Tag: Nr 33

  • Era wodnika

     

     

     

     

    Nie tak dawno jeszcze w środkach masowego przekazu spotykaliśmy nieco tajemniczą informację o wejściu ludzkości (a więc i Rodu Żółtowskich) w nowy etap rozwoju, zwany Erą Wodnika. Towarzyszyły temu różne przepowiednie z pogranicza astrologii, np. o zmierzchu chrześcijaństwa wiązanego z dotychczasową Erą Ryb. Do ilustracji niech posłuży fragment książki S.F. Nowickiego i W. Jóźwiaka „Cykle zodiaku: głęboka struktura astrologii”, Wyd. Głodnych Duchów, Gdynia 1991. Po uprzednim wywodzie teoretycznym czytamy:

    „…Trzynastkę można też w pewnym sensie uznać za symbol Ery Wodnika. Dla chrześcijaństwa, które zdominowało okres Ryb – dwunastego znaku zodiaku – dwunastka jest liczbą symbolicznie bardzo znaczącą, choćby z powodu dwunastu apostołów. Jest ona przy tym kombinacją trójki i czwórki – liczb, z którymi wiążą się dwa podstawowe symbole chrześcijaństwa: Trójca Święta i Krzyż. Zauważmy jednak, że skoro apostołów było dwunastu, to sam Chrystus jest trzynasty. I jeśli tak liczymy, to liczymy łącznie ludzi z tym, który jest Bogiem, a zatem nie czynimy już pomiędzy nimi żadnej zasadniczej różnicy. I to właśnie jest owa zdecydowanie „lucyferyczna” perspektywa wodnikowa – sięganie po zakazany owoc, jakim jest boskość, wyzwalanie się ze sztywnych ram dwunastkowego porządku…”

    Zastanawiające, że mimo otaczającego sprawę pewnego posmaku sensacyjności nie spotkałem się z próbą wyjaśnienia zwykłemu odbiorcy, skąd bierze się pojęcie Ery Wodnika. Spróbujmy zatem uzupełnić ten brak.

    W tym miejscu proszę Czytelnika o pewne skupienie uwagi. Dla wspomożenia wyobraźni w dziedzinie zjawisk astronomicznych zaproponuję uproszczony model złożony z powszechnie znanych obiektów. Będą nimi:

    • duży, półkolisty namiot cyrkowy, arena z obrotową sceną (rzadko co prawda spotykaną),
    • silna lampa umieszczona w środku sceny,
    • bąk – zabawka wprowadzana ręcznie w ruch wirowy.

    W modelu tym lampa reprezentuje Słońce, namiot – połowę kuli czy sfery niebieskiej (w rzeczywistości nieskończenie wielkiej), podłoga wraz ze sceną – płaszczyznę orbity ziemskiej wokół Słońca, bąk zaś wirujący na krawędzi sceny – Ziemię. Zetknięcie podłogi z płótnem namiotu jest oczywiście kołem. Takie samo koło powstaje na sferze niebieskiej tam, gdzie płaszczyzna orbity ziemskiej przecina tę sferę. Koło to nazywamy ekliptyką, wzdłuż której występuje kolejno 12 gwiazdozbiorów Zodiaku.

    Zanim puścimy w ruch cały model, przypomnijmy sobie jeszcze, że początkowo pionowa oś wirowania rozkręconego bąka zaczyna się po chwili „chwiać”, a gałka na szczycie osi zaczyna zataczać małe, ale coraz większe kółka w miarę zwalniania obrotów bąka. Inaczej mówiąc oś wirowania zatacza powierzchnię odwróconego stożka o wierzchołku w punkcie podparcia bąka. To zjawisko „chwiania się” osi wirującego ciała nazywamy precesją.

    Zaświećmy teraz naszą lampę na środku bardzo wolno obracającej się sceny (1 obrót na rok), a na jej brzegu wprowadźmy bąka w ruch wirowy wykazujący precesję. Otrzymamy w ten sposób chwilowy (bąk się w końcu wywróci) uproszczony model naszego układu słonecznego, nie całkiem jednak odpowiadający astronomicznej rzeczywistości. Zasadniczym elementem różniącym model od układu słonecznego jest szybkość, czyli okres precesji. Precesja osi bąka jest szybka – gałka zatacza kółko w niecałą sekundę, a precesja osi Ziemi bardzo wolna – jeden obrót osi po powierzchni, jak pamiętamy, odwróconego stożka trwa ok. 26 000 lat! A więc jeszcze przez wiele lat przechodząca przez bieguny oś wirowania Ziemi, pochylona względem płaszczyzny orbity (podłogi w naszym modelu), zachowa praktycznie prawie niezmieniony kierunek w przestrzeni, „przebijając” sferę niebieską w rejonie Gwiazdy Polarnej. Nie ma przy tym znaczenia, z której strony Słońca znajduje się akurat Ziemia, ponieważ sfera niebieska jest nieskończenie odległa w stosunku do średnicy orbity. Wspomniane pochylenie osi Ziemi do płaszczyzny orbity (płaszczyzny ekliptyki) wynosi ok. 66,5°.

    Od strony półkuli południowej oś Ziemi „przebija” sferę niebieską w rejonie gwiazdozbioru zwanego Krzyżem Południa. W ten sposób bieguny Ziemi znajdują swoje odpowiedniki wśród gwiazd sfery niebieskiej, a oś wirowania Ziemi przedłużona do Gwiazdy Polarnej i Krzyża Południa nazywana jest w nawigacji osią świata.

    Skoro więc bieguny Ziemi znalazły swoje odpowiedniki na sferze niebieskiej, można na tę sferę przenieść także południki i równoleżniki ziemskie. I tak jak na Ziemi każdy punkt ma swoją długość i szerokość geograficzną, tak na niebie każda gwiazda czy inne ciało niebieskie ma też swoją „długość” i „szerokość”, ale już nie geograficzną, bo geo znaczy Ziemia. Na sferze niebieskiej współrzędne te nazywamy rektascensją i deklinacją.

    Nas najbardziej interesuje równik niebieski. Ponieważ oś Ziemi (świata) jest nachylona do ekliptyki (już nie dodaję w nawiasie podłogi) pod kątem 66,5°, to płaszczyzna równika tworzy z ekliptyką kąt 90°-66,5° to jest 23,5°. Słońce widziane z Ziemi, „wędrując” pozornie w ciągu roku przez kolejne gwiazdozbiory Zodiaku (zob. rys. 2), przechodzi w marcu i wrześniu przez punkty przecięcia ekliptyki z równikiem niebieskim. Są to tak zwane punkty równonocy wiosennej i jesiennej, a ten pierwszy nazywany jest też punktem Barana i oznaczony symbolem Symbol punktu barana. Ponieważ biegun niebieski (obecnie w sąsiedztwie Gwiazdy Polarnej), zatacza w wyniku precesji koło o promieniu 23,5° w okresie ok. 26 000 lat, „pociąga” też do obrotu równik niebieski. Biorąc pod uwagę, że ekliptyka nie wykazuje znaczących zmian swojego położenia na niebie, punkt Barana wędruje po ekliptyce, zataczając pełny obrót również w 26 000 lat. W ten sposób, pamiętając że na ekliptyce jest 12 gwiazdozbiorów Zodiaku, punkt Barana średnio co 2167 lat przechodzi z jednego gwiazdozbioru do następnego. I właśnie ostatnio punkt równonocy wiosennej opuścił gwiazdozbiór Ryb i zawitał do Wodnika, rozpoczynając nową erę, której – mam nadzieję – nie będziemy już zaliczać do kręgu zjawisk tajemnych.

