzo starannie w owym pamiętnym Mickiewiczowskim roku. Tytuł jej brzmi: O Mickiewiczu i jego poezjach. Autor nie jest wymieniony, podany tylko wydawca: Nakład F. Żółtowskiego. Zapytacie czytelnicy, co to ma wspólnego z rzemiosłem? Owszem, gdyż F. Żółtowski był krawcem warszawskim i on właśnie wydał książeczkę ku czci poety w przeddzień stulecia jego urodzin.

    Koniec zeszłego wieku był bardzo ciężki dla Polaków w zaborze rosyjskim – nacisk carskich władz, walka z wszelkimi przejawami kultury polskiej, z historią, z językiem, literaturą, surowa cenzura wydawnictw, książek, pism, przedstawień teatralnych. Dość przytoczyć fakt, że z przebogatej twórczości dramatycznej Słowackiego wolno było grać tylko dwa dramaty rozgrywające się na tle obyczajowym, i to bez podawania jego nazwiska na afiszach teatralnych, a tylko z zaznaczeniem inicjałów poety, J. S. Oczywiście, że i większości dzieł Mickiewicza nie wolno było wydawać. Pana Tadeusza na przykład w ten sposób szmuglowano, że kilka osób obdarzonych dobrą pamięcią uczyło się na pamięć w Krakowie po parę pieśni, każda innych, a po przyjeździe do Warszawy pisały je z pamięci i w ten sposób składała się całość poematu, liczącego prawie 10 000 wierszy. Jakże więc poradził sobie Żółtowski z tak surową cenzurą? Otóż książeczkę swoją wydał pod płaszczykiem kalendarza na rok 1898. Na okładce widzimy napis: „Z dodatkiem kalendarza na rok 1898”. I rzeczywiście, na końcu wydawnictwa jest wydrukowany kalendarzyk w dwóch językach, rosyjskim i polskim, z prawosławnym i katolickim wykazem imion i świąt, z lojalnym z konieczności wyliczeniem (już tylko po polsku) tak zwanych galówek, czyli świąt urzędowych: imienin i urodzin ich carskich najjaśniejszych mości, całej rodziny carskiej, dalej – pamiątek cudownego ocalenia tychże, wstąpienia na tron, oswobodzenia Kościoła i Państwa Rosyjskiego od najścia Francuzów itp. Jeśli chodzi o cenzurę, to może krawiec Żółtowski „posmarował” łapówką cenzora w myśl zasady, że kto smaruje ten jedzie, dość, że uzyskał upragniony stempel „Dozwoleno cenzuroiu” z datą 5 stycznia 1898 roku, a więc akurat 50 lat temu.

    Samo wydawnictwo zdobi portrecik Mickiewicza, średnio wydrukowany, a tekst rozpoczyna krótki parostronicowy życiorys wieszcza, w którym oczywiście nie ma ani słowa o Filaretach, uwięzieniu i zsyłce do Rosji młodego poety, o stosunku Mickiewicza do Powstania Listopadowego, o wrogim ustosunkowaniu się Mickiewicza do rządów carskich, montowaniu przez niego legionów do walki z Rosją, w Rzymie i Konstantynopolu. W całym życiorysie ani razu nie wydrukowano słowa „Polacy”, zastępując go, jak na pomniku Kopernika, słowem „Rodacy”: „Rodacy zapragnęli mieć pośród siebie szczątki największego polskiego poety”… Z życiorysu przebija chęć ubrązowienia poety – nie wspomniano na przykład o miłości do Maryli, choć to uczucie leżało na dnie tylu utworów Mickiewiczowskich z Dziadami na czele. Nieznany autor broszury stara się w wąskich ramach, dyktowanych objętością i cenzurą, zamknąć twórczość Mickiewicza, zatem poematy podaje w zwięzłych streszczeniach, przy czym omówienie Pana Tadeusza ożywia dwoma wyjątkami: inwokacją „Litwo, ojczyzno moja” i opisem lasów litewskich. Potem idą streszczenia Grażyny i Konrada Wallenroda oraz omówienieballad z przytoczeniem w całości ballady Rybka oraz popularnej i łatwej PaniTwardowskiej. Na zakończenie udało się przemycić wycinki z Dziadów, oczywiście tak zwanych wileńskich, ze sceny wywoływania duchów – ukazania się widma okrutnego dziedzica.

    W krótkim zakończeniu czytamy, że Mickiewicz napisał całe tomy, że poezje poety znajdują się już przetłumaczone (!) na wszystkie europejskie języki; gdy ich pięknością zachwycają się obcy, jakimże mianem ochrzcić należało Polaka, który by nie znał poezji Adama Mickiewicza.

