Tag: Nr 47

  • Spotkamy się w Nowej Kaletce

    Ośrodek „Kłobuk”

    Pragnę poinformować Szanownych Kuzynów, że najbliższy Zjazd odbędzie się w dniach 6-10 czerwca w Nowej Kaletce. Ośrodek „Kłobuk” oddalony jest 20 km od Olsztyna i znajduje się nad jeziorem Gim – jezioro I klasy czystości. Ośrodek posiada 56 miejsc w budynku murowanym w pokojach 1 i 2 osobowych, każdy z możliwością dostawki. Pokoje z pełnym węzłem sanitarnym. Ponadto ośrodek dysponuje domkami campingowymi (4-6 osobowe) typu „Brda” również z pełnym węzłem sanitarnym.

    Parking dla gości hotelowych jest bezpłatny. Można wypożyczać sprzęt pływacki. Stołówka może pomieścić 160 osób.

    Koszty pobytu kształtują się następująco:

    • doba hotelowa w pokoju 2-osobowym przez pierwsze 3 dni – 40 zł, następne dni – 35 zł
    • apartament doba hotelowa przez pierwsze 3 dni – 170 zł, następne dni – 150 zł
    • domek dla 4 osób – za dobę 120 zł, dopłata za 5 i 6 osobę po 20 zł za dobę
    • wyżywienie całodzienne (śniadanie 12 zł, obiad 17 zł, kolacja 11 zł) – 40 zł

    Ustalono cenę uroczystej kolacji lub ogniska (w zależności od pogody) w wys. 43 zł.

    Obiekt jest zadbany, posiada pole do siatkówki i tenisa ziemnego oraz kawiarenkę. Nie ma możliwości zapłaty kartą. Rozliczenia za pobyt będą realizowane przez gości bezpośrednio w recepcji ośrodka. W dniu 6 kwietnia kolacja wydawana będzie do godz. 22.00.

    Uczestnicy Zjazdu proszeni są o wniesienie przedpłat w wysokości 150 zł na konto Związku w terminie do 30 kwietnia. Nr konta: PKO SA BP O/Skierniewice 25 1020 4580 0000 1102 0048 5177.

    Osoby pragnące przyjechać wcześniej, lub pozostać dłużej proszone są o kontakt bezpośrednio z panią Ewą Osińską, tel.: 089 5133821, 1503152142, 669995802.

    Zarząd Związku dziękuje Krystynie – „Kici” – oraz Adasiowi ze Szczęsnego za trud w wyszukaniu ośrodka na najbliższy Zjazd.

  • Jak dojechać do ośrodka „Kłobuk”


    Dojazd od Olsztynka

    Z trasy nr 7 (Gdańsk-Warszawa) w Olsztynku skręcić na Olsztyn a następnie od razu w prawo na Szczytno (droga nr 58), przejechać przez Olsztynek (w Olsztynku za torami w lewo będzie nie oznakowany rozjazd) po przejechaniu ok. 24 km na skrzyżowaniu w lewo na Olsztyn (droga nr 598), przejechać przez wieś Zgniłocha i w następnej wsi Nowa Kaletka w prawo drogą z płyt betonowych prosto ok. 3-4 km do ośrodka KŁOBUK.

    Dojazd od Olsztyna

    W Olsztynie kierować się na osiedle Jaroty (jeśli nie będzie drogowskazu to na Warszawa/Olsztynek – drogowskaz na pewno się pojawi na drodze wyjazdowej z miasta). Następnie będą drogowskazy na drogę nr 598 kierunek Zgniłocha, Wielbark. Po wyjeździe z miasta i przejechaniu ok. 25 km w miejscowości Nowa Kaletka w lewo, drogą z betonowych płyt prosto do ośrodka ok. 3-4 km.

    Przyjeżdżającym do Olsztyna pociągiem, Adam ze Szczęsnego zaoferował pomoc w przywiezieniu z dworca do ośrodka. Osoby chcące skorzystać z uprzejmości Adasia poroszone są o kontakt telefoniczny: 606-703-713, 0-89 533-10-85.

  • Tajemnicza Wyspa Wielkanocna

    Pierwszymi Europejczykami, którzy ujrzeli Rapa Nui byli holenderscy żeglarze z okrętu dowodzonego przez Jacoba Roggevereena. Było to w niedzielę Wielkiej Nocy 1722 roku. Nazwali ją z tej okazji Wyspą Wielkanocną.

    Posągi MOAI
    Posągi MOAI

    Przypuszcza się, że pierwsi przybysze pojawili się tu około IV wieku naszej ery i przybyli z Polinezji.