    Wracając do spraw poruszonych na wstępie, chciałbym zapewnić, że celem przedstawionego wywodu nie jest ani krytyka, ani podważanie astrologicznych interpretacji zjawisk astronomicznych. Chodzi tylko o to, aby zainteresowani tymi interpretacjami mogli głębiej wniknąć w rozumowanie astrologów – nieraz mocno skomplikowane – i w rezultacie wyrobić sobie indywidualny pogląd na te sprawy. Mam nadzieję, że omawiane zjawiska, chociaż przedstawione w sposób uproszczony (podkreślam to!), mogą uzmysłowić czytającemu genezę Ery Wodnika.

    Andrzej Marek Żółtowski

  • Stryj Henryk Żółtowski (1870-1937) z Głuchowa

    Henryk Żółtowski

    Jeżeli piszemy o naszych przodkach, to głównie o tych, którzy się czymś wyróżnili, zasłużyli się ojczyźnie, dokonali znaczących czynów, osiągnęli stopnie naukowe, z których jesteśmy dumni. Wspominając „wspaniałych” członków naszej rodziny, pomijamy często ludzi skromnych i cichych, tymczasem to im zawdzięczamy ciepło wspomnień, oni kochali nas bezinteresownie i ich wielkie zalety serca zaskarbiły im serdeczną pamięć, niewolną niekiedy od towarzyszącego jej uśmieszku pobłażania.

    Do skromnych, cichych, może nieśmiałych w różnych sytuacjach, o wielkich przymiotach charakteru i zacności, ale może bez większych ambicji, o oryginalnych pomysłach i zachowaniach, należał stryj naszego ojca – Henryk Seweryn Szatranin Żółtowski, właściciel Głuchowa. Wszystkie informacje, historyjki i anegdoty, które udało mi się zebrać, pochodzą z zapisów naszej babki, a jego bratowej – Marii Żółtowskiej z domu Kwileckiej , jego bratanicy – Cecylii Żółtowskiej , znacznie młodszego kuzyna – Michała Żółtowskiego z Czacza , korespondencji pomiędzy moimi rodzicami i ze wspomnień mojego dzieciństwa.

    Stryj urodził się w Jarogniewicach w 1870 r. jako młodszy syn Stefana i Gabryeli z Niemojowskich. Mieszkał z rodzicami (ojciec umarł w 1901 r., matka w 1920 r.) w Głuchowie, które po ich śmierci stało się jego własnością (Głuchów i Zadory – 2198 ha).

    Starszy brat, Adam, nasz dziadek, właściciel Jarogniewic, pełnił liczne odpowiedzialne funkcje społeczne, był wybitnym ekonomistą i politykiem, Henryk nigdy nie lubił odpowiedzialnych ról i publicznych zadań. O jego szkołach wiadomo niewiele. W Poznaniu ukończył gimnazjum matematyczno-przyrodnicze im. Bergera. Potem musiał odsłużyć wojsko, była to zapewne druga połowa lat osiemdziesiątych, przykry obowiązek wstąpienia do armii pruskiej bardzo ciążył; matka nie pozwalała w mundurze zaborcy przekroczyć progu domu, więc jadąc na urlop zatrzymywał się w hotelu w Czempiniu, by się przebrać w cywilne ubranie. Jakieś studia musiał odbyć, bo należało to do tradycji i programu rodziny, prawdopodobnie rolnicze, ale gdzie, nie udało się wytropić. Bunia pisze: Jeździł na uniwersytet i tu, i tam, zawsze miał jakiegoś klina w głowie, a to chów cieląt, a to pola agrestu i porzeczek więcej dadzą, jak buraki czy pszenica; np. z Paryża tylko o paszeniu cieląt pisywał – czuje się w tej wypowiedzi odrobinę lekceważenia, widać, że jego pomysły, jak i jego samego traktowano z pewnym pobłażaniem. Tymczasem stryj Jan z Czacza, kuzyn o rok młodszy, podziwiał u niego poważne zainteresowania i lektury oraz potrzebę ich omawiania w męskim, rodzinnym gronie. Może, nie znajdując zrozumienia u najbliższych, szukał autorytetów u stryjów i kuzynów i tam znajdował większe uznanie.

    Cała piątka dzieci brata z Jarogniewic go uwielbiała. Dom Babki i Stryja był dla nich miejscem, gdzie byli serdecznie witani, częstowani, obdarowywani i psuci. We wspomnieniach Cesi jest wzmianka, że przy surowym wychowaniu przez rodziców i reżimie oszczędnościowym w Jarogniewicach, jeżeli były zabawki – pochodziły z hojnej ręki i miękkiego serca Stryja z Głuchowa. Cesia dostała od niego pierwszą portmonetkę z funduszem 2 marek w bilonie – razem z zeszytem do prowadzenia rachunków (!). Stryj Henryk lubił się z nami zakładać, a warunki były tak korzystne dla nas, że mogliśmy tylko wygrać. Największego faibla miał do najmłodszej Eli (późniejszej soeur Monique, szarej Urszulanki). Gdy zdarzały się spotkania czy imprezy przeciągające się zbyt długo, pod Stryja opieką dzieci odsyłano do domu.

    Z czasem, gdy bratankowie dorośleli, prezenty były coraz poważniejsze: Cesia dostała pierwsze dwie suknie balowe, a Staś, idąc w 1918 r. do czerwonych ułanów, dostał konia, także nasz ojciec wstępował w 1920 r. do 16. pułku ułanów z koniem od Stryja. Parę lat później, już po wojnie, po ukończeniu przez Ojca studiów Stryj zafundował mu podróż do Afryki. W latach trzydziestych bratanica i nasza matka dostały futra, o jakich marzyły. Zapewne tych prezentów było o wiele więcej, w każdym razie, gdy ktoś z młodszego pokolenia o czymś śnił, to mógł mieć nadzieję na realizację marzeń z kieszeni Stryja Henryka.