    Żółtowski, wydając tę książeczkę nie omieszkał zareklamować swej firmy krawieckiej. Zrobił to zresztą w sposób bardzo dyskretny – na ostatniej stronie okładki umieścił ogłoszenie reklamujące jego zakład. Dowiadujemysię o adresie p. Żółtowskiego – Świętokrzyska nr 19 w Warszawie; zapoznajemy się też z cennikiem: garnitury surdutowe liczy krawiec-wydawca aż po rubli srebrnych 25 co najmniej („od”), a garnitury smokingowe tylko od rs. 16, marynarkowe zaś o rubelek taniej, żakiety miały pośrednią cenę 22 „eresów” (rs. – rubli srebrnych). Była to właśnie pora karnawału – żakietów i smokingów. Ceny podane przez Żółtowskiego, o ile się orientujemy, wydają się wysokie, tym bardziej że były one minimalnymi „od”… W przeliczeniu na obecne [1948 rok] stosunki wynosiły około 20-25 tys. za garnitur, ale ponieważ nie było Komisji Specjalnej ani cenników nie ogłaszano na murach, więc… wszystko było w porządku. Na zakończenie ogłoszenia dowiadujemy się, że szycie „na żądanie” wykonuje się „w 24 godzin”. Poza tym ani słowa autoreklamiarstwa i tylko wyrazy „Nakład F. Żółtowskiego” mówią nam o warszawskim krawcu, wielbicielu i krzewicielu poezji Adama Mickiewicza.

    Dziękujemy Autorce za bezinteresowną zgodę na przedruk artykułu z miesięcznika „Rzemiosło” nr 1, Warszawa 1948, s. 16-17.

  • Jubileusz Jerzego Żółtowskiego z Czacza

    W roku 2001 Jerzy Żółtowski, syn Jana z Czacza, kończy 90. rok życia.

    Z tej okazji członkowie rodziny Żółtowskich zgromadzeni w Związku Rodu przesyłają Szanownemu Jubilatowi serdeczne życzenia pomyślności, zdrowia i wielu, wielu dalszych lat aktywnego życia.

    Związek Rodu Żółtowskich

    Michał z Lasek opowiada o swym bracie

    Jerzy urodził się 12 lipca 1911 w Czaczu, w czasie gdy dokonywała się przebudowa domu. W roku 1915 nasi rodzice: Jan Marian Żółtowski i Ludwika z Ostrowskich wraz z pięciorgiem dzieci wyjechali z Czacza do Szwajcarii. Tam, w Lozannie, 21 maja 1915, ja przyszedłem na świat. Powrót nastąpił do wolnego już kraju w 1919 roku. Starsze rodzeństwo poszło wtedy do szkół w Poznaniu, Jerzy w 1922 do gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego. Po ośmiu latach nauki łaciny i pięciu latach greki uzyskał maturę klasyczną. Zapalił się do modnej wówczas lekkoatletyki i mając lat szesnaście zdobył w Poznaniu pierwsze miejsce w rzutach, biegach i skokach młodzików. Interesował się szczególnie fizyką, konstruował radioodbiorniki. Lubił fotografię, dzięki wysyłaniu zdjęć do oceny w „Fotografie Polskim” robił postępy w kompozycji.

    Od 1931 studiował we Francji. Uzyskał tytuł inżyniera w wyższej szkole leśnictwa w Nancy, uważanej za stojącą w Europie na najwyższym poziomie (École Supérieure des Eaux et Forts – dosłownie: „wyższa szkoła wód i lasów”). Po praktyce w różnych okolicach Polski przejął w 1936 administrację rodzinnego majątku Lasy Lubartowskie. Ów kompleks leśny – 2000 ha lasów i 100 ha stawów rybnych – zakupiony przed I wojną światową przez mego dziadka Juliusza Ostrowskiego wraz z mym ojcem Janem Żółtowskim – zniszczony był przez kupców leśnych i nie dawał prawie dochodu. Nabycie tej nieruchomości traktowano jako skrzynkę na oszczędności…

    W sierpniu 1939 Jerzy znalazł się w Czaczu – musiał zastąpić zmobilizowanych zarządców.

