Tag: Nr 42-43

  • Przekażcie sobie znak pokoju!

    Święta Bożego Narodzenia to czas szczególny dla każdego z nas. W różnym wieku inaczej się je przeżywa. Charakter i urok tych świąt jest szczególny i każdy chciałby spędzać je z najbliższymi. Na pewno najbardziej radosne są święta zapamiętane z dzieciństwa. Ja do tej pory pamiętam zapach i smak świątecznych potraw, przygotowywanych przez moją mamę. Moim obowiązkiem było zawsze odstanie w wielogodzinnej kolejce i kupienie, śledzi i karpi.

    Kiedy wyszłam za mąż, przeprowadziłam się w inny region Polski i w inną rzeczywistość świąteczną. Tradycyjną wieczerzę wigilijną corocznie przygotowywała mama Witka. Dania, które spożywaliśmy różniły się od tych, które były na stole wigilijnym w moim rodzinnym domu. Oprócz tradycyjnych potraw, czyli karpia smażonego i śledzi w różnych postaciach, w rodzinie Witka, a po ślubie z nim i mojej, jadało się groch z kapustą, kompot z suszonych owoców i smażone grzybki, zbierane własnoręcznie i suszone jesienią.

    Znamienne jest to, że gdyby którąś z potraw wigilijnych przygotować w zwykły dzień, na pewno nie smakowałaby ona tak, jak w ten szczególny wieczór.

    Najpiękniejsze Wigilie w domu Żółtowskich spędzaliśmy wtedy, kiedy Ania, Marcin i Michał byli małymi dziećmi. Dla nich największym przeżyciem było spotkanie ze świętym Mikołajem. W tę rolę wcielał się rokrocznie, dopóki pozostawał w kawalerskim stanie brat Witka ? Janusz. Pomagałam mu zawsze w charakteryzacji, a że czasy były trudne, i zaopatrzenie w sklepach dalekie od obecnego ? wychodził nam ten święty niezbyt miły dla oka. Widok tego, który miał obdarować nasze kilkuletnie dzieci czymś wspaniałym, często przyprawiał o palpitację serca, a nakazane modlitwy lub wierszyki recytowane były drżącym głosem. Pojawienie się świętego Mikołaja poprzedzone było zniknięciem wujka Januszka i informacją, że wujek poszedł do owczarni zobaczyć, czy owieczki zjadły paszę. Potem po rozdaniu prezentów, święty Mikołaj znikał, pojawiał się wujek i wysłuchiwał opowieści jaki to ten Mikołaj w tym roku był brzydki, jaki miał kożuch i brodę, jakie wierszyki nakazał mówić. I na dodatek kazał się przeżegnać. Ale prezenty zostawił wspaniałe, wyproszone. „Skąd on w ogóle wiedział, co bardzo chcieliśmy dostać w tym roku pod choinkę”. ?No szkoda wujek, że ciebie nie było. Patrz, o tobie też nie zapomniał”.

    Wujek oczywiście żałował, rozpakowywał prezent, a na drugi rok inscenizacja powtarzała się od nowa. A potem wujek się ożenił i Mikołaj nigdy już nie pojawił się w cielesnej postaci. Owszem, przynosił prezenty, ale po prostu zostawiał je pod choinką, kiedy my w drugim pokoju spożywaliśmy wigilijną wieczerzę.

    Najwspanialszym zwyczajem polskim jest zostawianie jednego nakrycia dla wędrowca. Któregoś roku rzeczywiście zbłąkani wędrowcy pojawili się w naszym domu ? Olgierd, syn cioci Danusi ze Szczecina i jego żona odwiedzili nas zupełnie niespodziewanie i w ten sposób spełniła się tradycja dodatkowego nakrycie dla niespodziewanego gościa. Oczywiście radości przy tym było co niemiara.

    Choinka, jakżeby inaczej, musi być żywa i ubierana jest przez najmłodszych członków rodziny rankiem w dzień Wigilii. Sztuczne drzewko ubierane tydzień, a często i dwa tygodnie przed świętami, nie miałoby takiego wspaniałego uroku.

    Po wieczerzy wigilijnej i rozpakowaniu prezentów wspólnie sprzątamy ze stołu, a potem wybieramy się na Pasterkę. Atmosfery tej nocnej mszy nie da się z niczym porównać. Szczególnie pamiętna była Pasterka w 1999 roku. Zaczynały się wtedy obchody roku jubileuszowego i z tej okazji złożyliśmy jako dar ornat do kościoła. Jest przepiękny, w złotym kolorze i na pewno długie, długie lata pozostanie w kościele parafialnym w Białej Starej.

