Tag: Nr 30-31

  • Lektury warte polecenia

     


    Redakcja prosi Czytelników o nadsyłanie opisów bibliograficznych i szerszych omówień publikacji zasługujących ich zdaniem na umieszczenie w tej rubryce.

     

    Proponowana forma opisu bibliograficznego: bibliografia adnotowana – opis bibliograficzny złożony z opisu bibliograficznego zasadniczego – określającego w ustalonej kolejności cechy publikacji – autora, tytuł, ew. tłumacza, wydawcę (nazwa), miejsce, rok, liczbę stron, ilustracje, indeksy itp., uzupełnionego adnotacją – dodatkowymi informacjami, wyjaśniającymi temat i zawartość, poglądy autora, czasami ze spisem treści i omówieniem innych cech charakterystycznych, z ew. analizą utworu. Dobrze jest podać również tytuły innych prac, np. recenzji dotyczących tematu, bądź publikacji.


      M. Tarnawska, "Wspomnienia"Maria Tarnowska, Wspomnienia, przekład z języka angielskiego Iwona Zofia Żółtowska, posłowie, przypisy, indeks Andrzej L. Żółtowski, Krajowa Agencja Wydawnicza Warszawa 2002, 282 s., il., indeks osób.
    Wspomnienia Marii Tarnowskiej z Czetwertyńskich (1880-1965) obejmują życie autorki od lat dziecinnych w rodzinnym Milanowie na Podlasiu poprzez młodość, małżeństwo z dyplomatą Adamem Tarnowskim (1866-1946), działalność samarytańską podczas I i II wojny światowej, także w Powstaniu Warszawskim. Za swą działalność była więziona na Szucha i Pawiaku (1942-1943), a także w areszcie w Olkuszu (1945). Poważnie zagrożona z przyczyn politycznych opuściła Polskę w 1946. Przerwanie po latach milczenia o M. T. jest zasługą Andrzeja Ludwika Żółtowskiego – siostrzeńca, świadka wielu wydarzeń jej życia, Związku Rodu Tarnowskich i wielu innych życzliwych jej pamięci osób.
    Recenzje: C. Chlebowski, Kapitulacja przed Starą Hrabiną, „Tygodnik Solidarność”, 2002, nr 13, s. 17; R. Jarocki, Pani Wielkiej Miary, „Rzeczpospolita”, 2002, nr 6-7, IV, s. D3; A. K. Kunert, Wspomnienia Marii Tarnowskiej – opinia wydawnicza 2001; M. Radgowski, Twarda Polka, „Nowe Książki”, 2002, nr 6, s. 20; i in. (amż)
      M. Żółtowski, "To wszystko..."Michał Żółtowski, To wszystko działo się naprawdę. Wojsko/Wojna/ „Uprawa – Tarcza”, wstęp Bronisław Komorowski, posłowie Maciej Rudziński, aneks- sylwetki osób Piotr Szymon Łoś, Wydawnictwo Duo – Studio Warszawa 2002, 199 s., il., bibl., indeks osób.
    Autor, ur. 1915, pisze od lat wspomnienia ze swego ciekawego, urozmaiconego życia: dzieciństwa w Lozannie i wielkopolskim rodzinnym Czaczu, młodości w Poznaniu (Gimnazjum im. K. Marcinkowskiego 1933), Lwowie (Wydział Prawa UJK 1937), Grudziądzu (Szkoła Podchorążych Rezerwy Kawalerii- 1938), w wojsku i na wojnie (15. Pułk Ułanów 1938-1939), ponownie o Lwowie (niewola i okupacja sowiecka, zielona granica – 1939), Generalnej Guberni (Lubelszczyzna, Minoga: AK, „Uprawa – Tarcza” – 1940-1944) i o dalszych latach w PRL i III RP.
    Wydany tom obejmuje lata 1938-1944, znaleźć tam można wiele scen z życia młodego pokolenia Polaków w wojsku, wojnie 1939 roku, niewoli sowieckiej, życia codziennego i walki konspiracyjnej AK. Dodatkowym walorem książki są informacje o „Uprawie – Tarczy” – organizacji mało znanej, czekającej jeszcze na pełne opracowanie. Autor też nad tym pracuje.
    Fragmenty wspomnień M. Ż. publikowane były w „Kwartalniku Rodu Żółtowskich” w latach 1997-2001: nr 15, s. 7-9; 25, s. 4-6; 26, s. 10-12; 27, s. 10-11. (amż)
      S. Uruski, "Herbarz szlachty polskiej"Seweryn Uruski, Rodzina, Herbarz szlachty polskiej, oprac. przy udziale Amilkara Kosińskiego i Aleksandra Włodarskiego, t. 1- -15 Warszawa 1904-1931.
    Reprint całości: Wydawnictwo Heroldium w 16 tomach, Poznań 1994-2002.
    Herbarz niedokończony – doprowadzony do nazwiska Rzyszko; t. 16 reprintu zawiera 6 zeszytów uzupełnień wydanych przez A. Włodarskiego w l. 1932-1938. Oparty głównie na aktach legitymacji szlacheckich w Królestwie Polskim (Kongresowym) i Guberniach Zachodnich Cesarstwa Rosyjskiego. Informacje z innych źródeł wzbudzają wiele zastrzeżeń- patrz: W. Dworzaczek, Genealogia, t. 1, Warszawa 1959, s. 122-123. (amż)
      "Ziemiaństwo na Lubelszczyźnie"Ziemiaństwo na Lubelszczyźnie, Materiały sesji naukowej zorganizowanej w Muzeum Zamoyskich w Kozłówce 8-9 czerwca 2000, oprac. Róża Maliszewska, Muzeum Zamoyskich w Kozłówce 2001, 326 s., il., indeks miejscowości, indeks osób.
    24 referaty i komunikaty, m.in. A. Kuprukowniak, Dobra ziemskieMilanów, (s. 199-213)- w roku 1931 znalazły się one w kręgu własności rodziny Żółtowskich. Cenna biblioteka milanowska- zniszczona w latach II wojny światowej- jest przedmiotem opracowania autorstwa Andrzeja Ludwika Żółtowskiego (referat na sesji naukowej w czerwcu 2002 r.), oczekującego na publikację w kolejnym tomie Materiałów. (amż)
      K. Lanckorońska, "Wspomnienia wojenne 22 IX 1939 - 5 IV 1945"Karolina Lanckorońska, Wspomnienia wojenne 22 IX 1939 – 5 IV 1945, Słowo wstępne Lech Kalinowski i Elżbieta Orman, Wydawnictwo Znak, Kraków 2001, 362 s., aneksy, słowniczek osób, spis ilustracji, indeks osób.
    Pasjonujący opis działalności okupacyjnej dzielnej i mądrej kobiety. O tym, jak człowiek wielkiego ducha przezwycięża ostateczne trudności i o tym, jak wychowana w kosmopolitycznym środowisku arystokratka pozostaje polską patriotką w warunkach więzień i obozu koncentracyjnego. (ib)
      Marion Doenhoff, Nazwy, których już nikt nie wymienia, przekład Grzegorz Supady, posłowie Leszek Żyliński, Wspólnota Kulturowa Borussia, seria „Odkrywanie Światów”, Olsztyn 2001, 166 s., il., indeks miejscowości, indeks osobowy.
    Z noty wydawcy o Autorce: „Ur. 1909 we Friedrichstein pod Królewcem. W Prusach Wschodnich spędziła dzieciństwo i młodość […] W twórczości publicystycznej od początku najważniejszymi motywami stały się problemy Europy Wschodniej, pojednania polsko-niemieckiego, spuścizny przeszłości pruskiej […] z pełną świadomością utraty jakże bliskich stron rodzinnych jako konsekwencji drugiej wojny światowej […] W 1991 otrzymała tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu”.
    Obszerną biografią M. D. jest publikacja Alice Schwarzer, Marion Donhoff. Życie pod prąd, wyd. polskie: Twój Styl, Warszawa 1999, 277 s., il., obszerny wybór tekstów M. D.] (amż)
      "Ziemianie polscy XX wieku", część 1Ziemianie polscy XX wieku, Słownik biograficzny, część 1, red. Janina Leskiewiczowa i kom. red., Wydawnictwo Arbor – DiG, Warszawa 1992, XVI + 190 s., il., indeks nazwisk.
    Słownik przedstawia życiorysy ziemian – właścicieli i administratorów majątków ziemskich w granicach Polski przedrozbiorowej, żyjących w XX wieku, widzianych oczyma swych najbliższych. Słownik ma układ holenderski – każda część może obejmować nazwiska od A do Ż. Łącznie w wydanych dotychczas 6 częściach Słownika opublikowano ok. 900 życiorysów, ilustrowanych niejednokrotnie unikalnymi fotografiami. Redakcja Słownika prosi o nadsyłanie uzupełnień i sprostowań, które publikowane będą w następnych częściach.
    [W cz. 1. m.in. życiorysy: Henryka Żółtowskiego (1870-1937) z Głuchowa, Jana Żółtowskiego (1871-1946) z Czacza, Jerzego Żółtowskiego (1911-2002) z Czacza, Michała Żółtowskiego (ur. 1915) z Czacza, Juliana Żółtowskiego (1916-1944) z Czacza, Adama Żółtowskiego (1881-1958) z Niechanowa, i Janiny z Puttkamerów Żółtowskiej (1889-1969) żony Adama j. w.]
      "Ziemianie polscy XX wieku", część 2Ziemianie polscy XX wieku, Słownik biograficzny, część 2 red. Janina Leskiewiczowa i kom. red., Wydawnictwo DiG Warszawa 1994, XIII + 171 s., il., indeks nazwisk, wykaz życiorysów w cz. 1 i 2.
      "Ziemianie polscy XX wieku", część 3Ziemianie polscy XX wieku, Słownik biograficzny, część 3 red. Janina Leskiewiczowa i kom. red., Wydawnictwo DiG Warszawa 1996, XX + 218 s., il., indeks nazwisk, wykaz życiorysów w cz. 1-3, sprostowania i uzupełnienia do cz. 1 i 2.
      "Ziemianie polscy XX wieku", część 4Ziemianie polscy XX wieku, Słownik biograficzny, część 4 red. kom. red., Wydawnictwo DiG Warszawa 1998, XX + 204 s., il., indeks nazwisk, wykaz życiorysów w cz. 1-4.
    W cz. 4 m.in. życiorysy: Stanisława Żółtowskiego (1849-1908) z Niechanowa, Leona Żółtowskiego (1877-1956) z Niechanowa, Władysława Leona Jana Żółtowskiego (1910-1940) z Niechanowa i Pawła Żółtowskiego-Cieszkowskiego (1889-1985) z Niechanowa.
      "Ziemianie polscy XX wieku", część 5Ziemianie polscy XX wieku, Słownik biograficzny, część 5, red. Janina Leskiewiczowa i. kom. red., Wydawnictwo DiG Warszawa 2000, XV + 227 s., il., indeks nazwisk, wykaz życiorysów w cz. 1-5, sprostowania i uzupełnienia do cz. 1-4.
    "Ziemianie polscy XX wieku", część 6 "Ziemianie polscy XX wieku", część 6Ziemianie polscy XX wieku, Słownik biograficzny, część 6, red. Janina Leskiewiczowa i kom. red., Wydawnictwo DiG Warszawa 2002, XIV + 225 s., il., wykaz życiorysów cz. 6, indeks nazwisk, sprostowania i uzupełnienia do cz. 4 i 5.
    W cz. 6 m.in. życiorysy: Marcelego Żółtowskiego (1850-1925) z Godurowa, Benedykta Sykstusa Żółtowskiego (1902-1982) z Godurowa, Marcelego Teodora Żółtowskiego (1900-1940) z Jarogniewic i Głuchowa, Bolesława Podhorskiego (1896-1979) (po nim wnuczka Zofia Szlenkierówna zamężna za Janem Żół- towskim, synem Benedykta z Godurowa, i ich dzieci), Jana Rostworowskiego (1897-1975) (córka Teresa zamężna za Jerzym Żółtowskim z Czacza, i ich dzieci). (amż)
    S. Żółtowski, "Zodiak poetycki" S. Żółtowski, "Zodiak poetycki"Stefan Żółtowski, Zodiak poetycki, wydanie I, przedsłowie Rajmunda Piesiaka (Adamieckiego), ilustracje Stefana Żółtowskiego, Wyd. NONPAREL, Częstochowa 2002, 30 s., il.
    Kolejny tom poezji z impresjami na temat Zodiaku. Poza poezją autor uprawia twórczość w dziedzinie fantastyki. Przygotowuje autobiografię pt. Według Fantasy. W „Kwartalniku” drukujemy jego wiersze, także w bieżącym numerze. (amż)
  • Materiały źródłowe do historii Rodziny Żółtowskich (część 5)


