Tag: Nr 36-37

  • Przygotowania do wydania „Genealogii Rodu Żółtowskich”

    W związku z podjęciem pracy redakcyjnej nad drugim wydaniem (rozszerzonym i uzupełnionym) „GENEALOGII RODU ŻÓŁTOWSKICH” zwracamy się z prośbą, o pomoc do KUZYNEK, KUZYNÓW I POWINOWATYCH – WSZYSTKICH CZŁONKÓW RODU ŻÓŁTOWSKICH.

    Naszym zamiarem jest nie tylko uzupełnienie, ale i poprawienie tekstu „GENEALOGII”. W związku z tym prosimy o bardzo uważne przeczytanie tekstu załączonej ankiety i wypełnienie ze szczególnym zwróceniem uwagi na daty i miejscowości, występujące w swych własnych liniach i gałęziach, i zasygnalizowanie nieścisłości lub błędów (!). Mile będą widziane dodatkowe informacje o życiu i działalności osób, co do których, oprócz podstawowych informacji, nic więcej w pierwszym wydaniu nie podano.

    Prosimy o bardzo wyraźne klasyfikowanie przekazywanych informacji, czyli o odniesienie do strony i osoby zgodnie z tekstem „GENEALOGII” z dopiskiem:

    • zmiana (gdy w tekście występuje błąd dotyczący imion, dat, miejscowości i innych informacji),
    • uzupełnienie (gdy powinny być umieszczone dalsze informacje o Osobie, np. imiona, daty urodzenia, daty ślubu, imiona i nazwiska współmałżonków, wykształcenie, wykonywany zawód, daty zgonu).
    • bądź nowe (gdy informacja dotyczy Osoby noszącej nazwisko rodowe Żółtowski(a) i nieumieszczonej w „GENEALOGII”).

    Prosimy o przesyłanie informacji pod adresem: Elżbieta i Wacław Żółtowscy, 91-157 Łódź, ul. Wici 64/24, blok 362.

  • Boże Ciało

    daj nam Panie dzień pogodny
    ześlij pokój w nasze serca –
    my zaś w polu na modlitwach
    pośród kwiatów
    i wśród ptaków
    na ulicach
    pośród domów
    śpiewu
    dzwonów

    a nad nami Łaska Twoja
    niebo takie jak w Galilei
    i ta Jasność niepojęta

    Hostia Święta
    Boże Ciało

    ześlij miłość w nasze serca
    daj nam Panie czas radosny –

    Stefan Żółtowski z Myszkowa

    Ze zbioru wierszy „Chleb i Wino”, 2003.
    O autorze i jego twórczości – patrz Lektury warte polecenia.

  • Od Redakcji

    Redaktor kończy swoją działalność. Serdecznie dziękuję miłym Autorom i Współpracownikom za ponoszone trudy. Następcom życzę pomyślności i wytrwałości.

    Andrzej Mieczysław

  • Zebranie Zarządu 21 marca 2004 r.


    Informacje o XIII zjeździe Związku

    Zebranie odbyło się w Laskach. Z ważnych przyczyn osobistych nie brali w nim udziału Natalia i Jarosław ze Skierniewic oraz Wacław z Łodzi.

    Program zebrania:

    1. Przygotowania do XIII Zjazdu
    2. Program Zjazdu
    3. Kwartalnik Związku
    4. Różne

    Omawiane tematy i podjęte decyzje:

    1. Stan przygotowań do XIII Zjazdu przedstawił Stefan z Warszawy – omówiono wstępnie warunki organizacji i finansowania zjazdu z kierownictwem Ośrodka Doskonalenia Kadr Służby Więziennej w Popowie Kościelnym nad Bugiem, k. Serocka (nie mylić ze znajdującym się również w Popowie Ośrodkiem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji). Przewidywany koszt uczestnictwa: podstawowy pobyt 4-dniowy (pokój i wyżywienie) 4 x 60 zł za osobę, oraz opłaty dodatkowe za salę, autokar, przewodnika itp.; przewidywany łączny koszt uczestnictwa ok. 300 zl za osobę. Pozostają do załatwienia sprawy formalne: zlecenie, ew. zaliczka, uzgodnienie szczegółowe programu imprez.
    2. Przewidywany program Zjazdu, osoby odpowiedzialne za realizację:
      • 9 VI – 21:00 środa – zebranie Zarządu i ustalenie szczegółowego harmonogramu, podział zadań organizacyjnych między uczestników (Rafał).
      • 10 VI czwartek – godziny przedpołudniowe – obchody święta Bożego Ciała, otwarcie wystawy fotograficznej (Bożena); godziny popołudniowe – walne zebranie sprawozdawczo-wyborcze.
      • 11 VI piątek – wycieczka do Warszawy i okolic z przewodnikiem (Bożena); 19:00 uroczysta kolacja z muzyką.
      • 12 VI sobota – Msza Św. za Rodzinę (Rafał); wycieczka do Pułtuska; po południu spotkania w gronie rodziny i gości.
      • 13 VI niedziela – wspólne śniadanie, ew. obiad, spotkania rodzinne; zakończenie zjazdu.
    3. W najbliższym numerze Kwartalnika należy umieścić nast. informacje:
      • Uczestnicy całego zjazdu wykupują pakiet wartości ok. 300 zł za cały zjazd.
      • Osoby nie korzystające z pakietu 4-dniowego mogą indywidualnie uzgodnić sprawę noclegów i wyżywienia z kierownictwem Ośrodka, kontakt telefoniczny: Ośrodek Doskonalenia Kadr Służby Więziennej w Popowie Kościelnym k. Serocka, tel. 0-22-782-75-00 w dni powszednie, w godz. 8:00-15:00, z panią Prus, koniecznie przed zjazdem!!!. Wysokość opłat uzgadniana indywidualnie.
      • Przedpłatę na pakiet zjazdowy należy przesyłać do połowy maja na konto Związku.
      • Uczestnicy zmotoryzowani oferują pomoc w dojeździe do Popowa. Osoby, które zechcą z tego skorzystać, winny skontaktować się z: Mariuszem tel. 0-501-478-313, Stefanią 0-605-839-949 lub Stefanem 0-604-759-425.
      • Działa również połączenie autobusowe Warszawa Zachodnia – Popowo Kościelne. Obecnie (marzec 2004) odjazdy z Warszawy: 5:25, 8:30, 9:40,12:20, 14:00, 15:25, 18:30; rozkład letni może być zmieniony, trzeba sprawdzić przed wyjazdem.
      • W czasie zjazdu zorganizowana będzie loteria lub aukcja na fundusz wydawniczy, prosimy pamiętać o przywiezieniu fantów.
    4. Omawiano sprawę ew. wystawy prac malarskich Stanisława Żółtowskiego z Warszawy. Ze względu na problemy z transportem obrazów o dużych wymiarach, brak miejsca na ich właściwą ekspozycję i konieczność ubezpieczenia zrezygnowano z planów organizacji wystawy. Sprawę z malarzem omówi Rafał.
    5. Bożena wnioskuje o przyznanie kwoty 1,0-1,5 tys. zł na organizację promocji nowo wydanej książki Michała z Lasek pt. „Leon Krzeczunowicz – »Uprawa-Tarcza«”. Decyzja finansowa ze względu na nieobecność skarbnika – Jarosława – będzie podjęta w terminie późniejszym.
    6. Michał prosi o pomoc finansową w wydaniu przygotowanego już do druku następnego tomu wspomnień z lat młodości. Chce także ofiarować kilkadziesiąt egzemplarzy książek do rozesłania przez Związek do różnych bibliotek w kraju. Andrzej Ludwik poda właściwe adresy. Decyzja finansowa – jak w punkcie poprzednim