    W końcu października 1939 władze niemieckie wezwały Jerzego wraz z ojcem do Śmigla w celu weryfikacji dokumentów z majątkowej księgowości. To była jednak pułapka. Zostali przewiezieni od razu do więzienia, sądzeni i skazani na śmierć, rzekomo za niewłaściwy stosunek do miejscowych folksdojczów. Nazajutrz odbywała się egzekucja, gdy nagle wstrzymano wykonanie na nich wyroku. Stało się to dzięki interwencji dwóch okolicznych ziemian Niemców.Więźniów przeniesiono wkrótce do więzienia w Kościanie, gdzie przebywali do 12 grudnia, kiedy to zostali wypuszczeni i wysiedleni wraz z całym transportem ziemian i mieszkańców Kościana w okolice Lublina.

    Wtedy, dopiero po trzydziestu pięciu latach, w czasie II wojny światowej, inwestycja w Lasy Lubartowskie okazała się zbawienna, zapewniając utrzymanie nie tylko rodzinie, lecz i innym, licznym wysiedlonym z Wielkopolski i Kujaw. Można tam było założyć dla nich warsztat produkcji obuwia, sklepik spółdzielczy, troszczyć się o wszystkie ich potrzeby.

    Jerzy należał już wtedy do AK. Bardzo ostrożny w działaniu, uniknął niepotrzebnych strat w ludziach. W trzecim roku okupacji rozpoczęły się napady band rabunkowych, po których mieszkańcy zostawali bez odzieży i żywności. Jerzy przeżył dwadzieścia sześć napadów, w końcu musiał przenieść się do Lubartowa, a rodzinę rozesłać do miejscowości pod Warszawą.

    Gdy przybyła na te tereny 27. Dywizja Wołyńska, Jerzy został przyjęty w jej szeregi. Wkrótce przeżył rozbrojenie przez Armię Czerwoną. Odtąd ukrywał się pod obcym nazwiskiem w ordynacji zamojskiej, następnie w straży kolejowej w Jarosławiu. Dopiero późną wiosną 1945 odszukał rodzinę w Puszczykowie pod Poznaniem i wrócił do nazwiska. Zaczął pracować: krótko prowadził ze znajomymi handel zbożem, miał sklep w Poznaniu, kierował prywatnym tartakiem w Zbąszyniu.

    W 1948 poślubił Teresę Rostworowską, córkę Jana i Marii z Wańkowiczów. Mają troje dzieci: Joannę – ur. 1949, Wojciecha – ur. 1951, Monikę – ur. 1957. Znowu kilkakrotnie zmieniał pracę, pracował m.in. w ambasadzie greckiej, potem w ambasadzie Iranu. Utrzymanie pięcioosobowej rodziny z jednej pensji było coraz trudniejsze

    W roku 1960 – mając prawie 50 lat – wyjechał z rodziną do Kanady na zaproszenie krewnych żony. W Montrealu zdobył nostryfikację dyplomu i objął stanowisko w Zarządzie Miejskim, w dziale zieleni miasta. Wybudował własnoręcznie drewniany dom w Rowdon pod Montrealem. Obecnie jest na emeryturze, w lipcu br. ukończył 90 lat. Udziela się w Kanadyjskiej Polonii, organizuje i sam świadczy pomoc finansową lub rzeczową w chwilach, gdy Kraj tego potrzebuje. Dzieci pozakładały własne rodziny, syn Wojciech jest radcą prawnym, ma syna – Mikołaja – ur. 1990, i przybraną córeczkę, Chinkę, o imieniu Anna.

    Jerzy miał różne pasje w życiu: uprawiał lekkoatletykę, sam zakładał kort tenisowy w Czaczu – grał dobrze w tenisa, bardzo dobrze strzelał. Działał w Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym, cenił turystykę pieszą i narciarską. Główną jego pasją jest nadal fotografika. W Montrealu zorganizował pięć wystaw swoich zdjęć. Album z jego zdjęciami z całego życia był pokazywany na Zjeździe Związku Żółtowskich w 1999 w Chomiąży Szlacheckiej.

    Michał z Lasek

  • Przebieg X Zjazdu Rodu Żółtowskich w Zaniemyślu

    Zjazd odbył się w dniach 14-17 czerwca 2001 roku w Ośrodku „Niezamyśl” w Zaniemyślu. Ośrodek położony jest nad Jeziorem Raczyńskim, w odległości ok. 1 km od centrum wsi, a kilkunastu kilometrów od Kórnika i Rogalina. Wzięło w nim udział około 100 osób. Organizacją zjazdu zajmowali się: Natalia, Barbara, Bogusia, Rafał, Jarosław, Mariusz i Marek z Poznania. Lista uczestników już została opublikowana w „Kwartalniku” nr 26, s. 2.