    Andrzej Mieczysław Żółtowski

    Cmentarz rzymskokatolicki przy ul. Lipowej w Lublinie

    Cmentarz otwarto w 1811. Pierwotnie niewielki – ok. 1,5 ha – powiększany był wielokrotnie. Obecnie ma powierzchnię 12 ha. Jest cmentarzem zamkniętym – pochówki odbywają się jedynie do istniejących grobów. Od 1985 ma status zabytku. W sąsiedztwie położone są cmentarze: prawosławny, ewangelicki i wojskowy.

    Na cmentarzu znajduje się wybudowana w 1836 kaplica pw. Wszystkich Świętych. Należy do parafii pw. Nawrócenia św. Pawła. Kancelaria cmentarza dysponuje aktami od 1872 (ul. Lipowa 16).

    Poniżej podano teksty inskrypcji na grobach członków rodziny Żółtowskich, odnalezionych na podstawie danych z kancelarii cmentarza (za lata 1900-2002) i wizji lokalnej w lipcu 2002 roku.

    Wybrana bibliografia cmentarza:

    • Ostrołęcki S., Cmentarz parafialny rzymskokatolicki w Lublinie, Warszawa 1902.
    • Gmiter M., Kotowski B., Laskowska B., Popek L., Cmentarz rzymskokatolicki przy ul. Lipowej w Lublinie, KAW, Lublin 1990, 132 s. + 28 il. + plan, indeksy, bibl.
    • Ks. Zahajkiewicz M., Diecezja Lubelska. Informator historyczny i administracyjny, Wyd. Kurii biskupiej, Lublin 1985; 493 s. + mapa.

    Teksty inskrypcji na grobach

    sektor 15 – grób 121 [grobu nie odnaleziono, prawdopodobnie już nie istnieje]
    JANINA ŻÓŁTOWSKA, zm. 10.11.1902 w wieku 7 tygodni

    sektor 1/III – grób 344 [grobu nie odnaleziono, prawdopodobnie już nie istnieje]
    LEON ŻÓŁTOWSKI, zm. 26.12.1912 w wieku 6 lat i 6 miesięcy

    sektor 11 – rząd 15 [?] – grób 481 [grobu nie odszukano]
    KAZIMIERZ ŻÓŁTOWSKI, zm. 29.2.1916 w wieku 7 lat i 6 miesięcy

    sektor 29/II – grób 20 [grobu nie odszukano]
    JAKUB ŻÓŁTOWSKI, zm. 6.1.1933 w wieku 53 lat

    sektor 9 – rząd I – [XII?] – grób 5
    inskrypcja:
    ś. p. / ksiądz STEFAN / ŻÓŁTOWSKI / emeryt, były proboszcz parafii / w Uchaniach, Zemborzycach / i Kijanach ur. 30 VIII 1870 r. / zm. w Lublinie 9 XI 1941 r. / Niech spoczywa w spokoju /

    sektor 24 – rząd IIa – grób 12 [III – 13?]
    inskrypcja:
    ś. p. / mgr EMIL / ŻÓŁTOWSKI / żył lat 66 zm. dn. 6 XII 1951 r. /
    [w tym samym grobie pochowana jest bez inskrypcji żona Emila LUCYNA I v. ŻÓŁTOWSKA II v. ZAKRYŚ, zm. 1979]

    sektor 14 – rząd XX – grób 14
    inskrypcja:
    ŻÓŁTOWSCY / ś. p. / RYSZARD / żył lat 64 / zm. 18 V 1993 r. / WACŁAWA / żyła lat [brak liczby] zm. [brak daty] /
    ś. p. / ROMAN / ŻÓŁTOWSKI / żył lat 74 / zm. 27 VII 1999 r. / Pokój Ich duszy/

    Obelisk pamiątkowy na pl. Narutowicza przed sądami w Płocku

    Na obelisku znajduje się tablica poświęcona prawnikom sądownictwa pomordowanym w czasie II wojny światowej. Wśród kilkunastu osób wymieniony jest ADAM ŻÓŁTOWSKI.

    Wybrana literatura:

    • Nowakowie I. i J., Z dziejów Armii Krajowej w Inspektoracie Płocko-Sierpeckim, Płock, Dom Kultury 1994, s. 84.
    • Jelec A., Polegli na polu chwały. Żołnierze płoccy polegli w Drugiej Wojnie Światowej, Płock, Płockie Tow. Naukowe 2000, s. 63-4: „Żółtowski Adam (Alfons) Członek ZWZ i AK. Członek Delegatury Powiatowej Rządu. Figuruje na tablicy pomordowanych prawników przed Sądami w Płocku”.
    • Krajewski M., Płock w okresie okupacji 1939-1945, Płock – Włocławek 2001, s. 110, 393; fot. 8.

    Liceum Ogólnokształcąceim. marszałka Stanisława Małachowskiego w Płocku

    W holu budynku Liceum znajduje się tablica poświęcona pamięci ofiar II wojny światowej – wychowanków i nauczycieli Liceum. Na tablicy wymieniony jest STEFAN ŻÓŁTOWSKI – absolwent „Małachowianki” z 1938 roku, żołnierz AK, zamordowany w 1944 w Mauthausen.

    Wybrana bibliografia – publikacje:

    • Szymański J., Nauczyciele i wychowankowie Gimnazjum i Liceum im. Marszałka St. Małachowskiego w Płocku – polegli w czasie II Wojny Światowej, „Notatki Płockie” 1980, nr 3, s. 44.
    • Nowakowie I. i J., Z dziejów Armii Krajowej w Inspektoracie Płocko-Sierpeckim, Płock, Dom Kultury 1994, s. 34, 131, 146.
    • Małachowianka – dzieje najstarszej z istniejących polskich szkół, pod red. Wiesława Końskiego, Płock 1995, s. 168, 189.
    • Jelec A., Polegli na polu chwały. Żołnierze płoccy polegli w Drugiej Wojnie Światowej, Płock, Płockie Tow. Naukowe 2000, s. 64.
    • Krajewski M., Płock w okresie okupacji 1939-1945, Płock – Włocławek 2001, s. 90, 253, 289, 394,415, 444, 454, 456.

    Tablica na murze Kościoła pw. św. Stanisława Kostki w Płocku, ul. S. Jachowicza 4

    Fragment inskrypcji:

    „Żołnierze płoccy polegli na Polu Chwały w czasie Drugiej Wojny Światowej
    …4. Pułk Strzelców Konnych Ziemi Łęczyckiej
    plut. pchor. Żółtowski Zbigniew
    …Polegli i pomordowani członkowie podziemnych formacji niepodległościowych
    Żółtowski Adam Alfons
    Żółtowski Stefan”

    Wybrana bibliografia:

    • Krajewski M., Płock w okresie okupacji 1939-1945, Płock – Włocławek 2001, s. 57, 357, fot. 12.

    Cmentarz rzymskokatolicki na Woli w Warszawie

    Cmentarz Wolski w Warszawie założono w 1874 dla mieszkańców Wielkiej Woli (włączonej w 1916 doWarszawy) i sąsiadujących z nią terenów. Ma powierzchnię ponad 12 ha, w 1963 wzniesiono na nim kościół rektorski pw. Św. Grzegorza Wielkiego.