    Z racji wykonywanego zawodu przeżywam dodatkowo wigilię w szkole, w której uczę. Na pewno nie ma ona takiej rangi, jak ta rodzinna, ale też ma wiele uroku. Dzieci zadają sobie wiele trudu, aby pięknie przygotować tradycyjne jasełka bożonarodzeniowe, a nauczyciele sztuki w szczególny sposób przygotowują salę gimnastyczną na to niezwykłe wydarzenie.

    Składamy sobie życzenia, dzielimy się opłatkiem, a mnie wzruszenie ściska za gardło, kiedy moi uczniowie, nieco fałszując, nawołują: „Przekażcie sobie znak pokoju, przekażcie sobie znak”.

    Niech więc we wszystkich naszych rodzinach zagości pokój i radość, a nowonarodzony Zbawiciel niech nam wszystkim błogosławi.

    Życzę tego z całego serca wszystkim członkom i sympatykom Związku Rodu Żółtowskich.

    Pozdrawiam serdecznie
    Bogusia z Białej.

    Bogusia z Białej

  • XIV Zjazd Rodu Żółtowskich


    Zamość 25-29 maja 2005

    Wspólne zdjęcie po mszy świętej
    Wspólne zdjęcie po mszy świętej
    Życzenia z okazji 90-tych urodzin Michała z Lasek
    Życzenia z okazji 90-tych urodzin Michała z Lasek
    Zwiedzanie Roztocza
    Zwiedzanie Roztocza

    Jest środa 25 maja – jadę ze Stefanią na kolejny Zjazd Rodu Żółtowskich. Tym razem spotykamy się w dobrach Rodziny Zamojskich w Zamościu na Roztoczu Lubelskim. Okolica prześliczna, drogi dobre, miasto czyste, przygotowane na przyjęcie turystów. Aż pozazdrościć włodarzom miasta dbałości o swój gród.

    Szukając hotelu, spotykamy na stacji paliw Lonię, Kazika i Karola. Razem docieramy na miejsce. Hotel jest skromny, ale zadbany i bardzo kameralny. Dojeżdżają inni Żółtowscy. Po zakwaterowaniu wszyscy spotykamy się na kolacji.

    Ranek wita nas piękną pogodą. Tradycyjnie jak przystało na Boże Ciało, większość udaje się na mszę św. i procesję. Idziemy, bądź jedziemy do najbliższej parafii Św. Michała, odległej od hotelu około 400 metrów. W procesji uczestniczy dzielnie nasz senior Michał z Lasek. Po powrocie z mszy, chwila wolnego czasu. Dojeżdżają pozostali uczestnicy zjazdu. Gorąco witamy naszą młodzież, która w tym roku zrobiła niespodziankę matkom z okazji ich święta. Karol grał na akordeonie, a młodzież składała życzenia swoim matkom.

    Doroczne zebranie tradycyjnie rozpocząłem przywitaniem wszystkich członków Rodu, dziękując im za przybycie. Było sporo spraw do omówienia. Jedną z ważniejszych spraw, był wybór nowego redaktora naszego kwartalnika. Z rozmów wywnioskowałem, że osobą kompetentną w pracy redakcyjnej byłaby Bożena Lipińska z Warszawy, która zawodowo związana była z pracą w redakcji. Zaproponowałem Bożenie tę pracę, a ona ku mojej i innych radości wyraziła zgodę, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny.

    Jarek przedstawił sprawozdanie z finansów Związku i jak corocznie przypomniał o uregulowaniu składek członkowskich, gdyż to jest głównym źródłem finansowania naszego kwartalnika.

    Na zakończenie wszyscy zebrani złożyli naszemu jubilatowi, honorowemu Prezesowi Michałowi z Lasek, serdeczne życzenia z okazji 90. rocznicy urodzin. Podziękowałem serdecznie Michałowi za jego ofiarną i wyjątkowo owocną pracę na rzecz naszego Związku, życząc Mu wielu lat w zdrowiu. Życzenia zakończyła owacja na stojąco z odśpiewaniem tradycyjnej pieśni „Sto lat”.

    Dość wcześnie rozeszliśmy się do swoich pokojów, ponieważ następnego dnia wczesnym rankiem wyjeżdżamy do Lwowa na całodzienną wycieczkę.

    Ale o tym kto inny!