    Obecni na zjeździe otrzymali: „Informator Zjazdowy”, w którym znalazły się: program zjazdu, informacje organizacyjne i mały przewodnik wycieczki planowanej na 15 czerwca; nowe numery „Kwartalnika” (24 i 25) oraz ankietę do wypełnienia na temat działalności bieżącej i planów Związku.

    Uczestnicy mieli możliwość zakupu wydawnictw Związku: książek, kaset, emblematów, koszulek i wizerunków herbu Ogończyk.

    13 czerwca, środa

    • Po południu przyjazdy pierwszych uczestników, zakwaterowanie i rozkładanie wędek.
    • 14 czerwca, czwartek, Boże Ciało
    • Msza Święta i procesja w Zaniemyślu
    • Projekcja filmu TV „Rody polskie – Ród Żółtowskich”.
    • Spotkanie z prof. Andrzejem Kwileckim z Poznania. Odczyt na temat studiów nad historią rodów wielkopolskich, w tym także Żółtowskich. Dyskusja. Informacje o spotkaniu – patrz nr 26, s. 6.
    • Wywiad dla „Głosu Wielkopolskiego” przeprowadza red. Tomasz Cylka, nr 26, s. 7.
    • Nagrywanie przez Urszulę na taśmę magnetofonową spotkania z prof. Kwileckim oraz rozmów na temat innych imprez zjazdowych. Fragmenty nagrań znalazły się w jej w audycji „Z jednego pnia”, nadanej 7.08.2001 w programie Radia Bis (patrz nr 26, s. 7).

    15 czerwca, piątek

    • Wycieczka – objazd kilku miejscowości – siedzib rodzinnych w Wielkopolsce:
      • Kadzewo – pałac, dawna siedziba Stanisława z linii jarogniewickiej, utracona w 1945, odkupiona i odrestaurowana przez jego wnuka, Stanisława Byszewskiego, z rodziną.
      • Kościan – Muzeum Regionalne, spotkanie z p. Magdaleną Lajszner, kustoszem muzeum, autorką wielu publikacji o ziemianach wielkopolskich i ich siedzibach.
      • Czacz – pałac, dawna siedziba linii czackiej, obecnie szkoła.
      • Jarogniewice – pałac, dawna siedziba linii jarogniewickiej, obecnie zakład opieki nad niepełnosprawnymi.
      • Głuchowo – pałac, dawna siedziba Marcelego z linii jarogniewickiej.
      • Ujazd – pałac, dawna siedziba założyciela arystokratycznej gałęzi wielkopolskiej, Jana Nepomucena, obecnie własność prywatna, prowadzona odbudowa.
      • Wargowo – pałac, dawna siedziba Stanisława z linii jarogniewickiej, gałęzi z Nekli, utracony w 1945, odkupiony i odrestaurowany przez jego potomków.
    • Wycieczce towarzyszyła ekipa telewizji poznańskiej. Przebieg wycieczki szczegółowo opisał Michał z Lasek, fotografował Marek z Poznania (patrz nr 26, s. 4-6.)

    16 czerwca, sobota

    • „Kolejny dzień zjazdu – pogoda ładna, świeci słońce. W czasie śniadania Rafał z Korycina podaje plan dnia.
    • Ks. Józef Grzeszczuk odprawia polową Mszę świętą. Do Mszy służy Michał ze Starej Białej i Stefanek z Podkowy Leśnej. Fragmenty Pisma Świętego, Ewangelię, Psalm, Modlitwę Wiernych czytają Helena z Torunia, Bronisław zBydgoszczy, Bogusia ze Starej Białej, Wacław z Łodzi i Adaś ze Szczęsnego. Na gitarze gra Monika z Poznania, a śpiewa jej brat Maciek – dzieci Marka. Na tacę zbiera Wacław z Łodzi.
    • Zebranie Ogólne Związku.
    • Inscenizacja sztuki „Legenda herbowa” autorstwa Adama i Kici ze Szczęsnego. Narracja – Tomek z Gdańska, dobór obsady – Bogusia ze Starej Białej. Słowa podzięki należą się młodym Żółtowskim za dobrą grę. Było to zadanie bardzo trudne – mieszkają tak daleko od siebie. Dyplomy uznania przygotował Janusz z Łodzi, nagrody – słodycze – od Bronisława z Berlina i Leszka ze Szczecina.
    • Wieczór pożegnalny: uroczysta kolacja, toasty, tańce, życzenia „Do zobaczenia za rok!”

