Tag: Nr 40-41

  • Od słowa do Słowa

    Rozmaite słowa
    płyną pośród tłumu,
    Każde wiele mówi,
    różne treści niesie.

    Słowa czarne, brudne,
    nie niosą pokoju,
    Swoją siłą niszczą
    wszechświata harmonię.

    Słowa ciężkie, twarde,
    niosące znój życia –
    One mówią prawdę,
    o człowieczym losie.

    Słowa lekkie, puste,
    często są pułapką,
    Złudnym blaskiem kuszą,
    obiecują wiele…

    Są słowa, co ranią,
    mieczem trwogi sieką,
    Ból zadają srogi,
    nie znają litości.

    Są też słowa czułe,
    dające wytchnienie,
    Jak balsam najdroższy
    duszy leczą rany.

    Są i słowa piękne,
    tęczą malowane,
    Rozświetlają życie,
    niosą radość w słońce.

    Słowa niosą mądrość,
    wieku doświadczenie,
    Zachowane w księgach –
    perłą są ludzkości…

    Jest Słowo – Jedyne,
    od innych Najdroższe,
    Największe ze wszystkich,
    od świata Ważniejsze.

    Mocą swoją sięga,
    za kresy przestrzeni –
    Gdzie myśl nie potrafi,
    gdzie rozum zbyt mały…

    Marek Żółtowski

    Poznań 1995

  • „Chociaż łzy już prawie wyschły, serce ciągle płacze…”

    Zaprawdę, ma powód…

    Wieczór 2 kwietnia 2005 roku przygniótł wszystkich kamieniem ogromnym.

    Cóż z tego, że rozum mówi, że przecież tak się musiało stać, że wszystko na to wskazywało, że to być może już wkrótce…

    A myśmy myśleli…, a myśmy się spodziewali… Bardziej myśleliśmy sercem, niż chłodnym rozumem…

    Stało się. Odszedł do Pana z ziemskiego życia Nasz Ojciec Święty. Odszedł tam, gdzie jest mieszkań wiele. A skoro są mieszkania, to i okien nie brakuje. Stoi zatem w oknie niebieskim i na nas patrzy… Patrzy i uśmiecha się dobrotliwie do nas…

    Dodaje nam otuchy – „…nie lękajcie się…” A ta otucha jest nam bardzo potrzebna, bo też i o wiele możemy się lękać…

    Po tym Dniu nastał szczególny czas rekolekcji narodowych, czas głębokich przemyśleń, czas obrachunku z rzeczywistością. Czas rachunku sumienia.

    I trwożna myśl – na jak długo starczy nam pokory, ile dni potrwa to wyciszenie, kiedy i komu zacznie ta cisza przeszkadzać…? Ile trzeba czasu, by niejednym zaczęły doskwierać te rekolekcje, gdy innych zacznie uwierać narodowa jedność i zgoda, gdy tu i tam zalęgnie się obawa, że a nuż to dobro w ludziach się utrwali i stanie się zwyczajem powszechnym?

    Tego, właśnie tego należy się bać, że ta jedność będzie przeszkadzać… Od lat przecież obowiązywało „…dziel i rządź…” A tu nagle taki kłopot…

    A dobro ma z czego wyrastać, ma na czym wzrastać! Nasz Ojciec pozostawił nam tyle ważnych słów, myśli, tyle lat nas nauczał, tyle nam tłumaczył, z taką miłością pokazywał drogę, z takim ciepłem dodawał odwagi, a nigdy nie karcił, nigdy nie potępiał!

    Własnym przykładem pokazał, komu warto zaufać i komu warto oddać się bez reszty w niewolę…

    Czy my, Polacy, dorośliśmy do tych słów, czy już umiemy wybierać między „być” i „mieć”? Czy to, co potrafimy zaczerpnąć z tego źródła, potrafimy również zastosować w życiu, a zwłaszcza wobec siebie samych?

    Czy zaczniemy usuwać belki z własnych oczu? Czy wreszcie będzie najważniejsze dobro wspólne i dobro innych – zwłaszcza tych najsłabszych – a nie tylko własne interesy i korzyści?

    Pytania natarczywe, zadziorne, natrętne… Ojciec Święty powiedziałby – „otwórzcie drzwi Chrystusowi”! Powiedziałby – „…człowieka nie można zrozumieć bez Chrystusa…” On odszedł…

    Ale tylko On potrafił odejść – zostając wśród nas…

    Odszedł – ale w swojej miłości do nas nie odszedł nagle – w kilkudniowym milczeniu przytulał nas do swego serca i przyzwyczajał nas…, powoli odchodził, podpierając się laską na tatrzańskich halach… i do gór się uśmiechał… do ukochanych…

    Odszedł – abyśmy mając w Nim oparcie, poczuli się zobowiązani do podjęcia tej ogromnej, jakże wspaniałej spuścizny… Odszedł – abyśmy sobie uświadomili, że to jest nasze zadanie, że to wyzwanie czasów, z którym musimy się zmierzyć…

    Bo otrzymaliśmy Dar – najpierw Naszego Papieża i wszystkie cudowne lata z Nim przeżyte. Teraz Dar drugi – wszystko to, co On nam po sobie zostawił.

    Mamy jednak wątpliwości – mówimy sobie, że jesteśmy tylko słabymi ludźmi – czy podołamy temu trudowi, czy jesteśmy na tyle silni, by udźwignąć to zadanie?

    Musimy spróbować – a to już brzmi jak ziaren kiełkowanie… już w sercach cieplej, a w cieple ziarno lepiej kiełkuje… Nowe wzejdzie, gdy starsze zasiane… obumrze…

    Powiedział nam „…miłość z ziemi wyrośnie…”

    Pamiętajmy o naszych ojcach, przodkach naszych. Nasz Ojciec zawsze mówił o tożsamości i o pamięci… Przecież z tych obumarłych ziaren wyrośliśmy. Ich wiara – naszą wiarą, Ich polskość – naszą polskością, Ich miłość Boga i Ojczyzny – naszą jest!

    Mamy nawet na sztandarach i w hymnach „…Bo w sercach naszych – Bóg – Honor – Ojczyzna”.

    Na zawsze będą klejnotem wspaniałym… Nasza tożsamość, nasze „tu i teraz”, ale i nasze „kiedyś”, nasze korzenie wyrosłe w tą ziemię, zroszoną krwią, naznaczoną krzyżami, umiłowaną, naszą – bo polską…

    Nie trzeba bać się takich słów, a gdy nawet łza się potoczy, a szczera… – to w szczere złoto się przerodzi… Wkrótce znów wzejdzie słońce – trzeba odważnie otrzymane słowa wcielać w życie, a w Naszym Ojcu wsparcia szukać, w Jego księgi się wczytywać, wypowiedziane słowa sercem chłonąć, a ze wszystkiego, jak ze źródła czerpać…

    Był wśród nas Człowiek Dobry.