    Rafał z Korycina

  • Miasto Lwa

    Herb Lwowa

    Wycieczka do Lwowa, długo oczekiwana i zaplanowana, zapowiadała się wspaniale. Niestety, już na granicy dopadł mnie pech i prześladował niemal przez cały dzień. Zaczęło się od tego, że zagubiono mój paszport. Wyjaśnienie sprawy opóźniło w znacznym stopniu nasz wyjazd do pięknego miasta Lwowa. Zwiedzanie Lwowa w jeden dzień to niezbyt fortunny pomysł. Możemy powiedzieć, że byliśmy tam, ale czy udało się, chociaż w niewielkim stopniu, poczuć atmosferę tego miasta, miasta o niezwykle bogatej historii – w roku 2000 Lwów obchodził 750-lecie istnienia. Nasze zwiedzanie zaczyna się na zatłoczonych ulicach, gdzie przepisy ruchu drogowego respektowane są dowolnie.

    Jedziemy Prospektem Swobody do placu św. Jura, na którym znajduje się katedra pod tym samym wezwaniem – najważniejsza świątynia unicka, siedziba metropolity grekokatolickiego. Położona jest na wyniosłym, z daleka widocznym wzgórzu i uważana za jeden z najdoskonalszych pomników sztuki epoki późnego baroku. Naprzeciw soboru znajdują się budynki po dawnym Klasztorze Sercanek, zwanym lwowskim Sacre’ Coeur. Klasztor istniał w latach 1844-1944 i mieścił elitarne gimnazjum oraz internat dla dziewcząt. Obecnie budynek należy do politechniki.

    Kierujemy się w stronę gmachu Głównego Dworca Kolejowego. Wybudowany na przełomie wieków /1899-1903/ jest wielkim osiągnięciem sztuki inżynieryjnej. Hala główna ma około 150 metrów długości. Na głównym frontonie widniał napis Lviv Semper Fidelis. Obecnie można przeczytać tylko Lviv. Nad wejściem do odnowionego budynku widnieją alegoryczne rzeźby handlu i przemysłu. Koleją jeździli mieszkańcy Lwowa i Krakowa na przedstawienia teatralne.

    Z dworca widać wieże neogotyckiej świątyni św. Elżbiety. Wkrótce docieramy w jej pobliże, mijając dom, w którym mieszkał Jan Parandowski. Kościół św. Elżbiety wybudowano w latach 1903-1911, a patronkę wybrano nie przypadkiem. Uczczono w ten sposób tragiczną śmierć z ręki szaleńca pięknej cesarzowej Elżbiety – małżonki Franciszka Józefa, zwanej popularnie Sisi.

    Jedziemy ulicą Horodecką – w Gródku /Horodok/ zmarł król Władysław Jagiełło, mijamy ul. Chocimską, a przy niej 9. Gimnazjum we Lwowie, absolwentem którego jest Kazimierz Górski. Z okien autobusu widoczne jest najwyższe wzniesienie w mieście – Wysoki Zamek. Lwów, podobnie jak Rzym, położony jest na siedmiu wzgórzach. Mijamy monumentalny gmach Politechniki Lwowskiej. Historia tej uczelni sięga roku 1844, ukończyli ją m.in. generałowie Sikorski i Sosnkowski. Aula politechniki zdobiona jest cyklem jedenastu obrazów Jana Matejki, przedstawiających najważniejsze momenty cywilizacji. Przejeżdżamy obok pałacu Sapiehów, dalej gmach instytucji, świadczącej o wielkim znaczeniu Lwowa jako ośrodka kultury i nauki polskiej. Chodzi oczywiście o Ossolineum – Zakład Narodowy im. Ossolińskich /od nazwiska fundatora / – bibliotekę o szerokim zakresie działalności naukowo-wydawniczej, założoną we Lwowie w 1817 roku. Kontynuatorką bogatej tradycji biblioteki jest działająca obecnie we Wrocławiu Biblioteka Zakładu Narodowego Ossolińskich. Jednym z budowniczych lwowskiej biblioteki był młody pułkownik inżynier Józef Bem, który 30 lat później miał poruszyć całą monarchię habsburską jako genialny wódz doby Wiosny Ludów.

    Jedziemy dawną ulicą Akademicką – współcześnie prospekt Szewczenki. Na XIX-wiecznych rycinach obecnego prospektu zobaczyć można płynącą rzeczkę Pełtew. Płynie ona tam do dziś, lecz już pod powierzchnią ulicy, w kanałach. W roku 1886 rzeczka została zasklepiona, a powstały bulwar zadrzewiono i obsadzono kwiatami. Ulica Akademicka była centralnym salonem XIX-wiecznego Lwowa. Tutaj znajdował się dworek Fredrów i od roku 1956 pomnik Aleksandra Fredry. Tutaj też w oryginalnej kamienicy mieściła się kawiarnia „Szkocka”, która przeszła do historii jako ulubione miejsce spotkań i dyskusji lwowskich akademików, a szczególnie matematyków /wśród nich Stefana Banacha/. Teorie i wzory matematyczne były zapisywane przez uczonych wprost na stolikach lub serwetkach. Zapobiegliwy właściciel lokalu zebrał te drogocenne zapiski i powstała „Księga Szkocka” – zbiór otwierał wpis Stefana Banacha z sierpnia 1935 roku.