    Przy łagodnym usposobieniu był malkontentem, nie lubił podejmować poważnych i ostatecznych decyzji, wynikało to być może z wieloletniego przebywania w orbicie bardzo konserwatywnej i niepozwalającej na zmiany matki, a wcześniej obojga rodziców. Bunia pisze: jasno widział, co trzeba robić, krytykował, co jest, ale do przewrotów nie był stworzony ze swymi wątpliwościami i skrupułami; drażnił tylko ojca… Henryk przyjeżdżał do nas co parę dni, stękał i narzekał, jak ma dalej gospodarować, jak rządca ma 80 lat, a babcia przez 60 lat na żadną zmianę się nie godziła…. Trzeba jednak podkreślić, że umiał dobrze gospodarować, jak na tamte czasy nowocześnie – opracowywał nowatorskie płodozmiany dla Głuchowa, ale ojciec nie pozwalał mu ich wprowadzić. Widocznie musiał się skarżyć sąsiadom, bo jak pisze Michał, podczas rekolekcji dla ziemian w Krakowie żartowano, że rekolekcjonista powinien ojcu Stryja Henryka zadać jako pokutę przyjęcie i zastosowanie jego płodozmianów. Bunia zanotowała: Henryk nie cierpiał majstrów, a pełno ich wszędzie było [przy remontach w Jarogniewicach w 1899 r.] …Wściekał się, gdy go pytali, gdzie meble przenieść i jak je ustawić; odpowiadał: „a do diaska, róbcie jak chcecie” i do Adama słał posłańców z pytaniami… Wtedy dokonano zamiany, chyba na krótki czas, Adamowie przenieśli się z Kadzewa do Jarogniewic, a Henryk osiadł w Kadzewie, gdzie gospodarstwo było zorganizowane i szło swoim trybem. Tak było dopóki Kadzewo nie zostało oddane starszemu bratankowi Stanisławowi; wtedy Henryk zamieszkał z matką w Głuchowie – 2 km od Jarogniewic.

    Kiedy postanowił się ożenić, nieśmiałość czy roztargnienie powodowały nieustanne pomyłki, nieporozumienia i komplikacje. Jeździł na karnawały w poszukiwaniu odpowiedniej partii; kiedyś z Krakowa napisał, by brat zaraz przyjeżdżał, bo się kocha w Hance Mężyńskiej, bardzo ładnej, majętnej i bardzo „otoczonej”, tzn. mającej duże powodzenie. Na sali balowej tak niewyraźnie wskazał na matkę panny, że „brat go oświadczył fałszywej – Ta powiedziała: bardzo bym była rada, ale to pewnie nieporozumienie, bo do mojej córki wcale się nie zbliżał”, no i nic z tego nie wynikło. Innego roku w Warszawie bywały na balach „…dwie panny Komar, ładniejsza i młodsza bardziej mu się podobała, ale że była bardzo „otoczona”, z wygody przysiadał się i rozmawiał ze starszą, a na ładniejszą z daleka patrzał. Pani Komarowa zaprosiła go na wieś, był tam ze dwa tygodnie, jeździł z pannami konno, grał w tenis, ale jak się oświadczył matce – ta mówi, że nie ma nic przeciw temu, ale myślała i rozumiała, że chodzi o starszą; a gdy się upierał przy młodszej, to mu powiedziała, że zawsze uważała, że się zbliża do starszej siostry i że ta mu okazywała sympatię. On nie chciał tej, co go chciała – a chciał tę co go nie chciała…” 1 (Maria, s. 219). Najbliższym pociągiem wyjechał i z niczym wrócił do domu. Ostatnią próbę podjął, gdy w Bazarze w Poznaniu przebywała Adolfowa Ponińska z córką Różą. Bunia pisze: „Kilku panów się tam kręciło. Henryk uważał, że mniej fatygi wyjazd do Poznania, niż gdzie dalej. Rózia wprawdzie na herbatkach śpiewała „”celui que j’aime il n’est pas lá” – mimo to Henryk pojechał za nimi do Kościelca, ale gdy się oświadczył, panna zadeklarowała, że jest od roku zaręczona z Zygmuntem [też Żółtowskim] z Nekli” (Maria, s. 308) I tak ostatecznie pozostał w stanie starokawalerskim.

    W 1914 r. został powołany do wojska, chciał się wytłumaczyć wiekiem: ale ja za parę tygodni będę miał 45 lat, na co usłyszał, że jeżeli wojna potrwa dwadzieścia lat, to on ciągle do tego wieku nie dojdzie. Mianowano go landsturmem i był odpowiedzialny za bezpieczeństwo fortów poznańskich. Bardzo się tym przejmował i powiedział braterstwu, że w razie jego śmierci wszystko, co posiada, na nich i ich dzieci przechodzi. Służba ta zresztą wcale nie była niebezpieczna; Bunia pisze: Objeżdżał okolice wstępując do Stablewskich w Antoninie na podwieczorek. Starał się rozchorować, by się uwolnić i jadł co uważał za niezdrowe, śledzie, kapustę, musztardę, korniszony popijał wódką, bo był to według niego niezawodny sposób na rozstrój żołądka uniemożliwiający jakiekolwiek działanie, w tym służbę wojskową – ale nic mu, ku jego rozpaczy, nie zaszkodziło. We wspomnieniach bratanicy Cecylii czytamy: w olstrach zamiast pistoletu miał bułki z szynką i bał się, że jak spotka wroga, to wyjdzie na jaw, że zamiast broni wozi wałówki. Pewnie tak dwa lata spędził w Poznaniu. W zapiskach Buni ta służba jest też odnotowana z zabawną anegdotą: Jego władza robiła mu wyrzuty, że nigdy nikogo nie przyłapał; więc raz widząc wózek bez latarni, zatrzymuje i chce zapisać adres i karę naznaczyć, a tu słyszy: -„jak to pan hrabia chce mnie skazać, a ja mu zawsze taką dobrą kawę parzę!”- w swoim roztargnieniu nie poznał, a była to gospodyni z Antonina (Maria, s. 399-400).

    Gdy nasz ojciec Marceli, młodszy z dwóch bratanków, doszedł do dorosłości, wrócił z wojny 1920 r., odbył studia i praktyki rolnicze, Stryj Henryk go usynowił i przekazał mu rodzinny majątek. Myślę, że była to dla Stryja nader szczęśliwa chwila, pozbył się trudów gospodarowania, związanych z tym kłopotów i emocji, otrzymywał swoją rentę i miał spokój. Moi rodzice pobrali się w 1929 r. i chyba wielką radością dla Stryja była odtąd obecność na I piętrze pałacu w Głuchowie młodej rodziny. W swych apartamentach na parterze prowadził życie zupełnie niezależne, o własnym, nietypowym rytmie, zamieniając dzień na noc i odwrotnie. Jadł śniadanie tuż przed naszym obiadem, a kolację kiedy już wszyscy spali2” (Cecylia s. 158). W staromodnie urządzonych pokojach: wielkiej jadalni i dwóch salonach wypełnionych bibelotami i ciężkimi meblami, z grubymi, obszytymi frędzlami zasłonami na oknach zamykanych czarnymi okiennicami, mieszkał obsługiwany przez oddanego służącego – Władzia Krauze, którego poznaliśmy jako wiekowego przemiłego staruszka. Stryj miał specjalne gusty, jeśli chodzi o jedzenie, nie umiem powiedzieć, jakie potrawy specjalnie lubił, jedno wiem, że zawsze musiał być kompot, więc specjalnie dla niego robiono co roku około 350 słoików.

