Tag: Nr 34-35

  • Wspomnienia Cioci Lizy

    Elżbieta Żółtowska (1887-1967) ziemianka wielkopolska z Godurowa, autorka wspomnień o rodzinie.

    Ur. 29.11.1887 r. w Godurowie. córka Marcelego (1850-19250) i Ludwiki z Czarneckich (1859-1943), niezamężna, znana w rodzinie jako „Ciocia Liza”. Zgodnie z ówczesnym obyczajem, jako dziewczyna, otrzymała wykształcenie wyłącznie domowe, ale na dobrym poziomie. Znała trzy języki – oprócz polskiego: francuski, angielski i niemiecki. Była bardzo oczytana, znała dobrze historię, interesowała się genealogią i heraldyką. Malowała niezłe akwarelki, znała też historię sztuki, szczególnie interesowała ją porcelana.

    W 1918 roku pracowała jako tłumaczka komisji granicznej przy wytyczaniu północno-zachodniej granicy Polski. W okresie międzywojennym prowadziła dom nieżonatego brata Franciszka w Brześnicy. Po II wojnie spędzonej głównie w Warszawie, pracowała przy porządkowaniu zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu, potem utrzymywała się z lekcji angielskiego. Schorowana, zamieszkała z dwiema siostrami – Marią Józefą (1883-1968) i Różą Marią (1889-1962) w Gostyniu, utrzymując się z maleńkiej renty i wyprzedając po kolei resztki ocalałej miśnieńskiej porcelany. Ostatnie trzy lata życia spędziła u brata Benedykta w Kamieńcu, gdzie zmarła 6.7.1967. Pochowana została obok rodziców na cmentarzu parafialnym w Strzelcach Wielkich.

    W Kamieńcu napisała wspomnienia, poprzedzone bardzo dobrze udokumentowaną genealogią wielkopolskiej linii rodu Żółtowskich. Materiały do genealogii musiała zbierać dużo wcześniej, gdyż powołuje się tam na źródła, do których w Kamieńcu nie miała dostępu. Wspomnienia zaś, poza opowieścią ściśle rodzinną, stanowią ciekawe świadectwo życia dworu wielkopolskiego na przełomie XIX i XX wieku. Stąd też pochodzi fragment opisujący okoliczności rozbudowy kościoła w Strzelcach na początku XX wieku.

    Nasz Ojciec miał wielki wpływ w Kurii biskupiej w Poznaniu i nieraz wspólnie przeżywał ciężkie konflikty [z władzami niemieckimi] razem z kolejno następującymi biskupami. Często konferował w Poznaniu w Kurii Arcybiskupiej, poza tym korzystając z pobytów w Krobi, gdzie arcybiskup Stablewski założył swą wilegiaturę, gdyż to była odwieczna „Biskupczyzna”, a stamtąd arcybiskupi kolejni odwiedzali latem naszych rodziców w Godurowie.

    W tych czasach mniej więcej [ok. 1900 r. – I. B.] został w naszej parafii Strzelce Wielkie proboszczem ks. Jan Wlazło. Był on szalenie energiczny i przedsiębiorczy, i zaprowadził ogromny ład. Strzelecka parafia była wtedy bardzo rozległa, liczyła 8 tysięcy dusz, w tym miasteczko Piaski, gdzie był wtedy tylko ewangelicki zbór i gdzie twardo rezydował pastor Niemiec, polakożerca. Proboszcz miał więc wiele roboty, ale nie mógł pomieścić parafian w starym kościele.

    Nasz Ojciec, jeżdżąc do Poznania, informował biskupów przez parę lat o sytuacji i przedkładał im swój plan, aby parafię na dwie połowy rozdzielić. Z oddalonych wsi chciał utworzyć nową parafię w Zalesiu, lub Szelejewie, gdyż tam istniały już murowane kaplice. Koszta byłyby podzielone, a gospodarze i robotnicy mieliby bliżej do kościoła, zwłaszcza dzieci na katechizację zimą. Tym rozsądnym względom sprzeciwiał się kategorycznie ks. biskup Likowski, twierdząc, że Niemcy nie pozwolą na założenie nowego kościoła i że nie trzeba dzielić parafii, która kilka wieków istnieje. W końcu należy unikać wszelkich komplikacji z rządem pruskim! Natomiast nakazał rozbudowę kościoła w Strzelcach Wielkich. Ponieważ kościół stał na terenie majątku Tatki, musiał się Tatka, jako patron poddać i wykonać ten nadzwyczaj ciężki obowiązek. Patron płacił od razu dwie trzecie kosztów budowy, a parafia jedną trzecią i to rozłożone na kilka lat.

    Sprowadzono architekta, ten ustawił kosztorys, w którym mu Tatka wykazał i dowiódł: dwa razy za wiele cegieł, trzy razy za wiele budulca. Odprawiono więc jegomościa z kwitkiem i sprowadzono z Poznania Radcę Architekta Łukomskiego. Trzy lata trwała rozbudowa – nie obyło się bez pomysłów proboszcza, ale takowe potrafił Tatka uporządkować.

    Wreszcie stanął kościół w ten sposób, że dobudowano za pierwotnym wielkim ołtarzem poprzeczną bardzo szeroką i o wiele wyższą nawę i zakończono ją głęboką absydą z głównym ołtarzem. Powstał typowy architektoniczny krzyż, po prawej stronie zakrystia, po lewej stronie loża dla kolatorów. Kościół powstał jeszcze raz tak duży, z wielkimi romańskimi oknami, dwoma kruchtami wejściowymi z boków, z dużym witrażem św. Marcina oraz obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej ponad witrażem, nad Wielkim Ołtarzem.

    Odbyło się nadzwyczaj uroczyste poświęcenie przez biskupa Likowskiego w roku 1902 – szalone tłumy wiejskiego ludu, moc duchowieństwa, zjazd wielu krewnych i sąsiadów. Była eskorta banderii konnej gospodarzy z Krobi w regionalnych sukmanach, jako rdzenni Biskupianie, nasza kareta w cztery konie i wreszcie galowy obiad w Godurowie, gdzie na sali jadalnej siedzieli, obok wikarych, gospodarze jako goście biorący udział w przyjęciu! Wśród nich szlachetka z Grabonoga wznosił toast na cześć biskupa swoimi wierszami.

    Kościół był jak katedra, a w niej śpiewał ks. Wlazło, który miał głos olbrzymi i wspaniały. Po rozbudowie było 46 metrów długości od wielkiego ołtarza do bramy – miał wreszcie gdzie śpiewać! Zwłaszcza prześliczne „Bóg się rodzi” na Pasterkę, a na Boże Ciało nadzwyczaj przejmujące „Salvum fac” – dreszcz przechodził słuchając, wszyscy byli zawsze zachwyceni.

    Jednakże nie wystarczył proboszczowi o wielkim geście sam kościół – postawił jeszcze obok, naprzeciw, duży Dom Katolicki z wielką salą do zebrań i dwoma mieszkaniami dla wikarych, jedno na parterze i drugie na piętrze. Działalność jego kompletował rodzony siostrzeniec ks. Roman Wesołowski, który nadzwyczaj był gorliwy w pracy społecznej, założył dużą ilość stowarzyszeń na Piaskach i w całej parafii i kierował nimi z wielkim powodzeniem przez szereg lat. Wuj nie chciał go z rąk wypuścić i nieborak bardzo późno wydostał się wreszcie na swoje probostwo, ale wkrótce został dziekanem!

    Proboszcz Wlazło zafundował z własnej kieszeni żelazne bramy i ogrodzenie pomiędzy drogą a kościołem. Bywali obaj w Godurowie na Święcone i na imieninach, i przy okazjach. Obaj jowialni i zawsze w dobrych humorach, bardzo zacni i duchowo dodatni, trzymali w garści osiem tysięcy dusz przez lat bez mała dwadzieścia.

    Pamiętać trzeba, że na powiększenie kościoła dla całej parafii Tatka zapłacił 600 tysięcy marek niemieckich w roku 1902 – był to szalony wydatek. Loża kolatorska zobowiązywała!

    Po tak wielkich wydatkach Rodzice swoje srebrne wesele obchodzili cichutko w roku 1904 nabożeństwem w Wielkich Strzelcach w już powiększonym kościele, bez żadnych przyjęć w domu w Godurowie, co Im się przecież należało. Powiedział Tatka: „To nie sztuka obchodzić srebrne, ale doczekać się złotego…”

    Nie doczekali!

    rękopis „Wspomnień”, s. 69-77

  • Zebranie Zarządu 12.10.2003 r. w Laskach

    Tematem zebrania były sprawy bieżące i przygotowania do zjazdu Związku w 2004 r.