    Akta metrykalne mieszkańców Woli przechowywane są przez:

    • Archiwum Państwowe m. st. Warszawy (Krzywe Koło 7): asc 1808-1825; rzym.-kat. 1825-1901.
    • Archiwum Archidiecezji Mazowieckiej (Świętojańska 8).
    • Urząd Stanu Cywilnego Warszawa Wola (Solidarności 90): rzym.-kat. 1882-1945; asc 1945-2002.
    • Kancelaria parafii Św. Stanisława Biskupa (Bema 73/75): 1886-.
    • Kancelaria parafii Św. Wawrzyńca (Wolska 140a): 1945-.
    • Kancelaria parafii Św. Wojciecha (Wolska 76): 1927-.
    • Kancelaria kościoła rektorskiego na cmentarzu (Wolska 180/182): 1964-

    Wybrana bibliografia:

    • Gajewski M., Urządzenia komunalne Warszawy, s. 401 – Grzebalnictwo.
    • Encyklopedia Warszawy [nowe wydanie], 1994, s. 115.
    • Mórawski K., Warszawskie cmentarze, wyd. 1991, s. 103-108.

    Poniżej przedstawiono zbiór inskrypcji nagrobnych zebranych w latach 1994-1998, odnalezionych na podstawie wizji lokalnej i danych z kancelarii cmentarza. Wobec braku tam dokumentów sprzed 1964, można spodziewać się, że wiele grobów członków rodziny Żółtowskich, na których nie umieszczono inskrypcji, nie zostało wymienionych poniżej.

    Forma zapisu: Nie odwzorowano kroju liter oraz ich rozmieszczenia, oznaczono jedynie podział na wiersze. Dla ułatwienia przeszukiwania tekstu imiona i nazwiska zmarłych podano dużymi literami. By umożliwić prowadzenie ewentualnych szerszych analiz genealogicznych, opisem objęto, obok osób noszących nazwisko Żółtowskich jako rodowe lub nabyte, innych zmarłych, pochowanych we wspólnym grobie. Numerację grobów przyjęto wg danych administracji cmentarza.

    Teksty inskrypcji na grobach

    oznaczenia: / – koniec wiersza; [] – dodatkowe informacje; [?] – tekst nieczytelny;

    Kwatera A – 1 – 41
    ś. p. AGNIESZKA [z GRABOWSKICH] ŻÓŁTOWSKA / ur. 10.2.1862 / zm. 25.4.1907 /
    ś. p. KONSTANTY ŻÓŁTOWSKI / ur. 15.5.1887 / zm. 5.8.1956 /
    ś. p. WANDA [z ŻÓŁTOWSKICH] CHWALIŃSKA / ur. 9.9.1919 / zm. 3.5.1979 /
    ś. p. HENRYK CHWALIŃSKI / ur. 18.3.1920 / zm. 29.4.1980 /
    [bez inskrypcji: ś. p. IRMINA ŻÓŁTOWSKA ur. ok. 1916, zm. 1932]

    Kwatera 5 – 1 – 18
    ś. p. STEFAN ZAŁĘSKI / żył lat 56 zm. 5.12.1963
    MAŁGORZATA [z ŻÓŁTOWSKICH, 1 voto WALCZAK, 2 voto] ZAŁĘSKA / żyła lat 87 zm. 4.5.1990 r. /
    MARIA [z WALCZAKÓW] JAŹWIŃSKA / żyła lat 64 / zm. 29.11.1996 /

    Kwatera 13 – 6 – 6
    Bóg tak chciał /
    ś. p. ZOFIA ŻÓŁTOWSKA / żyła lat 72 / zm. 24.11.1955 r. /

    Kwatera 29 – 8 – 14
    ś. p. DANIELA [STANISŁAWA] ŻÓŁTOWSKA / żyła lat 37 / zm. 28.2.1966 /
    ś. p. WACŁAW ŻMOCH / żył lat 50 / zm. 27.5.1985 /

    Kwatera 50 – 3 – 7
    ś. p. HENRYK ŻÓŁTOWSKI / żył lat 72 / zm. 8. 11.1971 r. /
    TEODOR ŻÓŁTOWSKI / żył lat 53 / zm. 10.9.1979 /
    FRANCISZKA [z d. ŁAJC] ŻÓŁTOWSKA / żyła lat 80 / zm.16.6.1986 /
    ś. p. MODRO ALICJA / zm. 15.8.1990 r. /

    Kwatera 65 – 3 – 4
    ś. p. / KAZIMIERA z ŻÓŁTOWSKICH / JASKUŁA / żyła lat 44 zm. dn. 28 IX 1936 r. /
    KONSTANCJA ŻÓŁTOWSKA / żyła lat 82 zm. 7 VII 1953 r. /
    JANINA [z ŻÓŁTOWSKICH] JASKUŁA / żyła lat 55 zm. 16 V 62 r. /
    LEON JASKUŁA / żył lat 87 zm. 21 IV 81 r. /

    Kwatera 67 – 3 – 30
    ś. p. / JÓZEF / ŻÓŁTOWSKI / żył lat 54 / zm. dn. 21 VII 1939 r. / symbolicznie /
    CECYLIA / ŻÓŁTOWSKA / żyła lat 59 / zm. dn. 4 VII 1944 r. / Kochanym rodzicom Henryk /
    HENRYK / ŻÓŁTOWSKI / żył lat 68 / zm. 26 XII 1993 r. /
    LUCYNA / DOMINIKOWA / z ŻÓŁTOWSKICH / żyła lat 67 / zm. dn. 15 XII 1980 r. /
    KAZIMIERZ DOMINIK / Harcmistrz / zm. dn. 1 VII 1997 r. / [metalowa podobizna Krzyża Harcerskiego]

    Kwatera 79 – 10? – 13 [grobu nie odnaleziono]
    STANISŁAW ŻÓŁTOWSKI zm. 1956

    Kwatera 94 – 5 – 13 [bez inskrypcji]
    STANISŁAW ŻÓŁTOWSKI ur. 23.3.1912 w Warszawie, zm. 10.2.1976

    Kwatera 107 – 6 – 29 [bez inskrypcji]
    KRYSTYNA ŻÓŁTOWSKA ur. 25.12.1924 w Warszawie, zm. 24.12.1964

    Kwatera 109 – 8 – 8?
    ś. p. / ANDRZEJ [LESZEK] / ŻÓŁTOWSKI / 1928 – 1996 /

    Kwatera 113 – 1 – 150
    ś. p. / FILIP [FELIKS?] / ŻÓŁTOWSKI / 1864 – 1940 /
    ADELAIDA [z d. PIETRZYK] / ŻÓŁTOWSKA / 1891 – 1971 / Kochanemu Dziadziusiowi i Mamusi / córka i zięć. /

    Kwatera 115a – 1 – 6
    ś. p. / NATALIA [z d. BULMAN] ŻÓŁTOWSKA / żyła lat 69 zm. dn. 28.4.1973 /
    ś. p. / STANISŁAW ŻÓŁTOWSKI / żył lat 77 / zm. dn. 12.1.1986 r. /

    Prosimy o zgłaszanie uwag i uzupełnień do przedstawionych danych. Niniejsza praca ma na celu przygotowanie materiałów do badań nad historią rodziny i jej członków. Przewiduje się jej stałą aktualizację oraz uzupełnianie i weryfikację informacji. Ostateczna redakcja powinna obejmować: 1) opis, fotografię grobu (ew. walory artystyczne); 2) noty biograficzne zmarłych (ew. informacje o pogrzebie, nabożeństwach i innych formach upamiętnienia zmarłych); 3) bibliografię grobu i zmarłych; 4) w przypadkach dużych grobów wielopokoleniowych – opisy i schematy genealogiczne.

  • Złote gody Edmunda i Heleny Żółtowskich w Szerominie w 1921 roku

    Stefan Żółtowski

    Dziadka Edmunda nie znałem – urodziłem się pięć lat po Jego śmierci. Z opowieści wiem, że był człowiekiem zacnym, pracowitym i dążył do tego, aby jego liczne potomstwo uzyskało wykształcenie. Wszyscy synowie odbyli studia wyższe, oprócz mego ojca, który ukończył Szkołę Rolniczą w Dublanach – późniejszy Wydział Rolny Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.

    Dziadek Edmund jako czterdziestoletni człowiek stracił wzrok z powodu wadliwej szczepionki. Było to straszne dla rolnika, który tak kochał wieś i pracę na łonie przyrody. Ojciec mój twierdził, że Dziadek, nie widząc, potrafił innymi zmysłami chłonąć piękno przyrody i wspaniale z nią obcować. Kochał konie i pomimo że nie widział, lubił jazdę konną, oczywiście w towarzystwie jednego z synów.

    Babkę Helenę pamiętam doskonale – mieszkała w majątku mego Ojca i często Ją odwiedzaliśmy. Żyła osiemdziesiąt dziewięć lat w dobrym zdrowiu, mając dobrą pamięć o swojej jakże licznej rodzinie – siedem córek i pięciu synów.

    Dziadkowie leżą na cmentarzu w Płońsku. Często odwiedzam ich grób, gdyż będąc od dawna na emeryturze, podjąłem się pracy dwa razy w tygodniu w szpitalu w Płońsku. Jednym z fundatorów tego szpitala był mój Ojciec – może moja praca teraz byłaby po jego myśli. Mazowsze kolebką Rodu Żółtowskich – trzeba do niej wracać.