    Tak Dobry, że świat się zdumiał. Zdumiał się, na chwilę przystanął, na chwilę stał się lepszy…

    Ta chwila wystarczy – ziarno już kiełkuje… Ta wiara wyzwala nadzieję na lepszy świat, na lepsze jutro, na lepszych ludzi wokół, na to wreszcie, że się sami lepszymi staniemy.

    Jaki będzie świat – nie wiemy. Nic już jednak nie będzie takie samo, wszystko od teraz nabrało innego znaczenia, nowego wymiaru…

    To były Wielkie Rekolekcje. Jeszcze nie bardzo sobie uświadamiamy ich znaczenia, ich zakresu… Ziarno kiełkuje… Plon dojrzeje… Może nie wszystkim dane będzie doczekać…

    Dzisiaj trzeba podjąć przerwane z początkiem kwietnia sprawy, które wobec tych wydarzeń były daleko mniej ważne… Życie toczy się dalej. Musimy robić wszystko, by teraz było lepsze, wspanialsze. Był Ktoś, kto nam powiedział „…musicie od siebie wymagać, choćby inni od was nie wymagali…” Wymagajmy więc od siebie…

    Nasz Ojciec nie oczekiwał od nas nic dla siebie, chciał tylko, byśmy przy Nim byli, a zwłaszcza radowała Go obecność młodych „…szukałem was, a wy przyszliście do mnie…”

    I jeszcze jedna wielka Jego prośba – „…po śmierci proszę o Msze Święte i modlitwy…” O tym nigdy nie możemy zapomnieć. Jesteśmy Mu to winni… To nasz Przyjaciel. Na zawsze…

    A On stoi w oknie i nam błogosławi…

    Marek z Poznania

    Marek z Poznania w kwietniu 2005

  • Podziękowania

    Wszystkim Żółtowskim dziękuję za pomoc w tworzeniu naszego pisma. Dostałam tyle materiału, ze ledwie go zmieściłam w tym numerze. Życzę moim następcom powodzenia. Wybierzcie zespół na zjeździe Zamościu, może z Andrzejem Mieczysławem na czele. Nowemu zespołowi życzę powodzenia. Żegnam Was jako redaktor, za wszystko dziękuję i za to dobro, którego było dużo, i to zło, którego było mało.

    Bożena Wanda Żółtowska (BW)

  • Odszedł Ojciec Święty – Nasz Ojciec Święty

    Nasz Papież Jan Paweł II. Odszedł i została pustka, w sercach myśli bezładnie się zderzają, powstają pytania o sens życia, cierpienie, śmierć, wszechogarniająca pustka. W tych dniach chyba nawet niewierzący ją czują, czują, że odszedł ktoś bliski, choć nieznany, dobry, choć Jego czynów zgłębić nie możemy, wytrwały w tym, co głosił. Bo Papież głosił prawdę o wierze w Jedynego, prosto. Tak, jak Chrystus wzywał nas do braterstwa, wzajemnej miłości i poszanowania. Jego słowa nabierały tym większego sensu, im więcej przelewało się krwi, a ostatnimi czasy były jej niemierzalne strumienie. Każdy dzień obfitował w coraz to bardziej przerażające wydarzenia człowiek człowiekowi wilkiem, a On prosił i wzywał, wzywał do tej miłości do bliźniego, wzywał do miłości do Boga.

    Karol Wojtyła, Nasz Ojciec Święty, Nasz Rodak. Bóg, Honor, Ojczyzna – dla Niego te słowa nie zatraciły znaczenia, nie obróciły się w nicość, nie podupadły i nie spowszedniały. Kochał swój kraj i rodaków, dawał nam to odczuć.

    Jak wiele znaczą pozdrowienia dla Polaków przekonałam się o tym sama, bowiem stojąc na Placu Św. Piotra w strugach deszczu w trakcie niedzielnej mszy w czasie Jubileuszu Rodzin w 2000 roku poczułam się niezmiernie szczęśliwa słysząc Jego ciepłe słowa po polsku w miejscu, gdzie otoczeni byliśmy przez w większości Włochów. Zresztą w Watykanie nie można było czuć się obco, przynajmniej ja miałam poczucie, że jestem gościem, ale u kogoś, kto jest mi bliski.

    W tym miejscu pragnę podziękować członkom Związku za zorganizowanie owej pamiętnej pielgrzymki do Rzymu. Gdyby nie ten wyjazd nie wiem, czy byłaby sposobność, by tam pojechać, a już na pewno nie znalazłabym się na audiencji generalnej w Auli Pawła VI. Pamiętam do dziś jeszcze radość naszej związkowej delegacji z darami dla Papieża, ich łzy, nie wiem, dlaczego i my, którzy tylko się przyglądaliśmy zapłakaliśmy, może i my, choć przez chwilę poczuliśmy magnetyzm Jego osoby. Doprawdy było to coś niezwykłego, czego nie umiem wytłumaczyć.

    Przez te ostanie dni uświadomiłam sobie, jak wielki skarb posiadam, bo oprócz swych rodziców i krewnych jestem częścią większej i szerszej jedności, bo właśnie my, rodzina Żółtowskich poprzez stworzenie Związku spełniliśmy, choć w pewnej mierze, nawoływania Papieża do nadania głębszego i sensu więzom rodzinnym.

    Ufam, że wszystkim członkom naszej rodziny również nie są obce wartości – Bóg, Honor, Ojczyzna, że nie jesteśmy owładnięci popkulturą, pogonią za dobrami ulotnymi, którzy nie zapomnieli o czymś ważnym, o zasadach moralnych. Że z pochyloną głową, w zadumie, dajemy posłuch Jego wielkim słowom. A wszędzie tam, gdzie są spełnione, świat, choć odrobinę, staje się lepszym miejscem.