    1. Omówiono wnioski wynikające z organizacji i przebiegu XII Zjazdu. Konieczne jest branie pod uwagę możliwości finansowych członków Związku, podjęcie kroków w celu zwiększenia udziału młodzieży. Konieczne jest sprawdzanie wiarygodności ośrodka (pensjonatu, hotelu itp.), w którym organizowany jest zjazd. Wskazane jest dalsze rozszerzanie programu zjazdu o odczyty, wystawy itp. W ramach przygotowań trzeba brać pod uwagę możliwość zapewnienia wzajemnej pomocy w dojazdach.
    2. Postanowiono wysłać do Ojca Św. życzenia z okazji 25-lecia pontyfikatu.
    3. Zjazd w 2004 r. będzie zjazdem sprawozdawczo-wyborczym, wskazane jest zapewnienie możliwości jak najliczniejszego udziału, program informujący o przewidzianych do omówienia sprawach, m.in. poprzez ułatwienie dojazdu. Z tego względu postanowiono zorganizować Zjazd w pobliżu największych skupisk członków Rodziny – w centralnej części Mazowsza. Przedstawienia szczegółowych propozycji podjęli się Stefan senior i Bożena Wanda (rejon Serocka u zbiegu Bugu i Narwi) oraz Wacław z Łodzi (rejon Łowicz – Łódź – Piotrków). Rozpoznanie i wybór muszą być przeprowadzone w terminie zapewniającym możliwość zawarcia do końca br. wstępnej umowy na organizację zjazdu.
    4. Skarbnik – Jarosław ze Skierniewic przedstawił aktualny stan zasobów finansowych – na koncie jest ok. ośmiu tysięcy zl. Zgromadzeni poparli wniosek o zmianę banku w celu obniżenia wysokich kosztów obsługi rachunku w PKO BP S.A.
    5. Omawiając sprawy związane z wydawaniem „Kwartalnika”, postanowiono kontynuować wdrażanie edycji elektronicznej w internecie. Forma internetowa winna być stosowna do problematyki, nawiązywać do tradycyjnych form edytorstwa. Cennym wkładem pracy w zakresie wykorzystania możliwości operacyjnych wykazał się informatyk Maciej z Warszawy. Edycja elektroniczna jest pochodną edycji drukowanej, jej treść i forma ustalana jest i pozostaje pod kierownictwem redaktora „Kwartalnika”. Następny numer „Kwartalnika” powinien ukazać się w grudniu br.
    6. Zdecydowano, by do zawiadomień o zebraniach Zarządu dołączać program informujący o przewidzianych do omówienia sprawach.
    7. Redaktor „Kwartalnika” apeluje o nadsyłanie do „Kwartalnika” artykułów o tematyce związanej zarówno z historią rodziny i jej członków jak i z inną interesującą, aktualną, ważną problematyką. Należy również brać pod uwagę możliwość odrębnej publikacji dłuższych tekstów – jak już wydanych w latach1994-1999 wspomnień Benedykta Stanisława, Romana.

    Zebranie zakończył Prezes Rafał życzeniami dalszej owocnej współpracy.

    Na podstawie protokołu zebrania autorstwa Bogusi – oprac. redakcja.

  • 10 lat

    Muszę sprostować twierdzenie, że ja, Natalia, należę do inicjatorów utworzenia związku rodzinnego. Mój mąż – Zbigniew – tak, ale ja na początku i długo jeszcze byłam przeciwna temu pomysłowi. Wiedziałam, że jest to duże, poważne przedsięwzięcie. Bałam się, jak temu podołam – pierwszy zjazd założycielski, tyle obcych, zupełnie nieznanych osób – miał się odbyć w naszym domu. Pomysł Zbigniewa powstał już dawno, usiłował mnie zainteresować nim, ale ja ciągle, uparcie mówiłam: nie i nie!

    Przypadek sprawił, że Zbigniew poznał studenta historii Uniwersytetu Łódzkiego – Michała Żółtowskiego. Teraz już dwóch upartych zapaleńców atakowało mnie argumentami, przekonywało, jakie to będzie wspaniałe, niebywałe, gdy wiele osób o tym samym nazwisku będzie mogło się spotkać, poznać, a może nawet zaprzyjaźnić. Jak długo mogłam się im opierać, mając jedynyargument, że boję się, iż nie podołam przyjęciu tylu obcych ludzi? Musiałam w końcu ustąpić i zgodzić się. Tak to się zaczęło – Zbigniew i Michał byli pierwszymi i jedynymi inicjatorami powstania Związku Rodu Żółtowskich.

    Żwawo zabrali się do pracy, zdobywali adresy Żółtowskich z całej Polski i z zagranicy, nawiązywali kontakty listowne i osobiste. Brałam w tym udział, jeździliśmy w okolice Płocka, Warszawy, poznaliśmy Michała z Lasek i wielu innych. Efektem tych starań było pierwsze spotkanie siedemnastu Żółtowskich w dniu 7 czerwca 1992 roku w Laskach Warszawskich. Podjęto wtedy decyzję, że zjazd założycielski odbędzie się 6 września 1992 roku w Skierniewicach. Musieliśmy wtedy, ze Zbigniewem, zdać pomyślnie egzamin organizacyjny, bo po tym zjeździe (uczestniczyło w nim 35 osób) nastąpiła, w kwietniu 1993 roku, rejestracja w Skierniewicach „Związku Rodu Żółtowskich”. Od tej pory co roku (w 2003 już XII) odbywają się spotkania ok. stu osób, wśród nich zwykle kilku z zagranicy, w najpiękniejszych rejonach kraju. O tych spotkaniach, a także o innych sprawach rodzinnych, pisze się w wydawanym od 1993 roku „Kwartalniku”.

    Obchodzimy dziesiątą rocznicę istnienia naszego Związku. Dziś jestem z niego dumna: Związek działa prężnie i ochoczo, mimo sporych trudności finansowych (rosnące koszty uczestnictwa w zjazdach), organizacyjnych (kłopoty z przygotowaniem tych zjazdów), wydawniczych (mało chętnych do pisania do kwartalnika). Znamy się w gronie kilkuset osób, spotykamy się indywidualnie i zbiorowo na dorocznych zjazdach. Serdeczne powitania, radość ze spotkań, wzajemne zainteresowanie świadczą o wartości i pomyślności podjętych inicjatyw.

    Żal tylko, że nie ma wśród nas tych dwóch entuzjastów – Zbigniewa i Michała, ale wierzę, że są oni obecni w naszych myślach i sercach.

    Natalia ze Skierniewic

  • Życzenia dla Ojca Świętego

    14 X 2003 r.

    Ojciec Święty
    Jan Paweł II
    Watykan

    Wasza Świątobliwość!

    Z okazji 25-lecia pontyfikatu Waszej Świątobliwości, piastowski polski ród Żółtowskich kornie składa życzenia i modlitwy do Przedwiecznego Boga o wszelkie łaski dla naszego ukochanego Ojca Jana Pawła II. Niech dobry Bóg da Ci Ojcze nasz jak najdłużej spełniać swą misję dla całego świata i dla nas w szczególności.

    Rafał Maria Żółtowski
    Prezes Związku Rodu Żółtowskich

  • 10 lat Związku Rodu Żółtowskich (1993-2003)

    Powstanie Związku

    W 2003 r. minęło 10 lat od rejestracji i formalnego powstania Związku Rodu Żółtowskich.

    Inicjatorami powstania Związku w obecnej postaci byli Natalia i Zbigniew Ż. ze Skierniewic. Nawiązywanie pierwszych kontaktów rodzinnych trwało do roku 1992.

    Pierwsze spotkanie członków rodu Ż. przygotowujące statut Związku odbyło się w Skierniewicach 7.6.1992. Formalna rejestracja Związku nastąpiła w 1993 r.

    Uczestnicy Spotkania w 1992 r.:

    • Michał z Lasek
    • Joanna Małgorzata z Warszawy
    • Piotr Marceli z Warszawy
    • Andrzej Marek z Warszawy
    • Wojciech s. Edwarda z Warszawy
    • Stefan senior z Warszawy
    • Stefan z Podkowy Leśnej
    • Marek Tadeusz z Warszawy
    • Andrzej Mieczysław z Warszawy
    • Andrzej Ludwik z Warszawy
    • Andrzej z Podkowy Leśnej
    • Wacław z Łodzi
    • Michał z Łodzi
    • Zbigniew Władysław ze Skierniewic
    • Natalia ze Skierniewic
    • Andrzej z Gliwic
    • Jan Maria z Warszawy
    • Marek z Konstancina

    6.9.1992 odbył się Zjazd Założycielski w Skierniewicach. Jego uczestnikami, założycielami Związku byli:

    • Andrzej z Gliwic
    • Andrzej z Podkowy Leśnej
    • Andrzej Ludwik z Milanowa
    • Andrzej Marek z Warszawy
    • Antoni Jan z Wrocławia
    • Barbara Żółtowska-Wawryków z Kielc
    • Bożena Wanda z Warszawy
    • Ewa z Warszawy
    • Jan Maria z Warszawy
    • Jan Zbigniew ze Szczecina
    • Jerzy Jan z Warszawy
    • Joanna Małgorzata z Warszawy
    • Marek Tadeusz z Warszawy
    • Marek z Zawiercia
    • Marek z Konstancina
    • Michał z ul. Błękitnej w Warszawie
    • Michał z Łodzi
    • Michał z ul. Iwonickiej w Warszawie
    • Mieczysław Jan z Gliwic
    • Mieczysław Jan ze Szczecina
    • Natalia z Warszawy/Skierniewic
    • Piotr s. Marcelego, z Warszawy
    • Piotr Waldemar z Poznania
    • Rafał ze Skierniewic
    • Rafał z Korycina
    • Sławomir Witold ze Szczecina
    • Stefania z Korycina
    • Stefan senior z Warszawy
    • Stefan junior z Podkowy Leśnej
    • Stefan z Myszkowa
    • Witold z Białej Starej
    • Witold z Warszawy
    • Wojciech s. Edwarda z Warszawy
    • Zbigniew z Warszawy
    • Zbigniew Władysław ze Skierniewic

    7.4.1993 nastąpiło zgłoszenie i rejestracja przez Urząd Wojewódzki w Skierniewicach stowarzyszenia zwykłego pod nazwą ZWIĄZKU RODU ŻÓŁTOWSKICH działającego na podstawie zgłoszonego Regulaminu Działalności [statutu].

    Regulamin Związku opublikowany został w nr. 1 „Kwartalnika”. Władzami Związku są: Zjazd członków Związku oraz Zarząd Związku. Związek realizuje swoje cele m.in. poprzez działalność wydawniczą.