    Już w wieku średnim uważał się za starszego człowieka, nie siadał na konia, tylko w pole jeździł wygodną „kariolką” , a do sąsiadów powozem na gumach. Wielkim jego zamiłowaniem był las, zwierzyna i polowanie. Michał zapamiętał jego opowiadanie, jak kiedyś w czasie spaceru w południe pod lasem jarogniewskim zauważył bawiące się w piasku koło nory młode liski. Widocznie jego zachowanie było tak spokojne, że liski zupełnie niespłoszone chwytały jego laskę ostrymi ząbkami i nie chciały puścić. Przywiązywał wielką wagę do swojego zdrowia i przestrzegał zaleceń lekarza, by odbywać codziennie czterogodzinny spacer. Ponieważ bardzo lubił jeździć do lasu, więc łącząc przyjemne z pożytecznym, czas przepisany na spacer dreptał w powozie, trzymając się pleców stangreta. Na spacer wychodził zawsze o tych samych godzinach i kiedyś, w swojej dobroci, skarżył się, nikt nie zgadnie po co!? – Jacy ludzie są głupi – ja zawsze o tych samych godzinach wychodzę – mogliby już wiedzieć – a ten głupi, niedelikatny Tomasz [stangret] wynosi obrok dla swych świń, tak że ja musiałem się za drzewo schować [Maria, s. 383]. Z cyklu historyjek o jego miękkim sercu najbardziej nas rozbawiło wspomnienie jednego z ministrantów służących w latach dwudziestych w głuchowskim kościele, który niedawno nam to opowiedział. Otóż Stryj w każdy pierwszy piątek miesiąca zamawiał mszę św. za siebie, szedł do spowiedzi, której ksiądz słuchał w zakrystii i przyjmował Komunię św. – jeden z chłopców podsłuchiwał spowiedź i opowiedział kolegom, że pod koniec usłyszał takie zdanie: Proszę księdza, ja bardzo proszę, jakby któryś z moich ludzi spowiadał się, że kradł zielonkę, to nie należy mu mówić przykrych słów!

    Nie tylko dzieci go lubiły, ceniono w nim ogromną skromność i to, że świetnie znosił, gdy sobie z niego żartowano. Tak jak był tolerancyjny dla tych, którzy czasem coś podskubywali z majątku, tak też nie wymagał, by wkoło niego skakano, szukał prostych kontaktów z ludźmi. W pobliżu kościoła na pięterku miał swoją pracownię krawiec. Stryj oddał mu do reperacji kamizelkę, w której wypalił papierosem dziurkę. Po kilku dniach osobiście zjawił się, by ją odebrać; wspiął się po stromych schodkach, by porozmawiać, powodując zaskoczenie krawca i jego rodziny; zostało to na tyle zapamiętane, że niedawno, po siedemdziesięciu latach (!) opowiadał nam to z serdecznym uśmiechem potomek krawca, ten sam, który został wtajemniczony w podsłuchiwanie Stryja spowiedzi. Często spotykam w listach naszej matki odnoszące się do Stryja określenie: szalenie poczciwy.

    Ze Stryja części domu najbardziej nam, dzieciom, działała na wyobraźnię łazienka z wanną wykafelkowaną, wpuszczoną w podłogę, do której wchodziło się po kilku stopniach w dół. Z tą ciekawą łazienką wiąże mi się inne zabawne wspomnienie. Otóż kiedy miałam trzy lata, Stryj uznał, że musi zadbać o to, bym została dobrze wydana za mąż, bo nasza matka ze swoimi demokratycznymi poglądami na pewno nie ułoży spraw jak należy. W związku z tym zaprosił do Głuchowa jako kandydata do mojej ręki swojego przyjaciela pana Bisia Tyszkiewicza. Oczekiwał go w nocy i przygotowywał ciepłą kąpiel, by odświeżył się po podróży – pan Tyszkiewicz w konkury nie przyjechał, a lecąca do wanny woda zalała pół domu.

    Michał przekazał mi wspomnienie, że kiedy Stryj pod koniec życia odwiedzał Czacz, rozmowy toczyły się na różne tematy, ale jednym z ważniejszych była świetność – wysoka wartość rodziny. Powtarzał z widoczną przyjemnością: Jeszcze się u nas żaden paskud nie urodził.

    Prawie do końca życia, mimo pewnych ułomności, uczestniczył w polowaniach, które były jego największą przyjemnością. 23 października 1935 r. mama napisała do ojca3, że Stryj zabił 10-taka jelenia bardzo ładnego i szaleje z radości. W tym samym liście jest informacja, że zamówiła sobie futerko, czarne breitszwanty szalenie eleganckie i chyba 120 zł. Stryjowi nie wyda się za drogo – o tym futerku już wcześniej była mowa. Strzelał świetnie, mimo iż był powolny w ruchach i niewysportowany. Ze stada zrywających się kuropatw, zwykle trafiał dwie, co wymaga szybkiej orientacji – pisze Michał.4

    Znaczne pogorszenie zdrowia nastąpiło zimą 1937 r., zasłabł na spacerze w parku. Stryj Henryk umarł w Głuchowie 16 listopada 1937 r. w wieku 67 lat, pochowany jest w krypcie pod kościołem obok swoich rodziców i brata. Zachowało się zdjęcie z pogrzebu i serdeczne wspomnienia.

    Maria Glińska z Żółtowskich


    1 Maria Kwilecka, Adamowa Żółtowska, zostawiła Wspomnienia pisane od 1941 do 1958. Oryginał rękopiśmienny złożono w Bibliotece Kórnickiej. W posiadaniu autorki niniejszych wspomnień o stryju maszynopis, wg którego podano numery stron.

    2 Cecylia Żółtowska, córka Marii Adamowej Żółtowskiej, zostawiła Wspomnienia pisane w latach 1960-1970; rękopis posiada zapewne Andrzej Ludwik Żółtowski, maszynopis w posiadaniu autorki.

    3 Korespondencja Marcelego i Róży Żółtowskich z Jarogniewic, rodziców autorki, w jej posiadaniu.

    4 Michał Żółtowski z Czacza po przesłaniu mu niniejszego tekstu nadesłał do autorki list z uzupełniającymi informacjami.

  • Konstytucja 3 maja 1791

    Konstytucja 3-go Maja

    Każda mijająca rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja jest okazją do refleksji nad stanem obecnym i przyszłością. Ponad 100 lat temu, w setną jej rocznicę, jeden z członków naszej rodziny, Ignacy Żółtowski1 z Krakowa chciał, na miarę swoich talentów i możliwości, przyczynić się do uczczenia jej pamięci i przypomnienia wartości. Jego staraniem jako wydawcy ukazał się druk autorstwa Juliusza Miklaszewskiego pt. Odczyt w stuletnią rocznicę Konstytucyi 3 Maja 2.