    Agnieszka z Kutna

    Agnieszka z Kutna jest studentką prawa na Uniwersytecie Łódzkim

  • Kiedy jest mi źle

    Kiedy jest mi źle, przypominam sobie to zdarzenie, októrym pisze Agnieszka. Strugi deszczu na Placu Świętego Piotra w czasie Jubileuszu Rodzin w 2000 r. Wylewałam wodę z butów i skafandra – nieprzemakalnego… I to pantoflową pocztą przesłane zawiadomienie o audiencji u Papieża w auli Pawła VL…

    Byłam na audiencji generalnej na Placu Św Piotra, byłam na audiencji specjalnej dla nas – solidarnościowców w Bazylice Św Piotra. Papież po operacji z wysiłkiem oddawał się nam cały. Płakaliśmy, płakaliśmy wszyscy – 10 tys. ludzi, widząc taką Dobroć za darmo… może czując…

    Na jubileuszu Rodzin klęcząc u stóp Jana Pawła II mówię, to co mam mówić, po Rafale. Patrzy na mnie Dobry Człowiek, stary, piękny schorowany. Patrzy na mnie Dobroć i ją już czuję…

    Kiedy jest mi ciężko, smutno, źle, to przypominam sobie, jak patrzy na mnie Dobroć. Już mi lepiej i mogę iść dalej, bo jest, istnieje namacalny dotykalny człowiek, który jest z Dobrocią spojony. A więc można…

    Teraz modlę się do Dobrego Człowieka Jana Pawła II, abym za jego wstawiennictwem mogła znów poczuć tę Dobroć.

    Dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do mojego spotkania z Dobrocią, z całego serca. Dziękuje Ci Rafale, Stefanio, Wacławie, dziękuje Wszystkim.

    Ale dotykałam też wówczas Dobroci przez innego człowieka, przez Teresę z Białegostoku. Razem pielgrzymowałyśmy – w jednym pokoju noclegi, przy jednym stole posiłki, dużo rozmawiałyśmy. Razem też stałyśmy w kolejce na audiencję u Jana Pawła II, razem śpiewałyśmy. Bardzo, ale to bardzo przeszkadzał mi wielki facet, który stał nieopodal i tak głośno śpiewał, że nie słyszałam Teresy. Coś do niej krzyczałam, i on się odwrócił, popatrzył na Teresę i objął ją ten wielkolud-ksiądz, i prawie mi znikła w jego objęciach: „Pani doktor takie spotkanie, takie spotkanie, tak się cieszę, bo w hospicjum…” „Co on mówi?” – zastanawiałam się.

    Poza pracą w domu, w szpitalu w Białymstoku, pracy w przychodni w Suwałkach, odwiedzin pacjentów, pracy w przychodni… jeszcze hospicjum. „Co on mówi?” Mówi, że widzę Dobroć i słyszę o Dobroci za darmo.

    Dziękuje Ci Tereso i mocno ściskam i pozdrawiam.

    BW

  • Michałowi z Lasek z okazji ukończenia 90 lat

    wszystkiego najlepszego fragmentem wiersza Marka z Poznania życzy cały ród Żółtowskich

    Posłuchaj, jak śpiewają gwiazdy
    gdy znów tej nocy
    wybrały Skrzyneckie Jezioro
    by promyki opłukać
    z pyłu Drogi Mlecznej…

    Popatrz – nad Mościenicy polami i łąkami
    niebo – jak nigdzie – wysokie
    i nie ujrzysz końca gwiazd miriadów
    a wszystkie właśnie tutaj
    przyszły w wodach się przeglądać
    i śpiewają… i śpiewają…
    a szumem las im wtóruje
    cykady pobrzękują
    trzcina zaszeleści ptak zakwili
    cisza dzwoni, jak pięknie dzwoni

    A gwiazdy świecą złotem dukatowym
    i nadal śpiewają… i śpiewają…

    Posłuchaj w nocy głębokiej

    Posłuchaj…

  • Moje spotkania z Janem Pawłem II a raczej z klerykiem Karolem Wojtyłą

    Nie jest łatwo pisać o bezpośrednich kontaktach z tak wielkim człowiekiem, jakim był Jan Paweł II. Uczyniłem to tylko na prośbę Rafała i Bożenny Żółtowskich, prezesa i redaktora kwartalnika „Związku Rodu Żółtowskich”. Pragnę, by treść mojego wspomnienia nie wyszła jednak poza ramy naszego pisma.

    Muszę zacząć od obszernego komentarza. W 1945 r. wejście Sowietów do Polski spowodowało przewrót w życiu wielu ludzi, szczególnie w świecie ziemian. Byłem, od kilku miesięcy awansowany z rządcy na administratora masy spadkowej Minoga po śp. Józefie Skarbku – Borowskim. Pełniący rolę właściciela jego syn, Wacław, od prawie pół roku musiał się ukrywać i na mnie spadła odpowiedzialność za wszystko. Wiedziałem jednak, że we wsi są komuniści, którzy w chwili wejścia Armii Czerwonej zamierzają mnie zgładzić i wkrótce nocą wyjechałem do Krakowa.

    Tam przebywała moja siostra Krystyna Wierusz-Kowalska, która miała zapewniony wyjazd do Szwajcarii dzięki staraniom jej męża, ale z przyczyn niezależnych nie mogła wyjechać. Trzeba było zabiegać o środki na utrzymanie jej z sześciorgiem dzieci, teściową, gosposią, a wkrótce i moją najmłodszą siostrą Zosią. Starszy brat, Jerzy, gdzieś od roku się ukrywał. Korzystne pośrednictwo moje w czyichś interesach, a potem zyskowny handel żywnością ze Śląskiem na długi czas zabezpieczyły byt im wszystkim.

    Nagle dostałem powołanie do Wojska Ludowego. Miałem 30 lat i wszedłem w lata większości członków AK, których należało mieć na oku.

    Z Krakowa uciekłem do Poznania, tam jednak jeden z kolegów z konspiracji doniósł mi, że rozesłano już listy gończe za mną.Groziło to więzieniem. Wtedy ujawnił się nagle mój brat, któremu przekazałem zdobyte możliwości zarobkowania i poczułem, że nastąpiła chwila realizacji decyzji z przed czterech lat o oddaniu się na służbę Bogu w kapłaństwie.

    Wróciłem więc z Wielkopolski do Krakowa i udałem się do Pałacu Arcybiskupiego przy ul. Franciszkańskiej 3. Przed wojną bardzo przestrzegano w czasie wizyt u biskupów noszenia ciemnego ubioru. W 1945 r. było to niemożliwe. Miałem na sobie białą płócienną marynarkę, wysokie buty z cholewami, spodnie bryczesy podbite skórą. Nosiłem wąsy.

    Książę Metropolita Adam Stefan Sapieha znał mego ojca, Jana z Czacza, gdy ten jeździł w delegacji do Rzymu w sprawie Dzieci Wrzesińskich1. Młody ks. Sapieha był wówczas asystentem (tzw. cameriere secreto) papieża Piusa X i najbardziej nam pomógł w tej sprawie, pomimo silnego oporu dyplomacji pruskiej w Rzymie.