    Zjazdy

    1. 6 IX 1992 w Skierniewicach (założycielski)
    2. 10-12 IX 1993 w Zajączkowie (wyborczy)
    3. 2-5 VI 1994 w Soczewce
    4. 8-9 IX 1995 w Rucianem
    5. 6-9 VI 1996 w Lucieniu (wyborczy)
    6. 29 V – l VI 1997 w Ciechocinku
    7. 11-14 VI1998 na Wigrach
    8. 2-6 VI 1999 w Chomiąży Szlacheckiej
    9. 21-25 VI 2000 w Krynicy Morskiej (wyborczy)
    10. 14-17 VI 2001 w Zaniemyślu
    11. 27 V – 2 VI 2002 w Pobierowie
    12. 18-22 VI 2003 w Mąchocicach Kapitulnych

    Szczegółowe omówienia przebiegu zjazdów zamieszczono w kolejnych numerach pozjazdowych: 1, 2, 4-5, 6-8, 9-10, 13-14, 16, 18, 21, 23, 26, 30-31.

    Imprezy specjalne

    • 1998 – Wycieczka do Wilna
    • 2000 – Pielgrzymka do Rzymu

    Zarząd

    Zarząd Związku działa w 4-letniej kadencji w składzie ustalonym na zjazdach wyborczych.

    I kadencja 1992-1993 zarząd założycielski

    • Zbigniew Władysław
    • Michał z Łodzi
    • Andrzej Ludwik
    • Marek Maria
    • Wojciech s. Edwarda
    • Andrzej z Podkowy Leśnej
    • Bożena Wanda
    • Andrzej z Gliwic
    • Mieczysław Jan ze Szczecina

    1993-1996 zarząd statutowy

    • Michał z Lasek (prezes honorowy)
    • Andrzej Ludwik (prezes)
    • Zbigniew ze Skierniewic (skarbnik)
    • Michał z Łodzi (dział genealogiczny)
    • Bożena Wanda (redaktor kwartalnika)
    • Andrzej z Gliwic
    • Rafał z Korycina (wiceprezes, dz. audio-wideo)
    • Piotr z Sandomierza
    • Wojciech s. Edwarda z Warszawy
    • Mieczysław Jan ze Szczecina (wiceprezes)
    • Andrzej z Podkowy Leśnej
    • Stefan senior z Podkowy Leśnej
    • Ryszard Kazimierz z Suwałk (wiceprezes)
    • Władysław z Suwałk
    • Lidia z Sulechowa

    II kadencja 1996-2000

    • Michał z Lasek (prezes honorowy, dział spraw młodzieży)
    • Andrzej Ludwik z Warszawy (prezes)
    • Rafał z Korycina (I wiceprezes)
    • Marek z Poznania (II wiceprezes, dokumentalista)
    • Piotr z Płocka (III wiceprezes)
    • Jarosław ze Skierniewic (skarbnik)
    • Andrzej Marek z Warszawy (sekretarz)
    • Stefan senior z Podkowy Leśnej
    • Andrzej Mieczysław (sekretarz, członek redakcji)
    • Iwona z Warszawy (sekretarz, członek redakcji)
    • Bożena Wanda (redaktor kwartalnika, dział wyst.)
    • Wacław z Łodzi (genealogia)
    • Mieczysław Jan ze Szczecina
    • Stefania z Korycina

    III kadencja 2000-2004

    • Michał z Lasek (prezes honorowy)
    • Andrzej Ludwik z Warszawy (prezes honorowy)
    • Rafał z Korycina (prezes)
    • Ryszard z Suwałk
    • Bożena Wanda z Warszawy
    • Mariusz ze Sztumu
    • Mieczysław Jan ze Szczecina
    • Natalia ze Skierniewic
    • Jarosław za Skierniewic
    • Stefania z Korycina
    • Wacław z Łodzi
    • Tomasz z Gdańska
    • Stefan senior z Podkowy Leśnej
    • Iwona z Warszawy
    • Lidia z Sulechowa
    • Bogusia z Białej Starej

    Zarząd zbiera się w pełnym składzie 3-4 razy w ciągu roku, sprawozdania publikowane są w kwartalniku.

    Działalność wydawnicza

    Związek Rodu Żółtowskich. Kwartalnik 1993-2003, Edycja elektroniczna od 2003.

    Redakcja: 1993-2001 nr 1-24 – Bożena Wanda, 2001-2003 nr 25-35 – Andrzej Mieczysław. Współpracownicy redakcji: Izabela Broszkowska, Joanna Małgorzata, Rafał z Korycina, Maciej z Warszawy. Zespól autorski liczy ok. 40 osób (patrz Spis treści Kwartalnika, nr 31-dodatek).

    Wydawnictwa książkowe:

      • Franciszek Żółtowski, Monografia Rodu Żółtowskich herbu Ogończyk, Warszawa 1914, 116 s., il.; reprint Skierniewice 1993.
      • Michał Żółtowski [z Łodzi], Genealogia Rodu Żółtowskich, Łódź 1998, 245 s

    .

    • Benedykt Żółtowski, Wspomnienia, Skierniewice 1994, 97 s.
    • Roman Żółtowski, Pamiętnik wojenny 1939-1945, Skierniewice 1999, 38 s.
    • Stanisław Żółtowski z Aleksandrowa, Życiorys mój, Skierniewice 1999, 21 s.

    Redakcja

  • Głośniej o Mikołaju

    Kiedy Kubuś Puchatek szedł do Kłapouchego, pomyślał, że już niedługo Mikołajki. Święto dzieci, ale i dorosłych. Dzień, w którym możemy zobaczyć tysiące uśmiechniętych dziecięcych twarzy. Widok ten uszczęśliwia rodziców, ale i Świętego Mikołaja, który gdzieś z daleka obserwuje zaskoczenie maluchów, które rano znajdują pod poduszką swój wymarzony prezent. Wiara w Mikołaja to jeden z najpiękniejszych epizodów dzieciństwa…

    Moja wiara, natomiast, została szybko ukrócona. Na początku była koleżanka, która trudniła się wszystkimi złośliwościami, jakie są na świecie, po prostu wyciągała je z wora i sypała na prawo i lewo. Wśród tych okropności znalazło się i to, że Święty Mikołaj nie istnieje. Oczywiście, nie omieszkała mnie o tym poinformować. Jednak ja – wówczas sześcioletnia blondynka, mimo koloru włosów, zapierałam się przeciw nieprawdomówności koleżanki-niekoleżanki, i uparcie twierdziłam, że tak nie jest, że Mikołaj wchodzi przez okno, gdy śpię, i bezszelestnie podkłada mi paczkę pod poduszkę. „Złośliwa” była równie nieugięta i tłumaczyła mi, że tak nie jest. Ja nie miałam wątpliwości co do kłamstwa, jakim mnie częstuje, i to nie złamało mojej wiary w brodatego staruszka, do czasu…

    Gdy nadchodził 6 grudnia, nie mogłam się go doczekać, więc gdy obudziłam się w nocy, od razu odpakowałam paczkę. Na niej była umieszczona kartka: „gry będą w przyszłym roku” – poznałam pismo mego taty. Mając w głowie niejaki mętlik po wykładzie koleżanki, zaczęłam wątpić w Mikołaja, choć rodzice przekonywali mnie, że naprawdę istnieje.

    Niestety, jakieś mikołajkowe fatum wisiało nade mną, gdyż dwa lata później, kiedy byłam u mojej, wtedy trzyletniej koleżanki, a ona właśnie chwaliła się swoimi prezentami, je} mama podeszła do mnie i szepnęła: „nie martw się, ona jeszcze wierzy w Świętego Mikołaja”. Dosadność tej wypowiedzi zwaliła mnie z nóg i doszczętnie pozbawiła iskierki nadziei i tajemniczości, jaką do tej pory miał w sobie, już nieistniejący w moim dziecięcym sercu – Mikołaj. Można to porównać z kowadłem, które spada na kaczora Duffy, kiedy on się najmniej tego spodziewa.

    Takim to kowadłem raczy nas los, kiedy z dzieciństwa musimy wejść w okres dojrzewania. Gdybym jeszcze ze dwa lata powierzyła w Świętego Mikołaja, nic by się nie stało.

    Dlatego apeluję do starszych – nie tylko rodziców: nie trudnijcie się zabijaniem resztek dziecięcej tożsamości, dlatego że może sami jej nie mieliście.

    Malwina Żółtowska

  • Jak to było z kolatorami

    Strzelce Wielkie al. Wielki Strzelcz, Strzelcze, wś. kość. i dwór, pow. krobski (Gostyń), dek. szremski, o 5 klm. na wsch. od Gostynia, pod Piaskami, na trakcie do Pogorzeli; par. i szkoła w miejscu, poczta i st. dr. żel. w Piaskach (Sandberg).

    S. leżą na wzn. 678 st. npm. W r. 1310 wchodziły S. w skład pow. ponieckiego, później kościańskiego. W r. 1580 było w S. W. 12 łan. osiadł., 5 zagród., 1 komor., 1 rzemieśl., 15 owiec i wiatrak; r. 1775 pisał się panem na Piaskach i S. Karol Leszczyc z Pierzchną Koszutski, ostatni kaszt. szremski. Około r. 1793 dziedziczą S. Koszutscy, Jaskóleccy, Bronisz i Rosenowa, później Zakrzewscy, w końcu Żółtowscy. Kościół p. w. św. Marcina stanął w r. 1389, nowy, z cegły palonej, wystawił Uryel Górka, biskup pozn. w r. 1487; przyozdobił go wieżą w r. 1862 Franciszek Żółtowski, dziedzic. W kościele znajdują się 2 pomniki: Kacpra Miaskowskiego, poety (zm. 1622 r. 23 kwiet.) i Barbary z. Konarzewa Koszutskiej (zm. 1690).

    …Księgi kościelne zaczynają się od r. 1721. Par. …4988 dusz. …Szpital istniał już przed r. 1610….

    Wś. ma obecnie 52 dm., 340 mk. (303 kat, 38 prot.) i 327 ha (300 roli, 8 łąk). Dwór ma 8 dm., 163 mk. (1 prot.) i 375 ha (335 roli, 16 łąk, 11 lasu); czysty doch. z ha roli 1-20, z ha łąk 24, z ha lasu 4-80 mrk; cegielnia; właścicielem jest Franciszek Żółtowski [„Słow. Geogr. Król. Pol. i ziem…”, t. 2, 1881, s. 458-459].