    17 czerwca, niedziela

    • Pożegnalne śniadanie, łzy rozstania, wyjazdy.

    Informacje o przebiegu zjazdu na podstawie sprawozdania Lidii z Sulechowa przygotowała Redakcja

  • Garść wspomnień z przeszłości

    Praktyka i ćwiczenia wojskowe w 15. Pułku Ułanów Poznańskich 1938-1939

    Kontynuujemy cykl wspomnień Michała Żółtowskiego, ur. w 1915 roku, syna Jana z Czacza, ziemianina wielkopolskiego. Przedstawione fragmenty dotyczą praktyki i ćwiczeń wojskowych w latach 1938-1939 po ukończeniu Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu.

    [1938]

    Razem z Andrzejem Żółtowskim otrzymaliśmy przydział do 15. Pułku Ułanów Poznańskich. W Poznaniu cieszył się on uznaniem, a przed kościołem OO Franciszkanów przy ul. Nowej stał poświęcony mu pomnik. Kompozycja nawiązywała do wizerunku św. Jerzego, który przebija włócznią leżącego na ziemi smoka. Nie darmo żurawiejka pułku głosiła:
    Bolszewicką krwią zbroczony,
    to piętnasty pułk czerwony.
    Lance do boju, szable w dłoń,
    bolszewika goń, goń, goń.
    Za walki na Białorusi w 1919 i 1920 roku pułk otrzymał 23 IV 1921 roku z rąk Marszałka Piłsudskiego order Virtuti Militari; wśród trzydziestu ośmiu pułków kawaleryjskich był jednym z czterech, które zdobyły to wysokie odznaczenie.

    Pierwszym dowódcą był w 1918/19 roku. ppor., potem mjr, Józef Lossow z Gryżyny, najbliższy sąsiad naszego rodzinnego Czacza. Mój ojciec cenił go bardzo za prawy charakter. Gdy pułk okrzepł, dowództwo przeszło w ręce zawodowych oficerów. Pierwszym był ppłk Władysław Anders, drugim – płk Gwido Poten, były oficer austriacki, który z całym przekonaniem stał się Polakiem; trzecim – płk Stanisław Grzmot-Skotnicki, jeden z siedmiu założycieli kawalerii w Legionach. W 1937 dowództwo przejął ppłk Tadeusz Mikke, człowiek dbały o dyscyplinę we wszystkich dziedzinach. Zginął, podobnie zresztą jak Grzmot-Skotnicki, w czasie kampanii wrześniowej.

    Po ukończeniu podchorążówki mieliśmy krótki urlop, po czym stawiliśmy się w pułku, kwaterującym wtedy w powiecie szamotulskim. Z okresu tzw. koncentracji przed letnimi manewrami najbardziej pozostały mi w pamięci dwie przeprawy przez Wartę.

    Wieczorem zarządzono nocne ćwiczenia w pełnym uzbrojeniu. Gdy zaczęło świtać, znajdowaliśmy się na zalesionym wzniesieniu, u podnóża którego w wąskim korycie płynęła Warta. Znad wody unosiła się mgiełka, mimo to widzieliśmy wyraziście na drugim brzegu płonące ognisko i grzejące się przy nim dowództwo. Scena ta przypominała znane z historii obrazy. Gdy padł rozkaz przeprawy, zaczęliśmy trójkami zjeżdżać do wody. Konie wszedłszy do rzeki, od razu musiały płynąć. Obserwowaliśmy kolejne szeregi zanurzające się w wodę. Kilka koni zaczęło tonąć, na Warcie znajdowała się jednak łódź z ratownikami, ściągali więc ułana do siebie i zabierali do łodzi, koń zaś bez jeźdźca szybko odzyskiwał równowagę. Większość koni opuszcza nisko zadnie nogi, tak że płynie w pozycji prawie pionowej. Najbardziej należy uważać, by woda nie nalała się zwierzęciu do uszu, gdyż wtedy tonie. Najlepiej, gdy jeździec się zsunie i trzymając się grzywy daje się nieść. Pode mną koń zaczął tonąć; zostawiłem go i sam dopłynąłem do brzegu.