    Prot. Bogusia z Białej

  • Relacja z XII zjazdu Związku Rodu Żółtowskich

    w Mąchocicach Kapitulnych w dn. 18-22 czerwca 2003 r.

    Uczestnicy zjazdu

    Znane są różne miary czasu. Większość ludzi posługuje się kalendarzem, który zawiera rok od stycznia do grudnia. W Kościele przestrzegany jest rok kościelny. Wszystkich, którzy uczą się w szkołach, obowiązuje rok szkolny, a tych, którzy studiują – rok akademicki. Mój rytm roczny wyznaczają kolejne zjazdy rodu Żółtowskich. Wiele spraw i planów podporządkowanych jest temu, aby w czerwcu (kiedy to zwykle przypada Boże Ciało i okres zjazdowy) wszystko było gotowe na wyjazd. Kilka miesięcy po zjeździe żyje się wspomnieniami, a potem rozpoczynamy przygotowania do następnego zjazdu. I tak już od kilkunastu lat.

    Młode uczestniczki: Paulina – córka Urszuli i Natalia – wnuczka Natalii

    W 2003 roku nasze rodzinne spotkanie odbyło się w dniach od 18 do 22 czerwca. Miejsce wybraliśmy niezwykle urokliwe – najstarsze w Polsce góry – Świętokrzyskie. Hotel, w którym zamieszkaliśmy, położony na wysokim wzniesieniu, dawał możliwości podziwiania piękna okolicy. Wielu z Żółtowskich przybyło już w środę, ja dotarłam do Mąchocic w czwartek, w godzinach południowych. W przeddzień było zakończenie roku szkolnego i nadmiar obowiązków uniemożliwił mi wyjazd. Najlepsze dla mnie są chwile, kiedy się witamy po prawie rocznej rozłące (niektórzy z nas widują się między zjazdami na posiedzeniach zarządu w Laskach). Uściskom, pocałunkom, uśmiechom i radości zda się nie być końca.

    Po południu zbieramy się na tradycyjnym walnym zgromadzeniu członków Związku. Obradom przewodniczy prezes Rafał z Korycina. Zjechali się Żółtowscy z różnych stron Polski, przedział wiekowy też jest bardzo duży. Najmłodszy uczestnik ma dwa miesiące i przyjechał wraz z rodzicami z mojego rodzinnego Stargardu Szczecińskiego.

    W czasie zebrania dyskutuje się o ważnych problemach dotyczących przyszłości Związku, o stanie kasy związkowej. Tradycyjnie już przedstawiani są nowi członkowie, którzy przybyli na zjazd po raz pierwszy. Poznajemy brata Longiny – Włodzimierza z Mławy, przedstawiają się Żółtowscy ze Stargardu, Andrzej z Płocka chwali się synem i synową, jest też mój sąsiad z Białej – Wojciech. Mamy również przedstawiciela Polonii – z dalekiego Chicago przybył Wiesław.

    Wszystkich serdecznie witamy w naszym gronie, Rafał filmuje, zdobywając materiał na kolejny film dokumentujący przebieg zjazdu.

    Natalia i Wiesław

    Wszyscy z zainteresowaniem słuchamy wykładu, zaproszonego przez Bożenę, profesora Adama Massalskiego, rektora Akademii Świętokrzyskiej. Opowiada on o historii regionu oraz przedstawia dzieje znaczniejszych rodzin Kielecczyzny. Po zebraniu i wykładzie tworzą się mniejsze koła, w których do późnych godzin nocnych dyskutuje się o przeszłości i dniu dzisiejszym Żółtowskich.

    Piątkowy ranek budzi nas deszczem. Trochę nam to psuje humory, ponieważ to dzień wycieczkowy. Ale powoli niebo wypogadza się. Przewodnik ciekawie opowiada o powstaniu Gór Świętokrzyskich, stara się przekazać nam jak najwięcej wiadomości o zwiedzanej okolicy.

    W Bodzentynie mamy okazję zobaczyć, jak wyglądało życie na wsi kieleckiej przed stu laty. Oglądamy wnętrza oryginalnie zachowanej chałupy Czernikiewiczów. Wydaje się, że jest pusta tylko dlatego, że gospodarze dopiero co wyszli w pole.