    Przejeżdżamy obok kościoła i klasztoru Bernardynów, wybudowanego w XV wieku – wspomniany został na kartach Sienkiewiczowskiego „Ogniem i mieczem”. Mijamy domy, w których mieszkali Kornel Makuszyński i Leopold Staff. Wjeżdżamy w dzielnicę Łyczaków – najbardziej lwowską z lwowskich ulic i kwartałów. Z tą dzielnicą i ulicą Łyczakowską związane jest powstanie wielu piosenek, z których przebija wielka miłość do miasta. Niektóre opowiadają o autentycznych ludziach: żołnierzach, sportowcach, policjantach, którzy zasłużyli jakoś na sławę lwowskiej ulicy – inne opisują anonimowe miłości, ludzkie porażki lub zwykłą codzienność. Jedna z najbardziej znanych to „Bal u weteranów”. A oto próbka ulicznego folkloru np. „Piosenka o teściowej”:

    Łyczakowska mama
    to teściowa złota.
    Plecy ma jak brama,
    gębę ma jak wrota.

    Na ulicy Łyczakowskiej mieszkał Jerzy Janicki, autor scenariuszy do seriali „Dom” i „Polskie drogi”. Dalej dom, w którym urodził się Zbigniew Herbert i klasztor Franciszkanów, gdzie odbywał nowicjat Maksymilian Kolbe. Przed wojną we Lwowie było 30 kościołów rzymskokatolickich.

    Cmentarz Łyczakowski
    Cmentarz Łyczakowski

    Po długiej wędrówce możemy zobaczyć jedno z najistotniejszych miejsc każdego miasta, gdzie można poczuć i wręcz dotknąć przeszłości. Chodzi tu o cmentarze miejskie, a tym razem o nekropolię na Łyczakowie, miejscu ostatecznego spoczynku mieszkańców Lwowa – tych wielkich i tych maluczkich. Cmentarz, mimo obecności mogił innych niż polskie, jest jednak jednym z najstarszych cmentarzy polskich. Założony został w 1786 roku.

    Odnajdujemy tutaj groby zasłużonych Polaków – Gabriela Zapolska, autorka ponadczasowej „Moralności pani Dulskiej”, Władysław Bełza – „Katechizm polskiego dziecka”, Maria Konopnicka – poetka i pisarka, której nieobca była ciężka dola i która umiała przelać na papier całą głębię ludzkiej nędzy i niedoli, matematyk Stefan Banach i malarz Artur Grottger – „piewca powstania styczniowego”, Stefan Goszczyński – patriota, uczestnik powstania listopadowego Karol Szajnocha, kustosz Biblioteki im. Ossolińskich i Julian Konstanty Ordon – uczestnik powstania listopadowego, komendant reduty na Woli w 1831 roku, „uśmiercony” przez Adama Mickiewicza w poemacie „Reduta Ordona”.

    Nasza kochana młodzież
    Nasza kochana młodzież

    Dalej kwatery, gdzie spoczywają polegli podczas licznych zawirowań historii: insurekcji kościuszkowskiej, wojen napoleońskich, powstania listopadowego i powstania styczniowego. I wreszcie Cmentarz Obrońców Lwowa, zwany Cmentarzem Orląt Lwowskich – to miejsce spoczynku tych wszystkich młodych Polaków, którzy chwyciwszy za broń, zginęli w obronie tego, co mieli najcenniejszego – własnego domu, polskiego Lwowa. W latach 1918-1920 walczyli z Ukraińcami, którzy bronili także swojego, ukraińskiego Lwowa. Wygrać z Polakami nie mogli. Historia cmentarza to temat na całkiem spore opracowanie. Wspomnieć jedynie należy, że kiedy Lwów znalazł się w obrębie Związku Radzieckiego, rozpoczął się systematyczny proces niszczenia cmentarza. Zamieniono go w miejskie wysypisko śmieci, spychaczami próbowano zrównać z ziemią. Dopiero rok 1989 przyniósł nadzieję na odbudowę cmentarza; spory o napis na płycie głównej trwały do 2005 roku. Na Łuku Chwały odczytać można „Martui sunt, ut liberi vivamus” /Polegli, abyśmy żyli wolnymi/. Cmentarz Orląt to jedno z tych miejsc, gdzie polskość w postaci głębokiego wzruszenia napływa każdemu rodakowi do gardła i trzyma przez długi czas. W ciszy i skupieniu opuszczamy cmentarz.