    Bóg pozwolił naszemu pokoleniu obchodzić stuletnią rocznicę [!] Konstytucyi Trzeciego Maja. W historyi każdego narodu są epoki upadku i klęsk, chwile odrodzenia i chwały. Konstytucja Trzeciego Maja pozostanie na zawsze wielkim dziejowym wypadkiem, świadczącym, iż naród polski w ostatnich chwilach istnienia Rzeczypospolitej, miał w sobie warunki do życia…

    …Obchodzenie wielkich pamiątek, religijnych czy narodowych, wtedy przynosi rzeczywisty pożytek: jeżeli pojmujemy ich znaczenie i umiemy wysnuć naukę, która oświeca umysł a krzepi serce.

    …Jak każdy człowiek, tak i naród bez wysiłku umysłu i woli, bez pracy nie zdobędzie ani nauki, ani cnót. Rzeczypospolita nasza stała w XVII stuleciu światłem, męstwem i cnotą obywatelską, w XVIII wieku przygasły te przymioty, a Polska stała się łupem nieprzyjaciół.

    …Sławna pieśń legionów „Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy” powinna być hasłem naszym i następnych pokoleń. Każde wielkie hasło ma wtenczas wagę, gdy pojmujemy jego znaczenie. Żyjemy, ale zdawajmy sobie sprawę jak żyjemy? Pytajmy się, o ile to życie nasze ma wartość przed Bogiem, o ile przyczynia się do szczęścia narodu?

    W 2003 roku – w 3-majową rocznicę – jest okazja – i pilna potrzeba – znowu pomyśleć. I może wspomnieć Ignacego? (amż)


    1 Ignacy Żółtowski ur. 1.2.1815 w Ossie, pow. kowelski na Wołyniu, zm. 5.7.1901 w Krakowie. Działacz społeczny, fundator obiektów opieki nad dziećmi, m.in. w Kochanowie, i Domu Narodowego w Cieszynie.

    2 Juliusz Miklaszewski Odczyt w stuletnią rocznicę Konstytucyi 3 Maja, nakładem Ignacego Żółtowskiego Kraków 1891, s. 52.

  • Ks. Michał Dominik Żółtowski (1835-1863)

    Ks. Michał Dominik Żółtowski
    Ks. Michał Dominik Żółtowski
    Grób ks. Michała
    Grób ks. Michała

    Zdjęcie przedstawia ks. Michała Dominika Żółtowskiego, ur. 4.8.1835 w Ulanie, gub. siedlecka, syna Grzegorza i Kazimiery z Karwowskich. Był kapłanem w diec. podlaskiej: seminarium w Janowie Podl. 1854-1858, święcenia kapłańskie 1859, wikariusz par. Kock (1858-1862) i Zbuczyn (1862-1863). Brał udział w Powstaniu Styczniowym w oddziale Lelewela- Borelowskiego. Zginął 16.4.1863-w potyczce pod Majdanem Sopockim i Borowymi Młynami. Wydarzenie relacjonują „Wiadomości z pola bitwy” nr 10 z 7 maja 1863 r.

    Pochowany został na cmentarzu w Józefowie Biłgorajskim, na grobie umieszczono inskrypcję: „Tu leży Xiądz Michał Żółtowski, żyć przestał d. 16 kwietnia 1863 r.” (amż)

    Fragment gazety

     

  • Od „Uprawy” do „Tarczy” część 2

    Działalność Żółtowskich na rzecz „Uprawy-Tarczy”

    Czy ktoś z Żółtowskich należał do „Uprawy-Tarczy”? Pewni są tylko dwoje: Paweł Żółtowski – ps. „Ogończyk” i jego najstarsza córka Julia Żółtowska, z czasem żona Wacława Bnińskiego, która ukończyła kurs sanitariuszek. Wielu innych, nawet jeżeli nie byli jej członkami, realizowało jej zadania w ramach stałej współpracy.

    Wiadomo, że współpracował z „Tarczą” Ludwik-Hieronim Morstin i jego żona, Janina z Żółtowskich. Brała zawsze udział we wszelkich zewnętrznych sprawach i decyzjach. Na nią spadała odpowiedzialność za organizowanie w 1940 r. kolonii letnich dla dzieci profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. Znała ryzyko ukrywania przez okres okupacji Arnolda Szyfmana dyrektora Teatru Narodowego w Warszawie pochodzenia żydowskiego. W czerwcu 1943 r. w Pławowicach odbył się egzamin dyplomowy uczestniczek kursu dla sanitariuszek, wśród których była Julia, córka Pawła Żółtowskiego.

    Nie wiemy, czy należał do „Uprawy-Tarczy” Andrzej Żółtowski senior, z Milanowa, który zginął w Oświęcimiu późną wiosną 1941 r. Wiele danych przemawia za tym, że włączył się w ten ruch, a przypuszczalne kontakt z tą organizacją miała jego żona, Wanda z Czetwertyńskich. Świadczyłby o tym pobyt w Milanowie do końca wojny prof. Juliusza Kleinera. Rozmieszczanie profesorów i osób żydowskiego pochodzenia we dworach należało do zasadniczych zadań „Uprawy”.

    Benedykt Żółtowski z Godurowa, brat Andrzeja, w czasie okupacji zarządzał majątkiem swego teścia, Kazimierza Fudakowskiego w Krasnobrodzie. Sam mi mówił o prowadzonej we dworze teściów podchorążówce AK. Przez bratanicę, Różę Żółtowską Zamoyską, żonę ordynata Jana, miał dostęp do informacji bardzo rzeczowej. Gdy na Zamojszczyźnie zaczęły się masowe wysiedlenia Polaków, w Krasnobrodzie przyjmowano do pracy w kilku uprzemysłowionych obiektach majątku lub zatrudniano w ogrodzie ogromną liczbę spośród nich. Dzięki interwencji Benedykta, podczas dwukrotnie zorganizowanej łapanki w celu wywiezienia do Niemiec zamieszkałych tam Polaków, udało się uratować czterystu. Po wojnie gmina w Krasnobrodzie wystosowała za to do Benedykta pisemne uroczyste podziękowanie.

    Ocalenie kilkuset dzieci z Zamojszczyzny z obozu w Zwierzyńcu przypisuje się słusznie Róży z Żółtowskich Zamoyskiej i jej mężowi, ordynatowi Janowi Zamoyskiemu. Róża jako młoda dziewczyna zabłysła na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929 r., powożąc czwórką koni swego ojca, Andrzeja (rodem z Godurowa), w konkursie zaprzęgów. Zdobyła wtedy pierwszą nagrodę w poważnej konkurencji, czwórkę jednak sprzęgał jej ojciec.