    Następnie odwiedzamy miejsce kaźni mieszkańców wsi, których zamordowano w czasie okupacji hitlerowskiej. Takich miejsc w okolicach Kielc jest wiele. Działał tutaj silny ruch oporu, żeby przytoczyć tylko postać dowódcy AK majora Jana Piwnika – Ponurego. Chwila zadumy nad okrucieństwem wojny, na tym, że homo homini lupus est.

    W Oblęgorku

    Udajemy się w dalszą podróż. Naszym celem jest Muzeum Henryka Sienkiewiczu w Oblęgorku, ale po drodze oglądamy jeszcze pomnik przyrody – najstarsze i najpotężniejsze drzewo w Polsce – dąb Bartek. Na pewno był on świadkiem wielu historycznych wydarzeń na przestrzeni kilkuset lat swego istnienia. Po porannym deszczu nie ma już śladu, jest piękna słoneczna pogoda. Pałacyk w Oblęgorku tonie w zieleni. Z uwagą oglądamy wnętrza, pamiętające czasy twórcy wspaniałych dzieł „ku pokrzepieniu serc”… i laureata literackiej Nagrody Nobla.

    W drodze powrotnej do Kielc podziwiamy, kolejne już w dniu dzisiejszym, zjawisko przyrodnicze – przepiękne stalaktyty i stalagmity w Jaskini „Raj”. Po zwiedzeniu stolicy Kielecczyzny, pełni wrażeń, wracamy do hotelu „Przedwiośnie”, usytuowanego na zboczu góry Dąbrówka.

    Aukcja

    W piątkowy wieczór, to już staje się tradycją, uroczysta kolacja. W tym roku połączona z licytacją przywiezionych na zjazd różnorodnych przedmiotów. Ze swadą i humorem prowadzą ją Rafał i Mariusz. Wielu z nas wzbogaci się o kolejne pamiątki ze zjazdu, natomiast kasa Związku o niezbędne fundusze. Jarosław przygotował wspaniałe gadżety – dzwoneczki na pamiątkę pobytu w Górach Świętokrzyskich.

    W sobotę rano udajemy się do pobliskiego kościoła na mszę w intencji rodu Żółtowskich. Po mszy pamiątkowe zdjęcia rodzinne. Udaje nam się wykorzystać konstrukcję schodów, które były zbudowane na uroczystości Bożego Ciała. Po mszy, wszyscy ci, którzy mają niedosyt zwiedzania, udają się samochodami na Łysą Górę, aby obejrzeć Klasztor Świętego Krzyża. Pogoda nam sprzyja, nieco przeszkadza przysłowiowy już kielecki wiatr. Klasztor jest zabytkiem, osobliwość jego polega na tym, że przed wiekami zbudowany został dla pewnej idei życia skupionego, kontemplacyjnego, oddanego Bogu, i nadal nią żyje. Jest to czynny obiekt sakralny, przy którym istniał zakon Ojców Benedyktynów, a obecnie zamieszkują go Misjonarze Oblaci Maryi Niepokalanej. Zwiedzamy go więc z należytym poszanowaniem, tym bardziej że trwa właśnie msza św. Szczególne wrażenie robi kaplica z przechowywanymi relikwiami Krzyża Świętego. Od ich nazwy pochodzi miano pasma Gór Świętokrzyskich.

    Wracamy do hotelu, resztę sobotniego wieczoru spędzamy na rozmowach, wspominamy inne zjazdy, planujemy, co będziemy robić w następnych latach.

    Niedzielny ranek to czas pożegnań. Bardzo nie lubię tej chwili, kiedy trzeba się rozstać na cały rok. Kiedy wracam do domu, ciągle myślę o tych kilku minionych dniach i związanych z nimi przeżyciach. Jest mi bardzo smutno, że te dni serdeczności i przyjaźni tak szybko minęły. Ale i tak jestem naładowana pozytywną energią i cieszę się, że mogę przeżywać te wspaniałe chwile wśród przyjaciół.

    Serdecznie dziękuję Jackowi z Łodzi za mile słowa skierowane pod moim adresem. Dziękuję również Mirelli i Mariuszowi za doholowanie mnie do Łodzi (nie musiałam jechać przez Lublin). Brawo, Malwina z Wrocławia – uroczy tekst o świętym Mikołaju w nr. 34-35 kwartalnika. Gratulacje dla Piotra z Płocka. Przed świętami Bożego Narodzenia urodziła mu się córka.

    Z serdecznymi pozdrowieniami Bogusia z Białej Starej.

    Bogusława Żółtowska

  • Od „Uprawy” do „Tarczy” – część 3

    Działalność Żółtowskich na rzecz „Uprawy-Tarczy”

    Odezwała się ze Stanów Jula Żółtowska-Bnińska, córka Pawła, a żona Wacława Bnińskiego. Widziałem ją zaledwie parę razy w życiu. Pamiętam spotkanie w Pławowicach Morstinów, gdzie w czerwcu 1943 zjechało przeszło dwadzieścia dziewcząt na egzaminy dyplomowe kursu sanitariuszek. Żadna z nich, a zapewne również instruktorki nie wiedziały, że cała akcją sanitarną, więc i organizacją kursów, kieruje „Uprawa-Tarcza”. Mój brat, Juliusz, ukończył w majątku Rosenwerthów, Cieleśnicy, podchorążówkę AK. Nie była to wcale jedyna, lecz jedna z wielu organizowanych po dworach staraniem i na koszt „Uprawy-Tarczy”. Te dwa przykłady świadczą, jak ludzie umieli wtedy dotrzymywać tajemnicy. Informowanie młodych uczestników tych akcji szybko doprowadziłoby do dekonspiracji. Taki sam kurs sanitariuszek ukończyła młodsza siostra Julii, Maja, zamężna później za Arturem Potockim.

    Gdy wracam myślą do „Uprawy-Tarczy”, budzi mój podziw postawa jej uczestników. Nieustannie narażeni na więzienie lub obóz, nie szukali w tej działalności ani pieniędzy, ani kariery, ani sławy. Dobrze wiedzieli, że wkrótce utracą majątki, a nawet mieszkania, bo z Kresów Wschodnich dochodziły świadectwa o traktowaniu Polaków przez Sowietów. Iluż z nich czekały wyroki wielu lat więzienia!