    Emil i Stanisława Żółtowscy w gronie potomnych
    Złote Gody moich Dziadków, Edmunda i Heleny Żółtowskich obchodzone w majątku Szeromin w 1921 roku.
    zbiory autora

    Jubilaci:

    • Helena Marianna z Mystkowskich (1853-1943) córka Mikołaja i Konstancji ze Zwidzkich
    • Edmund Ignacy Żółtowski (1842-1923) syn Adama Franciszka

    Stoją od lewej:

    • syn Józef Marian (1883-1974), absolwent Instytutu Elektrotechnicznego w Petersburgu, dyrektor Okręgu Poczt i Telegrafów w Warszawie, właściciel majątku Pstrokonie k. Piotrkowa Tryb.
    • Romana z Woynów (moja Matka) (1894-1968), żona Stefana Juliana
    • syn Stefan Julian (mój Ojciec) (1879-1953), absolwent Szkoły Rolniczej w Dublanach, późniejszegoWydziału Rolnego Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie, właściciel majątków: Kraśniewo, Sobowo i Szeromin
    • syn Kornel Stanisław (1874-1945), absolwent Instytutu Chemii w Charlottenburgu k. Berlina, właściciel majątku Arcelin i Sokolniki oraz fabryki barwników w Pruszkowie
    • córka Helena Teodozja Rymgayłło (1892- po 1945)
    • Bolesław Rymgayłło, mąż Heleny, oboje farmaceuci, z Zamościa
    • córka Jadwiga Napiórkowska (1884-1941?), żona Stanisława, właściciela majątku Siedlin
    • wnuk Kazimierz Żółtowski (1905-1970), syn Władysława Adama, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, członek korporacji „Aquilonia”, do 1945 wybitny działacz Akcji Katolickiej, żołnierz AK, poszukiwany przez UB opuścił kraj w 1948, działał na emigracji w Paryżu

    Siedzą od lewej:

    • córka Irena Sokół (1894-1964), lekarz stomatolog, żona Franciszka Sokoła – Komisarza Rządu w Gdyni
    • córka Janina Tordy (1896 – ?) lekarz stomatolog, żona N. Tordy, chemika narodowości węgierskiej
    • Feliks Pniewski, właściciel majątku Golub, mąż córki Zofii
    • córka Zofia Pniewska (1881 – ?), żona Feliksa
    • Jubilaci – Edmund i Helena
    • prawdopodobnie matka Kamili Przybojewskiej, żony Władysława Adama
    • syn Władysław Adam (1865-1925), dr chemii, wykładowca chemii i farmakologii Instytutu Weterynarii, właściciel majątku Chociszewo i Miączyn oraz apteki w Warszawie
    • Kamila z Przybojewskich (1878-1960), żona Władysława Adama
    • syn Jan Antoni (1875-1949), dr medycyny, absolwent Wydziału Medycyny Uniwersytetu Warszawskiego

    Siedzą na trawie od lewej:

    • wnuk Zbigniew Pniewski syn Zofii i Feliksa
    • wnuczka N. Pniewska córka Zofii i Feliksa
    • Janusz Żółtowski (1903-1969), syn Jana Antoniego, późniejszy dyplomata, radca finansowy Ambasady RP w Waszyngtonie, sygnatariusz w imieniu Polski Deklaracji ONZ w San Francisco
    • wnuczka Halina (1909-1982), córka Władysława Adama
  • Marceli Żółtowski z Godurowa oraz jego rodzina i domownicy

    Izabela Broszkowska

    W Godurowie 1894 r. / zbiory autorki

    Zdjęcie zrobione zostało na schodach przy bocznym wejściu do dworu w Godurowie. Fotograf K. Grzeszkowiak przyjechał specjalnie w tym celu z Poznania. Było to w lecie 1894 roku, po śmierci ojca Marcelego – Franciszka. Żona Marcelego, Ludwika, jest w czarnej sukni i kapeluszu z czarną wstążką, a córki mają ciemne sukienki.

    Do fotografii, pozowanej pewnie długo i starannie, zgromadziła się cała rodzina i domownicy. Widzimy więc Marcelego u góry po lewej stronie w meloniku, przy nim ulubiony drugi z kolei syn Stefan. Najstarszy syn Andrzej stoi z łukiem w ręku. Trzy dziewczynki to Rózia, Liza i Marysia.

    Marysia jest po szkarlatynie i ma z tego powodu króciutko obcięte włosy. Na kolanach u Mamy, Ludwiki, siedzi syn Franek ubrany wedle zwyczaju jak dziewczynka. Za Ludwiką stoi w białej bluzce jej „prawa ręka”, Padyńcia, czyli pani Adamska, wychowawczyni dzieci. Nad Padyńcią stoi bona Francuzka, a nad nią w stroju ludowym piastunka Franka, obok niej zaś służąca o zapomnianym imieniu. Na ziemi, trochę z boku, stoi również w stroju ludowym, ale boso, najniższa w hierarchii domowej osoba – niemowa, praczka Kłopotowska, a łysawy pan w okularach to Niemiec, nauczyciel Jędrka i Stefana.

    Nie ma tu jeszcze czworga dzieci Marcelego i Ludwiki – Ludwika, Jana, Iny i Benedykta (mojego Ojca). Nie było ich wtedy na świecie.

    Rzadko spotyka się, aby na tego rodzaju rodzinnej fotografii znajdowały się również służące i praczka. Myślę, że można z tego wysnuć różne sympatyczne opinie o moim dziadku i babci.

    Na zakończenie trzeba dodać, że jak to często bywało w tym pokoleniu Polaków, żaden z obecnych na zdjęciu synów Marcelego i Ludwiki nie umarł własną śmiercią. Stefan zginął w wojsku pruskim w 1914 pod Verdun, Andrzej w 1941 w Oświęcimiu, a Franciszek w 1944 w Powstaniu Warszawskim.

    Na tym zdjęciu jednak nic nie zapowiada tych tragicznych losów – jest spokojne lato 1894 roku.

  • Moje wczasy we wsi Siedliska-Bogusz

    Michał Żółtowski

    Wieś Siedliska-Bogusz mal. Michał Żółtowski / arch. red.

    W roku kalendarzowym większości ludzi wczasy odgrywają szczególną rolę. Dają okazję do poznania ciekawych ludzi, nieznanych dzielnic kraju i oddawania się zajęciom, na które w ciągu roku nie znajdowało się czasu. Pracując w szkole, miałem zwykle dwa miesiące letnich wakacji.

    W lipcu 1964 roku znalazłem się w dużej, gospodarskiej wsi dawnego zaboru austriackiego, niedaleko Jasła. Historyczna przeszłość wycisnęła swe piętno na wszystkich ziemiach polskich, pozostawiając ślady rządów państw zaborczych. Do miejscowości o dziwnej nazwie Siedliska-Bogusz, gdyż składa się z dwóch złączonych ze sobą wiosek, trafiłem dziwną drogą. Namówiła mnie na to pani Munkowa, żona znanego reżysera filmowego. Kiedyś z zespołem kolegów ze studiów i pod wodzą profesora socjologii udała się tam, by prowadzić wśród ludności wywiady na temat Jakuba Szeli, rodem z Siedlisk.

    Zamiarem profesora było opracowanie zbiorowe, mające gloryfikować krwawego przywódcę „rabacji”. Akcja ta spełzła na niczym, gdyż okazało się, że współcześni mieszkańcy wsi wcale nie są dumni, lecz raczej wstydzą się legendarnego prowodyra. W rodzinie Wójcików, do której skierowała mnie pani Munkowa, żyła podówczas matka pani domu, która go jeszcze pamiętała. Przybywając tam w kilka lat później, nie byłem jednak pewny nastawienia państwa domu i wolałem nie zaczynać pierwszy delikatnego tematu. Wszystko zależało od tego, jakie świadectwo o Szeli dała nieżyjąca już babka. Do tej sprawy wrócę na końcu.

    Miałem natomiast okazję zetknąć się bliżej z życiem wsi. Pan Wójcik był sołtysem, jego żona pracowała do niedawna w urzędzie gminnym, jej siostra w wiejskim sklepie. Dwóch synów chodziło do szkoły, więc tematów nie brakowało. Do sołtysa przychodzono z różnymi sprawami. Zaraz z rana wstąpił ktoś z wiadomością, że podczas pracy w polu koń kopnął jednego z sąsiadów i stan jego jest poważny. Wkrótce cała wieś o tym wiedziała i widziałem, jak przejmowano się tym nieszczęściem.

    Od pani domu dowiedziałem się, że dopiero co odbył się pogrzeb dziewczynki zabitej przez piorun. Zgodnie z ludowym zwyczajem próbowano ją ratować, zakopując w ziemi, lecz to nie pomogło. Potem rozmowa zeszła na niedawno ukończoną elektryfikację wsi. Kosztowało to poszczególnych właścicieli domów niemało pieniędzy, lecz przyniosło też wielkie korzyści: chroniło przed tak częstym na wsi zaprószeniem ognia w budynkach gospodarczych, zapewniało dobre światło w domu, napęd elektryczny do sieczkarni itd. „Ale – mówiła moja gospodyni – przysłano do tej pracy obcych ludzi i wprawdzie zadanie wykonali, ale pozostawili po sobie dwoje nieślubnych dzieci. Gdyby zaangażowano elektryków pochodzących z naszej wsi, nie byłoby się to zdarzyło”. – Tak z każdą godziną dowiadywałem się czegoś nowego i widziałem, jak bije tętno tej społeczności wiejskiej.

    Upłynęło kilka dni, gdy znowu pani domu przyniosła mi ciekawą wiadomość. W rannych godzinach ma się odbyć wesele młodej pary zamieszkałej w jakiejś odległej wsi parafii. Warto pójść pod kościół i popatrzeć, bo zapowiada się niemała uroczystość. Wziąłem swój szkicownik i składane krzesełko, po czym usadowiłem się niedaleko kościoła przy drodze. Stało tam już jedenaście furmanek bogato przystrojonych, z dobrymi końmi w zaprzęgu. Na chomątach umieszczono rozmaite ozdoby. Zacząłem szkicować, gdy pojawił się przy mnie milicjant: „Kim pan jest i co pan tu robi? – zapytał. Musiałem się wylegitymować, a on skrzętnie notował wszystkie moje dane. No bo cóż? Nieznajomy człowiek, który rysuje, jest prawdopodobnie szpiegiem, agentem obcego wywiadu. Byłem wściekły, ale nie było rady, zresztą sprawa ta nie miała dalszych skutków. Tymczasem wyszła z kościoła młoda para i siadła na ustrojonej furmance, pozostałe ustawiły się w długi sznur i ruszyły z miejsca. Nie ujechali jednak więcej niż 50 metrów i wszystko stanęło. To zgodnie ze starym zwyczajem. Zaczęły się pertraktacje z jadącą również orkiestrą i dopiero po pewnym czasie, gdy muzyka ostro zagrała, cały zastęp furmanek puścił się wesoło w drogę.

    W domu moja gospodyni skomentowała to wydarzenie. Stary obyczaj pertraktacji z orkiestrą i umawianie się o cenę już zatarł się w obecnych czasach. Miałem szczęście zaobserwować go dzięki temu, że wieś, z której pochodzili nowożeńcy, leży na skraju parafii daleko od uczęszczanych szlaków. Tam się dotąd ten obyczaj zachował.