    W czasie marszów kwaterowaliśmy zwykle po wsiach, gościnnie przyjmowani przez mieszkańców. Jako sekcyjny, a po pewnym czasie „oficer prawoskrzydłowy”, miałem możność przyjrzeć się ułanom. Imponowało mi ich ogólne wyrobienie. W wielkopolskich pułkach służyli przeważnie chłopcy pochodzący z wschodnich kresów Polski. Czytania i pisania uczyli się w wojsku. Wymagano od nich, by byli zawsze umyci, ogoleni, by utrzymywali wszystko dookoła siebie w nienagannym porządku i czystości. W obecności podoficera nie wolno im było kląć. Po roku służby można było zlecić im różne prace gospodarcze i liczyć, że solidnie je wykonają. Służba trwała pełne dwa lata.

    W pierwszych tygodniach ćwiczeń ułani dali mi niezapomnianą lekcję. Po długim marszu w upale i kurzu zajechaliśmy do jakiejś wsi i wskazano mojej sekcji wyznaczoną zagrodę. Widząc, że jesteśmy zmęczeni i spragnieni, poprosiłem gospodynię o coś do picia. Wyniosła zaraz duży dzban kwaśnego mleka. Zaprosiłem moich pięciu ułanów, by przyszli i napili się. Zawstydziła mnie ich odpowiedź: „Ależ, panie podchorąży, my nie możemy. Trzeba wpierw konie napoić, dać im siana, potem wyczyścić, dać im owsa, wyczyścić rzędy, a dopiero potem możemy pić”. Zaimponowała mi postawa tych wiejskich chłopców, dla których służba w kawalerii była prawdziwą szkołą życia.

    17 września 1938 roku zakończyła się moja „praktyka” w pułku. Z Poznania wybrałem się na Jasną Górę, by podziękować Matce Bożej, że ta służba, która zapowiadała się niefortunnie, skończyła się pomyślnie.

    Tymczasem na horyzoncie gromadziły się chmury. Niemcy zajęły Sudety, Węgry, Ruś Zakarpacką, a Polska Zaolzie. Niektórzy koledzy z Grudziądza, mający przydziały do pułków stacjonujących na granicy z Niemcami, nie zostali zwolnieni do cywila. Mnie czekały zasadnicze decyzje życiowe i rozpoczęcie praktyki rolniczej w Niechanowie.

    [1939]

    Niespodziewanie w końcu kwietnia [1939] otrzymałem wezwanie do pułku na ćwiczenia wojskowe rozpoczynające się 1 maja. 15. Pułk Ułanów stacjonował w Poznaniu przy ul. Grunwaldzkiej. Najpierw pojechałem do rodzinnego domu w Czaczu po mundur. Panowała śliczna, ciepła pogoda. Moja Matka powiedziała mi: „Weź aparat i fotografuj to wszystko dookoła, bo z tego nic nie zostanie”. Porobiłem trochę zdjęć, najlepsze przedstawia starą oficynę, otoczoną kwitnącymi gruszami. Nigdy nie kwitły bujniej niż wówczas, lecz i dla nich zbliżał się koniec – nie przetrzymały mroźnej zimy 1940 roku.

    Nazajutrz zameldowałem się w pułku. Myślę, że dziś większość czytelników nie wie, jak wyglądały takie ćwiczenia. Nasz pułk niedawno otrzymał nowego dowódcę. Na miejsce płk. Konrada Zembrzuskiego, który podobno trochę rozpuszczał oficerów, mianowany został ppłk Tadeusz Mikke, oficer służbisty i wymagający. Zajęcia zaczynały się o godz. 7 rano i trwały z przerwą obiadową do 16. Po 16 oficerowie ćwiczyli ujeżdżanie koni lub władanie białą bronią – przygotowując się do eliminacji w brygadzie przed mistrzostwami Polski w „Militari”. Była to ciężka próba odpowiadająca dzisiejszemu Wszechstronnemu Konkursowi Konia Wierzchowego – WKKW, dochodziło do tego władanie białą bronią, – szablą i lancą oraz strzelanie w pełnym galopie z pistoletu do manekinów. Uczestnicy konkursu stawali pierwszego dnia do próby na ujeżdżalni, drugiego do biegu przeszkodowego w terenie na trasie 36 km. Trzeciego dnia odbywał się konkurs hippiczny. Jeźdźcy i konie tak byli wówczas zmęczeni, że z trudem przechodzili przez tę próbę. Po raz pierwszy w życiu miałem okazję widzieć pracę oficerów i bardzo mnie to interesowało. W poprzednim roku nasz pułk zdobył zespołowo pierwsze miejsce w polskiej armii.