    Niemcy postanowili tereny Roztocza i Zamojszczyzny zasiedlić ludnością niemiecką. W tym celu zaczęli masowo wysiedlać ludność polską. Dorośli mieli być wywiezieni na roboty do Rzeszy, dzieci zgermanizowane albo poddane eksperymentom lekarzy. Zorganizowano w tym celu wielki obóz w Zwierzyńcu. W tej samej miejscowości był dwór, w którym mieszkał młody ordynat, Jan Zamoyski, żonaty z Różą Żółtowską. Ordynat wcześnie nawiązał współpracę z „Uprawą- Tarczą” i został mianowany kierownikiem okręgu południowej części Lubelszczyzny. Nawiązał niezłe stosunki z gubernatorem, lecz ostateczne decyzje należały do SS i gestapo. Sprawa ratowania mieszkańców Zamojszczyzny, a zwłaszcza ich dzieci, nie była beznadziejna, ale bardzo trudna.

    O jej przebiegu dowiedzieli się licznie zebrani na Powązkach na nabożeństwie żałobnym Róży Zamoyskiej krewni i znajomi. Celebrans, ks. Tadeusz Fedorowicz, odczytał bilecik pisany przez Zmarłą do męża, zawierający wstrząsającą treść. Donosiła, że warunki i stan zdrowotny polskiej ludności za drutami w Zwierzyńcu stale się pogarszały, szerzyły się choroby i dziennie umierało kilkanaścioro dzieci. „Musisz coś zrobić, by je ratować za wszelką cenę – kończyła. – O mnie się nie troszcz, w najgorszym razie jakoś sama sobie poradzę.” Wielkie wrażenie na zebranych sprawiła wypowiedź młodego księdza koncelebrującego Mszę św. Powiedział krótko: „Jestem jednym z uratowanych dzieci Zamojszczyzny”.

    Nie wiem, czy mój śp. brat, Jerzy Żółtowski, należał do „Uprawy-Tarczy”, lecz w jego postępowaniu widać było realizację dyrektyw tej organizacji. Docierały one do niego z Kozłówki od Aleksandra i Jadwigi Zamoyskich. Ukrywał i zatrudniał kilku wojskowych, wydatnie wspierał oddziały leśne, uratował od zagłady trzydziestu Żydów z sąsiedniej Kamionki, organizował kształcenie dzieci pracowników majątku, przyjął na dłuższy pobyt malarza Grzegorza Orłowskiego, ukrywającego się w Kozłówce.

    Na koniec winienem choć w kilku słowach podać, jaki był mój – Michała Żółtowskiego – udział w pracach „Tarczy”. Mimo iż kontaktowałem się z bliska z Leonem Krzeczunowiczem, nie otrzymałem od niego propozycji wstąpienia do organizacji. Zadaniem, jakie na mnie spadło – było odciążenie mego szefa, Wacława Skarbek-Borowskiego, od prowadzenia osobiście majątku. Jego znajomość stosunków w Miechowskiem i Krakowskiem oraz umiejętność postępowania z ludźmi były czymś bardzo cennym. Związane z „Tarczą” zadania, jakie mi zlecał, miały raczej niewielkie znaczenie. Kiedyś musiałem pojechać do sąsiadki z Minogi, z prośbą o przyśpieszenie przesłania zadeklarowanej składki na potrzeby „Uprawy”. Niedługo po tym przewiozłem do niej, nocą, i ukryłem dzieci Leona Krzeczunowicza. Po jego wywiezieniu do obozu w podobny nieco sposób przewieziona została z Sieciechowia do Minogi jego żona, Wanda. Raz o mały włos byliby mnie zdekonspirowali przyjezdni wozacy z kilku pustymi wozami. Dopominali się dla oddziału leśnego o dużą ilość siana, miał im je wydać jakiś „Butrym”, czyli właśnie ja. W Minodze prócz ukrywającego się wtedy szefa nikt nie znał mego pseudonimu.

    PAWEŁ ŻÓŁTOWSKI (1889-1985)

    Paweł Żółtowski

    Ziemianin, wł. dóbr Stawiska, major dypl. WP, działacz gospodarczy i społeczny, członek kierownictwa „Uprawy-Tarczy”, ps. „Ogończyk”.

    Urodził się 24.12.1889 w Niechanowie, syn Stanisława (1849-1908) z Niechanowa i Marii z Sapiehów Kodeńskich (1855-1929) z Knyszyna. W 1931 adoptowany przez Augusta Cieszkowskiego, syna filozofa, zmienił nazwisko na Cieszkowski- Żółtowski. Ożenił się 27.6. 1922 z Anną Potocką (1898-1982) z Chrząstowa. Dzieci: Julia Anna (ur. 1923) za Wacławem Bnińskim (1923-1998), USA; Maria Zofia (ur. 1928) za Arturem Potockim, Francja; Elżbieta Nika (ur. 1935) za Maciejem Janem Wężykiem (1925-1994) Kraków.

    Ukończył w Poznaniu w 1908 Szkołę Realną, studiował rolnictwo w Louvain (1908-1910), nauki społeczne w Berlinie (1910) i Londynie (1911-1912). Od 1912 odbywał służbę wojskowa w armii pruskiej, walczył na frontach zachodnim i wschodnim. W styczniu 1919 wstąpił ochotniczo do WP, brał udział w powstaniu 1 psk wielkop., (później 55 pp.). Później walczył pod Lwowem, uczestniczył w wojnie bolszewickiej, 3 x KW. 1921-1925 Szkoła Sztabu Generalnego i służba sztabowa, m.in. w 15 p.uł. pozn. 1925-1929 był dyrektorem Wielkopolskiej Izby Rolniczej, 1929 – OOP4. 1929-1937 radca w Min. Rolnictwa, w ekipie ds. handlu zagranicznego. 1937-1939 administrował majątkiem rolnym w Stawiskach, odziedziczonym po Auguście Cieszkowskim. Uczestniczył także w międzynarodowych transakcjach węglem i herbatą, działał w Stronnictwie Zachowawczym.

    Zmobilizowany w 1939 dotarł do Dubna. Uniknąwszy niewoli powrócił do Warszawy, szybko włączył się do prac ZWZ i „Uprawy”, gdzie był przedstawicielem Obszaru Warszawa. Współpracował blisko z Karolem Tarnowskim i Leonem Krzeczunowiczem. Ranny w Powstaniu Warszawskim, przeniósł się w 1945 do Krakowa. Brał tam czynny udział w życiu umysłowym elity intelektualnej. Pozostawał w bliskich stosunkach z bratem matki, kardynałem Adamem Sapiehą. Prowadził dziennik, publikował wspomnienia. Utrzymanie zapewniały mu wykłady z języków obcych i tłumaczenia.

    Zmarł 25.7.1985 w Krakowie.

    O swej działalności w „Uprawie-Tarczy” pozostawił relację przechowywaną w Ossolineum w zespole AR/249z/86. Poniżej przytaczamy jej fragment. Opublikował Wspomnienia o Kardynale Adamie Stefanie Sapieże… w „Naszej Przeszłości” 1972 nr 38, s. 215-249; dziennik U schyłku życia na marginesie wspomnień (rękopis 700 s. 31×21 cm) złożono do archiwum „Naszej Przeszłości” w Krakowie 1974 poz. 225. Archiwalia rodzinne przechowuje córka Elżbieta Nika Wężykowa w Krakowie.