    Siedliska-Bogusz leżą w rozległej dolinie, przez którą kręto płynie mała rzeczka, ocieniona drzewami. Całość jest wyjątkowo malownicza. Od opisywanego pobytu w 1964 roku upłynęło dwadzieścia pięć lat, gdy nagle otrzymałem zaproszenie do odwiedzenia rodziny Wójcików, przysłane przez ich córkę Marysię, którą pamiętałem jako czteroletnią dziewczynkę. Ona jednak mnie nie zapomniała i teraz prosiła o przyjazd w imieniu swoim i swojej matki. W ciągu ćwierć wieku wiele się w rodzinie zmieniło. Ojciec wyjechał za lepszym zarobkiem do Ameryki, bracia dorośli, pożenili się i pracowali w Dębicy. Marysia była nauczycielką. Matka jej miała jeszcze pełną przytomność umysłu i okazywała mi wiele gościnności. Pozostałem u niej całe trzy dni. Chciałem przypomnieć sobie widoki dobrze mi kiedyś znane i doszedłem do samego końca wsi. Stał tam dom ładnie położony na wzniesieniu. Gdy dłużej się przypatrywałem, ujrzałem przy domu gromadkę dzieci przyglądających mi się z ciekawością. Po chwili wszystkie ruszyły biegiem ku mnie i zaczęły opowiadać, że ich rodzice od razu rozpoznali, że ten co tam stoi, to „pan, który malował”. Po tylu latach zachowała się pamięć o jakimś przybyszu, który interesował się ich wioską. Jakże to porównać z ludnością miast, gdzie napotkany przechodzień w ogóle się nie liczy.

    Na zakończenie poruszę temat Jakuba Szeli, bo przecież dzięki tej dziś legendarnej postaci znalazłem się w jego rodzinnej wsi. Kiedyś pani Wójcikowa zaczęła mi o nim mówić i zesłów jej mogłem wyczuć, jakie wspomnienie o tym człowieku przechowało się w miejscowej tradycji. „Co można powiedzieć dobrego o Szeli – zaczęła – skoro za zorganizowanie tych wydarzeń otrzymał w nagrodę od austriackiego rządu majątek na Bukowinie.”

    Zapamiętałem te słowa, które wyrażały prawie wszystko najważniejsze. „Ale – ciągnęła dalej pani Wójcikowa – pan powinien zobaczyć miejsce, gdzie stał jego dom.” Poszedłem i obejrzałem placyk pozostały po rozebranym domu, otoczony niziutkim żywopłotem. Natomiast na cmentarzu parafialnym we wsi Bogusz odnalazłem bez trudu groby pomordowanych okolicznych ziemian. Źródła podają liczbę około 1600 osób, w tym także kobiet, dzieci i oficjalistów pracujących w majątkach.

    Historycy wiedzą, że rząd austriacki przed rozpoczęciem „rabacji” zadbał, by wiejskie karczmy były dobrze zaopatrzone w alkohol. Jakoż tłumy mordujących były pijane. Po zakończeniu tych zdarzeń oo. jezuici podjęli na szeroką skalę misje ludowe w okolicach najbardziej zaangażowanych w mordowanie dziedziców. Pod wpływem ich nauk nastroje się zmieniały, ludzie tłumnie szli do spowiedzi, głośno w kościele wyrażali ból i rozpacz z powodu, iż dali się porwać tak prymitywnym instynktom. Misjonarze zachęcali do składania w charakterze ekspiacji ślubu niepicia wódki do końca życia. Wówczas wtrącił się rząd austriacki, zabraniając jezuitom wpisywania ludzi do księgi abstynentów.

    Mało znany jest fakt, że kilku światłych ziemian galicyjskich opracowało wcześniej jeszcze projekt zniesienia pańszczyzny. Jeden z nich, Walerian Krzeczunowicz, w 1842 roku złożył go w Wiedniu na ręce kanclerza Metternicha. Projekt schowano do szuflady, gdyż rząd austriacki nie chciał, by nastąpiła konsolidacja warstw społecznych w Galicji, lecz odwrotnie dążył do wprowadzenia między nimi walki. Taką samą taktykę zastosowały rządy carskie w Królestwie po powstaniu styczniowym, odrzucając inicjatywę Rządu Powstańczego o uwłaszczeniu.

    Pierwsza wojna światowa ciężko zemściła się na trzech państwach zaborczych, których dostatki wyrosły na krzywdach ludzkich.

  • Jerzy Żółtowski z Czacza (1911-2002)

    Michał Żółtowski

    Szkic życiorysu

    29 sierpnia 2002 roku zmarł w Rowdon pod Montrealem najstarszy przedstawiciel Związku Rodu Żółtowskich, Jerzy Grzegorz Marian.

    Urodził się 12 lipca 1911 roku w Czaczu, w ziemi wielkopolskiej, z rodziców Jana i Ludwiki z Ostrowskich.

    Wciągu 91 lat życia przeżył bardzo wiele. W 1914 wyjechał z matką i trojgiem najstarszego rodzeństwa do Szwajcarii. W 1915 przybył tam również ojciec.

    Jako pięcioletni mały Izio był obecny na pogrzebie Henryka Sienkiewicza i na obchodach rocznicy śmierci Tadeusza Kościuszki w Solurze. Pamiętał, jak na rynku przemawiał jego ojciec. W 1919 cała rodzina wróciła do Polski. W 1920 we wsi roiło się od wojska. Przysłano tu na odpoczynek batalion piechoty po walkach z bolszewikami. Dwór pełen był oficerów. Jednocześnie napływały z Ukrainy rodziny uchodźców, a wśród nich najbliżsi krewni, z którymi utrzymywaliśmy potem bliskie stosunki. Dwaj młodzi kuzyni, Jaś Brzozowski i Sewer Ronikier, stali się nieodstępnymi towarzyszami mego brata.

    Jerzy w bibliotece w Czaczu
    Jerzy w bibliotece w Czaczu / zbiory Autora

    W 1922 Jerzy zdał egzamin do klasycznego gimnazjum im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu. Bardzo wcześnie zarysowała się jego osobowość. Nie gustował, jak reszta rodziny, w kulturze humanistycznej, muzyce i sztuce, ciągnęło go raczej do tego, co nowe. Nawet nie konie były jego pasją, jak u młodszych braci, lecz nowoczesna technika, fotografika i sport. W latach dwudziestych, gdy Polska dopiero się dźwigała po latach niewoli, nie było warunków, by rozwijać takie zainteresowania. Nie istniały młodzieżowe koła sportowe ani sekcje sprawnych rąk, wszystko trzeba było tworzyć samemu. Jerzy zbierał fachowe pisma i w domu konstruował aparaty radiowe różnych typów, instalując osobiście anteny na dachu. Fotografiką zajął się poważnie dopiero po maturze, za to sport pociągał go ogromnie od wczesnej młodości. Chodził na wszystkie zawody sportowe, czy to był tenis, czy hokej, czy wioślarstwo, sam jednak uprawiał tylko lekką atletykę i tenis. W roku 1928, na zawodach międzyszkolnych w Poznaniu, zdobył trzy złote medale – za bieg na 100 m, na 200 m oraz za trójbój: skok wzwyż, skok w dal i rzut dyskiem. Wiele razy startował w zwycięskiej sztafecie 4×100 m.

    Kiedy starsze siostry i dwaj kuzyni zapalili się do wykopalisk, Jerzy poświęcił temu zagadnieniu wiele czasu. W Czaczu znajdowało się rozległe cmentarzysko pogańskie sprzed 2500 lat i kurhan, prawdopodobnie późniejszy, lecz posiadający ciekawe znaleziska. Znajdowano części urn z ceramiki, kamienne groty od strzał itp., ciągle jednak pozostawało tajemnicą, co ziemia jeszcze kryje.

    Mając po maturze więcej wolnego czasu, zrobił z nieużywanej łazienki gabinet fotograficzny, w którym całymi dniami wywoływał i odbijał zdjęcia. Sam skonstruował aparat do powiększeń.

    Lubił polować, wyprawiał się na grubą zwierzynę, rogacze i jelenie. Pociągała go tajemniczość nocnych wypraw w okresie rykowiska. Gdy kuny zaczęły robić szkody w gołębniku, chodził nocami w miejsca, gdzie lubiły przebywać, i zabił jedną czy dwie.

    Jerzy z upolowanymi kaczorami / zbiory autora
    Jerzy z upolowanymi kaczorami / zbiory autora

    Niemałym przeżyciem była dla niego wyprawa na Wołyń, graniczący w tych stronach z Polesiem. Zaprosił go na głuszce ojciec chrzestny, wuj Władysław Brzozowski. Wszystko tam było ciekawe, przede wszystkim jednak polowania. Nocna wyprawa przez las położony na bagnistej topieli i przechodzenie nad nią po wąskich kładkach, tokowiska cietrzewi, bezkresne rozlewiska na łąkach, na których roiło się od rzadkich gatunków kaczek. Jerzy wrócił zauroczony urodą tego kraju niezeszpeconego jeszcze cywilizacją.

    Po zdaniu matury w 1929 przyszła chwila na zastanowienie się nad pytaniem – co dalej? Pierwsze próby wyboru zawodu nie zadowoliły go, ani praktyka rolnicza w majątku stryja, ani rozpoczęte Wyższe Kursa Ziemiańskie Stefana Turnaua we Lwowie. W końcu zdecydował się na studium leśnictwa w Państwowej Szkole Wód i Lasów (Haute Nationale Ecole des Eaux et Forets) w Nancy we Francji. Szkoła ta, mająca parusetletnią tradycję, uchodziła za najlepszą i najbardziej postępową w Europie, toteż uczęszczali do niej studenci z różnych krajów. Dlatego obowiązywał roczny kurs przygotowawczy. Intensywna nauka nie hamowała jednak dawnych zainteresowań. W Nancy istniał klub tenisowy zrzeszający wielu zaawansowanych graczy i Jerzy w krótkim czasie zrobił w tenisie duże postępy. Z nadejściem zimy wyjeżdżał w pobliskie góry, Wogezy, i tam nauczył się narciarstwa. Wiele fotografował, a najlepsze zdjęcia wysyłał do redakcji pisma dla fotografików-amatorów „Fotograf Polski”. Fachowe, a nawet dość surowe recenzje jego ujęć pozwoliły mu przyswoić sobie zasady kompozycji.