    Stosunek podoficerów do odbywających praktyki i ćwiczenia podchorążych nie zawsze był życzliwy. Dopiero przez osobisty kontakt zyskiwało się ich sympatię. Zwłaszcza kaprale odnosili się do nas z rezerwą, czasem z niechęcią. Zazdrościli podchorążym łatwości w zdobywaniu – dzięki posiadaniu matury – stopni wojskowych. Kapral w służbie czynnej musiał przejść normalną dwuletnią służbę i twardą szkołę podoficerską. Potrzebował czterech lat, by zostać pełnym kapralem. Matura wojskowa była dostępna dla wachmistrzów, lecz nauka, przy równoczesnym pełnieniu służby, przekraczała na ogół ich możliwości. Znałem kilku oficerów, którzy tego dopięli, lecz pamiętam wybitnych starszych wachmistrzów, którym się to nie udało.

    W pierwszych dniach maja, po udziale w defiladzie na 3 Maja, cały pułk wyruszył na poligon do Biedruska pod Poznaniem. Położony na terenie dawnego majątku niemieckiego poligon przedstawiał się dość malowniczo. Rozległe łąki urozmaicone niewielkimi kompleksami lasów. W części zamieszkanej stały murowane baraki, rozrzucone na sporej przestrzeni, stajnie, kasyno oficerskie i kaplica. Na uboczu znajdowały się koszary stacjonującego tam 7. Pułku Strzelców Konnych. Miałem okazję przyjrzeć się ćwiczeniom oficerów z tego pułku we władaniu białą bronią. Rąbanie łóz, czyli ścinanie szablą w pełnym galopie pionowo w stojakach ustawionych prętów łoziny szło im znakomicie. Wkrótce w eliminacjach do ogólnopolskich mistrzostw zespół 7. Pułku Strzelców Konnych zdobył pierwsze miejsce indywidualnie i zespołowo, wywołując ogólne zdziwienie, gdyż pułk był w brygadzie Kopciuszkiem w konkurencji z pozostałymi. Wspominam o tym celowo, by podkreślić znaczenie najwyższego przełożonego w dużym zespole ludzkim.

    W 7. Pułku Strzelców Konnych przed rokiem zmienił się dowódca. Na miejsce dobrodusznego, lecz niezbyt wymagającego pułkownika mianowano jego zastępcę, zdolnego i kompetentnego oficera. Pułk się odrodził. Sukces na zawodach był zewnętrznym tego wyrazem, lecz udział w kampanii wrześniowej dał jeszcze pełniejsze świadectwo. Pułk walczył nadzwyczaj ofiarnie i stracił 65% oficerów. Do Warszawy doprowadził go oficer rezerwy, gdyż wszyscy oficerowie zawodowi byli ranni. Takie są fakty.

    Ćwiczenia w Biedrusku stały się dla mnie okazją do poznania etatowego dowódcy mego plutonu, por. Romana Rożałowskiego. Roman Rożałowski – syn polskiego oficera w służbie carskiej, absolwent Korpusu Kadetów – był oficerem z powołania. Po ojcu odziedziczył krótką szablę kozacką, która doskonale mu służyła podczas zawodów. Jako drugi wicemistrz polski w „Militari” otrzymał w nagrodę swoją klacz służbową na własność. Zachowałem w pamięci jego kulturę w stosunkach z ludźmi, bezpośredniość i kontakt z ułanami, którzy bardzo go lubili. Pamiętam moment w naszej współpracy, gdy przed końcem zajęć podoficer zawołał: „A teraz wszyscy idą zbierać konwalie dla narzeczonej pana porucznika!” Ułani jak jeden mąż rzucili się do roboty i po chwili przynieśli potężny bukiet.

    Mój dowódca plutonu miał zdrowy sąd i doświadczenie w sprawach kierowania ludźmi. Zbliżała się wizytacja pułku przez gen. Romana Abrahama, dowódcę Brygady Wielkopolskiej. Gen. Abraham znany był z temperamentu i bezpośredniości w obcowaniu z innymi. Dał się poznać w 1918 roku podczas obrony Lwowa jako dowódca szwadronu i w czasie walk na Kresach Rzeczypospolitej. Był raczej typem doskonałego partyzanta niż sztabowca. W niczym nie przypominał swego ojca, znanego profesora prawa kanonicznego na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Mnie, niedoświadczonemu, wydawało się, iż najlepiej zaprezentuje się szwadron pierwszy, dowodzony przez znanego z sukcesów na torze wyścigowym mjr. Władysława Bobińskiego, oficera bardzo wymagającego. Szwadron był doskonale wyszkolony, oba plutony miały dobrych dowódców. Por. Rożałowski, słysząc moje uwagi, roześmiał się: „Zobaczy pan, że będzie odwrotnie!” Izaczął wyjaśniać, że jeśli szkoli się jakąś grupę ostrością i surowością, jak jego zdaniem było w I szwadronie, to w decydującej chwili najlepiej wyszkoleni zawodzą. Nie dowierzałem mu jednak.