    Informacje o charakterze biograficznym publikował Sławomir Leitgeber – P.Ż. (1889-1985) Wspomnienie, „Gazeta Wyborcza Wielkopolska” 4.5.2001, Elżbieta Wężykowa i Michał Żółtowski – P. Ż. „Kwartalnik Związku Rodu Żółtowskich”, 1996 nr 11-12 oraz Michał Żółtowski Żółtowski (Cieszkowski-Żółtowski) Paweł w „Ziemianie polscy XX wieku” zeszyt 4, Warszawa 1998, s. 177-178.

    Paweł Żółtowski, Relacja. Ossolineum AR/249z/86.

    „Do «Uprawy» wprowadził mnie Leon Krzeczunowicz, którego poznałem za pośrednictwem Karola Tarnowskiego. O istnieniu tej organizacji powiedziała mi siostra Leona, Maria (Dzidzia) Krzeczunowicz jeszcze w Krakowie, przed jej wyjazdem na Węgry. Ona mnie skontaktowała z Karolem Tarnowskim. Leona Krzeczunowicza widziałem kilkakrotnie w Warszawie, gdzie pierwsze spotkanie miało miejsce w restauracji «Fregata» na ul. Mazowieckiej (wówczas Blumenstrasse). W Krakowie byłem w jego mieszkaniu na ul. Dolne Młyny, a raz pojechałem do niego do Sieciechowic, gdzie mieszkała jego żona. Raz spotkaliśmy się w Czaplach u Marii Popielowej (Bnińskiej). W Warszawie kontaktowałem się z Romanem- Lasockim, u którego miało miejsce spotkanie z gen. Borem Komorowskim, na które przyjechał z Krakowa Krzysztof Morstin, a z Klemensowa czy Zamościa Jan Zamoyski.

    Popławski działał, o ile pamiętam w powiecie garwolińskim, Konstanty Radziwiłł w powiecie pułtuskim, Izabela Edmundowa Radziwiłłowa w łowickim. Konstantego Radziwiłła rozstrzelali Niemcy w 1944 r. pod Zegrzem.

    Prof. dr Felicjan Dembiński w Suchej pow. Węgrów prowadził działalność pokrewną «Uprawie», chociaż nie wiem, czy należał do tej organizacji. Między innymi pomagał przy uzyskaniu zwolnienia skazanej na śmierć Anny Mycielskiej, córki Feliksa i Heleny z Dembińskich. Wybitną rolę w tej sprawie odegrał Pętkowski oraz – o ile wiem – Maurycy Potocki z Jabłonnej.

    Z «Uprawą» współdziałał w Warszawie Andrzej Potworowski z Kaliskiego.

    Prof. Dębiński zatrudniał długi czas Żydów z Kałuszyna w swoim majątku, chroniąc ich do czasu.

    Nie pamiętam roku, kiedy dostałem polecenie przygotowania miejsca do lądowania czy też zrzutów na terenie Stawisk, co przy pomocy dzierżawcy tego majątku Jana Kamińskiego zostało dokonane. Czy lądowisko zostało wykorzystane – nie wiem.

    Poza tym działalność «Uprawy» na terenie województwa warszawskiego polegała na pomocy aprowizacyjnej dla AK oraz przyjmowaniu na krótkie okresy urlopowe personelu (łączniczki itp.) pomocniczego.”

    WACŁAW HILARY BNIŃSKI (1923-1998)

    Wacław Hilary Bniński

    Dziennikarz, działacz polityczny i społeczny, porucznik AK, członek „Uprawy-Tarczy”, ps. „Roman”, „Wioślarz”, „Key”.

    Urodził się 24.3.1923 w Krakowie, syn Hilarego (1873-1946) ziemianina ze znanej wielkopolskiej rodziny i Jadwigi z Tarnowskich linii dzikowskiej (1879-1945), córki historyka Stanisława (1837-1917) z Krakowa. W kręgu rodziny Żółtowskich znalazł się poprzez małżeństwo 9.6.1945 z Julią Marią Żółtowską (ur. 1923), córką Pawła Cieszkowskiego-Żółtowskiego (1889-1985) działającego w „Uprawie”. Dzieci: Roman (ur. 1946) Jan (ur. 1947), Klara (ur. 1949) za Konstantym Hubertem Reyem, Tomasz (ur. 1950).

    Początki nauki pobierał w szkołach prywatnych, po 1939 rozpoczął studia prawnicze w Krakowie na tajnych kompletach (kontynuowane krótko po 1945 na UJ). W 1940 nawiązał kontakt z Leonem Krzeczunowiczem i działał w „Uprawie”. Od 1942 skoncentrował się na działalności w AK: Podchorążówka Piechoty, Komenda Okręgu Kraków, 1944 – por. AK, KZzM2. 1944 przechodzi do I Oddz. KG AK Warszawa, ps. „Roman”, „Wioślarz”. Od 1945 w WiN Obszar Kraków. W 1946 opuścił Kraków z żoną, jej siostrą i z synem. Brał udział w organizacji delegatury WiN na Zachodzie, działał we Francji, Szwajcarii i Włoszech. Od 1953 pracował w RWE w Monachium, 1957-1958 redaktor dziennika sekcji polskiej. 1958-1969 przeniósł się z rodziną do USA, początkowo pracował w firmach organizacji i eksploatacji terenów zielonych, 1969 podjął pracę w Głosie Ameryki w Waszyngtonie, współpracował z organizacjami polonijnymi i kombatanckimi. 1982- 1987 był korespondentem Głosu Ameryki w Europie: Paryż, Węgry, Jugosławia, Wiedeń, Rzym, stamtąd towarzyszył Ojcu Św. w 16 pielgrzymkach. W 1987 przeszedł na emeryturę, zamieszkał na Florydzie. Zmarł 24.1.1998 w Palm Beach.

    Z racji uprawianego zawodu wiele publikował, m.in. w paryskiej „Kulturze” i „Zeszytach Historycznych”, w nowojorskim „Nowym Dzienniku”, szwajcarskich „Widnokręgach”. O wydarzeniach z okresu wojny i kilku lat następnych m.in.: Ziemianie z podziemia „Uprawa” i „Express” – Leon Krzeczunowicz w: ZH Paryż 1971 nr 20, s. 136-145 – poniżej przytaczamy fragmenty; Fragmenty wspomnień z lat 1945-1948 w: ZH WiN Kraków 1997 nr 10, s. 149-175.

    Informacje biograficzne podali m. in.: Judycki Z., Klimaszewski B., Krakowianie na świecie- słownik biograficzny, T. 1 Toruń 2000, s. 14; Pomian A. Wacław Bniński – Wspomnienie, „Nowy Dziennik” Nowy Jork 17.4.1998, 6.