    Książę Metropolita (tytuł książęcy od XIV w. nosili biskupi krakowscy dzięki oddaniu w ich ręce księstw Oświęcimskiego i Zatorskiego przez ostatnich Piastów) przyjmował wszystkich, którzy się do niego zgłaszali, nawet prostych ludzi z ulicy.

    Przedstawiłem moją sprawę z wojskiem i pragnienie niezwłocznego wstąpienia do seminarium. Był to początek czerwca, lecz po przerwie wojennej wykłady seminaryjne rozpoczęły się w lutym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Klerycy zaś w liczbie dwudziestu kilku mieszkali w pałacu arcybiskupim. Budynek seminaryjny zajmowali francuscy jeńcy.

    Arcybiskup Adam Stefan Sapieha wysłuchawszy mnie, obiecał, że będzie rozmawiał z władzami wojskowymi i kazał przyjść za dwa tygodnie. Spędziłem je u przyjaciół z czasów okupacji w Krakowie. W następnej rozmowie Książę Metropolita zakomunikował mi, że udało się wszystko pozytywnie załagodzić i kazał zgłosić się 2 lipca do seminarium w uroczystość Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny.

    Wykłady trwały do połowy lipca, potem zaczęły się egzaminy, a mnie dostarczono podręczniki do studiowania. Książę Metropolita często wzywał mnie na rozmowy, pytał z kim mieszkam, z kim się przyjaźnię. Kiedyś zapytał, czy poznałem kolegę z II roku Karola Wojtyłę, gdyż jest to bardzo wartościowy młody człowiek. Powiedziałem, że takiego w ogóle nie ma wśród nas i okazało się, że przebywał właśnie w parafi Węcławice, w pobliżu Krakowa i coś tam studiował.

    Południowe i wieczorne przerwy spędzaliśmy na dziedzińcu wewnętrznym pałacu, grając w piłkę, jedynie w poniedziałki i czwartki wychodziliśmy trójkami na dalekie spacery za miasto. Mam dość niejasny obraz tych czasów w pamięci; pamiętam, że kiedyś graliśmy w siatkówkę, gdy zjawił się nieznany mi kleryk Wojtyła. Obie partie na jego widok przerwały grę i zaczęły wołać – „Karol, Karol chodź do nas”. A ów Karol wielkim ruchami obu ramion pozdrawiał kolegów. Panowało wówczas przekonanie, że partia, w której będzie grał, zawsze zwycięży. Podobała mi się wtedy prostota, z jaką przyjął to zaproszenie, nie pokazując żadnym gestem, że jest faktycznie najlepszym graczem.

    We wrześniu, dzięki mylnym informacjom, przybyłem po wakacjach za wcześnie o dobre trzy tygodnie do Krakowa. Kończono przygotowania do oddania na użytek seminarium właściwego budynku, zdezelowanego pobytem jeńców. Było nas tylko paru, lecz dochodzili również klerycy zamieszkali w Krakowie. Dano nam jakieś pokoje w przyległym budynku i tam jadaliśmy. Tam też nawiązałem pierwsze rozmowy z Karolem Wojtyłą, a zarazem przyglądałem się jego postawie. Przychodził tam kamerdyner arcybiskupa z dwoma swymi malutkimi dziećmi. Widziałem, jak one się garnęły do kleryka, którego często spotykały dawniej w pałacu. Patrzyłem też na niego i podziwiałem, jak umiał z nimi rozmawiać, jak podnosił ich, najwyżej jak mógł nad głowę i jak one go kochały.

    Przenosiliśmy ukrytą w prywatnych mieszkaniach bibliotekę i przez długi czas było to nasze główne zajęcie. Gdy zaczął się rok akademicki Karol Wojtyła spoważniał, bardzo się zmienił, lecz rzadko się spotykaliśmy. Każdy rocznik żył własnym życiem. Mnie jednak kolega z II roku Stanisław Truszkowski dał sposobność dowiedzenia się nieco więcej o tym starszym koledze, który cieszył się szczególnym szacunkiem. Zawdzięczałem to temu, że zostałem wyznaczony przez ks. Rektora (Karola Kozłowskiego) na jednego z dwóch infirmarzy, tzn. na tego, który zajmuje się rozdziałem przepisanych leków i leczy mniejsze schorzenia. Staszek Truszkowski, miał ok. 28 lat, dawniej był członkiem Katolickiego Stowarzyszenia „Odrodzenie”, podobnie jak ja. Opowiedział mi historię powołania Karola Wojtyły, podobnie jak swoją i jeszcze dwóch innych kolegów Mieczysława Malińskiego i Karola Targosza. Wszyscy mieszkali w tej samej parafii i chodzili do tego samego Kościoła. W pobliżu mieszkał nieco starszy człowiek , pan Tyranowski, z zawodu krawiec, prawdziwy mistyk. Nie ograniczał się do samotnej modlitwy, lecz widząc po rannej Mszy Św. młodych ludzi pozostających dłużej na dziękczynieniu, nawiązywał z nimi kontakt i formował ku głębszemu życiu duchowemu. Staszek to wszystko sam przeżył i mówił o tym bardzo interesująco.

    W czasie okupacji seminarium musiało być zamknięte, lecz Książę Metropolita lokował w swym pałacu kleryków jako pracowników kurii, albo wysyłał do parafii do prowadzenia ksiąg Urzędu Cywilnego, które leżały w gestii urzędów parafialnych.

    Karol Wojtyła, bodajże od dwóch lat był blisko związany ze swym arcypasterzem.

    Z tego czasu pochodzi tajemnicza, lecz prawdziwa historia. Karol Wojtyła pisał coś o św. Janie od Krzyża, a gdy natrafiał na trudności, chodził do kaplicy pałacu i długo się modlił. Chętnie pracował późnym wieczorem. Kiedyś poszedł w nocy modlić się, lecz w kaplicy było ciemno i nogą nastąpił na leżącego na ziemi krzyżem arcybiskupa Adama Sapiehę. Ten wielki biskup, znający wszystkie tajnikipodziemnego polskiego ruchu oporu, który wyratował z więzień około czterystu zaangażowanych w to ludzi, w nocy leżał krzyżem przed tabernakulum i modlił się.