    Wizytacja zaczęła się od I szwadronu. Okazało się, że por. Rożałowski miał rację. Na pokazie władania szablą nastąpiło załamanie, ułani zawiedli na całej linii. Przyszła pora na nasz, III szwadron, uchodzący za „rozpuszczony”. Ani obaj porucznicy, ani dowódca, rtm. Czesław Małachowski, nie stosowali ostrych środków. Zgodnie z programem czekało nas strzelanie. Szwadron uzyskał najlepszą ocenę. „Widzi pan!” – rzucił mi wtedy por. Rożałowski. Ciekawy szczegół dotarł do mnie na temat ułana Błaszczyka, cichego i skromnego chłopca, który uzyskał najwyższą liczbę punktów: „On całą noc się modlił” – mówili koledzy.

    Przegląd pułku skończył się i z całą kadrą poszedłem na obiad do kasyna oficerskiego. Na progu przywitał gen. Abrahama ppłk Mikke z tacą, na której stały kieliszki, butelka żubrówki i cieniutko pokrajana wędlina. Generał żachnął się i odsunął tacę: „Czy nie wiecie, że na wizytacji nie podaje się wódki?” Pułkownik nie dał się zbić z tropu: „Ależ, panie generale, pan mi nie odmówi kieliszeczka żubrówki i wędliny z dzika mego strzału?” Abraham zmiękł i wypił jeden kieliszek, po czym zaczął opowiadać: „Wracam właśnie z wizytacji 17. Pułku Ułanów w Lesznie. W kasynie widzę ułana ubranego w biały kitel. Mówię im: „Co to za małpa? Niech biegnie zaraz do siebie i zdejmie ten kitel. To jest żołnierz, nie możecie robić z niego kelnera.” I musieli to zrobić”.

    O szczegółach wizytacji w Lesznie dowiedzieliśmy się od kogoś z otoczenia generała. Abraham polecił zatrąbić na alarm. Gdy pułk stawił się na placu konno i w uzbrojeniu, polecił szwadronom galopować dookoła placu, a sam stał i patrzył. Po dziesięciu minutach konie okryły się potem, w końcu pianą. Mówiono, że są przekarmione, i dowódca brygady chciał się przekonać o ich wytrzymałości. Pułk miał wkrótce okazję wykazania się podczas marszu na odsiecz Warszawie. Za zwycięskie starcie pod Walewicami został odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Można to było uznać jako odwet za złośliwą żurawiejkę, ułożoną w 1920 r. na tę jednostkę: „Czy to świta, czy to dnieje, „Siedemnastka” zawsze wieje”.

    Wszystkie trzy pułki Wielkopolskiej Brygady kawalerii poniosły ciężkie straty w czasie kampanii wrześniowej, również i nasza „Piętnastka”. Zginął jej dowódca, ppłk Mikke, oraz kilku oficerów, inni byli ciężko ranni.

    Ćwiczenia miały się ku końcowi, gdy któregoś dnia zebrano podchorążych i powieziono ciężarówką do Pamiątkowa pod Poznaniem. Wyszliśmy tam na wzniesienie, skąd rozpościerał się rozległy widok na okolicę. Był z nami mjr Władysław Bobiński, który miał przeprowadzić egzamin z terenoznawstwa i dowodzenia. Wyciągnęliśmy mapy i staraliśmy się ustalić nasze położenie. Major zaczął rzucać pytania w rodzaju: „W której wsi znajduje się wieża kościelna?”. Przed nami leżało parę osiedli i więcej niż jedna wieża.Ustalenie, o którą chodzi, nie było łatwe. Wciąż padały podobne pytania.

    Dowiedzieliśmy się później, że ten egzamin stanowił jeden z elementów naszego awansu na podporuczników. Na szczęście, przed mobilizacją zdecydowano wstrzymać nadania ze względu na zapotrzebowanie na kadry podoficerskie. Wielu podchorążych zawdzięczało temu, że nie znalazło się w Katyniu.

    Żegnając się z oficerami i podchorążymi po zakończeniu ćwiczeń 15 czerwca wyznaczyliśmy sobie rendez-vous na wojnie. I to, niestety, okazało się trafne.

    Michał Żółtowski z Lasek

    Laski, maj 2001 r.