    Wacław Bniński, Ziemianie z podziemia „Uprawa” i „Express” – Leon Krzeczunowicz, fragmenty cytowane za: M. Żółtowski, Tarcza Rolanda wyd. 1989.

    „Na początku 1942 roku, na życzenie KG ZWZ i na podstawie potrzeb dowódców obszarów i okręgów uzgodnionych z szefami czwartych oddziałów (kwatermistrzostwo), zadania i siatka organizacyjna «Uprawy» przedstawiały się następująco:

    1. Kierownictwo «Uprawy» spoczywało luźno ujęte w rękach:
      • Leona Krzeczunowicza – «Express»
      • Romana Lasockiego ps. «Prezes»
      • Leona Popławskiego z Obszaru Warszawa
      • Andrzeja Sapiehy – «Kodeński», do wiosny 1944
      • «Leliwy» [Karola Tarnowskiego] z Okręgu Kraków
      • «Ogończyka» [Pawła Żółtowskiego] z Obszaru Warszawa

      oraz jeszcze jednej osoby z terenu Okręgu Lublin [Jan Zamoyski -przyp. red.].

    2. Stały kontakt z KG AK utrzymywał Roman Lasocki przez «Denhoffa» – płk. dypl. Zygmunta Miłkowskiego, Szefa Oddziału IV KG AK, a przedtem dowódcę Okręgu Kraków.
    3. Przy każdym dowództwie Okręgu AK w tzw. GG działał przedstawiciel «Uprawy», który w zależności od układu lokalnego współpracował bezpośrednio z Komendantem Okręgu lub jego kwatermistrzem.
    4. Podwładni okręgowych przedstawicieli «Uprawy» posiadali odpowiednie kontakty z dowódcami Inspektoratów i Obwodów. Zasadniczo unikało się organizacyjnych bezpośrednich powiązań z placówkami czy też oddziałami bojowymi. Naturalnie były od tego wyjątki, dyktowane potrzebami akcji. Chodziło między innymi o to, aby np. w roku 1943 – oddziały bojowe AK korzystały z pomocy «Uprawy» na zasadzie ustawień drogą służbową, a nie w wyniku «własnych zabiegów» czy np. ewentualnie dobrych stosunków danego właściciela majątku z danym d-cą oddziału bojowego.

    «Nie od razu Kraków zbudowano» – więc dopinanie siatki następowało rozmaicie w rozmaitych terenach. Mam jednak wrażenie, że w jesieni 1942 roku – kiedy od bieżących spraw «Uprawy» odszedłem do innych, wyłącznie wojskowych zajęć, siatka ta funkcjonowała i pokrywała całe tzw. GG. Oficjalne uruchomienie «Uprawy» nastąpiło specjalnym rozkazem Komendanta Armii Krajowej w 1943 roku do Komendantów Obszarów i Okręgów.

    Napisałem, że kierownictwo «Uprawy» było luźno ujęte… Jedno z założeń zmierzało do tego, aby «Uprawa» zaspakajała potrzeby dowództw terenowych, a nie była jakimś centralnie kierowanym organizmem. Toteż ciężar właściwego kontaktu spoczywał na szczeblach okręgów AK. Jak «Uprawa» działała – zależało to głównie od umiejętności jej okręgowego kierownika, od ilości obiektów przemysłowo- rolnych w rękach polskich na terenie danego Okręgu i wymagań d-cy Okręgu AK.

    Centralne, luźne kierownictwo spełniało raczej rolę nominalną. Czasami otrzymywało od KG AK zlecenia dotyczące jakichś bardziej ogólnych zagadnień, jak na przykład statystyk produkcji i zapasów produktów rolnych, inwentarza żywego, stanu lasów etc. Szef IV Oddziału KG AK otrzymywał od Romana Lasockiego ramowe sprawozdania z prac «Uprawy» w Okręgach.

    Zadania, jakie Komendant Główny AK wyznaczył «Uprawie», wynikały z możliwości, jakimi dysponowali właściciele obiektów przemysłowo-rolnych.

    «Uprawa» stawiała do dyspozycji Armii Krajowej:

    1. Możliwości legalizacyjne i ukrywanie zagrożonych żołnierzy AK.
    2. Zaopatrzenie sanitarne.
    3. Pomoc więźniom i rodzinom aresztowanych żołnierzy AK.
    4. Zaopatrywanie oddziałów bojowych w żywność i kwatery.
    5. Fundusze.

    Jak zbierane były fundusze?

    Ustalony został rodzaj podatku. Wpłaty przypadające na poszczególne obiekty rolno-przemysłowe ustalali: okręgowy delegat «Uprawy» z przedstawicielami «Uprawy» przy Inspektoratach, czyli przeciętnie na Okręg AK – sześć do dziesięciu osób. Nie pamiętam klucza, jakim posługiwano się do wyznaczania wpłat. Na pewno nie stanowiła podstawy ilość hektarów danego obiektu. Warto bowiem przypomnieć, że warunki gospodarki w czasie okupacji były dość specyficzne. I tak na przykład dochody stosunkowo małych obiektów, ale posiadających uprawę tytoniu, buraka cukrowego, hodowlę, młyny, gorzelnie, były stokroć większe aniżeli obiektów leśnych. Nad większymi obiektami kontrola niemiecka była silniejsza niż nad mniejszymi. Naturalnie opodatkowane były tylko te obiekty, które znajdowały się w bezpośrednim zarządzie właścicieli. Ale – w wypadku np. Wilanowa pod Warszawą, który należał do mego wuja Adama Branickiego i przez okres okupacji był pod zarządem niemieckim, było inaczej. Kiedy Wilanowem z ramienia władz niemieckich zarządzał Polak [Szenic] z Poznańskiego, Podziemie w pełni korzystało z możliwości, jakie zorganizował.

    Zdarzało się, że na wniosek Komendanta Okręgu AK fundusze z «Uprawy» docierały do rąk Okręgowego Kierownika Walki Cywilnej. Wiem o co najmniej dwukrotnym przekazaniu z inicjatywy Komendanta Okręgu AK Kraków w roku 1943, tamtejszemu Kierownikowi Walki Cywilnej prof. Sewerynowi – «Sosze» sum na pomoc więźniom i Żydom oraz rodzinom profesorów Uniwersytetów.

    Wątpię, by ktokolwiek był w stanie ustalić wiele pieniędzy «Uprawa» wpłaciła Armii Krajowej, lub jaką wartość pieniężną stanowiło zaopatrzenie sanitarne, zgromadzone w wielu wiejskich i miejskich punktach.

    To, co powyżej napisałem daje ogólny obraz prac «Uprawy». Trzeba dodać, że w miastach «Uprawa» stawiała do dyspozycji lokale kontaktowe i noclegowe oraz ułatwiała niektóre zadania wywiadu czy kontrwywiadu.”

    Ciąg dalszy nastąpi

    Michał Żółtowski