    Póki trwały wakacje Karol Wojtyła, jak wspomniałem, uderzał mnie wesołością, był rozmowny i bawił się radośnie z dziećmi. Z chwilą, gdy zaczął się rok akademicki już nigdy nie słyszałem jego głosu. Był skupionym i mało mówił. W wolnych chwilach odmawiał różaniec. Koledzy otaczali go uznaniem. Opowiadano, że nosi ze sobą w małym formacie księgę psalmów po hebrajsku, trudną do czytania, gdyż wydaną bez tzw. znaków masoreckich. Alfabet hebrajski składa się z samych spółgłosek i potrzeba długiej wprawy, by umieć mimo to goczytać. Toteż żydowscy uczeni, tzw. masoreci, opracowali system kropeki kresek pod literami, ułatwiających czytanie. Karol Wojtyła radził sobie z psalmami bez tych znaków. Zadziwiało też, że potrafił zrozumieć ich treść. Roczna nauka języka hebrajskiego w seminarium nie mogła wystarczyć. Jakże wielkie zdolności językowe posiadać musiał nasz kolega, by przebrnąć przez te trudności.

    Kontakty moje z nim były więcej niż rzadkie, pamiętam jednak kilka chwil wyjątkowych. W rok po moim wstąpieniu do seminarium, poszliśmy na rozpoczęcie roku akademickiego do kościoła św. Anny na uroczyste nabożeństwo. Karol Wojtyła służył do Mszy Św. w roli subdiakona i śpiewał lekcję, wówczas jeszcze po łacinie. Miał dźwięczny, nieco metaliczny głos, który roznosił się po całym kościele i pozostał nam wszystkim w pamięci.

    Po dwóch latach moich studiów zmarł w lecie bardzo zasłużony profesor filozofii i psychologii ks. Konstanty Michalski, niegdyś rektor Akademii Umiejętności. Urządzono w seminarium akademię na jego cześć i klerycy odegrali jakiś fragment z klasycznej literatury polskiej. Karol Wojtyła ukazał wtedy wszystkim swe umiejętności pięknej dykcji i wymowy.

    Był zwyczaj, że po dwóch latach homiletyki, czyli nauki głoszenia homilii i kazań każdy z kleryków musiał wygłosić kazanie w sali jadalnej seminarium wobec wszystkich zebranych, w liczbie około stu, w tym również księży przełożonych. Dzień po dniu słuchaliśmy kolejnych kazań na ogół o charakterze katechetycznym i raczej nieco szablonowych. W końcu przyszedł czas na Karola Wojtyłę. Wziął sobie za temat fragment z Ewangelii o tym, że Ojciec nasz niebieski czuwa nad całym stworzeniem, karmi nawet kruki, a lilie polne przyodziewa tak wspaniale, że Salomon w swojej chwale nie może się z nimi porównać. W miarę jak mówca rozwijał swoje założenie, coraz bardziej się zapalał i czuliśmy, jak tą sprawą żyje. Tym bardziej to podkreślam, że wszyscy znamy już testament papieża Jana Pawła II, który nie miał nic własnego.

    Wszyscy przejęliśmy się tym pierwszym kazaniem naszego kolegi, choć podobno przełożeni zwrócili mu uwagę, że nieco za bardzo głos mu się zmieniał.

    Kiedyś na spacerze kolega ze starszego rocznika (w przyszłości pierwszy duszpasterz Nowej Huty) opowiadał, że mieszkając w jednym pokoju z Karolem Wojtyłą obserwował go i podziwiał. Pokój był zimny, mimo to wieczorem Karol na bok odkładał jeden z dwóch kocy, jakie mieliśmy do dyspozycji. Ponadto nieraz widział w nocy Karola klęczącego przy łóżku i modlącego się. Idąc na wykłady zauważaliśmy, że cienki płaszczyk Karola Wojtyły jest zupełnie niewystarczający w zimie, gdy mrozy sięgały nieraz -20°C. Wszyscy byliśmy wtedy ubodzy, a Seminarium nie dysponowało wystarczającymi środkami, by wszystkiemu zaradzić.

    W tym czasie udało mi się odbyć w jego towarzystwie czwartkowy dwugodzinny spacer. Księża przełożeni sami ustalali skład trójek, w ramach poszczególnych spacerów. Miało to solidne podstawy pedagogiczne. Tym razem trzecim towarzyszem był młody kleryk z pierwszego rocznika.

    Wyszliśmy spod Wawelu, gdzie mieściło się Seminarium Duchowne, poprzez mało uczęszczaną dzielnicę willową, cichą i zadrzewioną. Ulice puste, lecz pod ścianą ujrzeliśmy leżącego żebraka. Karol Wojtyła podszedł do niego, wcisnął mu do ręki 10 lub 20 groszy, najwięcej na co było nas stać, po czym pochylony nad nim, uścisnął mu rękę i powiedział kilka słów, i znowu uścisnął rękę bardzo serdecznie. Zastanawiałem się później, skąd mógł znać tego biedaka z dzielnicy, w której nie mieszkał i do której się na ogół nie chodziło. Potem doszedłem do przekonania, że był to jego zwykły sposób odnoszenia się do wszystkich biedaków.

    W dalszym ciągu spaceru poruszył sprawę śmierci ks. Konstantego Michalskiego, który był w Krakowie ostatnim świadkiem działalności Brata Alberta Chmielowskiego, zmarłego w 1916 r. Mówił, że ta śmierć może utrudnić proces beatyfikacyjny Brata, gdyż ks. Michalski był autorem krótkiej, lecz bardzo wnikliwej o nim pracy. Wiemy, iż mimo niemal zupełnym braku cudów dokonanych przez Brata Alberta, właśnie Jan Paweł II opierając się na heroiczności jego cnót doprowadził do beatyfikacji i wreszcie kanonizacji. Brat Albert był dla Jana Pawła II postacią szczególnie bliską przez całkowite oddanie się posłudze ludziom najbardziej poszkodowanym przez los.

    Wkrótce przeżyliśmy święcenie kapłańskie naszego wyjątkowego kolegi i jego wyjazd do Rzymu na studia ze Stanisławem Starowieyskim, dużej wartości młodym klerykiem.

    Na tym urywają się moje wspomnienia, jakkolwiek nie całkowicie, bo moje własne losy zostały pokrzyżowane przez Bożą Opatrzność. Straciłem zdrowie, przez kilka lat szukałem drogi życiowej zbliżonej do tej wcześniej wymarzonej i po latach znalazłem się w Laskach.