    Patron, czyli kolator

    W zakończeniu „Potopu” Sienkiewicza pan Kmicic i Oleńka, w czasie wygłaszania mowy rehabilitującej pana Andrzeja, siedzą w kościele w kolatorskiej ławce. Ławka ta umieszczona jest blisko ołtarza, bokiem do reszty kościoła, a zasiadający w niej patrzą na pozostałych wiernych z góry i z pewnego oddalenia – co jest jawną niesprawiedliwością społeczną.

    „Encyklopedia Staropolska” Glogera mówi na temat słowa „kolator” co następuje:

    „Kto kościół wybudował i funduszem go opatrzył, ten nie tylko sam, ale i jego potomkowie mają nadane sobie od Kościoła prawo „prezenty” tj. wybierania i przedstawiania biskupowi kapłana na wakujące w tym kościele beneficjum, czyli prawo kollacyi. albo patronatu, lubo w prawie kanonicznym noszą nazwisko patronów… Samo wybudowanie kościoła, bez jego wyposażenia patronem czyli kolatorem nie czyniło. Według powszechnego w Polsce zwyczaju kolator podczas uroczystych procesji miał przywilej prowadzenia celebransa pod rękę, w kościele miał zwykle ławkę kolatorską…” [„Encyklopedia Staropolska” Glogera, t. 2, s. 55].

    Chcę tu opowiedzieć jak to kolatorstwo wyglądało w naszej rodzinie Żółtowskich – kolatorów parafii Strzelec Wielkie koło Gostynia w Wielkopolsce.

    Kościół w Strzelcach Wielkich

    Pierwsza wzmianka o wsi Strzelce Wielkie albo Wielki Strzelcz pochodzi z roku 1310, a drewniany kościół został wybudowany w roku 1389. Nowy kościół z palonej cegły wystawił biskup Uriel Górka w r. 1487. Został on odrestaurowany pod koniec XVII wieku przez ówczesnego dziedzica i kolatora Piotra Koszuckiego. W 1862 r. Franciszek Żółtowski dobudował murowaną wieżę w stylu romańskim, a w latach 1902-1903 powiększono kościół przez dobudowanie od wschodu transeptu z prezbiterium i zakrystiami. Głównym fundatorem rozbudowy był Marceli Żółtowski.

    Nawa jest w stylu późnogotyckim, nakryta pozornym sklepieniem kolebkowym, wspartym na drewnianych słupach. W latach 30 kościół został ozdobiony polichromią w wykonaniu prof. Gosienieckiego z Poznania. Ostatnio gruntownie odremontowany, osuszony i odmalowany.

    Kolatorzy kościoła w Strzelcach Wielkich

    Pierwszym kolatorem z rodziny Żółtowskich był Franciszek, po nim syn Marceli i jego potomni: Benedykt – mój ojciec – i Jan.

    Franciszek Żółtowski, mój pradziadek, żył w latach 1818-1894, był właścicielem kilku majątków w Wielkopolsce, między innymi Godurowa i Strzelec Wielkich w powiecie gostyńskim. Sam mieszkał w Niechanowie koło Gniezna, a do Godurowa i Strzelce tylko dojeżdżał.

    Franciszek był człowiekiem bardzo pracowitym i pobożnym. Jego żona, Zofia z Zamoyskich zmarła na gruźlicę w wieku 25 lat, zostawiając go z pięciorgiem dzieci. Franciszek zrzekł się wtedy stanowiska posła na Sejm pruski, by zająć się wychowaniem dzieci. Nigdy się już drugi raz nie ożenił. Był dobrym gospodarzem, dokupił trzy majątki w czasach, gdy większość ziemian okolicznych te majątki traciła i bardzo dużo łożył na różne dzieła miłosierdzia. W 1862 roku dobudował wieżę w parafialnym kościele na terenie swojego majątku w Strzelcach. Pewnie na tej podstawie jego potomkowie zasiadali w ławce kolatorskiej w strzeleckim kościele.

    Po Franciszku właścicielem Strzelec i Godurowa został jego syn Marceli, który zamieszkał w Godurowie, a w parafialnym kościele w Strzelcach bywał z rodziną co niedzielę i tam odbywały się chrzciny i śluby rodzinne. Na cmentarzu przy kościele jest pochowany z żoną i z pięciorgiem z jego dziesięciorga dzieci.

    Dziadek Marceli był, podobnie jak jego ojciec, bardzo dobrym gospodarzem, wielkim patriotą i społecznikiem. Działał na terenie powiatu gostyńskiego i w Poznaniu, ale ponieważ nas interesuje teraz parafia, powiem tylko, że przez 40 lat co niedzielę, po mszy prowadził zebrania Kółka Rolniczego mającego na celu szerzenie oświaty wśród okolicznych rolników. W Piaskach, na terenie parafii, zbudował, jako główny fundator, szpital na sto łóżek i osadził tam zakon bonifratrów, aby leczyli miejscową ludność.

    Co zaś wykonał jako kolator, czyli patron w kościele w Strzelcach, niech opowie „Ciocia Liza”, jego córka, która spisała swe wspomnienia w latach 60. ubiegłego wieku.

    Następnymi, którzy po Marcelim zasiadali w kolatorskiej ławce strzeleckiego kościoła, byli mój ojciec, Benedykt, właściciel Godurowa, i jego brat Jan, właściciel Strzelec. Staraniem ks. Siczyńskiego kościół w 1932 roku zyskał nową polichromię autorstwa prof. Gosienieckiego z Poznania. Benedykt i Jan mieli duży udział w finansowaniu tych prac. Pewnie dlatego rycerz na plafonie nad prezbiterium nosi rysy i charakterystyczny wąsik mojego ojca.

    Ostatni akt opieki naszej rodziny nad kościołem w Strzelcach miał miejsce pod koniec sierpnia 1939 roku. W obawie przed zbliżającymi się działaniami wojennymi najstarszy brat ojca, Andrzej, właściciel Milanowa na Podlasiu i Mszczyczyna koło Gostynia, przysłał swego dorastającego syna Andrzeja Ludwika i córkę, Betkę, aby zabrali najcenniejsze rzeczy z Mszczyczyna i wysłali je wagonem towarowym do Milanowa. Tam, z dala od frontu, miały doczekać końca wojny. Gdy wagon został już wyekspediowany, ks. proboszcz Siczyński uprosił Andrzeja i jego siostrę, żeby wracając koleją do Milanowa zabrali też pudła z najcenniejszymi paramentami z kościoła w Strzelcach. Duże tekturowe pudła przejechały więc pociągiem do Warszawy, a potem, samochodem znajomych rodziny do Milanowa. Zostały umieszczone w kościele pod schodami głównego ołtarza i przetrwały tam do końca wojny. Tym sposobem uniknęły zrabowania przez Niemców: zabytkowy ornat, pacyfikał, czyli krzyż, i monstrancja. Przedmioty te uniknęły rabunku przez drugiego okupanta i po wojnie wróciły z Milanowa do Strzelec. Historię tę opowiedział mi sam Andrzej Ludwik.

    Najnowszy remont w sto lat po rozbudowie, połączony ze zmiana polichromii odbył się bez udziału kolatorów Żółtowskich, ale nie wątpię, że ksiądz proboszcz znalazł już całkiem współczesnych sponsorów, którzy ich godnie zastąpili, bo społeczne działania zawsze potrzebują zamożnych ludzi, którzy je mogą sfinansować.

    Izabela z Żółtowskich Broszkowska

  • Kilka anegdot o Zamoyskich

    Mój ojciec, Jan Żółtowski z Czacza, opowiadał ich wiele, gdyż dobrze znał wielu ludzi z tego rodu. W szkole średniej w Lesznie kolegował z trzema: na pewno z Maurycym, późniejszym ordynatem, może z Adamem i Tomaszem, o których najwięcej od niego słyszałem.

    Mój pradziad, Marceli Żółtowski z Czacza, żonaty był z Józefą Mycielską, córką Franciszka. Jej młodsza siostra, Anna, wyszła za Jana Zamoyskiego z Podzamcza. Młodzi Zamoyscy spędzali wakacje w Czaczu u swego wuja, Marcelego, a Konstanty Zamoyski zapraszał mego ojca do Kozłówki.

    Jan Władysław Zamoyski

    Zamoyski pod Byczyną
    Jan Matejko, „Zamoyski pod Byczyną, 1884, olej

     

    Zacznę od przytoczenia tego, co słyszałem o Janie Władysławie Zamoyskim z Podzamcza. Był żonaty z Francuzką, Ludwiką Eugenią Pelissier, księżniczką de Malakoff. Będąc z nią w Wiedniu, chciał, by została mianowana damą dworu na dworze cesarskim. Takie były wtedy zwyczaje w rodzinach arystokratycznych. Tu jednak zaczęły się trudności. Na dworze istniała specjalna komisja mająca o takiej nominacji decydować. Jej dochodzenia wypadły negatywnie. Ojciec młodej Zamoyskiej, marszałek Pelissier, choć nosił tytuł książęcy nadany przez Napoleona III za zdobycie twierdzy w czasie wojny krymskiej, nie pochodził ze szlachty. Dama dworu musiała posiadać aż 16 świadectw swego szlacheckiego pochodzenia, wliczając w to dziadków i pradziadków.

    Rozgniewany odmową Jan Zamoyski udał się do pracowni Jana Matejki w Krakowie i zamówił dużych rozmiarów obraz historyczny, przedstawiający hetmana Jana Zamoyskiego prowadzącego w triumfalnym pochodzie wziętego do niewoli pod Byczyną arcyksięcia Maksymiliana z Habsburga. Obraz ten, wystawiony w Wiedniu, wzbudził wiele wesołości wśród przebywających tam Polaków. Niestety, spłonął on później w Powstaniu Warszawskim.