    Zawsze uderzało mnie, jak mój brat brał się solidnie do każdej pracy. Miał podręcznik do tenisa, do lekkiej atletyki, gromadził liczne materiały z dziedziny fotografiki.

    Po roku przygotowania i dwóch i pół latach studiów Jerzy zdobył dyplom w swojej szkole i otrzymał tytuł inżyniera cywilnego wód i lasów (ingenieur civil des Eaux et Forets). Ukończenie teoretycznych studiów musiał jednak pogłębić praktycznymi umiejętnościami, poznaniem warunków związanych z polskim klimatem i glebą. Jerzy odbył pierwszą praktykę w Wielkopolsce, w Czerniejewie, u Zygmunta Skórzewskiego, następną w wielkim kompleksie leśnym spółki akcyjnej „Oikos” na północ od Lwowa.

    Na polowaniu na dziki, przy pierwszym spotkaniu zastrzelił trzy, co mało komu się udaje. Przez miesiąc praktykował w firmie eksportu drewna w Gdańsku i dwa miesiące w Związku Właścicieli Lasów w Warszawie. Włączył się tam w prace Polskiego Komitetu Normalizacyjnego dla drewna. Następnie pełnił przez rok nadzór nad gospodarką leśną trzech rewirów w Czaczu. Miał już teraz umiejętności niezbędne do zupełnie samodzielnej pracy.

    Dwór w Lasach Lubartowskich
    Dwór w Lasach Lubartowskich / zbiory autora

    Ojciec przekazał mu wtedy administrację obiektu liczącego 2200 ha lasu wraz ze stawami rybnymi, dotąd nieprzynoszącymi dochodu. Nasz dziadek zakupił go bardzo tanio, bo w stanie dewastacji, i ojciec musiał się do tego dołożyć. W czasie gdy przed I wojną światową groziło Polakom wysiedlenie z Wielkopolski, traktował tę ryzykowną inwestycję jako zabezpieczenie na przyszłość. Przez pierwszych trzydzieści lat majątek ten, zwany Lasami Lubartowskimi, nie przynosił prawie żadnych korzyści, dochód dawały jedynie stawy rybne. Jerzy objął go w 1936 i musiał zacząć od opracowania 10-letniego planu Urządzenia Gospodarstwa Leśnego. Zabrał się teraz do szkolenia personelu leśnego i zadbał o poprawę warunków mieszkaniowych personelu administracyjnego, budując nowe mieszkania. Udoskonalił stan techniczny tartaku, a dla pracujących tam zorganizował stołówkę. Brał czynny udział w powstającej z inicjatywy Wojewódzkiej Izby Rolniczej Spółdzielni Rybackiej, która broniła właścicieli stawów rybnych przed wyzyskiem ze strony handlarzy. Został podłowczym powiatu lubartowskiego, należał do Polskiego Towarzystwa Leśnego. Marzył o wprowadzeniu systemu bezzrębowego, to jest selekcyjnego wycinania drzew bez ogołacania podłoża. Starał się przynajmniej, by zrębów nie obsadzać sadzonkami ze szkółki, lecz obsiewać. To zapewnia wyższą jakość drewna przy mniejszych kosztach.

    Czas wolny wypełniał pisaniem artykułów z zakresu leśnictwa do pisma „Sylwan”, sygnując je pseudonimem Ciesielski. Wraz z proboszczem zorganizował wypożyczalnię książek dla parafii.

    Wszystkie działania przerwał wybuch wojny w 1939. 17 sierpnia 1939 zmarła nagle nasza matka, a 24 nastąpiła mobilizacja. Administrator majątków Czacz i Białcz został powołany do wojska. Jerzy wziął wtedy inicjatywę w swoje ręce. Idąc za wskazaniami władz powiatowych przeprowadził ewakuację inwentarza na wschód. Ale ważniejsi byli ludzie. Ojca z siostrami wyekspediował do Lasów Lubartowskich, odesłał pracowników sezonowych. Wypłacił pensje całemu personelowi, a pracownikom fizycznym wydał „ordynarię” na sześć miesięcy naprzód. Tych, którzy mieli ewakuować inwentarz, zaopatrzył w środki transportowe, paszę, sprzęt, mapę i pieniądze. Dzięki temu wszystko bez strat wróciło we wrześniu na miejsce. Wreszcie sam wyruszył na wschód z trzema pojazdami konnymi, wielu pracownikami administracji i trzema żonami oficerów kwaterującego w Czaczu 17. Pułku Ułanów. Zamierzonego celu, to znaczy dostania się do Lasów Lubartowskich, nie osiągnął, gdyż natrafił w drodze bądź na działania wojenne, bądź na spowodowane przez nie przeszkody. Do Czacza powrócił w początku października i zastał już niemiecki zarząd majątku w postaci treuhaendlera „męża zaufania” nazwiskiem Niebuhr. Ten wskazał mu jako miejsce zamieszkania Białcz, z możliwością zarządzania lasami.

    W październiku Niemcy zaczęli realizować plan sterroryzowania Polaków na zagrabionych ziemiach. 22 października podstępnie zwabili do Śmigla mego ojca wraz z Jerzym, rzekomo w sprawie kontroli rachunkowości, z innymi trzydziestoma zakładnikami. W nocy odbyła się rozprawa sądowa, na której piętnaście osób zostało skazanych na śmierć za „wywołanie nieprzyjaznej atmosfery wobec volksdeutschów krótko po wybuchu wojny”. Na rynku w Śmiglu zaczęła się egzekucja. Gdy przyszła kolej na mego ojca i brata, nagle ją wstrzymano. Był to skutek interwencji dwóch okolicznych ziemian, Niemców, którzy wstawili się za moim ojcem. Niemniej utrzymano areszt, najpierw w Śmiglu, potem w Kościanie, po czym w połowie grudnia zostali przymusowo wysiedleni z tysiącem ludzi do Generalnej Guberni.

    Uwolnieni wrócili do Lasów Lubartowskich, gdzie zgromadziła się cała rodzina prócz najmłodszego brata Alfreda, który zginął wskutek ran otrzymanych w czasie kampanii wrześniowej. Schronienie znalazły tam również rodziny pracowników administracji Czacza i Białcza, wkrótce zaś zaczęli napływać wysiedleni z Włocławka i Kujaw. Jerzy starał się stworzyć im możliwie dobre warunki mieszkaniowe i dać źródło dochodu. Założył w tym celu warsztat szewski, a przy tartaku sklepik „Społem”, zaopatrujący w środki żywnościowe i inne materiały. Spędzał często wieczory z wysiedlonymi, by nie czuli się wygnańcami niegościnnie przyjętymi przez obce środowiska.

    Jego własny dom mieszkalny był przepełniony i mieścił dwadzieścia do trzydziestu osób. Jerzy dopomógł najstarszej siostrze, Krystynie Wierusz-Kowalskiej w zorganizowaniu naukijej sześciorga dzieci wraz z dziećmi pracowników. Na szczęście wśród wysiedlonych znajdowały się dwie zawodowe nauczycielki.

    Utrzymanie tak wielkiej liczby osób wymagało ogromnych wydatków, tymczasem Niemcy wprowadzili gospodarkę reglamentowaną z zaniżonymi cenami, a w terenie panował handel wymienny. Sprzedaż na lewo była ścigana i karana i mój brat ryzykował wiele przez cały okres okupacji, decydując się na prywatną sprzedaż drewna. Wkrótce zwróciła się do niego gmina żydowska z sąsiedztwa z prośbą o ratunek. Wystarał się dla nich o oficjalne prawo pracy i sześćdziesięciu mężczyzn zatrudnił przy lżejszych robotach leśnych. Gdy nadeszły najcięższe dla nich chwile i groziła im deportacja do obozu, Żydzi rozbiegli się i co najmniej trzydziestu się uratowało.

    Jerzy już od 1940 był w kontakcie ze Związkiem Walki Zbrojnej – ZWZ. Ukrywał żołnierzy i oficerów. Dowódca oddziału AK z Lubartowa wiedział, że zawsze może liczyć na różnego rodzaju pomoc, zwłaszcza w otrzymaniu żywności. Jerzy troszczył się o wielką ostrożność, co dało efekt, gdyż nikt z tych, z którymi się kontaktował, nie zginął. Jeden z leśniczych znał dobrze język niemiecki, miał ukryty aparat radiowy i przez cały okres okupacji informował o sytuacji na świecie. Gazetki z AK przychodziły z rzadka, lecz były zawsze mile witane.

    W 1942 zaczęły się w tej lesistej okolicy napady rabunkowe. Pierwsze bandy składały się z jeńców sowieckich, uchodźców z pobliskiego obozu w Skrobowie. W następnych przeważali komunizujący Polacy z szeregów Armii Ludowej. W ciągu trzech lat napady powtórzyły się dwadzieścia sześć razy. Bandyci rabowali żywność, zabierali odzież i buty, ludzie po takim napadzie pozostawali w bieliźnie i boso. W 1943 spalili tartak, a w 1944 zażądali wyprowadzenia się całej naszej rodziny pod groźbą podpalenia domu. Była to akcja odwetowa za zlikwidowanie przez Niemców, na terenie Lasów Lubartowskich potężnego oddziału AL-owców. Młodego inżyniera leśnika, zastępcę mego brata, zamordowali w lesie. Jerzy wyprawił wtedy rodzinę do Warszawy i Konstancina, a sam przeniósł się do Lubartowa.

    W lipcu 1944 wkroczyła na teren powiatu 27. Wołyńska Dywizja Piechoty, licząca ok. siedmiu tysięcy ludzi, znakomicie zorganizowana i wyszkolona. Jej dowództwo zatrzymało się w Lasach. Jerzy należał do innego oddziału AK (8. Pułku Piechoty w formacji) i razem z nim posuwał się ku Wiśle. Nie trwało to długo, gdyż napierająca Armia Czerwona rozbrajała wszystkie polskie siły zbrojne. Udało mu się jednak umknąć w krytycznej chwili i przenieść w strony, w których go nie znano. Przez przeszło osiem miesięcy ukrywał się pod cudzym nazwiskiem w Jarosławiu, gdzie razem z paru kolegami wstąpił do Służby Ochrony Kolei- SOK-u. W czapce narciarskiej, mundurze kolejarza zjawił się jako Zygmunt Ciesielski w maju 1945 w Puszczykówku koło Poznania, gdzie zgromadziła się nasza rodzina. Brakowało Juliusza, najmłodszego brata, który zginął pod Jaktorowem jako żołnierz Armii Kampinos.