    Wzdłuż Wałów Gubernatorskich zbliżamy się do Starego Miasta. Na placu Katedralnym odwiedzamy rzymskokatolicką katedrę pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Katedra jest jednym z najstarszych gotyckich zabytków Lwowa, zachowanych do dziś. Liczne kaplice, bogato zdobione, obraz w ołtarzu głównym ma 407 lat, przed nim składał śluby król Jan Kazimierz w czasie potopu szwedzkiego, w kaplicy Najświętszego Sakramentu został ochrzczony Stanisław Leszczyński – późniejszy król polski. Po wyjściu z katedry podziwiamy perełkę architektury Lwowa – kaplicę Boimów.

    Zwiedzanie miasta kończymy na placu Mickiewicza, pośrodku którego stoi pomnik wieszcza. Wszyscy turyści stawiają sobie za punkt honoru z nim się sfotografować. Jest to w pewnym stopniu utrudnienie, bo 21-metrowa kolumna nie mieści się w kadrze. Nieopodal pomnik barda Ukrainy Tarasa Szewczenki. Jak nakazuje lwowska tradycja, pod Tarasem najchętniej fotografują się maturzyści, pod Adasiem – nowożeńcy.

    Nasze zwiedzanie dobiega końca. Idziemy w stronę restauracji, w której będziemy jeść obiad. Jeszcze tylko apteka „Pod złotą gwiazdą”, gdzie mieszkał i konstruował swoją lampę naftową Ignacy Łukaszewicz, bryła gmachu Teatru Opery i Baletu – niestety nie dane nam było zwiedzić wnętrza i podziwiać chociażby wspaniałą kurtynę – dzieło Henryka Siemiradzkiego.

    Po obiedzie czas wolny na wydanie zakupionych na granicy hrywien i wracamy. Po długim oczekiwaniu na odprawę ruszamy w stronę Zamościa i późną nocą meldujemy się w hotelu.

    To było moje pierwsze spotkanie ze Lwowem, w dodatku z niesłychanym, powalającym bólem głowy /z którego wyleczyła mnie Zosia z Ogrodowej, za co jej serdecznie dziękuję/, proszę więc o wybaczenie bywalców i znawców Lwowa, jeżeli w mojej relacji odnajdą nieścisłości. Tekst powstał na podstawie zapisków sporządzonych na gorąco, „na kolanie” podczas zwiedzania miasta i na podstawie tego, co mówiła pani przewodnik.

    Bogusia z Białej

  • Uczestnicy XIV Zjazdu Rodu Żółtowskich


    Zamość, 25-29 maj 2005

    • Michał z Lasek
    • Krystyna z synem i wnukiem ze Szczęsnego
    • Longina z mężem Kazimierzem i synem z Olsztyna
    • Janina Olszewska z Wrocławia z córką
    • Mariusz z żoną Mirellą i dziećmi ze Sztumu
    • Jacek z Barbarą z Łodzi
    • Mieczysław ze Szczecina z córką Katarzyną Kozłowską i zięciem
    • Michał z Czeladzi
    • Marzena Borzewska z mężem Dariuszem i córką z Warszawy
    • Daniela Winiarska z mężem Leonem ze Szczecina
    • Zbigniew z Warszawy
    • Kazimierz z żoną Elżbietą i córką z Kutna
    • Barbara Merkel z Wrocławia
    • Władysław z Kielc
    • Wojciech i Alicja z Warszawy
    • Marek z Warszawy
    • Witold z Białej Starej
    • Stefan z Hanną z Warszawy
    • Bożena Lipińska z mężem Jerzym z Warszawy
    • Stefan z żoną Zofią i wnukiem z Warszawy
    • Wacław z żoną Elżbietą z Łodzi
    • Sławomir z żoną Hanną ze Szczecina
    • Michał ze Szczecina
    • Bogumiła z Białej Starej z synami i Malwiną Jankowską
    • Janina z wnuczką z Wrocławia
    • Rafał z żoną Stefanią z Korycina
    • Jarosław z żoną Barbarą i córką ze Skierniewic
    • Natalia ze Skierniewic z wnuczką
    • Krystyna Kostrzewa z Warszawy
  • Ostatnie róże

    Przytuliłem ostatnie róże
    w ogrodzie…

    Trochę pachniały…
    Trochę ręce pokłułem…
    Trochę bolało…

    Ucałowałem płatki aksamitne
    Chłodne, wilgotne, jesienne…
    Mgiełką lekko osnute
    jakby zapomnieniem
    powolnym… cichym…