    Michał Żółtowski z Czacza

    Patrz także biogram Julii z Żółtowskich Bnińskiej oraz jej relację

  • Julia Maria z Żółtowskich Bnińska (ur. 1923)

    Czł. AK, ps. „Anna”, działała w „Uprawie-Tarczy” 1943-1945.

    Urodziła się 26.7.1923 w Warszawie. Jest córką Pawła Żółtowskiego (1889-1985), członka AK i Uprawy-Tarczy, i Anny z Potockich (1898-1982) z Chrząstowa. Ma dwie siostry: Marię Potocka i Elżbietę Wężyk. Wyszła za mąż 9.6.1945 za Wacława Hilarego Bnińskiego (1923-1998) syna Hilarego i Jadwigi z Tarnowskich, dziennikarza, działacza politycznego i społecznego, członka AK, aktywnego działacza WiN-u i Uprawy-Tarczy. Dzieci: Roman *1946 prawnik, Jan *1947 biznesmen, Klara *1949 z m. Rey. tłumaczka, Tomasz *1950 w Marynarce Woj. USA.

    Dzieciństwo spędzała pod opieką rodziców i dziadków – w Chrząstowie, naukę rozpoczęła w domu, kontynuowała na pensji w Rabce (1937) i tajnym gimnazjum Kowalczykówny i Jaworkówny w Warszawie (1941). W latach 1942-1944 przebywała w Piotrkowicach Małych (pow. Proszowice k. Krakowa). Została zaprzysiężona w AK i rozpoczęła działalność w „Uprawie-Tarczy” – ukończyła kurs sanitarny w Kowarach, odbyła praktykę w Krakowie, od X 1944 pracowała w punkcie opieki sanitarnej nad wysiedlonymi warszawiakami. W 1946 opuściła z przyczyn politycznych wraz z rodziną Kraków. Towarzyszyła mężowi w jego działalności we Francji, Włoszech i Niemczech. 1958-1983 w USA, nast. w Europie, od 1987 ponownie w USA. Obecnie mieszka na Florydzie, uczestniczy w gromadzeniu materiałów do historii wydarzeń, w których wraz z mężem brała udział. O swojej działalności w „U-T” przekazała relację i notę biograficzną, (2004) – rękopis w posiadaniu autora [Michała Żółtowskiego z Czacza].

    Informacje biograficzne o J.B. znaleźć można także w: Paweł Żółtowski, U schyłku życia na marginesie wspomnień [dziennik], rękopis 1974, 700 s., dostępne w archiwum „Naszej Przeszłości” w Krakowie, sygn. 225; Janusz Kurtyka, Stanisław Jan Rostworowski: Bniński Wacław Hilary… (1923-1998) [biogram] w: „Zeszyty Historyczne WiN-u” 1999 nr 13, s. 258-267; Michał Żółtowski Od Uprawy do Tarczy, część 2, Działalność Żółtowskich na rzecz „Uprawy-Tarczy”, w: Kwartalniku 2003 nr 33, s. 6-7 [noty biogr. ojca Pawła i męża Wacława]

  • Relacja Julii z Żółtowskich Bnińskiej – styczeń 2004

    Od wiosny 1942 mieszkałam z matką i dwiema siostrami w Piotrkowicach Małych k. Proszowic.

    Wiosną 1943 r. Helena Morstinowa z Kowar koło Proszowic (żona Alfreda, ps. Weronika) zawiadomiła mnie, że w Kowarach odbędzie się kurs sanitarny. Kurs prowadziła Barbara Świacka (o jej nazwisku dowiedziałam się później). Druga część kursu, chyba w czerwcu 43, odbyła się w Pławowicach. Chyba się nie mylę, że brały w niej udział Iretka, Anusia, córki Stanisława Żółtowskiego z Kadzewa, i Maja, moja dużo młodsza siostra. Kurs był podzielony na 2 części: teoretyczną i praktyczną. Teoretyczna była dość oczywista, w praktycznej uczyłyśmy się „szpitalnego” słania łóżek, podejścia do chorego, obracania, mycia, robienia zastrzyków, etc. […]

    W styczniu 1944 udało mi się dostać do szpitala św. Łazarza w Krakowie na dwumiesięczną praktykę. Niemiec, prof. F[rus?], ówczesny chirurg naczelny, jakoś nie zauważył, że podpisał pozwolenie na moją praktykę! Pracowałam na sali kobiecej (chyba 60 b. ciężko chorych lub umierających), myłam chorych, robiłam opatrunki. Warunki sanitarne były straszne, polscy doktorzy wspaniali, a także dwie szarytki, siostry Agnieszka i Amelia.

    Chyba wczesną wiosną i latem 1944 Helena Morstinowa zaczęła mnie wysyłać na „inspekcje” wielu punktów sanitarnych, które powstały lub powstawały w okresie lato 1943 – wiosna 1944. Apteka „Pod gwiazdą” w Krakowie (właściciele Zygmunt Karłowski i jego żona Jaga) dostarczała wszystko, co mogło się przydać w nagłej wojennej potrzebie: bandaże, watę, strzykawki, niektóre lekarstwa, gips, etc. Jedynym problemem był transport z Krakowa do majątków, ale jakoś znajdowano ciężarówki i pozwolenia od Niemców na przewóz fikcyjnych towarów, może nawozów. Nie wiem, w ilu majątkach (mówię wyłącznie o proszowskich) były punkty sanitarne. Nie wiem, czy ktoś pamiętał o Piotrkowicach Małych.

    „Inspekcje” wymagały podania komuś w majątku hasła. Czasami było gorzej z odzewem. Mówiło się wyłącznie, w jakim stanie znajdują się lekarstwa etc. Mowy nie było o sprawdzaniu zawartości pak, w których się znajdowały, gdyż te były bardzo dobrze zakamuflowane.