    Tomasz „Lew” Zamoyski

    Kszyk (bekas)
    Kszyk (bekas)

    Mój stryj, Józef Żółtowski z Kocka, był żonaty z Marią Zamoyską, dlatego często bywali u niego jej krewni. Kiedyś, wczesną jesienią, urządził polowanie na kaczki. Stawy rybne były już po większej części spuszczone, natomiast roiło się na nich od bekasów zwanych kszykami. Wiał silny wiatr, kszyk ma lot szybki, nieco chwiejny, toteż strzały były bardzo trudne. Wśród myśliwych wyróżniał się Tomasz Zamoyski, zwany Lwem. Po prostu nie chybiał. Gdy wieczorem padły zaproszenia na inne atrakcyjne polowania, Tomasz Zamoyski na wszystkie odpowiadał negatywnie.

    Zapraszający zaczęli się denerwować, bo tak sławny myśliwy wszędzie był mile widziany, on jednak wyjaśnił wkrótce przyczynę odmowy. Miał umówione spotkanie na granicy z Arabem, którego zaprosił, by mu pokazać Polskę. Na to obecni zaczęli się śmiać: „Co, dla jakiegoś tam Beduina chcesz stracić okazję udziału w świetnym polowaniu?” „Nie jest to jakiś tam Arab, ale człowiek, który ocalił mi życie” – odpowiedział. I popłynęła opowieść o niecodziennym zdarzeniu. W czasie polowania na lwy Zamoyski czatował ukryty w trzcinowym szałasie. W pewnej chwili ukazał się lew. Tomasz wyszedł z budy, strzelił do atakującego go drapieżcy, lecz trafił w przednia łapę. Rozwścieczony lew rzucił się na niego. W krytycznej chwili Beduin, przewodnik, składający przysięgę na wierność gościom, półnagi, wyskoczył do przodu i wbił oszczep w bok lwa. To dało czas Zamoyskiemu na drugi, tym razem śmiertelny strzał.

    Adam Zamoyski z Wysocka

    K. Wierusz-Kowalski, "Otrąbienie"
    K. Wierusz-Kowalski, „Otrąbienie”

    Przez cale prawie życie mój Ojciec przyjaźnił się z Augustem Cieszkowskim, synem filozofa. Powszechnie zwano go „Gugą”. Nie wiem, jak i gdzie poznał się on z Adamem Zamoyskim z Wysocka, lecz niewątpliwie znali się dobrze. Adam był doskonałym jeźdźcem. Cieszkowski nie mógł się napatrzeć na sylwetkę Zamoyskiego na koniu i mawiał, że tworzą razem jedną całość. Na ujeżdżalni była okazja pokazania konia w różnych chodach i jazda taka miała w sobie coś bardzo pięknego, coś ze sztuki.

    Adam Zamoyski dzierżawił we wschodnich Karpatach łowisko, w którym spędzał okres rykowiska jeleni. Były to wówczas niemal dziewicze puszcze, pełne najrzadszej zwierzyny: żbików, rysiów, niedźwiedzi. Wieczory spędzano przy ognisku, słuchając gawęd Zamoyskiego. Miał niezwykły talent gawędziarski. Cieszkowski, człowiek wielkiego wykształcenia i wiedzy, nie mógł odżałować, że nikt opowiadań Adama Zamoyskiego nie spisuje.

    W Wiedniu na Praterze stała strzelnica niepodobna do innych. Strzelający miał za zadanie trafić z broni małokalibrowej celuloidową kulkę, jedną spośród kilku, unoszących się nad bijącą fontanną. Trafienie jednym strzałem dwóch kulek wywoływało nieoczekiwany efekt. Z boku siedział na drążku żywy Murzyn. Przestrzelenie dwóch kulek powodowało, że on nagle przewracał się do tylu. Pewnego razu przyjechało do Wiednia trzech Zamoyskich, Adam, jego brat Władysław i Tomasz, lub jeszcze jakiś inny. Ci świetni strzelcy wkrótce znaleźli sposób, by trafiać jednym strzałem dwie kulki. Większości wiedeńczyków to się nie udawało. Biedny Murzyn, który ciągle przewracał się na wznak, w końcu tak się rozzłościł, że zaczął złowrogo błyskać białkami oczu w stronę strzelających.

    Maurycy Zamoyski

    Komitet Narodowy Polski w Paryżu (1917-1919).
    Komitet Narodowy Polski w Paryżu (1917-1919).

    Przed II wojną światową uchodził za najlepszego strzelca w Polsce, choć trzeba przyznać, że był również w innych kierunkach utalentowany. Miał doskonałego strzelca, który na stanowisku kładł się na ziemię i trzymał w ręku nabitą dubeltówkę. Maurycy, wystrzeliwszy oba naboje, upuszczał swoją w jego ręce i chwytał w powietrzu podrzuconą drugą nabitą. Ze stada pędzonych na myśliwych kuropatw potrafił zestrzelić cztery. Dwie pierwsze na dużą odległość przed sobą, potem zmieniał strzelbę i do odlatujących oddawał jeszcze dwa trafne strzały. Opowiadano, że dwa razy w życiu udało mu się ustrzelić pięć, zmieniając po raz drugi dubeltówkę.

    Maurycy Zamoyski przez jakiś czas jeździł na konnych wyścigach z przeszkodami, tzw. steeplach. Z reguły wygrywał. Grał świetnie w bilard. Henri Gaube, wychowawca synów Maurycego, nieraz widział, jak w pokoju ze stołem bilardowym wieczorem, po pracy, pan domu ustawiał kule w najtrudniejsze zestawy. Zawsze jednym uderzeniem wszystkie trafiał. W Szwajcarii, gdy wraz z Romanem Dmowskim prowadził Polski Komitet Wykonawczy, przekształcony potem w Komitet Narodowy Polski, grał wiele w bilard. Miało to wtedy szczególny cel, gdyż Komitet nie miał z czego pokryć wysokich wydatków na swą działalność. Zamoyski grą w bilard po wysokich stawkach zdobywał na to pieniądze. Dopiero pod koniec wojny udało mu się odblokować konta w kijowskim banku i doprowadzić do przekazywania odpowiednich sum do Szwajcarii. Te fakty opowiadał mi syn Maurycego, Jan Zamoyski.

    Jan Matejko, „Kazanie Skargi”, olej 1864

    Jan Zamoyski – ostatni ordynat

    Jan Matejko, "Kazanie Skargi", olej 1864
    Jan Matejko, „Kazanie Skargi”, olej 1864

    Istnieje o nim więcej pozycji pisanych niż o innych członkach rodu. Spróbuję dorzucić parę może mniej znanych szczegółów.

    Tę informację zawdzięczam jednej ze stryjecznych sióstr, Róży Zamoyskiej, żonie Jana. „Słyszy się o Jasiu, mówiła, że jest antysemitą, ale mało kto wie o tym, co zrobił w okresie okupacji. Jak w bagażniku samochodu należącego do Ordynacji wywiózł z getta żonę kupca drzewnego, z którym prowadził interesy. Potem wrócił i tak samo wywiózł jej męża.” Takie sprawy Niemcy załatwiali rozstrzeliwaniem na miejscu, bez odwołania się do sądu.

    Przez przypadek stałem się świadkiem udziału Jana Zamoyskiego w jego akcji ratowania dzieł sztuki pozostałych w Warszawie po Powstaniu. Było to około połowy października 1944 r. Pracowałem w Minodze pod Skałą o 10 km od Ojcowa, do którego wprowadził się Jan Zamoyski z rodziną, gdy Sowieci zajęli Lubelszczyznę. Udało mu się uratować odkrytą ciężarówkę i zdobyć do niej paliwo. Należało to wówczas do rzadkości. Pamiętam wieczór, gdy już się ściemniało, jak Jan Zamoyski wyjeżdżał do Warszawy po obrazy dla znajomych, którzy zostawili adresy swych mieszkań w stolicy. W tym czasie Niemcy burzyli i palili kamienice jedne po drugich. Z opowiadań dowiedziałem się, że nie była to jedyna tego rodzaju wyprawa. Wyjeżdżał wieczorem, gdyż nocą ruch na szosach był mniejszy, natomiast każdy taki wyjazd łączył się z niemałym ryzykiem. Zamoyskiemu bardzo przydawała się doskonała znajomość niemieckiego języka. W ten sposób udało się uratować wiele dzieł sztuki.

    Władysław Zamoyski z Kórnika

    Stara pocztówka, Kraków 1902 r. mal. Eliasz Radzikowski, tekst Ludwik Solski (Sosnowski)
    Stara pocztówka, Kraków 1902 r. mal. Eliasz Radzikowski, tekst Ludwik Solski (Sosnowski)

    Wiele o nim pisano. Gdy byłem w gimnazjum w Poznaniu, miałem kolegę rodem z Kórnika. Z opowiadań jego łatwo było wywnioskować, co mieszkańcy tego miasteczka sądzili o Zamoyskim. Oceniali go, przede wszystkim, jako dziwaka. Pewno nic albo mało wiedzieli o jego znajomościach i przyjaźniach, przynależności do III Zakonu św. Franciszka itp. „Sypia na stole, nosi ze sobą woreczek z zimną kaszą hreczaną i tym się żywi.” Taka była raczej pogardliwa ocena tego człowieka.

    Ciekawy szczegół o nim słyszałem z ust śp. Praksedy Stark, rodem z Wielkopolski, długoletniej księgowej w jednej z placówek Zakładu w Laskach. Opowiadała mi, jak przed I wojną światową chciała zachłysnąć się „powietrzem z Polski” w latach ucisku przez rząd pruski. Zamówiła sobie pokój w pensjonacie w Zakopanem i ruszyła w drogę. Po długiej podróży, gdy dotarła na miejsce, zobaczyła długi rząd dorożek konnych i stojących przy nich górali w swoich strojach. Spostrzegłszy bryczkę zaprzężoną w parę dobrych koni, a obok urodziwego górala, poprosiła go, by zawiózł ją do pensjonatu. Gdy tam dojechali, furman pochwycił walizki pani Stark i zaniósł jej do pokoju. Kiedy chciała mu zapłacić, skłonił się nisko i powiedział: „Bardzo dziękuję, Zamoyski jestem” – i zapłaty nie przyjął. Wskoczył na kozioł i odjechał. Tak zabawiał się czasem Władysław Zamoyski.