    Pożegnałem ostatnie róże
    późną jesienią…

    Niebo się łzami
    rozpadało

    Pożegnałem róże
    późną miłością
    o zmierzchu…

    Marek Żółtowski

    Poznań 2002

  • Nasze Matki

    Z rozmowy telefonicznej z Bożeną Lipińską, dowiedziałem się, że Jej intencją byłoby stworzenie cyklu artykułów w kwartalniku dotyczących naszych matek. Matki nasze, to osoby, które nie rodziły się jako Żółtowskie, ale w wyniku zmiany stanu cywilnego stały się Żółtowskimi i rodziły Żółtowskich. Matki, to WIELKA HISTORIA, historia naszej rodziny. To one wniosły do naszego rodu własne wartości kulturowe, tradycję i światopogląd często wyniesiony z rodzinnego domu. To one kształtowały nasze charaktery, zwyczaje i kulturę osobistą. Dzięki innym rodzinom, czy rodom, Żółtowscy rozwijali się w potężny Ród, który dał nam tysiącletnie istnienie i zawsze w tym dobrym znaczeniu.

    Kiedyś, a było to chyba w Chomiąży Szlacheckiej, ówczesny prezes naszego związku Andrzej Ludwik, z mównicy ołtarza zamiast księżowskiej homilii opowiadał o naszych matkach i o szacunku dla nich. Uznałem ten fakt za wybitnie trafiony i potrzebny. Bo Ród Żółtowskich nie wyrósł z Żółtowskich w całości. Dużą rolę w wychowaniu miały inne rody, z których wywodziły się ich matki. To kazanie Ludwika było niezwykle udane i zapamiętane. Dlatego, kiedy Bożena wystąpiła z inicjatywą stworzenia cyklu wydawniczego pod nazwą „Nasze Matki”, uradowałem się, uważając, że jest to głęboko przemyślane przedsięwzięcie i godne, by tego dokonać.

    Chciałbym zaprosić wszystkich Żółtowskich, do opisania dziejów życia ich matek. Sam na początek spróbuję opisać dzieje mojej matki, by dać początek tej arcyciekawej sesji biograficznej pt. „Nasze Matki”.

    Rafał z Korycina

  • NOWA MATURA – wielka niewiadoma…

    Aneta Borzestowska z Warszawy

    Już od 1 września 2004 roku wszyscy mieli wiele wątpliwości związanych z nową maturą. Nikt nie umiał udzielić nam dokładnych informacji, gdyż Centralna Komisja Egzaminacyjna nie podjęła jeszcze ostatecznych decyzji o egzaminach… Maturzyści do 30 września musieli zadecydować, jakie przedmioty będą zdawać na maturze. Każdy musiał wybrać 3 egzaminy: język polski, język obcy i wybrany przedmiot. Dodatkowo można było wybrać kolejne 3 przedmioty, które będą potrzebne na studia. Problem z wyborem polegał na tym, że nie wiedzieliśmy, jak będzie wyglądał egzamin, jaki będzie system oceniania oraz jakie wymagania stawiają przed nami uczelnie. Wszystko wyjaśniło się dopiero w grudniu. Na szczęście mogliśmy do końca lutego zmieniać deklaracje maturalne.

    W międzyczasie odbyła się studniówka zorganizowana wyłącznie przez uczniów. Początkowo chcieliśmy, aby bal odbył się w jednym z hoteli w Warszawie, ale dyrekcja szkoły nie wyraziła na to zgody i ostatecznie bawiliśmy się w gmachu szkoły. Zabawa trwała do białego rana. Nie zawiodła organizacja.

    Po studniówce znów wróciliśmy do szkolnych trosk. Pozostały tylko 3 miesiące do pierwszego egzaminu, gdyż nowa matura rozpoczynała się już 18 kwietnia br. Tego dnia maturzyści przystąpili do egzaminów ustnych z języka polskiego. Wyglądały one następująco: na początku września każdy musiał wybrać temat na ustny egzamin, do którego przygotowywał się cały rok szkolny. Było to 15-minutowe wystąpienie prezentujące wybrany temat, następnie komisja zadawała 3 pytania dotyczące tej pracy.

    Wszystkie egzaminy ustne (w tym z języków obcych) trwały do końca kwietnia. 4 maja rozpoczęły się egzaminy pisemne. Paniczny strach wywoływały procedury kodowania prac oraz system oceniania. Jak się okazało, wszyscy doskonale poradzili sobie z naklejaniem kodu i wpisaniem w kilku miejscach na pracy swojego numeru PESEL.

    Egzaminy maturalne trwały do końca maja a wyniki matur otrzymaliśmy dopiero 27 czerwca. Tego dnia każdy stawił się w szkole po odbiór świadectw maturalnych. Okazało się, że w moim XXXV LO im. Bolesława Prusa w Warszawie zdali wszyscy!