    Nie pamiętam, kiedy przyjechał do Lasek biskup krakowski Karol Wojtyła. Z rana zawsze służyłem do Mszy Św. Ks. Biskup stał już u stóp ołtarza, gdy nieco spóźniony klęknąłem przy nim na obowiązujące wtedy pierwsze modlitwy. Odwrócił się do mnie i pozdrowił zdrobniałym imieniem. Widziałem, że mnie jeszcze pamięta.

    To było nasze ostatnie spotkanie.

    Michał Żółtowski

    Laski, dnia 5 IV 2005 r.


    1 W latach 1901-1902 we Wrześni dzieci zastrajkowały protestując przeciw germanizacji szkoły. Uczniowie szczególnie protestowali przeciw wprowadzeniu przez pruskiego zaborcę nakazu nauki religii i modlitwy po niemiecku.

  • Moja Wielka Noc

    Wielki tydzień poprzedzający wydarzenia Wielkiej Nocy, a wcześniej jeszcze cały czterdziestodniowy Wielki Post wypełniony nabożeństwami Drogi Krzyżowej i Gorzkich Żali, od zawsze prowadziły mnie niezawodnie ku Wielkiej Nocy, powolutku odsłaniając tajemnice i sens Męki Pańskiej.

    Wielki Post – ofiary składane z rozmaitych drobniutkich nawet wyrzeczeń, np. nie będę dokuczał rodzeństwu, będę starannie pisał etc., potrawy mączno-kartoflane, absolutny brak słodyczy, za oknami często sroga zima tylko coraz dłuższe dnie, a wraz z nimi nadzieja nabiera kształtów pierwszych bazi – gałązek wierzby pokrytych puchatymi, srebrzystymi kuleczkami. Pierwsze przyniesione z nadrzecznych czy przyjeziornych krzaków pysznią się w wazonach zwiastując Niedzielę Palmową. Idziemy do kościoła, w ręku palmy otoczone bukszpanem, w środku trzcinowe kiście.

    Słuchamy „Męki Pana naszego Jezusa Chrystusa” – jestcoś niesłychanie niepokojącego w relacjach: Dom Rodzinny – Kościół – dom Boży. Jest pełnia, harmonia, dobro, miłość i nagle pojawiająca się Męka Pana naszego, najokrutniejsza, jakże bolesna i jakże niezrozumiała!Klęczę przed ołtarzem w ministranckiej komży, na ramionach czerwona pelerynka. Idziemy procesją wokół kościoła, potem zapada cisza Wielkiego Tygodnia. Bez dzwonów, bez czerwonych pelerynek, Pan Jezus na Krzyżu schowany za fioletem.

    W domu zaczyna się krzątanina. W podwórku świniobicie. Do wieczora wszystko sprawione jak należy. Na przygotowanych kijach nawleczone girlandy kiełbas, szynek, boczków i innych pyszności wędrują do wędzarni. To domena Taty Na drzwiach kłódka na wszelki wypadek.

    Teraz czekam z radością przyjazdu moich sióstr na ferie świąteczne. Wreszcie są. Cieszymy się sobą i zabieramy: do porządków domowych – one, do rąbania drewna – ja, bo na dworze jeszcze wieczorami zimnica.

    W powietrzu z dnia na dzień ruch coraz większy, klucze gęsi, kaczek, łabędzi. Przelatują nad dachem domu i zapadają na pobliskim jeziorze. Idziemy do lasu jeszcze niedawno pokrytego grubą warstwą śniegu. Teraz tylko w rozpadlinach widać bielejące resztki.

    Za to pomiędzy sosnami biało-niebieski dywan! To zawilce i przylaszczki! Jak ich dużo! Bierzemy bukiety dla Mamy i obowiązkowo gałązkę wilczego łyka pokrytą różowymi kwiatuszkami. To nasze zwiastuny wiosny

    W kościele Triduum Paschalne. Adorujemy Pana Jezusa przy grobie razem z miejscową Strażą Pożarną. W południe drewnianymi kołatkami obwieszczamy Anioł Pański. Wieczorem adorujemy Krzyż. Jest ciemna noc, wracamy do domu, od drzwi uderza nas zapach pieczonego ciasta i ciepło bijące od nagrzanych pieców.

    Mama z siostrami bardzo zaambarasowana. Nic tu po mnie. Mogę tylko popatrzeć z dala. Podłogi wyszorowane, pachną czystością i woskiem.

    W Wielką Sobotę, rano, idziemy ze święconym do grobu Pana Jezusa. Dzień mija wolno, jakoś dziwnie uroczyście, nikt się nie spieszy, ustają w obejściach wszelkie prace. Idzie Wielka Noc!

    Rano Mama odsłania firanki w oknie. Chrystus Zmartwychwstan jest! Piąta rano. Ubieramy się świątecznie, przed kościołem kilkadziesiąt furmanek. Obok mężczyźni wygoleni, wypalają ostatniego papierosa. Wchodzimy do kościoła wypełnionego po brzegi jak nigdy. Pan Jezus oświetlony wśród hortensji i kalii, leży w grobie.

    W zakrystii ubieram się w czerwona sutannę, komżę, pelerynkę. Wychodzimy przed ołtarz, ksiądz proboszcz bierze z grobu Najświętszy Sakrament, intonuje „Wesoły nam dzień dziś nastał”, ministranci dzwonią ile sił, kościelny uderzył w dzwony. Rusza procesja. Jest niesłychanie podniośle. Patrzę po twarzach przecie znajomych, jednak jest w nich coś, co przenosi człowieka w zupełnie inny wymiar.

    Wracamy do domu, zbieramy się przy stole zastawionym nadzwyczajnie. Na białym obrusie pysznią się baby, półmiski z szynką, polędwicą, sosjerka z majonezem zrobionym przez Tatę, salaterki z kolorowymi jajkami. Pierwej jednak Mama bierze talerzyk z kawałkami jajka i podchodząc do każdego z domowników, dzieli się i składa serdeczne życzenia.

    Na środku stołu, obok święconego, Baranek z chorągiewką Chrystusa Zmartwychwstałego. Zasiadamy do stołu. Jest nam wszystkim niesłychanie miło, dobrze i rodzinnie. Idą pogwarki przeradzające się we wspomnienia naszych Rodziców o czasach groźnych, złych, trudnych, które odeszły w bezpowrotną przeszłość, bo przecie jest ZMARTWYCHWSTAŁY!

    Tak było gdym był młody.

    Minęło czterdzieści lat z dobrym okładem. Dziś jestem szczęśliwym ojcem i dziadkiem. Oboje z żoną żyjemy tak jak żyli nasi rodzice, co mogliśmy widzieć, bo inaczej żyć nie umiemy i nie chcemy umieć.