    W końcu października 1944 znów dostałam wiadomość od „Weroniki”’, że ok. 40 (lub więcej) osób z Warszawy (po powstaniu) zostało wyrzuconych na którejś stacji kolejowej koło Proszowic. Niemcy otworzyli pożydowski dom, ktoś przyniósł słomy (w charakterze łóżek) dla tych ludzi, trzeba się nimi zająć. Zajmowaliśmy się: miejscowy doktor i ja. Pracowałam sama przez pierwszą noc. Nikt mi nie umarł. Nie było niczego poza wodą. Na dzienną zmianę przychodziła dyplomowana pielęgniarka. Pracowałam przez wiele tygodni na nocnej zmianie. Może nigdy żadna praca bardziej mi nie odpowiadała.

    O „Uprawie” nigdy się wtedy nie mówiło, o jej istnieniu dowiedziałam się z książki Michała Zółtowskiego.

    Ciąg dalszy nastąpi

  • Paweł Żółtowski z Niechanowa – w wojsku

    P. Ż. ok. 1919-1920 fot. ze zbiorów rodzinnych
    P. Ż. ok. 1919-1920 fot. ze zbiorów rodzinnych
    P. Ż. ok. 1915 fot. ze zbiorów rodzinnych

    Paweł Żółtowski (1889-1985) z Niechanowa – syn Stanisława i Marii z ks. Sapiehów – rozpoczął działalność wojskową w 1912 i 1914-1918 od obowiązkowej służby w armii niemieckiej. W 1919-1925, i później – krótko, w 1939 – służył w armii polskiej. W 1940-1945 działał w ZWZ AK i w „Uprawie-Tarczy” – organizacji wspierającej AK.

    O latach I wojny światowej napisał: „Lata wojny 1914-1918, największego ucisku i męki moralnej, czego nie zrozumie nikt, kto tego nie przeżył.”

    Zaprzysiężenie 1. Pułku Strzelców Wielkopolskich 26 I 1919 r.
    Sztandar trzyma Wojciech Korfanty, obok ks. Stanisław Adamski.
    (za: J. Karwat, 1998)

    Zdzisław Morawski (1997) przytacza zasłyszaną historię: [Paweł Żółtowski] „brał udział po stronie pruskiej w bitwie pod Verdun, gdzie wyleciał w powietrze, stojąc na dachu trafionego pociskiem składu broni. Mimo odniesionej wówczas kontuzji był silny i zdrowy, a także zawsze poważny i małomówny. Jego namiętnością było wojsko”.

    Poznań w styczniu [26] 1919 r. Przemarsz 1. Pułku Ułanów w dniu zaprzysiężenia na Placu Wolności. Zdjęcie kilkakrotnie reprodukowane w literaturze, jednak bez podania nazwiska ułana prowadzącego szwadron.Jest nim Paweł Żółtowski z Niechanowa (informacja Stefana Stablewskiego). Fot. K. Greger (Poznań, 1919) (za: A Kwilecki, 2001)

    Po kapitulacji Niemiec; w styczniu 1919 wstąpił do Wojska Polskiego – był rotmistrzem, dowódcą kompanii w 1. Pułku Ułanów Wielkopolskich – z tego okresu pochodzą zdjęcia z przysięgi i defilady w Poznaniu, od 1920 w 15. Pułku Ułanów Wielkopolskich. Kampanię wschodnią 1919-1920 odbył jako dowódca 8. kompanii 1. Pułku Strzelców Wielkopolskich, przekształconego w 55. Pomorski Pułk Piechoty. Był ranny, odznaczono go trzykrotnie Krzyżem Walecznych (poniżej tekst wniosku o pierwsze nadanie). Od 1920 pracował w Sztabie Generalnym, nast. w VII Brygadzie Kawalerii. Do rezerwy przeszedł w 1925 w stopniu majora 15. Pułku Ułanów Wielkopolskich.

    W 1939 krótko służył w rejonie Lwowa. Do niewoli nie poszedł.

    O jego działalności w 1940-1945 w „Uprawie-Tarczy” pisaliśmy w Kwartalniku 2003 nr 33.

    Uzasadnienie wniosku o nadanie Pawłowi Żółtowskiemu Krzyża Walecznych w 1920 r.

    P. Ż. ok. 1919-1920 fot. ze zbiorów rodzinnych

    W majowej ofensywie na Galicji Wschodniej w roku 1919, I/55. Poznańskiego pp. pod dztwem rotmistrza Żółtowskiego idący jako awangarda na miasto Rudka został nagle w wysokości Hoszan (wioska) wstrzymany w swym pochodzie przez wielokroć liczniejsze oddziały nieprzyjacielskie. Wywiązała się zacięta walka w której nieprzyjaciel zyskał przewagę ogniową jedynie dzięki swych przeważających sił, a wreszcie począł zdradzać zamiary agresywne celem odzyskania dopiero co zdobytych przez nas pozycji pod Hoszanami. Rotm. Żółtowski znajdujący się w pierwszych szeregach, nie tylko że odpiera kilkakrotne gwałtowne uderzenia, lecz z nadejściem rezerwowej komp. przechodzi z całą furią do zdecydowanego ataku. Nie schodząc z pierwszych łańcuchów dopada do pozycji przeciwnika i zmusza go po krótkiej lecz krwawej walce na białą broń, w której ranny został w twarz, do panicznej ucieczki.

    Za akcję wykonaną z niezwykłym męstwem i okupioną krwią własną usilnie proszę o nagrodzenie rotm. Żółtowskiego „Krzyżem Walecznych”.

    Dowódca pułku /-/ Pankiewicz, ppułkownik, dn. 16 listopada 1920 r.

    Andrzej Mieczysław Żółtowski

    Rudki – miasteczko powiatowe położone w rejonie Gródka Jagiellońskiego, między Lwowem a Samborem, niegdyś własność Jana Aleksandra hr. Fredry; Hoszany – wieś na terenie rudeckiego powiatu, położona na pagórkowatym terenie, przebiega przez nią wododział europejski rzek Wisty i Dniestru.