    Reszta rodziny powoli się odnajdywała. Znaleźli się bezinteresowni i gościnni ludzie, którzy wszystkim udzielili dachu nad głową. Jerzy założył w Poznaniu i przez dwa lata prowadził sklepik żywnościowy, lecz miał z niego niewielki dochód. W rodzinie następowały tymczasem dalsze zmiany. Najstarsza siostra, Krystyna, wyjechała wraz z sześciorgiem dzieci oficjalnie do Szwajcarii, do męża. Druga, Róża, przez „zieloną granicę” – do swego męża w Belgii. Obaj szwagrowie nie mogli wrócić do Polski.

    Jerzy z żoną Teresą / zbiory autora
    Jerzy z żoną Teresą / zbiory autora

    W lipcu 1946 po kilkuletniej chorobie nabytej w niemieckim więzieniu zmarł nasz ojciec. Jerzy razem z siostrami przeniósł się do Puszczykówka, gdzie życie było tańsze niż w Poznaniu. Tam zaprzyjaźnił się z Teresą Rostworowską, córką Jana z Suszna i Jadwigi z Wańkowiczów, co doprowadziło w końcu do ich ślubu 24 kwietnia 1948 roku. Zaczynały się stalinowskie porządki, likwidowano wszelkie prywatne inicjatywy. Jerzy po śmierci ojca prowadził w Zbąszyniu prywatny tartak, a gdy został on upaństwowiony – urodziła się właśnie pierwsza córka Joanna. Podjął pracę w Zjednoczeniu Przemysłu Drzewnego w Olsztynie. Razem z Teresą mieszkali w pobliskim Barczewie. Po roku poszukiwania lepszych warunków przeniósł się do Państwowego Przedsiębiorstwa Handlu Drzewem „Paged”, którego centrala znajdowała się w Bydgoszczy. Mieszkali w Toruniu. W 1951 otrzymał wymówienie z powodu reorganizacji przedsiębiorstwa i zdecydował się na podjęcie pracy w budownictwie przemysłowym w Warszawie. Stosunki w nowej pracy układały się dobrze, ale mieszkanie znalazło się w Radości niedaleko Otwocka, o godzinę jazdy koleją. Dojazdy zabierały wiele czasu, a zarobki były nadal niewystarczające, tym bardziej że w 1952 urodził się syn Wojciech. Po odwilży w 1956 Jerzy pracował kolejno w poselstwach Grecji (1 rok) i Iranu (dwa lata 1957-1959).

    Stałe trudności z utrzymaniem rodziny, podróż żony do krewnych w Kanadzie i urodziny drugiej córki, Moniki wpłynęły na decyzję szukania lepszych warunków na drugiej półkuli. Jerzy przezwyciężył jednak różne trudności i w końcu cała rodzina wyjechała „Batorym” do Montrealu.

    Wkrótce udało się znaleźć pracę, wprawdzie niewysoko płatną, lecz we własnym zawodzie, bo w dziale Zieleni Zarządu Miejskiego w Montrealu. Na tym stanowisku pozostawał przez szesnaście lat, aż do emerytury. Musiał nostryfikować swój dyplom z Nancy, co kosztowało go wiele pracy. Zdał pomyślnie dziewięć egzaminów i uzyskał potrzebne uprawnienia. Z chwilą ukończenia sześćdziesiątego piątego roku życia przeszedł na emeryturę. Tymczasem dzieci kształciły się i zawierały małżeństwa. Jerzy zaciągnął w kasie pożyczkowej kredyt i kupił niewielki teren w górach, pod lasem, w Rowdon, o 90 km od Montrealu. Według własnego planu wybudował sobie dom, w którym spędzał z żoną większą część roku. Kredyt spłacił w ciągu dziewięciu lat.

    Zebrana po jego śmierci najbliższa rodzina i znajomi wspominali charakterystyczne cechy Zmarłego. Umiał dobrze współżyć z ludźmi o trudnym charakterze, unikał samochwalców i niesłownych. Z natury mało towarzyski, czuł się nierazprzynaglony do działań w większym zespole i nigdy od tego się nie wymawiał. Przykładem jest choćby jego zaangażowanie w Warszawskim Kole PTTK, kiedy mieszkał w Radości. Włączał się wtedy do wycieczek z członkami Koła, robił dziesiątki szkiców obiektów, które zasługiwały na specjalną opiekę. Podobnie było w Kanadzie, gdzie Jerzy pracował w komitecie „Pomoc Polsce” oraz działał na rzecz szkół w kraju. Niestrudzenie zbierał lub zajmował się wysyłką leków i odzieży w latach powodzi lub w stanie wojennym. Prócz tego ze swej skromnej pensji dawał datki na głodujących w Afryce, ubogich w Montrealu, na konferencje św. Wincentego.

    Obaj zięciowie podkreślali umiejętność Jerzego w rozwijaniu u innych zmysłu obserwacyjnego oraz zdolności artystycznych. Sam do końca życia fotografował i w Montrealu pięć razy urządził wystawy swoich zdjęć.

    Pochowany został na cmentarzu Matki Boskiej Śnieżnej w Montrealu. Nad grobem przemawiali synowa i obaj zięciowie zmarłego, Kanadyjczycy. Przedstawili obszernie życiową drogę Jerzego, ze wszystkimi jej trudnościami.

  • Dlaczego ziemia kielecka?


    Bogusia z Białej Starej

    Nasze coroczne spotkania mają spełniać dwa zadania. Spotykamy się, aby zacieśnić więzy rodzinne, opowiedzieć o naszych sukcesach i porażkach w ciągu minionego roku, pochwalić się, jak wyrosły, wypiękniały i zmądrzały nasze dzieci. Drugim aspektem naszych spotkań jest poznanie ziemi ojczystej. Zwiedziliśmy już ziemię mazowiecką (dwukrotnie), pływaliśmy po jeziorach mazurskich, Ryszard pokazał nam piękno Suwalszczyzny, obejrzeliśmy rozległe, monotonne w swojej płaskości Kujawy, odwiedziliśmy miejsca najbardziej związane z rodem Żółtowskich – Wielkopolskę (dwukrotnie), Mariusz zaprosił nas na wschodnie, a Mieczysław na zachodnie wybrzeże Bałtyku. Na ostatnim zjeździe – już jedenastym – co należy uznać za nasz wspólny wielki sukces, padła propozycja Gór Świętokrzyskich.

    Nie ukrywam, że byłam jednym z inicjatorów wyboru tego miejsca, gdyż pochodzę wprawdzie znad morza, ale nade wszystko kocham góry. Ziemia kielecka daje nam duże możliwości poznawcze. Kielce mają tysiącletnią historię, od XIV wieku są miastem z wieloma zabytkami, także przemysłowymi, oraz instytucjami kultury. Okolice mogą dostarczyć uczestnikom zjazdu niezapomnianych wrażeń. Miejsc godnych zwiedzenia wystarczy nie na jedno-, ale nawet dwudniową wycieczkę. Jeżeli pojedziemy na zachód od Kielc, zwiedzimy jedną z ciekawszych, a na pewno najbardziej znaną w Polsce jaskinię Raj. Na wysokim wzgórzu zobaczymy ruiny zamku w Chęcinach. Z wieży dawnej rezydencji królów polskich roztacza się wspaniały widok na okolicę. W pobliskiej Tokarni można obejrzeć jeden z największych skansenów w Polsce. Są w nim zgromadzone drewniane chałupy, zagrody kryte strzechą, jest stara organistówka i dworek szlachecki. Uwagę zwraca centralnie położony samotny wiatrak rolkowy z początku XX stulecia. Jadąc dalej na zachód trafimy do Oblęgorka. Licznie odwiedzających to miejsce turystów przyciąga nazwisko Henryka Sienkiewicza i historia związana z przekazaniem mu daru narodowego – majątku w Oblęgorku i tego domu, który do dziś zachował atmosferę lat 1902-1914, kiedy mieszkał w nim wielki pisarz. Jeżeli udamy się na wschód od Kielc, trafimy do Świętej Katarzyny, miejscowości znanej z klasztoru ojców bernardynów. Można tu zobaczyć kapliczkę św. Franciszka i replikę krzyża z Asyżu. Obok zespołu klasztornego prowadzi szlak na Łysicę. Mam nadzieję, że znajdę chętnych na wspólne zdobycie tego najwyższego szczytu Gór Świętokrzyskich. Następny punkt zwiedzania to miasteczko Bodzentyn, wymieniane niegdyś obok Krakowa i Sandomierza. Wyróżniło się udziałem w powstaniu styczniowym w 1863 roku oraz w walce podziemia w czasie II wojny światowej. Najciekawsze zabytki to kościół kolegiacki zbudowany w XV stuleciu oraz ruiny zamku, w którym gościł Władysław Jagiełło przed bitwą pod Grunwaldem.W sąsiedztwie Bodzentyna – Święty Krzyż. Opactwo Benedyktynów ufundował Bolesław Krzywousty, a kiedy w połowie XII wieku sprowadzono tu relikwie Krzyża Świętego, klasztor zaczęło odwiedzać wielu przybyszów. Na szczyt wiodą dwie drogi. Można tu dostać się pieszo, idąc wśród wspaniałych jodeł i ich majestatycznej ciszy, tzw. Drogą Królewską lub wybrać wariant wygodniejszy – kolejkę wąskotorówkę. Wjazd na szczyt jest zabroniony, wszak to teren Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Na szczycie obok opactwa znajdują się dwa muzea – Muzeum Przyrodniczo-Leśne ŚPN i Muzeum Misyjne Księży Oblatów. Dodatkową atrakcją Łysej Góry, bo tak jest zwane również miejsce położenia Klasztoru Świętego Krzyża, są gołoborza. Nie trzeba chyba dodawać, że w pogodny dzień ze szczytu rozpościera się przepiękny widok na Góry Świętokrzyskie. Wycieczkę można zakończyć w Nowej Słupi, słynącej z Muzeum Starożytnego Hutnictwa i będącej ośrodkiem hutnictwa już w starożytności.