    Czterdzieści lat w życiu narodu to prawie nic, aleczterdzieści lat na przełomie wieków w Polsce to przeskok ogromny z jednej epoki – ku drugiej. To przeskok z niebytu ku wolności i to w dodatku pod patronatem Jana Pawła II. Pisząc te słowa stają mi przed oczami całe pokolenia naszych Ojców i Dziadów, naszych Matek i Babek, które na kolanach wymadlały wolną Polskę.

    Piszę o tym dlatego, że teraz i przedtem w czasie świąt szczególnie łączyliśmy się w sercach naszych w dziękczynnej modlitwie z tymi, co nas poprzedzili i którym tyle zawdzięczamy.

    Ani się obejrzeliśmy a przy stole Wielkanocnym nie ma naszych Rodziców, Dziadków i tylu, których domy nasze przygarniały i którymi się bogaciły. Jedno z ważniejszych pytań naszych dorastających dziś dzieci i wnuków jest: „A kto do nas na Święta przyjedzie?”

    Pytanie ważne, bo z nim związana jest nadzieja na wzajemne ubogacenie się, a choćby tylko utwierdzenie, co do słuszności obranej drogi.

    Tu muszę stwierdzić, że samych domowników do stołu zasiada 12 osób. Ta liczba na święta ulega zwykle podwojeniu albo lepiej. Rodzice nasi doczekali się dwadzieściorga wnuków. Jak do tego „dodać” szwagierkę i szwagrów, a także licznych przyjaciół i kuzynów no i kuzynki oczywiście to…

    A teraz dygresja.

    Mój Dziadek Marceli miał dziesięcioro dzieci: sześciu synów i cztery córki. Trzech synów zabrały I i II wojna światowa. Po sześćdziesięciu latach od śmierci Dziadka obaj z moim bratem doczekaliśmy się w sumie siedmiu synów i trzech córek. To tylko przyczynek do dwudziestowiecznej historii Polski i Polaków To, co dziś przeżywamy to naprawdę Zmartwychwstanie. Wątpiących odsyłam do książki Normana Daviesa Powstanie Warszawskie.

    Wracam do rodzinnego przeżywania Wielkanocy. Od kilku lat, za sprawą naszych dzieci, przenieśliśmy się z praktykami religijnymi do klasztoru Dominikanów na Służewie, w Warszawie. Duszpasterstwo tam prowadzone jest nam bardzo bliskie. Kościół jest namodlony, tętniący życiem, przygarniający pod skrzydła wszelką inność i biedę, stawiający pytania nie rzadko trudne, ale też i wymagania.

    Wielki Post aktualnie przeżywany to właśnie czas stawianych pytań i wymagań, przed którymi stajemy wobec siebie samych. Po niedzielnej Mszy Świętej wracamy do domu na kolację i to jest czas ogromnie nam potrzebny do wewnętrznych przemyśleń na temat usłyszanej homilii i praktycznego dotknięcia powziętych zobowiązań z bratem, siostrą, córką i synem. To kształtuje nasz kościół domowy bardzo.

    W klasztorze dominikańskim corocznie przeżywamy Triduum Paschalne. Tak też będzie i w tym roku. Liturgia Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku oszczędna, wręcz surowa, docierająca do wnętrza człowieka, bez zbędnych słów i upiększeń pokazuje kontakt z Bogiem tak jak jest. Osobistej kontemplacji sprzyja krzyż nad ołtarzem pędzla profesora Jerzego Nowosielskiego – jakże w swej surowej wymowie – piękny. Każdego z dwóch Wielkich Dni wracamy do domu późno, około jedenastej wieczór, a w Wielką Sobotę dobrze po północy, bo wszystko kończy Procesja Rezurekcyjna, a potem jeszcze długie wielkanocne, pieśni pełne radości i naprawdę uniesienia. Na twarzach obecnych, w ogromnej liczbie młodych, bardzo młodych ludzi widać głębokie poruszenie. To ogromnie zbliża ludzi.

    Tymczasem w domu przygotowania idą pełną parą. Pokojeodświeżone i wysprzątane, pralka, która bardzo się napracowała, szykuje się do świątecznego wywczasu. Ogród wokół domu wysprzątany, w ostatnichlatach na rabatach zdołałem wysadzić dalie. Tego roku będzie chyba inaczej, bo zima ani myśli pofolgować, ale i tak kark kiedyś skręci. A kiedy patrzę dziś na wirujące w powietrzu płatki śniegu to w promieniachcoraz intensywniejszego słońca zdają się kpić z zimy. Jednym słowem Nadzieja!

    To bardzo ważna chrześcijańską cnota, której całe pokłady zostają w okresie Wielkiej Nocy uruchomione.

    Zajrzyjmy, więc do kuchni. Tu króluje moja żona Maryś z Kasiunią i Markiem, który wyrasta na rasowego kucharza. Role Jasia, Krzysia i moja sprowadzają się do mycia, czyszczenia i niezbędnych zakupów oraz dbania o ciepło w domu. Nieobecna w tym roku Ola, zwykle niezastąpiona w sprzątaniu i nadzwyczajnej umiejętności łagodzenia i rozwiązywania drobnych w sumie konfliktów, jest tradycyjnie wdzięcznym obiektem do oblewania, ale o tym potem.

    Jest jeszcze ktoś bardzo ważny, to najstarsza córka Joasia, poważna mama trójki naszych wnucząt. Najstarszego – bardzo rozumnego Pawła, wesołego, skorego do psot Stasia i uroczej półrocznej Jadwisi. No i zięć Wojtek, autor wspaniałego sernika zrobionego według przepisu mojej. Mamy Sernik i zięć palce lizać!

    Do takiego domu wracamy późno w noc Wielkanoc!

    Od rana w kuchni sprzątniętej z czystymi oknami i firankami – Maryś z Asią i Kasiunią przygotowują stół; nakrywają białym obrusem, na którym… kręci mi się w głowie od zapachów, a wzruszenie łapie za gardło na myśl, ile trzeba było pracy włożyć w przygotowanie mięs, ciast, mazurków, sernika, pisanek – wszystko to poprzetykanebukszpanem na tle zieleni wzeszłego owsa i rzeżuchy.

    Teraz Maryś rozpoczyna dzielenie jajka wraz z przekazywaniem życzeń Nadziei i już siadamy. Jeszcze tylko proszę o pamięć o Tych, którzy nas poprzedzili, a teraz winni Im jesteśmy myśl serdeczną i zaproszenie do stołu pośród nas.