    Wyspa Wielkanocna ma 166 km2., leży na Oceanie Spokojnym i jest prowincją Chile. Mieszka na niej blisko trzy tysiące osób. Większość mieszkańców to rapanui (Polinezyjczycy), mieszkający na wyspie od wielu pokoleń. Hiszpański jest językiem urzędowym, ale mieszkańcy najczęściej posługują się językiem rapanui. Wyspa ma kształt trójkąta, a w każdym rogu znajduje się wygasły wulkan. Panuje tu oceaniczny, subtropikalny klimat z częstymi, silnymi wiatrami. Zimą (lipiec, sierpień) temperatura wynosi około 17 stopni a latem – w styczniu – 25 stopni. Naukowcy twierdzą, że wyspa wyłoniła się z morza pięć milionów lat temu.

    Na bazaltowej powierzchni lądu wśród niedużych wierzchołków wygasłych wulkanów powstały pełne zagadek jaskinie, stanowiące pozostałość po kanałach lawowych.

    Pismo obrazkowe pierwszych mieszkańców „rongo-rongo”, które jest zagadką dla naukowców, przedstawiało wizerunki roślin, ptaków, figur geometrycznych oraz przedmiotów kultu. Tutejsi mnisi rzeźbili hieroglify na drewnianych tabliczkach, zapisując tradycje i historię plemienia.

    W muzeach na całym świecie znajdują się eksponaty drewnianych rzeźb „Aku-Aku”, przedstawiających posągi przodków oraz postaci kobiece. Niewiele z tych oryginalnych dzieł rzeźbiarskich można znaleźć na wyspie, najczęściej wykonuje się tu ich repliki.

    Jednak największą i niewyjaśnioną tajemnicą Wyspy Wielkanocnej są olbrzymie posągi – moai. Jest ich około sześciuset. Mierzą od czterech do dwunastu metrów wysokości. Przedstawiają sylwetki opiekunów zmarłych lub bogów i wykonane są ze skał wulkanicznych. Mają po tysiąc lat. Rzeźby ustawione są wzdłuż wybrzeża a ich twarze zwrócone są w stronę morza. Dotąd nie wiadomo czego pilnują te tajemnicze olbrzymy.

    W 1935 roku Wyspa Wielkanocna została ustanowiona parkiem narodowym w celu zachowania pomników-posągów, a w 1966 roku została wpisana na listę światowego Dziedzictwa Kultury. Prowadzone w ostatnich latach badania zbliżyłyby nas do poznania wielu faktów, lecz trudno przewidzieć czy kiedykolwiek uda się odtworzyć całą wielką i zarazem tragiczną historię Rapa Nui.

    Od 1986 roku Wyspa Wielkanocna jest bazą ratowniczą dla amerykańskich wahadłowców kosmicznych.

    Wyspa Wielkanocna jest wielką atrakcją turystyczną i każdego roku przybywa tu około 15 tysięcy turystów, zaintrygowanych kamiennymi posągami. Duża część turystów przybywa na tę tajemniczą wyspę w czasie świąt Wielkanocnych.

    Bożena Lipińska

  • Niedziela Palmowa w Łysych

    Wielki Tydzień i cykl najważniejszych obrzędów i uroczystości bezpośrednio już związanych z Wielkanocą, z obchodami Męki i Zmartwychwstania Chrystusa rozpoczyna Niedziela Palmowa – ostatnia niedziela wielkiego postu, w Polsce nazywana także Kwietną lub Wierzbną. Najważniejszą uroczystością kościelną Niedzieli Palmowej są procesje z palmami, upamiętniające wjazd Jezusa Chrystusa do Jerozolimy. Jak podaje Pismo Święte, witany on był przez wielkie rzesze ludzi wołających: „Hosanna” i rzucających na drogę, którą jechał na osiołku, gałązki oliwne i palmowe.

    Palmy polskie to smukłe, pionowe bukiety, różnej wielkości. Tradycyjnie powinny się w nich znaleźć gałązki wierzbowe, obsypane na wiosnę srebrzystymi, puszystymi baziami. Wierzba w naszej tradycji uważana jest za roślinę miłującą życie, ponieważ rośnie nawet w najgorszych warunkach. Łatwo się też przyjmuje, np. ucięta, włożona do wody gałązka wierzbowa czy pozostawiona w wilgotnym kącie wierzbowa miotła szybko wypuszczają zielone listki.

    W moim rodzinnym domu rano w Niedzielę Palmową ojciec przynosił witki wierzbowe i wiechy sitowia, mama dokładała gałązki asparagusa, z których piękności słynęła wśród okolicznych gospodyń. Łączyło się to wszystko kolorową wstążką w zgrabną „wiąchę” i dumnie kroczyło do kościoła.