    Podsumowując ten krótki przegląd, zachęcający do udziału w XII Zjeździe Rodu Żółtowskich na ziemi kieleckiej, należy dodać, że region ten z długimi pasmami o linii grzbietowej łagodnej i spokojnej, z głęboko wciętymi dolinami i Puszczą Jodłową, nieskażony wielkim przemysłem może ukoić nasze nerwy.

    Dodatkowym atutem jest fakt, że Kielecczyzna leży w centrum Polski, łatwo tu dojechać ze wszystkich zakątków naszego kraju. A że mało jest tutaj Żółtowskich? Nic nie szkodzi! Warto ich jednak poszukać, w całym województwie świętokrzyskim może ich być kilkudziesięciu. Przez cztery dni będzie nas na pewno bardzo wielu. W połowie listopada wybieramy się wraz z Rafałem i Stefanią, Jarkiem i Barbarą, aby obejrzeć i zarezerwować ośrodek turystyczny godny przyjęcia naszego rodzinnego spotkania. Będziemy się starali, aby nikt nie miał powodów do narzekań. A ten, kto będzie najbardziej narzekał, zostanie wybrany na organizatora kolejnego zjazdu.

  • Działalność w Szczecinie Henryka i Krzysztofa Żółtowskich

    Henryk Żółtowski

    Trasa Zamkowa w Szczecinie / zbiory autora
    Trasa Zamkowa w Szczecinie / zbiory autora

    Mgr inż. Henryk Żółtowski (ur. 1923 w Aleksandrowie Kuj., syn Albina, wnuk Bazylego z Popłacina, brat Romualda).

    AbsolwentWydziału Inżynierii Lądowej i Wodnej Politechniki Gdańskiej, projektant mostów. Mieszka w Gdańsku, współpracuje z synem Krzysztofem. Zaprojektował odbudowę Mostu Długiego przez Odrę w Szczecinie, w ciągu ul. Ks. Kardynała Wyszyńskiego w roku 1958, a w latach siedemdziesiątych most technologiczny o maksymalnej rozpiętości przęsła 100 m przez Regalicę dla wodociągu z jeziora Miedwie.

    Największe jego dzieło to Trasa Zamkowa – jest głównym projektantem mostów i estakad, których całkowita długość wynosi ponad 4 km. Prowadził i nadzorował wszystkie prace projektowe oraz pełnił nadzór w czasie budowy w latach 1978-1996.

    Obiekty Trasy Zamkowej zostały uznane za wybitne osiągnięcie inżynierskie. Dowodem tego jest przyznanie Henrykowi Medalu Związku Mostowców RP. Jest doradcą i konsultantem w dziedzinie budowy mostów.

    Krzysztof Żółtowski

    Dr inż. Krzysztof Żółtowski (ur. 1957, syn Henryka)

    Absolwent Wydziału Budownictwa Lądowego Politechniki Gdańskiej, pracownik dydaktyczno-naukowy, projektant mostów.

    W latach dziewięćdziesiątych brał udział w nadzorze i opracowaniach technologicznych budowy Trasy Zamkowej. W roku 1995 opracował koncepcję i prowadził nadzór montażu suwnicy Q = 350 T nad pochylnią ON w Stoczni Szczecińskiej. W 1996 był autorem projektu modernizacji pochylni ON w stoczni i projektu konstrukcyjnego ośrodka do czyszczenia i malowania sekcji kadłubowych. Był także autorem koncepcji i dokumentacji technicznej podwieszonej kładki dla pieszych nad ul. Wilczą (1998). W roku 1988 opracował koncepcję i projekt techniczny montażu mostów drogowych przez rzekę Odrę Wschodnią i Zachodnią w ciągu autostrady A6 pod Kołbaskowem. Jest współautorem koncepcji, konsultantem naukowym i weryfikatorem projektu nowej, obecnie realizowanej przeprawy przez Dziwnę na Wolinie.

    Kładka na ul. Wilczej w Szczecinie / zbiory autora
    Kładka na ul. Wilczej w Szczecinie / zbiory autora
    Most na Wolin / zbiory autora
    Most na Wolin / zbiory autora
  • Postscriptum do wystąpienia w TV Szczecin i odczytu dr Jerzego Surówki


    dr Mieczysław Żółtowski ze Szczecina

    W latach 1951-1957 studiowałem na Wydziale Lekarskim Pomorskiej Akademii Medycznej. Po otrzymaniu dyplomu lekarza rozpocząłem pracę w Klinice Położnictwa i Ginekologii PAM w Szpitalu Klinicznym nr 3 w Szczecinie. Zamieszkałem z rodziną przy al. Jedności Narodowej tuż przy placu Grunwaldzkim (a Sławuś bawił się na tym placu w piaskownicy). Mieszkaliśmy tu przez trzy lata. W 1961 przeniosłem się do powstającej II Kliniki Położnictwa i Ginekologii Pomorskiej Akademii Medycznej w Szpitalu Klinicznym nr 2, gdzie pracowałem jako nauczyciel akademicki, ostatnio w stopniu adiunkta do 1980. Od 1980 do 1997 byłem zatrudniony w Okręgowym Szpitalu Kolejowym na oddziale położniczo-ginekologicznym na stanowisku ordynatora. Przez piętnaście lat uczyłem położnictwa w Szkole Położnych na placu Orła Białego.

    Mój syn, Sławomir Żółtowski, również studiował medycynę w PAM w latach 1975-1981. Po otrzymaniu dyplomu został przyjęty do Kliniki Ginekologii Operacyjnej PAM w Szpitalu Klinicznym nr 2, gdzie pracuje do chwili obecnej.

    Żona Sławomira Hanna (z domu Zawadzka) po otrzymaniu dyplomu położnej rozpoczęła pracę w Szpitalu Klinicznym nr 2. Później przeniosła się do Szkoły Położnych, w której jest zatrudniona do chwili obecnej (od roku 2002 jako dyrektor szkoły). Prowadzi tam również szkołę rodzenia.

    Sławomir Żółtowski z rodziną mieszka ok. 50 m od Lasu Arkońskiego.

  • Portrety – Związek Rodu Żółtowskich


    Reportaż Telewizji Szczecińskiej 2002 roku. Oprac. Wiesława Piećko

    Reportaż przedstawia początki historii Związku, przebieg XI Zjazdu w Pobierowie w 2002 roku, zawiera też osobiste wspomnienia gospodarza zjazdu – dr. Mieczysława Żółtowskiego ze Szczecina. Przedstawiamy poniżej obszerne fragmenty jego wypowiedzi.

    [Mówi dr Mieczysław Żółtowski:]

    Ród Żółtowskich pochodzi z ziemi płockiej. Założycielem był podobno piastun Bolesława Krzywoustego. Bolesław Krzywousty jest pochowany w katedrze płockiej. Pojechaliśmy nawet zobaczyć wieś, z której się wywodzili Żółtowscy. Wieś nazywa się Żółtowo, znajduje się między Płockiem a Sierpcem. Drugą ważną gałęzią rodu, wywodzącą się też z ziemi płockiej, jest gałąź poznańska. Nasz herb to Ogończyk.

    Ja z moim nazwiskiem to nie miałem jakoś szczęścia – nie miałem pochodzenia robotniczego ani chłopskiego, tylko ziemiańskie, a to było źle widziane. W związku z tym mój start życiowy był w pewnym sensie mocno utrudniony. Maturę zdałem w roku 1950 w Płocku, w jednej z ważniejszych szkół średnich w Polsce – „Małachowiance”. Złożyłem swoje dokumenty – wiedziałem, że nie mam dobrych papierów – w Akademii Medycznej w Gdańsku. Nie zostałem dopuszczony do egzaminu.

    Wróciłem do Płocka. Chyba z miesiąc byłem jakimś urzędnikiem, papierkowa praca bardzo mnie nużyła. Zostałem nauczycielem szkoły czteroklasowej pod Płockiem. Oczywiście, przygotowanie moje było żadne, ale pochodzenie już miałem inteligenckie, co było lepsze. I z tym pochodzeniem papiery złożyłem w Warszawie w 1951 roku. Egzamin zdałem, ale na studia dostać się nie mogłem z powodu braku miejsc. Zawiadomiono mnie, że moje papiery zostały wysłane do Akademii Szczecińskiej i zostałem tam przyjęty. Tak się zaczął Szczecin.

    Mogę jeszcze tylko powiedzieć, że mój brat na studia się nie dostał, poszedł do kopalni, tam zachorował, żył pięćdziesiąt trzy lata, zmarł. Brat mej żony zginął w kopalni, drugi został ranny. Takie to były czasy.

    Pierwszy zjazd, założycielski, odbył się w Skierniewicach (1992), drugi, ważny, już taki prawdziwy, był w Zajączkowie (1993). Tam Żółtowscy poznali się, zrobili program, ułożyli statut i powstał związek z prawdziwego zdarzenia. Wydajemy „Kwartalnik” – w nim przedstawiamy „wszystkie nasze dzienne sprawy”. Powstała jakby duża rodzina, sympatyczna rodzina. Są to ludzie przeważnie mądrzy, uśmiechnięci, łagodni, mili – tak mi się przynajmniej zdaje – spotykający się z sympatią. Porodziły się wręcz przyjaźnie, prawie że rodzinne. Cieszymy się widząc, jak nasze pociechy zdają maturę, idą na studia, cieszymy się, jak ładnie tańczą, jak się dobrze uczą. Jest to związek – powiedziałbym – rodzinny. O, tak bym go nazwał.

    Jeżeli się spotykamy, to staramy się na początku spotykać tam, skąd nasze korzenie. A więc Płock, Poznańskie – w zeszłym roku byliśmy w Poznańskiem.

    Udało mi się, może nie tylko mnie, zorganizować ten Zjazd Rodu Żółtowskich po raz pierwszy na Ziemiach Zachodnich. Tu ich goszczę, będę się cieszył, jeżeli rozjadą się stąd zadowoleni, jeżeli to zostanie im w pamięci jako miłe, dobre spotkanie. Ale ten rozjazd też jest bardzo sympatyczny, bardzo miły, rodzinny, koleżeński, taki z dużą dozą – może przesadzam – nawet miłości. My tych wszystkich Żółtowskich kochamy – po prostu.