  • Wspomnienia z wakacji 2003

    Dziennik z podróży

    Wyprawę – spływ Czarną Hańczą i Kanałem Augustowskim – planowaliśmy od dawna. Pomocy udzielili nam Rafał z Korycina i Ryszard z Suwałk. 5 lipca dowiedzieliśmy się, że Ania została przyjęta na Wydział Farmacji Akademii Medycznej w Gdańsku. Wielka radość i natychmiastowa decyzja – następnego dnia wyruszamy!

    Załadowaliśmy na dach nasze canoe [znane czytelnikom z batalii o powiat sztumski – Kwartalnik 2002 nr 28-29 – Red.], a niezbędny sprzęt biwakowy wypełnił bagażnik naszego Passata kombi po sufit. W niedzielę, 6 lipca, rano, w pełnym składzie ruszyliśmy żwawo na wschód. Wkrótce dołączył do nas kolega Waldek z trójką synów – ale bez łódki. W Augustowie wypożyczyliśmy kajak dla Mirelli i Ani oraz canoe dla Waldka. Mieliśmy już do dyspozycji trzy łódki, ale tylko dwa samochody do ich transportu nad Wigry. Znów pomoc obiecał Rafał. Późnym popołudniem dojechaliśmy do Starego Folwarku. Zakwaterowaliśmy w pensjonacie – z uwagi na nadciągające ciemne chmury nie chcieliśmy ryzykować pierwszego noclegu w namiotach.

    Tam na spotkanie przybył także Ryszard i Celina z dwójką wnuków. Jak przystało na gospodarzy terenu, powitali nas znakomitym sękaczem, specjałem Suwalszczyzny. Ryszard opowiadał nam o swoich wodniackich doświadczeniach z licznych spływów, które odbył wraz z małżonką. Okazało się, że nie zabraliśmy bardzo ważnej rzeczy, a mianowicie kaloszy. Pożegnaliśmy się późnym wieczorem. Całkiem niechcący wyszło nam posiedzenie ścisłego zarządu naszego Związku – prezesa i dwóch wiceprezesów. Udaliśmy się na spoczynek, z niepokojem spoglądając na zasnute chmurami niebo.

    Poniedziałek 7 lipca 2003 r.

    Z pensjonatu nad brzeg jeziora Wigry mamy 200 metrów – przenosimy cały sprzęt i pakujemy do łódek. Jeszcze pamiątkowe spojrzenie na klasztor Kamedułów, który pamiętamy z VII zjazdu rodzinnego, i wyruszamy. Fala na jeziorze niezbyt duża, ale trochę chlapie. Opływamy półwysep i przez krótki kanał przeprawiamy się na jezioro Postaw, a z niego na Czarną Hańczę. Nurt niezbyt bystry, ale niewprawni wioślarze często lądują w trzcinach. Około południa zaczynają się zbierać ołowiane chmury i docierają groźne pomruki nadciągającej burzy. Mirella namawia nas na rozstawienie namiotów, jednak mijane brzegi nie zachęcają do biwakowania. Przyspieszamy tempo. Zrywa się silny wiatr i spadają pierwsze krople deszczu.

    Rozpinam na łódce fartuch z trzema „kominami” i zakładamy nieprzemakalne kurtki. Pada coraz intensywniej. Chowamy się pod pobliską kępą drzew, dającą iluzoryczną osłonę. Tam spotykamy młode, sympatyczne małżeństwo z Warszawy, podróżujące z dwójką małych dzieci. Kurtki nie wytrzymują naporu deszczu i zaczynają przeciekać. Dobre zabezpieczenie ma tylko moja załoga. Kajak i drugie canoe powoli nabierają wody. Dodatkową atrakcją są coraz bliższe uderzenia piorunów. Robi się zimno i nieprzyjemnie. Po blisko dwóch godzinach niebo się przejaśnia i ruszamy dalej. Za chwilę dopływamy do mostu i to przepełnia czarę goryczy. Tak blisko było przytulne schronienie!!!

    Pod wieczór przybijamy do brzegu w pobliżu drewnianej wiaty. Wyładowujemy pakunki, stwierdzamy, że zamokły materace, śpiwory i zapasowe ubrania. Postanawiamy wysuszyć rzeczy nad ogniskiem. Jego rozpalenie nastręcza niemałych trudności, gdyż drewno jest mokre. W końcu wpadam na pomysł, aby wykorzystać maszynkę gazową – pojawia się nikły płomień za to mnóstwo dymu. Wędzimy śpiwory i pospiesznie spożywamy posiłek. Zastanawiamy się, jak sobie poradzić z noclegiem. Warszawiacy, którzy w pobliżu rozstawili namiot, udają się na zwiady i wracają z radosną nowiną, że niedaleko jest piętrowy domek do wynajęcia, do tego z ciepłą wodą. Zanosimy tam mokre rzeczy i kwaterujemy Waldka z synami. Nasza piątka spędza noc w namiocie.

    Wtorek 8 lipca

    Dzień wstaje słoneczny. Kończymy suszenie i ruszamy leniwie w dół rzeki. Waldek podsypia na śródokręciu, podczas gdy jego synowie radośnie machają wiosłami, co skutkuje co chwila zimnym prysznicem bądź bliskim spotkaniem z zatopionymi konarami drzew. Podróż upływa bez większych przygód. Nauczeni doświadczeniem dnia poprzedniego, wczesnym popołudniem znajdujemy sympatyczne, dobrze wyposażone pole biwakowe. Na standard składa się spory kawałek względnie płaskiego terenu, zadaszona wiata z ławami, drewniany domek z „serduszkiem” i miejsce na ognisko. Rozstawiamy szybko namioty i bierzemy się za przygotowanie posiłku. Waldkowi idzie to bardzo sprawnie, gdyż jako praktyczny poznaniak zabrał tylko chleb, suchą kiełbasę oraz żurek i rosół w paczce. W tym czasie zjawia się starszy człowiek z workiem na plecach. Okazuje się być właścicielem terenu, a w worku ma dla nas suche drewno na ognisko. Uiszczamy skromną opłatę. Po krótkim odpoczynku postanawiam popływać. Woda jest rześka, a nurt na tyle bystry, że z trudem utrzymuję swoje położenie w stosunku do brzegu. Wieczorem chłopcy udają się na poszukiwania sklepu, gdyż kończy nam się pieczywo. Wiejski sklep jest niestety zamknięty.