    W 1952 r. przebywałem jakiś czas w Zakopanem u Ludwika Hieronima Morstina, dramaturga, i jego żony, Janiny z Żółtowskich. Oboje przenieśli się tam krótko po wojnie, a Ludwikowi miejska rada narodowa zaproponowała stanowisko jej członka. Zaczęły się lata nasilającej się propagandy komunistycznej i radni chcieli pochwalić się przed władzami swą prawowiernością. Wysunęli wtedy projekt przemianowania jednej z głównych ulic miasta z Zamoyskiego na nazwisko jakiegoś lewicowego działacza. Ludwik, przygotowawszy się dobrze, wystąpił na zebraniu rady z argumentacją przeciwną. Nie tylko, że Władysław Zamoyski ocalił od zniszczenia lasy w Tatrach i darował je miastu, tworząc Park Narodowy, lecz również on wyłącznie przyczynił się do budowy linii kolejowej z Krakowa do Zakopanego. Rząd austriacki kategorycznie tego odmawiał. To zadecydowało o pozostawieniu niezmienionej nazwy jego ulicy.

    Michał Żółtowski z Czacza

  • Losy wspomnień Marii Tarnowskiej

    Andrzej Ludwik Żółtowski

    Zacząłem zbierać książki już dawno. Gdy uczucie własności i dbałości o niektóre z nich zaczęło być wyraźne, urządziłem – bez udziału dorosłych – mój pierwszy regał w szafce ze skarbami. Szafka była spora. Opróżniłem ją z innych skarbów i wymyśliłem półkę na książki. Myśl techniczna nie jest talentem danym mi przez Boga, więc moją półkę na książki do dziś uważam za ewenement techniczny. Polegał on na umieszczeniu przy brzegu półki – od strony drzwiczek – rampy. Zamysłem było, by książki nie spadały. Bardzo długo cieszyłem się moim wynalazkiem. Do dziś, nawet w wielkich bibliotekach, nie spotkałem takiego rozwiązania.

    Tych parę zdań wstępu piszę po to, by ktoś czytający zdał sobie sprawę, że świat książek był dla mnie zawsze cenny, nawet tak cenny, by zamontować rampę i uchronić je od ucieczki. Z czasem świat książek stał się królestwem, w którym należało wydzielić sobie udzielne księstwo. Tak rozpoczął się mój zbiór pamiętników. Lecz i jemu należało wyznaczyć granice. Została nim kolekcja pamiętników polskich i Polski dotyczących.

    Szczęśliwie rodzice moi zadbali od dzieciństwa, bym poznał język obcy. Był nim angielski. Potem przyszedł francuski, niemieckiego uczyłem się usilnie, lecz czasy wojny i niemiecki szczek okupacyjny uniemożliwił mi polubienie go. Rosyjski spotkał podobny los, mimo że moja nauczycielka mówiła nim śpiewnie i łagodnie.

    Wszystko to sprawiło, że gdy usłyszałem od mojej kuzynki, że Maria Tarnowska, moja Ciotka, siostra matki, zostawiła pamiętniki, byłem bardzo podniecony. Ciotka Maryś w rodzinie była jedna, jedyna, autorytet niedyskusyjny. W czasie okupacji urosła do znaczenia instytucji. Jej zdanie przyjmowane było jako ostateczne, oceny przybierały dla odbiorców formę Roma locuta, causa finita. Zrozumiałe jest zatem, iż wzmianka, że Ciotka Maryś zostawiła pamiętniki, wzbudziła gorące pragnienie ich posiadania. I tu przyszła pierwsza decepcja: It’s only family stuff, co można kolokwialnie przetłumaczyć – nie warto, bo to tylko rodzinne ramoty. Rozmaite próby podjęte, by jednak te ramoty otrzymać – a było to już po 1965 roku, po śmierci Ciotki – nie doprowadziły do niczego.

    W 1978 zacząłem pracować w Ameryce, najpierw w Chicago, później przez cztery lata, na Florydzie. W Ameryce dużo podróżowałem. Bywałem również i zatrzymałem się na dni kilka w Waszyngtonie. Nocowałem u Wacków Bnińskich. Od Wacka dowiedziałem się, że ma kopię maszynopisu wspomnień Marii Tarnowskiej. Byłem już wtedy doświadczonym bibliofilem, otrzaskanym w bojach aukcyjnych, nabywcą tzw. okazji. Wiedziałem, że nie należy okazywać zainteresowania, mogło to bowiem doprowadzić do utraty książki z powodu zbyt wygórowanej ceny. Dlatego informację Wacka przyjąłem z pozoru chłodno, a co sobie pomyślałem…

    Minęło lat parę. Grudzień w 1985 czy 1986 – przychodzi list od Wacka, z Ameryki. Byliśmy już z żoną z powrotem w Polsce. List był długi, zakończenie sensacyjne. Jula [żona Wacka, moja bliska kuzynka] wyśle Ci pamiętniki Ciotki Maryś, gdyż uważam, że powinny się u Ciebie znaleźć, bo jesteś jej bliższym krewnym. Na Juli mogłem polegać, była przecież z domu panną Żółtowską. I faktycznie, plik cienkiego, przebitkowego papieru, zadrukowanego na niebiesko – takiej kalki używała Ciotka – nadszedł krótko po liście Wacka.

    Lektura tekstu w języku angielskim, opowiadającego o zdarzeniach rodzinnych sprzed lat stu, była dla mnie wzruszająca. Cały świat mego dzieciństwa, opowieści Matki, wspomnienia o Dziadku, którego znać nie mogłem, bo urodziłem się po jego śmierci, odniesienia do Buni, zwanej u nas Milanowska… Proszę zrozumieć, świat od lat kilkudziesięciu niebyły, zachowany w najgłębszych tajnikach serca, nagle ożył, stał się realny, żywy, namacalny. Tylko ten język – obcy, mający prawa całkowicie różne, wyrażający uczucia inaczej, rzutujący na składnię.

    Po tygodniu czytam drugi raz. Przychodzi refleksja: przecież świat mój może być odbierany inaczej. Może kuzynka, żona Andrzeja Tarnowskiego, Austriaczka z domu, Angielka z matki, świat, który dla niej zaczął się, gdy bez pamięci zakochała się w Andrzeju, synu Ciotki, odbiera inaczej? A świat wojny? I ona, i jej mąż Andrzej przebyli wojnę w Szwajcarii i Brazylii. Ciotka – a w tym wypadku i ja, i cała nasza gehenna okupacji, są, i muszą być, dla niej czymś abstrakcyjnym.

    Tu zaczyna się rozdział, w którym – nie waham się stwierdzić – główną postacią jest Iwona Żółtowską, tłumaczka.

    Pamiętniki, z pietyzmem oprawione, ustawiam na półce, w regale pod literą T. Nurtuje mnie myśl – trzeba to spolszczyć, może wydać. Na razie mikrofilmuję i robię odbitki kserograficzne.

    Spotykam Adzia (Władysława) Tarnowskiego, mieszkającego we Francji. Jego ojciec, Juliusz, w obozie w Dachau znalazł informację o Ciotce w „kiblu” na kawałku gazety niemieckiej, z jej fotografią, gdy Niemcy zawiązują jej oczy na placu przed Politechniką. Adzio przeczytał, zatelefonował, powiedział: Andrzej, tylko Ty możesz to przetłumaczyć, bo…

    To, co Adzio Tarnowski powiedział, kończyło się stwierdzeniem, że jestem – AŻ – jedynym, który z autopsji zna realia opisywane przez autorkę wspomnień. Z rozmaitych powodów. Chronologicznie pierwszym był fakt, że moja Matka odziedziczyła rodzinny dom – Milanów. Sceny z końca dziewiętnastego wieku, którym nie mogłem towarzyszyć jako uczestnik czy świadek, były mi znane i znajome przez rozmowy z moją Matką lub innymi współczesnymi tamtym czasom. Krótko mówiąc, mieszkałem w tych samych pokojach, w których dorastała autorka, konie i psy, choć nie te same, były takie same, ludzka opowieść starszych uczestników wracała do mnie, opleciona ich własnym komentarzem. I wreszcie, w szeregu opisywanych zdarzeń brałem udział.

    Ciotka pisała pamiętniki około roku 1951. I mimo że w Brazylii, obawiała się zagrożeń dla rodziny, w większości zamieszkałej w Polsce. Wobec tego stosowała daleko posuniętą metodę ukrywania personaliów, używając określeń: kuzyn, kuzynka, siostrzenica, siostrzeniec itp. Doprowadziło to do tego, że w opisie delegacji Polskiego Czerwonego Krzyża na identyfikację zamordowanych polskich oficerów w Katyniu, wymieniając szefa delegacji Kazimierza Skarżyńskiego, członka Rady Głównej PCK, użyła jedynie litery „S” – choć Skarżyński, przez sądy w Polsce, był postacią znaną zarówno Niemcom, jak i Sowietom, a także aliantom.

    Lecz jest i inny aspekt tych „Wspomnień”. Ta relacja zdarzeń zahacza o czasy zupełnie dawne, sprzed pierwszej wojny światowej, z okresu „La Belle Epoque”, jak to ładnie nazywają Francuzi. W drugiej części akcja przebiega w Polsce okupacyjnej z lat 1939-1945, co dla mnie jest proste, bo to moje życie. Ale ja jestem z liczby jedynie trzech tysięcy osób żyjących dziś – uczestników Powstania Warszawskiego. A wszyscy młodsi?