    Bardzo lubimy być razem. Nie lubię słowa biesiada. To nasze bycie razem to coś znacznie, znacznie więcej. W świątecznych przygotowaniach jest pełno myśli najlepszej o drugich i to powoduje, że wzajemnie jest tak dobrze.

    Tradycją Świąt wielkiej Nocy jest spacer na pola. Zwykle towarzyszy nam śpiew skowronków, tych Bożych śpiewaków tak sercu miłych. Zazwyczaj obserwujemy też pierwsze bociany. Tego roku chyba pozostanie tylko nadzieja zobaczenia jednych i drugich.

    Po powrocie do domu czekają nas fotografie rodzinne, te bardzo stare, połączone ze zgadywaniem, kto to jest i te całkiem nowe, gdzie zgadywać już nie trzeba. Dobra kawa, herbata i dobre wino dopełniają szczęścia.

    Wieczorem moja Maryś nic nie mówiąc przezornie wkłada na siebie kostium kąpielowy i idzie spać. Rano jak znalazł.

    Śmigus Dyngus!

    Pierwszy garnek, na szczęście ciepłej wody, ląduje na mojej głowie. Odwzajemniam się pięknym za nadobne tyle, że wodą – zimną. Potem już regularna bitwa na wiadra, miski, czajniki i gumowe węże. Ogromnie będzie mi Oli brakowało! Ona tak uroczo piszczy! Woda w korytarzu przelewa się przez próg – to znak, że trzeba kończyć i posprzątać. Mokry przyodziewek wędruje do pralki w ruch puszczone szczotki i szmaty osuszają dom. Można siadać do śniadania i policzyćile, kto „dostał wody”. Chyba było sprawiedliwie, bo wszyscy bez zarzutu czyści. Koło południa zjeżdżają pierwsi goście z zaznaczeniem: „my już po dyngusie!! – Tak? No to do ogrodu!”

    Młodsze dzieci uganiają się z Funiem (to nasz piękny owczarek podhalański zawsze przyjaźnie wachluje ogonem), po ogrodowych alejkach. Malutka Jadwisia, najedzona, śpi rozkosznie w wózku pod rozłożystą ałyczą okrytą wielka ilością nabrzmiałych pączków. Za kilka dni po rozkwitnięciu przyoblecze się cudownie w strój panny młodej, by konkurować z rosnącą naprzeciw czeremchą – wieczorami uwodzicielsko pachnącą.

    Młodzież starsza rozgrywa partię koszykówki na boisku w tylnej, wschodniej części ogrodu.

    Jola – moja siostra z Marysią – żoną zbierają fiolki z delikatnym pysznym zapachem.

    Panowie, to jest Krzysztof Olędzki – szwagier, Maciek Jakubowski – mąż Reni – kuzynki, Paweł Broszkowski – szwagier i moja mniejszość pracowicie pochłaniają kolejne porcje mazurka i wiedeńskiegosernika – tego od zięcia!

    Iza – siostra z Renią Jakubowską i Zosią Górską – cioteczną siostrą na ławeczce przy ognisku oglądają fotografie, opowiadając jak to dawniej bywało. Asia-córka zajęta rozkładaniem pod krzaczkami spirei wielkanocnych zajączków. To niby niespodzianka i przyjemność dla wnuków, ale widzę, że i dorośli też się dość łatwo dali wciągnąć. Powolutku dzień się chyli ku zachodowi, pora do kościoła. Powierzamy Funiowi czuwanie nad bezpieczeństwem domu i w drogę.

    Tegoroczna Wielkanoc będzie miała dość specyficzny przebieg. Najpierw wszystko jak opisane powyżej z wyjątkiem przyjemności beztroskich w ogrodzie, no może poza lepieniem śniegowych bałwanów i zabawy w komórki a raczej igloo do wynajęcia – to dopiero atrakcja!

    A miało być tak ciepło…

    Na nic jednak wspaniała pogoda. Wyże Azorskie i inne Golfstromy, gdyby przyszło obchodzić święta bez mojej Maryś. Wiem to dobrze, bo widzę, jak codziennie wieczorem dom ożywa, gdy pod okno podjeżdża samochód, z którego wysiada obładowana siatkami Mama. Natychmiast woda w garnku zaczyna się gotować i dosłownie w chwilę potem na talerzach mamy pyszną dymiącą zupę; od razu też kaloryfery lepiej grzeją, żarówki dają przyjemne światło i jest Dom!

    To jest jakaś Boża tajemnica, którą codziennie doświadczamy razem z wszystkimi dziećmi. Doświadczają tego nasi goście grzejąc się w domowym cieple.

    Maryś bardzo, bardzo Ciebie kochamy i dziękujemy za święta, te, które były i które jeszcze będą, i za dobro, które w nas wzrasta, by cieszyć Ciebie i byśmy mogli obdzielać nim wszystkich tego potrzebujących.

    Wszystkim życzliwym czytelnikom życzę Wesołych Świąt!

    Alleluja!

    Marek Żółtowski z Konstancina

  • Słyszę… Panie…

    Słyszę – Panie – Twój głos,
    lecz uszy zatykam

    Wiem, że mówisz do mnie,
    a usłyszeć nie potrafię…

    Widzę Cię – Panie,
    lecz dostrzec nie umiem…

    Podajesz mi pomocną dłoń,
    a wmawiam sobie, że jestem samotny…

    Wskazujesz zawsze dobrą drogę,
    lecz dążę na oślep…

    Otaczasz mnie swoją miłością,
    a moje serce nieczułe…

    Panie mój – abym przejrzał…
    Panie mój… – abym usłyszał

    Marek Żółtowski

    Poznań 2000

  • List – Jagoda Żółtowska


    Czeladź 15 XI 04

    Szanowna Redakcjo Kwartalnika!

    Pragnę podzielić się bieżącymi wiadomościami na tematyrodzinne.

    W mieście Czeladź odbyła się IV edycja Rodów Czeladzkich i moja wnuczka Jagoda (uczennica 4 klasy) uzyskała, jako jedna z 13 wyróżnionych, nagrodę, przedstawiając plastycznie drzewo genealogiczne naszej Rodziny (od 1709 r.); prace prezentowało 52 uczniów-wystawców.

    Na uroczystym zakończeniu wspomnianej wystawy otrzymała dyplom i medal z rąk burmistrza oraz prezentowała ją gazeta. Myślę, że jest to powód do dumy i satysfakcj i całego rodu Żółtowskich (rodziny i autorów „Genealogii”).

    Łączę pozdrowienia.

    Michał Żółtowski

    Gratulujemy Młodej Damie – Zarząd Związku