    Środa 9 lipca

    Znów płyniemy w towarzystwie licznych kajaków. Po około 5 km tablica na brzegu informuje o pobliskim sklepie. Ze zdumieniem stwierdzamy, że to ten sam, który znaleźliśmy dnia poprzedniego. Z powodu krętego koryta rzeki niewiele posunęliśmy się naprzód w linii prostej. Prowiant uzupełniamy dopiero w miejscowości Rygol. Tam wpływamy na Kanał Augustowski. Skończyła się przejażdżka z prądem i trzeba solidnie przyłożyć się do wioseł. Na szczęście nabraliśmy już sporo wprawy. Oczekując na otwarcie wrót śluzy Sosnówek, obserwujemy maleńkiego jesiotra.

    Śluzowanie jest dla większości uczestników naszej wyprawy nowym ekscytującym doświadczeniem. Jesteśmy stłoczeni jak sardynki w puszce (patrz zdjęcie). Całość operacji zabiera około pół godziny. Krótki odcinek kanału i Śluza Mikaszówka. Kupując bilety zaopatrujemy się w świeżutkie, jeszcze ciepłe jagodzianki. Znikają natychmiast w czeluściach naszych żołądków. Przez maleńkie jezioro Mikaszówek wpływamy na Mikaszewo. Jest dość silny wiatr i decydujemy się na nocleg na lepiej zadrzewionym północnym brzegu.

    Czwartek 10 lipcu

    Przeprawa przez jezioro Mikaszewo dość męcząca – silny wiatr i spora fala – ale już po godzinie śluza Perkuć, potem Paniewo i Gorczyca. Mijamy dużą tratwę, na której kilkanaście osób spędza dwutygodniowy urlop. Napęd stanowi kilku flisaków przebranych za piratów. Początkowo zamierzaliśmy przeprawić się kanałem na jezioro Serwy, ale śluzowanie zabrało sporo czasu i ostatecznie wybieramy miejsce na wysokiej skarpie kanału. Na polance jest pompa ze znakomitą wodą. Po posiłku idziemy nad Serwy, co zostaje nagrodzone widokiem pięknego zachodu słońca nad taflą jeziora. Do obozowiska wracamy już po ciemku przez stary las, robi groźne wrażenie i pobudza wyobraźnię.

    Piątek 11 lipca

    Wpływamy na odcinek zwany Kanałem Czarnobrodzkim i przez śluzę Swoboda przedostajemy się na jezioro Studzieniczne. To duży akwen – z ulgą cumujemy po blisko godzinnych zmaganiach przy śluzie Przewieź. Tam po raz ostatni uzupełniliśmy zapasy żywności i korzystając z faktu, że telefon komórkowy znalazł się w zasięgu nadajnika, umawiamy się z Rafałem na spotkanie nad jeziorem Białym. Rafał przyjeżdża ze Stefanią, Tomkiem, Olą, Anią i wnuczkiem Olgierdem. Po małym poczęstunku dorośli pakują się do samochodu Rafała – chce nam pokazać miejsca, gdzie spędzał wakacje wraz z rodzicami. Przejeżdżamy obok restauracji, w której poznał Stefanię. Oglądamy sanktuarium w Studzienicznej, miejsca, które odwiedził Jan Paweł II w czasie swego pobytu na Suwalszczyźnie. Następnie jedziemy do siostry Stefanii, prowadzącej w pobliżu Augustowa gospodarstwo ogrodnicze. Z podziwem oglądamy hodowane tam rośliny i Mirella zamawia sobie coś, czego nazwy nie potrafię nawet wymówić, a co dopiero zapamiętać. Wycieczkę kończymy o zmierzchu i wracamy do młodzieży, która skracała sobie czas, grając w szachy, karty i usiłując rozpalić ognisko. Wkrótce musimy się pożegnać. Nadchodzi „zielona noc”, jednak nikogo nie trzymają się „psie figle”.

    Sobota 12 lipca

    Mozolnie przeprawiamy się przez jezioro Białe i krótkim kanałem przedostajemy się na Necko. Musimy płynąć blisko brzegu, bo akurat odbywają się regaty. Z zainteresowaniem obserwujemy wyciąg dla narciarzy wodnych, który przypomina gigantyczną karuzelę. Mamy chęć spróbować, ale kolejka jest dość duża, a czas nagli. Mijamy rzekę Netta i przybijamy do brzegu. Do samochodów mamy niecały kilometr. Wkrótce pakujemy wypożyczony sprzęt i odwozimy do wypożyczalni. Właściciel proponuje nam spływ Kanałem Kaledońskim – może za rok, kto wie? Po południu rozstajemy się z Waldkiem i jego synami, którzy wracają do Sztumu. My jedziemy w Bory Tucholskie, stoi tam nasza przyczepa campingowa i dzieci mają spędzić resztę wakacji.

    Dobiega końca wyprawa, która nie tylko była turystyczną przygodą, ale dała też okazję, po raz kolejny, do przekonania się, że na serdeczność i pomoc członków Rodu Żółtowskich możemy zawsze liczyć, gdziekolwiek byśmy się znaleźli.