    Pamiętam jedną szafę w bibliotece milanowskicj, gdzie w szufladach leżały albumy fotograficzne z pierwszej wojny światowej. Mój świat dwunastoletniego chłopca nie ogarniał osobistych tragedii ludzi tam przedstawionych, bo nie jest możliwe pomieścić wrażeń i odczuć innych, o których tylko się wie z przekazu telewizyjnego czy fotograficznego, to znaczy z drugiej ręki. Wyjątkiem są poeci i filozofowie, ale tak zwani zwykli zjadacze chleba są obdarzeni chyba błogosławieństwem Boskim – niepamięci.

    To „bo” kosztowało mnie blisko dwa lata pracy. Moja praca polegała na uzupełnieniu w przypisach danych biograficznych i historycznych. Zacząłem czuć się współ… właśnie, kim? Najuczciwiej mówiąc – współuczestnikiem relacji pamiętnikarskiej. Chwilami chciałem wtrącać się w tekst, wiedząc, że było to „tak”, a nie „tak”.

    Wiele godzin spędziłem w Bibliotece Narodowej przy leksykonach francuskich, angielskich, niemieckich. Musiałem zasięgać komentarza i pytać historyków, konfrontować relację autorki z innymi, by np. odnaleźć skład osobowy delegacji strony polskiej na rozmowy kapitulacyjne w ostatnim okresie Powstania Warszawskiego. Ważnym szczegółem było podanie dat dla wyjaśniania opisywanych zdarzeń, których tok bywał zatarty przez M. T. Była to praca pasjonująca, lecz tylko przygotowawcza. Głównym zadaniem było wydanie wspomnień drukiem.

    Łatwo powiedzieć – wydanie drukiem. Wspomnienia zostały napisane po angielsku, z wyraźnym, łatwym do identyfikacji adresatem. W zamierzeniu autorki był to czytelnik amerykański. Jak przebiegały próby znalezienia wydawcy amerykańskiego – nie wiem. Pierwopis był w posiadaniu Antoniego Tarnowskiego, wówczas zamieszkałego w Nowym Jorku, agenta Ciotki w staraniach wydawniczych. „Wspomnienia” nie ukazały się jednak po angielsku. Dziś wiemy, że około 1951 r. Polska i okupacyjne czy wojenne relacje Polaków w świecie już nie były modne.

    Ale nadszedł rok 1997 – ja mam być agentem wydawniczym na rynku polskim. Dla czytelnika polskiego „Wspomnienia” miały barierę językową. Należało je tłumaczyć, na nowo zredagować, a właściwie spolszczyć, ponieważ w tekście dla czytelników amerykańskich były wyjaśnienia dotyczące np. zaborów, szczegółowe opisy granic, dzielących Polskę między Prusy, Rosję i Austrię itp. Dla czytelnika polskiego informacje te były zbędne.

    Pierwszym moim doradcą była Bożena Żółtowska, wówczas redaktor Biuletynu Rodzinnego Żółtowskich: Andrzej, zapomnij, by jakaś redakcja tłumaczyła za Ciebie, nie wiedząc, czy koszt się zwróci. Bardzo sensowne, ale ja nie mam funduszy na tłumaczenie. Zwracam się do Jana Tarnowskiego, bratanka męża autorki. Dobrze, mówi, pieniądze jakoś znajdziemy, ale kto ma prawa autorskie?

    W tym czasie, gdy szukałem tłumacza, zostawiając jemu trud porozumienia się z wnuczkami Autorki, zostałem zaproszony przez Iwonę Żółtowską – filologa klasycznego – na konwersatorium urządzane przez nią w Sejmie. Konserwatorium miało za temat „Mowę przeciwko Katylinie” Cycerona. Sukces nadzwyczajny, drobna postać Iwony urasta do rozmiarów większych niż Korwin-Mikke, uczestnik spotkania, obrońca Katyliny. Rozmawiając wtedy z Iwoną, wspomniałem o moim problemie tłumaczeniowym. Okazało się, że Iwona, by żyć, nie może jedynie trudnić się łaciną, lecz tłumaczy z angielskiego. Jest zainteresowana tematem wspomnień. Wypożyczam jej tekst, jest urzeczona nie tylko wspomnieniami, lecz chyba jeszcze bardziej postacią autorki. Parę próbnych stron tłumaczy w parę dni. Odczytuję je głośno Janowi Tarnowskiemu. Jesteśmy pod wrażeniem zarówno piękna języka tłumaczenia, jak i odczuciem przez tłumaczkę atmosfery innej epoki, innego świata, innych ludzi dawno zmarłych. Spisujemy umowę z Iwoną na tłumaczenie całości wspomnień.

    Moje prace redakcyjne nad tłumaczeniem Iwony wspominam z wielką przyjemnością. Zarówno intelektualną, jak i językową. Sądzę, że Iwona też odbierała je prawie tak samo. Ja wyjaśniałem świat i obyczaje dawne, Iwona dawała temu ubranie w słowa.

    Prawa autorskie do tych wspomnień były ciągłym tematem rozmów pomiędzy Jasiem Tarnowskim a mną.

    Polskie prawo autorskie stanowi, że prawa są własnością autorki względnie jej spadkobierców do 50 lat od jej śmierci. Było z tym trochę kłopotów. Wreszcie wnuczka autorki Mariela Mastrogiovanni scedowała te prawa na Związek Rodu Tarnowskich, którego przedstawicielem Zarządu był Jaś Tarnowski.

    Dalszym już szczegółem mojej niepisanej umowy z Tarnowskimi było, że sporządzę przypisy do „Wspomnień”, dostarczę ilustracji i opracuję indeks osób.

    Daleko, na horyzoncie, majaczy się wydawca. Jak przyjmie tekst, jak przyjmie wspomnienia Marii Tarnowskiej, historycznie osoby pierwszoplanowej dla Polski podokupacyjnej, lecz dziś, przy końcu XX wieku, całkowicie zapoznanej, skreślonej polityką PRL z listy godnych pamięci najważniejszych warszawskich obrońców niepodległości.

    Nie było między Tarnowskimi a mną szczegółowej umowy, kto znajdzie wydawcę. Pomysły były wielorakie. Jednym z nich było wydanie dwujęzyczne. Koszt takiego przedsięwzięcia przekraczał możliwości rynkowe. Mimo to chętnie wracaliśmy do tego pomysłu. Dlaczego? W tekście przewija się dość często informacja o rodzinie rozsianej po rozmaitych krajach Europy – rodzina autorki i jej męża mieszka, więcej z przypadku niż z wyboru, po całym świecie, no, może poza Australią i Rosją, często zawierając małżeństwa z obcokrajowcami. Dlatego znajomość języka polskiego nie jest udziałem wszystkich.

    Poszukiwania wydawcy były żmudne. Takie i inne porady i zapewnienia, że to czy tamto wydawnictwo zapewne lub na pewno przyjmie „Wspomnienia”. W tym czasie rynek nie był chłonny. Od pamiętników czy wspomnień wydawanych przez zupełnie nieznane firmy roiło się. A czy to Jaś Tarnowski, czy też ja, mieliśmy wyraźne żądania – twarda, ładnie skomponowana okładka, dobry papier. Jednym słowem KSIĄŻKA warta wzięcia do ręki, nie klejona broszura.

    Z pomocą przyszła Bożena Żółtowska, doświadczony redaktor działu historycznego PWN. Zasugerowała – RYTM. Pan Andrzej Kunert zapewnił mnie, że mogę się powołać na niego przy składaniu maszynopisu wydawcy. Poczułem się bardzo szczęśliwy. Przypisy miałem już gotowe, więc przepisałem je na czysto i pojechałem do pani Świderkówny, zastępcy redaktora naczelnego. Rozmowa była nadspodziewanie pozytywna, pani Redaktor pochwaliła sposób zapisu wyjaśnień, zgodziła się, że winny one znajdować się na tej samej stronie co kwestia, której przypis dotyczy. Oświadczyła jednak, że koszt wydania przewyższa możliwości RYTM-u i że winienem zapewnić dotację w wysokości ok. 20 000 zł. Prosiła o złożenie całości tłumaczenia jak najszybciej.

    A my z Iwoną byliśmy przy rozdziale dziewiętnastym, przedostatnim, i Iwona miała nasilenie dolegliwości uczuleniowych. Cóż było robić. Parę tygodni minęło. Telefon. Radosny głos Iwony – skończyłam. Spotkaliśmy się, parę drobnych poprawek i za parę dni rzeczywiście tekst był gotowy. Szybki telefon, nazajutrz zostawiłem dwa grube pliki „Wspomnień” u wydawcy. Minął chyba miesiąc i cios: „nie weźmiemy do publikacji” – brzmiał werdykt. Odebrałem maszynopis.

    Przypomniały mi się bezskuteczne wysiłki Antka Tarnowskiego na rynku nowojorskim, by wydać wersję angielską. Czarne myśli kotłowały mi się w głowie. Wcześniej zamarzyłem, by książka była gotowa w rocznicę Powstania.

    Przypadkowo spotkałem pana B. Paszkiewicza, redaktora opiniującego w KAW-ie. Był zainteresowany i poprosił o tekst. Przeczytał i oświadczył – bierzemy. Był to koniec 1998 roku.

    Jaś Tarnowski w imieniu Związku Rodu Tarnowskich podpisał umowę z KAW na wydanie „Wspomnień” w trzech tysiącach egzemplarzy.

    Prace redakcyjne w KAW-ie ciągnęły się przez 18 miesięcy. Byłem traktowany jako przedstawiciel nieżyjącego autora, innymi słowy redaktor KAW-u uzgadniał ze mną tekst. Spieraliśmy się często. Zasadniczym tematem sporu było spojrzenie na świat. Maria Tarnowska w życiu i w tekście „Wspomnień” była głęboko patriotyczna, religijna i niewątpliwie konserwatywna.