    Ale to nie koniec nerwów… Do połowy lipca każdy maturzysta musiał złożyć dokumenty na wyższe uczelnie, zdać wymagane egzaminy i czekać na listy przyjętych. Teraz już jestem spokojna i mogę się pochwalić, że jestem studentką Politechniki Warszawskiej na kierunku Administracja.

    Jak widać, nie taki diabeł straszny, jak go malują…

    Aneta Borzewska z Warszawy

  • Kredą po tablicy

    „Znów muszę do szkoły…”
    westchnie belfer rano
    Zły, że mu tak wcześnie
    z łóżka wstać kazano.
    Perspektywa smętna,
    znów człek będzie chory,
    Tyle godzin w murach,
    no i te bachory…
    Trzeba znaleźć sposób,
    by się rozweselić,
    Tydzień jakoś przeżyć –
    – byle do niedzieli!
    Może na początek
    kartkówka znienacka?
    Wystraszone miny!
    { ale fajna gratka!}
    Już powoli wraca
    humor znakomity,
    Gdy na drugiej lekcji
    wołam do tablicy…
    Oj – poczekaj bratku,
    wnet się magiel zacznie,
    Ze strachu zapomnisz,
    żeś spał rano smacznie!
    Zaraz udowodnię
    {co mnie bardzo cieszy}
    Całej – całej!! klasie,
    że wiedzą nie grzeszy!
    Potem rzucę słówek
    niezbyt lekkich kilka –
    – Niech się dziatwa boi!
    {och – słodka to chwilka}
    A już całkiem błogo
    robi się na duszy,
    Gdy słów zoologicznych
    zapas się naruszy…
    „Osłem” – jeden będzie,
    a „cielątkiem” – drugi,
    Tamci – to „barany”,
    pod oknem – „papugi”…
    Biologicznych imion
    trochę nie zaszkodzi:
    „Głowy kapuściane” –
    – właśnie o to chodzi!
    A niewinne słówka
    „głąby”, „ananasy”
    Świetnie zastępują
    imię całej klasy!
    Tak z mozołem wielkim
    tępię hordy wraże…
    Wszystkich nie zdążyłem –
    – jutro im pokażę !!!

    Marek Żółtowski

  • Związek Rodu Żółtowskich

    W dniach 19-22 sierpnia 2004 roku odbyło się nieoficjalne spotkanie redaktora naczelnego Wiadomości Ziemiańskich Oddziału Warszawskiego Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego w osobie Pana Andrzeja Laudowicza i towarzyszącej mu małżonki Marty, z prezesem Związku Rodu Żółtowskich Rafałem Żółtowskim z małżonką Stefanią. Spotkanie, które przekształciło się w bardzo sympatyczne odwiedziny odbyły się w Korycinie, w rodzinnym domu Żółtowskich.

    Najważniejszym celem spotkania było wzajemne poznanie się, a także omówienie struktury organizacji, zadań sobie postawionych, celu istnienia, metod i kierunków działania obu organizacji. Omówiono wspólne kierunki działania jak i elementy różniące się w działaniu obu organizacji.

    Należy nadmienić, że Związek Rodu Żółtowskich skupia osoby noszące jedno nazwisko, ludzi wszelkich zawodów, natomiast Polskie Towarzystwo Ziemiańskie osoby o różnych nazwiskach, za to ziemian.

    Niewątpliwie najważniejszym celem obu organizacji jest kultywowanie dobrych i sprawdzonych wartości kulturowych i obyczajowych polskiego ziemiaństwa.

    Wprawdzie Żółtowscy, choć nie wszyscy, to także ziemianie i tu nadmienię, że nie tacy mali, także za najwyższy swój cel postawili przekazywanie młodemu pokoleniu, by w przyszłym swym życiu kierowali się takimi zasadami jak samodzielność myśli, bohaterstwo czynu, świętość życia. By nie obce im były takie ideały jak głęboki patriotyzm, praca społeczna i rozwój narodu, obrona Ojczyzny. Te cele łączą nasze organizacje. Żółtowscy w sposób szczególny dążą do integracji młodego pokolenia. Między innymi i z tego powodu Związek nasz organizuje corocznie czterodniowe zjazdy Rodu Żółtowskich. Na te spotkania przyjeżdżają nie rzadko całe rodziny z dziećmi, nawet małymi. Na oczach całej rodziny rosną i wychowują się nasze dzieci, nawiązują przyjaźnie, piszą do siebie, spotykają się na wakacjach w swoich rodzinnych domach i w innych częściach kraju.