    Wigry

    Wielkie i malowniczo położone jezioro, śród wyżyny pojezierza bałtyckiego, wznieś. do 750 st. n.p.m., na wschód od Suwałk. Ogólny obszar wynosi 20,9 wiorst kw. (0,43 mili) [2187 ha], długość 11 w. [17,5 km], głębokość dochodzi podobno do 150 st. [73 m]. Dno częścią błotniste, częścią piaszczysto iłowate. Woda barwy zielonej…

    Na wyspie śród jeziora osada kościelna… Już w XV w. istniało uroczysko Wikgry śród puszczy służącej za miejsce łowów książąt litewskich. Odwiedzał te lasy Jagiełło, a raz omal nie wpadł tu w ręce Krzyżaków. (Kromer). Tu również ostatni z Jagiellonów zabawiał się łowami dnia 1 sierp. 1551 r. (Przeździecki) Z dawna istnieć tu musiał dworzec myśliwski. W uroczej tej miejscowości przemieszkiwali dość długo pustelnicy reguły św. Pawła. Świeżo przybyli z Włoch do Krakowa kameduli, uzyskawszy pozwolenie Władysława IV, wznieśli tu kościół i pozakładali pustelnie. Według aktu erekcyjnego [1667] celem fundacyi miało być uproszenie Boga przez modły zakonników, żeby raczył odwrócić ciągłe klęski, jakiemi kraj naówczas byt nawiedzany. Działalność zakonników przypomina cywilizatorską misyą klasztorów średniowiecznych. Trzebią oni puszcze i zakładają liczne folwarki, dla zużytkowania lasów urządzają liczne huty, połączone z kopalniami rudy żelaznej. Sprowadzeni z różnych stron kraju robotnicy dają początek licznym osadom leśnym. Przy klasztorze na wyspie założono piękne ogrody owocowe i urządzono ogrodzony zwierzyniec…

    Mariusz ze Sztumu

    („Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego”, t. 13 (1893), s. 442)

    Kanał Augustowski

    Kanał Augustowski zbudowano w latach 1823-1839, a śluzy 1826-1838. Wszystkie do dziś znakomicie funkcjonują. Ideą budowy kanału było połączenie dorzecza Wisły i Niemna i uzyskanie tą drogą dostępu do morza, gdyż Prusy nałożyły cła zaporowe i korzystanie z portu w Gdańsku stało się nieopłacalne. Projektantem był generał Ignacy Prądzyński. Całkowity koszt budowy wyniósł 1,5 mln rubli. Kanał nigdy nie spełnił swojej roli handlowej – Prusacy, widząc, co się dzieje, powrócili do ceł sprzed 1823 r. Dziś po stronie polskiej znajduje się 80 km szlaku. Niestety, po stronie białoruskiej kanał jest zaniedbany i wymaga remontu.

    Mariusz

    Z Wigier prowadzi wielki szlak wodny aż do Augustowa. I tędy z przyjaciółmi udawał się na spływ ks. Wojtyła w 1954 r. Długość tego szlaku z Gawrych Rudy do Augustowa wynosi 125 kilometrów. Prowadzi najpierw Wigrami, następnie sześćdziesiąt kilometrów Czarną Hańczą do Rygola. gdzie łączy się ze wstęga Kanału Augustowskiego. Wzdłuż szlaku rozpościera się majestatyczny bór Puszczy Augustowskiej, nieprzerwany zwłaszcza na odcinku mrocznych korytarzy leśnych Czarnej Hańczy. Tu biwakują uczestnicy spływów. Natomiast Kanał Augustowski został poprowadzony przez szereg jezior: Mikaszewo, Krzywe Augustowskie, Paniewo, Orle. Są to jęzora z dorzecza Niemna. Od ujścia Suchej Rzeczki (Serwianki) zaczyna się odcinek szczytowy kanału, przechodzącego tu przez dział wód miedzy dorzeczami Wisły i Niemna. Po sześciu kilometrach, po przejściu śluzy Swoboda, wpływamy na jeziora augustowskie: Studzieniczne, Białe Augustowskie. Z Białego przepływamy krótką rzeką Klonownicą na Necko i już jesteśmy w Augustowie.

    („Puszcza Augustowska. Z Karolem Wojtyła wędrówki po Polsce”, red. T. Szyma, 2002, s. 105)

    Studzieniczna

    Osada kościelna, nad jeziorem t. n. i kanałem Augustowskim, śród puszczy, odl. 7 w. od Augustowa. posiada kościół par. drewniany, kaplicę murowaną, kaplicę drewnianą, karczmę i kilka domów (około 20 mk.). Znajduje się tu studzienka, której woda ma mieć własności uzdrawiające; w kościele zaś słynie cudami obraz Bogarodzicy z góry Karmelu. Wizerunek ten, dobrego pędzla, otoczony srebrnymi wotami, jest główną ozdobą ubogiego kościółka, który jako filia parafialnej świątyni w Szczebrze, zbudowany tu został z drzewa w r. 1845 przez Szymona Andruszkiewicza z Pawłówki (w par. Krasnopol).

    Tuz obok kościoła wąska grobla prowadzi na wysepkę, gdzie, ocieniona drzewami, wznosi się murowana kaplica, wybudowana 1871 r. na miejscu dawniejszej drewnianej. Przy wejściu do niej umieszczona tablica marmurowa, opiewa dzieje tej miejscowości: „Wincenty Morawski, pułkownik, jako pustelnik, pierwszy na tem miejscu osiadł i założył Studzienicznę, na cześć Bogarodzicy, na dwóch wyspach zbudował dwie kaplice w r. 1770 i 1786 i wprowadził służbę Bożą”.

    („Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego”, t. 11 (1890), s. 501)

    Papież Jan Paweł II odwiedził dwa miejsca kultu religijnego na szlaku Czarnej Hańczy. Jest to najpierw sanktuarium wigierskie zespołu pokamedulskiego z kościołem pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Tu można obejrzeć apartament przygotowany do wypoczynku i mieszkanie Ojca Świętego na czas pielgrzymki w 1999 r. Drugie miejsce, do którego Papież dotarł stateczkiem „Trytonem” po Kanale Augustowskim, to Studzieniczna. Jest to stara pustelnia pułkownika Morawskiego z początku wieku XIX, na wysepce, przy studzience z „żywą wodą” i kaplicy z cudownym obrazem Matki Boskiej. Obok drewniany, niewielki kościół parafialny. Tu dostojny Pielgrzym modlił się w ciszy świątyni leśnej. Pozostała po Nim pamiątka – pomnik.

    („Puszcza Augustowska. Z Karolem Wojtyłą wędrówki po Polsce”, red. T.Szyma, 2002, s. 105)