    Charakterystycznym dowodem jest zapis rozmowy autorki z gospodarzem ze wsi Świerże (s. 113-116). Pani redaktor miała w tych sprawach swoje zdanie, ukształtowane trzydziestoletnią pracą w Krajowej Agencji Wydawniczej. Nie wydawali wcześniej takich książek jak wspomnienia Tarnowskiej, Wierzbickiego czy prezydenta Wojciechowskiego. Te ostatnie miały być następną pozycją po tej, nad którą teraz ja wiodłem spory. Czasami zamykałem dyskusję, twierdząc, że tekst, nad którym pracujemy, nie może być zmieniany, gdyż to wypacza myśl autora. Oddać trzeba, że pani redaktor górowała nade mną wykształceniem polonistycznym, ja natomiast miałem w dyskusji znaczną przewagę znajomości osobistej z autorką. Często argumentem ostatecznym był zapis autorki w języku angielskim, lecz i tutaj ja znałem ten język lepiej. Ostatecznie redakcja ukończona została w grudniu 2000 r. Pozostała kwestia strony graficznej. Wcześniej zaprzyjaźniłem się z panem Maciejem Sadowskim i uzyskałem jego zgodę na opracowanie „Wspomnień”.

    W zamierzeniu wydawcy wrzesień 2001 r. miał ujrzeć książkę gotową. Gdzieś w kwietniu wydawca powiadomił Jana Tarnowskiego, że brak pieniędzy na wydrukowanie „Wspomnień”. W tym samym czasie Andrzej Ciechanowiecki z Londynu w rozmowie ze mną stwierdził, że wspomnienia tak wybitnej osoby jak Maria Tarnowska zasługują na dotację z Fundacji Lanckorońskich. Jan Tarnowski zdecydował się zatem na udzielenie wydawnictwu pożyczki na opłacenie rachunku drukarni. Jednocześnie KAW miała złożyć wniosek o dofinansowanie do Fundacji.

    O ile sprawa pożyczki J. Tarnowskiego została zrealizowana szybko, o tyle wniosek KAW do Fundacji był gotów dopiero w listopadzie 2001 r. Wymagało to opinii dwóch recenzentów. Ten trud spadł na mnie. Udało mi się uzyskać opinię Andrzeja K. Kunerta, historyka, specjalisty od zagadnień Polski podokupacyjnej i profesora Pawła Wieczorkiewicza, dyrektora Instytutu Historii UW. Obie popierały zamysł wydania „Wspomnień”, podkreślając brak świadectw pamiętnikarskich szczególnie z tak wysokiego szczebla, jak również że edycja wspomnień Marii Tarnowskiej stanie się ważnym wydarzeniem (A.K.K.).

    Posiedzenie Rady Fundacji miało się odbyć dopiero w kwietniu 2002 r. Tymczasem za poradą profesora Ciechanowieckiego złożyłem u dwóch członków Rady pp. Pinińskiego i Bartoszewskiego jr. kopie tłumaczenia w celu zapoznania ich z tekstem i wartością wspomnień.

    Pożyczka Jana Tarnowskiego umożliwiła druk wspomnień, w wyniku czego KAW urządziła promocję książki 25 lutego 2002 r. w Klubie Księgarza na Starym Mieście (książka była w sprzedaży już w grudniu przed Bożym Narodzeniem). Teksty ze „Wspomnień” czytała przepięknie pani Czubówna, prezenterka telewizyjna. W dyskusji nad książką Jan Tarnowski dziękował Iwonie za tłumaczenie. Wśród osób przybyłych była również pani Mariela Mastrogiovanni, wnuczka autorki, i delegacja Liceum w Milanowie. Prosiłem, by ich powitać publicznie. Powodów, by tak uczynić, było tysiąc, lecz najważniejszym chyba ten, że Milanów był miejscem urodzenia autorki, a budynek liceum był jej domem rodzinnym, w którym przyszła na świat. Poinformowano również, że Polski Czerwony Krzyż w 80. rocznicę założenia, w 1999 r., wybił medal z wizerunkiem Marii Tarnowskiej i napisem na rewersie: „6 VII 1884 Maria Tarnowska 10 VI 1965. Delegat w rozmowach kapitulacyjnych w Powstaniu Warszawskim 1944”.

    W ciągu kilku następnych miesięcy ukazało się kilkanaście recenzji. Innym pokłosiem wydania „Wspomnień” było odnalezienie w londyńskim archiwum dokumentu o nadaniu Marii Tarnowskiej Złotego Krzyża Zasługi z Mieczami, uzyskanego w szeregach AK, i awansu do stopnia majora Armii Krajowej. Oba z datą 29 IX 1949 r.

    Dziś wydawnictwo KAW nie istnieje. Mimo usilnych starań Jan Tarnowski odzyskał jedynie część wyłożonych pieniędzy przez odbiór kilkuset egzemplarzy, tłumaczka nie otrzymała honorarium. Fundacja Lanckorońskich odmówiła dotacji z uwagi na trudną sytuację finansową z powodu krachu na giełdach światowych.

    Daleko odszedłem od losów Autorki „Wspomnień”. Udzielił mi się jej nastrój, gdy mówi: Zachowałam wolność i wtopiłam się w anonimowy tłum uchodźców czy emigrantów politycznych – to określenie przyjemniejsze dla ucha. Nie mam paszportu. Nigdzie nie jestem przypisana. Wszystkie moje doczesne dobra mieszczą się w walizce średniej wielkości. Koleje mojego losu nie budzą większego zainteresowania i niewarte są wzmianki – chyba że jako przykładna opowieść dotycząca również tysięcy ludzi wyzutych z naturalnego prawa do wolności i życia we własnym kraju.

    A jednak: w Zaduszki byliśmy na Powązkach, składając kwiaty i zapalając światełko przy grobie Ciotki. Nadeszła kobieta z dziewczynką. Kiwnęła nam głową i zapaliła znicz przy grobie. Odruchowo spytałem – Pani znała Marię Tarnowską?, zdając sobie sprawę po chwili, że to niemożliwe z powodu jej wieku. Odpowiedziała – Pan pewnie jest Panem Żółtowskim; Ja czuję się zaprzyjaźniona z panią Tarnowską, bo przeczytałam jej „Wspomnienia”. Oniemiałem, potem bez słowa zbliżyłem się do niej, przytuliłem i powiedziałem „dziękuję”. Chyba nie warto się wymądrzać. Taka chwila jest warta tysięcy stron usiłowań, które mają udowodnić, jaki ten świat jest podły. W domu przyszło mi na myśl, że to pewnie zmarła skinęła mi przyjaźnie dłonią z zaświatów.

    Sentencja końcowa tych „losów wspomnień” może być taka – łatwe przedsięwzięcia zapomina się szybko, trudne pamięta się długo i ze szczegółami.

    Andrzej L. Żółtowski

  • Maria Aniela z Czetwertyńskich Tarnowska (1880-1965)

    Działaczka PCK, uczestniczka Powstania Warszawskiego i negocjatorka w sprawach ewakuacji ludności cywilnej, major AK.

    Urodziła się 6.7.1880 w Milanowie na Podlasiu, była córką Włodzimierza Ludwika (1837-1918) z gałęzi rodzinnej z Nowej Czetwertni, uczestnika powstania 1863, sybiraka, i Marii Wandy z Uruskich (1853-1931) dziedziczącej po babce majątek Milanów. Miała pięcioro rodzeństwa. 10.9.1901 wyszła za Adama Amora Tarnowskiego (1866-1946) z dzikowskiej gałęzi rodziny, dyplomatę (posła, następnie ambasadora) Austro-Węgier. Mieli syna Andrzeja (1902-1949).

    W latach 1901-1916 towarzyszyła mężowi na placówkach dyplomatycznych w Paryżu, Dreźnie, Brukseli, Madrycie, Londynie i Sofii. Gdy w l. 1916-1917 Adam T. był ambasadorem w USA, przebywała w Krakowie. Podjęła opiekę nad ofiarami wojny w szpitalach wojskowych, w służbie frontowej PCK (1916-1920), następnie została naczelną siostrą PCK, przewodniczącą korpusu sióstr, członkiem, a nast. wiceprezesem Zarządu Głównego PCK.

    Pod okupacją niemiecką 1939-1944 pełniła funkcję urzędującego prezesa PCK. 1942-1943 była więziona na Pawiaku. Brała udział w Powstaniu Warszawskim jako komendantka sanitariuszy i szpitali polowych, wchodziła w skład delegacji w rokowaniach z Niemcami.

    Po zakończeniu wojny, w 1945. zwolniona z PCK podjęła pracę zarobkową. Aresztowana w 1945 spędziła kilka tygodni w więzieniu. W 1946 zdecydowała się na wyjazd z mężem do Szwajcarii, stamtąd, po jego śmierci, do Brazylii, do przebywającego tam od 1943 syna z rodziną. Wtedy, z myślą o czytelnikach amerykańskich, napisała po angielsku wspomnienia pt. „The Future will tell”, nie znaleziono jednak wydawcy. Po śmierci syna, w 1958, wróciła do Polski. Zmarła 10.6.1965 w Warszawie, pochowana jest na cmentarzu Powązkowskim (kw. 102 przy murze).

    Za swoją działalność otrzymała wiele wyróżnień i odznaczeń: Krzyż Walecznych (1920), Krzyż Zasługi złoty, Medal Niepodległości, Medal Pamiątkowy za Wojnę 1918-1921, Medal Florence Nightingale (1923), Medal 10-lecia Odzyskanej Niepodległości, bułgarski Medal Zasługi, Krzyż Zasługi z Mieczami złoty (1944) i in.

    W 1999 r. PCK wydał medal z podobizną M. T. upamiętniający 85-lecie swego powstania.

    W 2002 r. wydano jej wspomnienia w tłumaczeniu polskim pt. „Wspomnienia” (KAW Warszawa).