    Związek Rodu Żółtowskich kładzie duży nacisk nie tylko na relacje historyczne dotyczące rodziny ale także na teraźniejszość i nowoczesność. Oprócz corocznych wykładów historycznych referowanych przez środowiska naukowo-akademickie ciągle pracujemy nad ciekawą i nowoczesną sztuką przekazu elektronicznego. Nasza strona internetowa www.zoltowscy.org.pl jest otwarta dla wszystkich chętnych z kraju i z zagranicy, którzy chcą coś wiedzieć na nasz temat, jak i korespondować z nami. Nasz kwartalnik redagowany od 13 lat dociera jedynie do osób, które widnieją w naszych rejestrach. Jest to zaledwie 10% wszystkich Żółtowskich, których na całym świecie jest 6 tysięcy osób. Internet jest właśnie dla tych nie zrzeszonych w naszym Związku, dla tych którzy nie wiedzą o istnieniu naszej organizacji, dla tych młodych którzy po raz pierwszy wpiszą w ramę wyszukiwarki swoje nazwisko i trafią na nasze strony.

    Oprócz kwartalnika i internetu nasza działalność wydawnicza może się pochwalić kilkoma poważnymi pozycjami wydawniczymi, począwszy od wspomnień z okresu okupacji, czy pobytu w obozach i łagrach jak i opisów własnych lat młodości, działalności okupacyjnej, społecznej. Naszym dotychczasowym największym dziełem literackim jest napisana przez śp. Michała Żółtowskiego, 23-letniego studenta historii z Łodzi, Monografia naszego Rodu. Książka ta dostępna jest w większych polskich bibliotekach a także znalazła swe miejsce w Bibliotece Watykańskiej. Związek oprócz celów powyżej omówionych prowadzi bardzo aktywną działalność turystyczno-wypoczynkową. Corocznie w ramach zjazdu organizowane są wycieczki. Zwiedziliśmy Wilno, byliśmy u Ojca Św. w Watykanie i 14 dni we Włoszech.

    Przedstawiając nasz Związek na łamach Waszego Pisma pragnę zainteresować Żółtowskich ziemian, którzy należą do swego ziemiańskiego związku a nie należą do naszego. Chętnie powiększymy o Was nasze szeregi. Zachęcam także wszystkich ziemian, którzy w przeszłości obcowali z Żółtowskimi, byli sąsiadami, przyjaciółmi, znajomymi, a może kolegami ze szkolnej ławy, kompanami z wojska, czy współwięźniami o napisanie felietonów, wspomnień, o opisywanie epizodów z życia i kontaktów z Żółtowskimi. Wszystkie prace wspomnieniowe, czy też informacyjne zamieścimy w naszym kwartalniku zarówno w wersji graficznej jak i internetowej.

    Kończąc pragnę podziękować Panu Andrzejowi Laudowiczowi, że na drodze swego wypoczynku został wpisany nasz dom i za miłe spędzone chwile.

    Licząc na owocną i sympatyczną współpracę pozostaję z szacunkiem.

    Rafał Maria Żółtowski

    Autor jest Prezesem Związku Rodu Żółtowskich.

    Artykuł ten ukazał się na łamach „Wiadomości Ziemiańskich” Nr 19 z 8 października 2004 r.

  • Zebranie Zarządu Związku Rodu Żółtowskich


    11.XI.2005 Laski

    Zebranie prowadził Prezes – Rafał z Korycina. Tematem spotkania były sprawy bieżące oraz wybór miejsca zjazdu w 2006 roku.

    1. Omówiono sprawy związane z wydaniem najbliższego kwartalnika oraz następnych.Na zebranie przybył Andrzej Mieczysław Żółtowski – były redaktor kwartalnika i zaoferował pomoc w kontaktach z wydawcą naszego pisma.
    2. Maciej z Warszawy zobowiązał się uaktualnić stronę internetową oraz uzupełnić ją o brakujące ostatnie numery kwartalnika.
    3. Ważnym punktem zebrania był temat najbliższego zjazdu. Malwina z Wrocławia, przedstawiła prezesowi propozycję zorganizowania spotkania rodzinnego w Szklarskiej Porębie. Zarząd zdecydował, że jest to atrakcyjna propozycja. Szczegóły zostaną ustalone w bezpośrednich rozmowach z właścicielem ośrodka.Informacja na temat zjazdu przedstawiona będzie w terminie zapewniającym możliwość złożenia deklaracji uczestnictwa w Zjeździe.

    Dziękując wszystkim za przybycie i życząc szczęśliwego powrotu do domów Prezes Rafał zakończył zebranie.

    Protokołowała Bożena Lipińska