    Kiedy byłam już matką trójki małych dzieci, trzeba było przygotować trzy palmy, żeby było sprawiedliwie. Później, kiedy dzieci stały się nastolatkami, „łaskawie” odstąpiły mi zaszczyt trzymania palmy.

    Najbarwniejszym miejscem w Polsce w Niedzielę Palmową jest wieś Łyse na Kurpiach. Palmy osiągają tu wysokość ośmiu metrów. Pręt z leszczyny lub młodej sosny oplata się jałowcem, widłakiem, borowiną, cisem i zdobi kwiatami misternie wykonanymi z kolorowego papieru oraz wstążkami.

    Według wierzeń wysoka palma ma zapewnić dzieciom słuszny wzrost i urodę równą palmie, a właścicielowi długie życie. Musi zawierać tzw. wiecznie zielone rośliny: gałązki tui, świerku, bukszpanu, borówek leśnych, cisu, którym medycyna ludowa nadaje właściwości lecznicze i dobroczynne.

    Od dwóch lat spędzam Niedzielę Palmową w Łysych. Procesja z palmami z drewnianego XIX-wiecznego kościółka do nowo wybudowanej świątyni wygląda jak ruchomy kolorowy las. Poświęcenie palmy w kościele i obniesienie w kościelnej procesji nadaje jej magiczne właściwości.

    Dawniej poświęconą palmą kropiono dom, obejście, bydło w oborze. Gładzono nią boki krów i przymuszano je do połknięcia chociaż jednej bazi, uderzano je palmą, gdy po raz pierwszy wychodziły na pastwisko. A wszystko po to, aby czarownice nie odebrały im mleka. Kawałki palm wkładano do gniazd gęsi i kaczek, pod daszki uli, do rybackich sieci, podkładano je pod lemiesz pługa w pierwszą zaorywaną skibę.

    Dziś już niewiele pozostało z dawnych wierzeń. Ale w wielu domach, zwłaszcza na wsi, wśród ludzi kultywujących tradycje naszych przodków, przyniesioną z kościoła poświęcona palmę wkłada się za święty obraz lub przybija się jej cząstkę albo zrobiony z niej krzyżyk nad drzwiami wejściowymi i pozostawia tam na cały rok, aby strzegła domu, przyniosła mu błogosławieństwo Boże, chroniła od pożaru i wszelkiego zła.

    Często również, chociaż już może trochę dla żartu, połyka się wyjęte z palmy bazie, co ma chronić od wiosennych przeziębień i bólu gardła.

    U nas w domu od kilkunastu lat umieszczamy poświęconą palmę w dużym wazonie i wierzymy, że przez cały rok będą nas chroniły jej magiczne właściwości.

    Obchody Niedzieli Palmowej w Łysych połączone są z konkursem na największą palmę. Te, które zdobyły nagrody w poprzednich latach, można podziwiać w obu – starym i nowym – kościołach. Uroczystościom towarzyszy również jarmark wyrobów kurpiowskiego rękodzieła ludowego. Można spróbować tradycyjnych kurpiowskich potraw i piwa kozicowego, które produkowane jest na zakwasie z ciemnego chleba z dodatkiem jałowca. W Łysych dowiedziałam się, że wszelkiego rodzaju kosze wyplatane były z korzeni sosny, ze względu na bogactwo tego surowca, które dawały puszcze: Biała i Zielona.

    O życiu, zwyczajach i tradycjach Kurpiów można dowiedzieć się, zwiedzając pięknie położony w Zakolu Narwi skansen w Nowogrodzie i zagrodę kurpiowską w Kadzidle. Nie wszyscy pewnie wiedzą, że bursztyn wydobywany był nie tylko nad morzem, ale i właśnie na Kurpiach. Do dziś korale z bursztynu są nieodłącznym elementem kobiecego stroju kurpiowskiego. Poznamy dawne domy Kurpiów z charakterystycznymi ozdobnymi deskowaniami szczytów. Dowiemy się, że jednymi z pierwszych osadników puszczy byli bartnicy, a nazwa mieszkańców tych ziem pochodzi z XVIII wieku od chodaków plecionych z łyka – zwanych kurpiami – które powszechnie nosili.

    W tym roku pewnie znowu pojadę w Niedzielę Palmową do Łysych, aby po raz kolejny podziwiać niezwykłe piękno palm stworzonych przez całe zespoły ludzi.

    Zachęcam wszystkich, którzy lubią podróżować i kochają naszą ojczystą tradycję, do spędzenia Niedzieli Palmowej na Kurpiach.

    Bogusia z Białej

    P.S. Do następnego numeru „Kwartalnika” napiszę o Kaszubach i najdłuższej desce świata.

  • Dzień Wielki Piątek

    I szedł On kórnickimi ulicami, rynkiem, dalej, od Stacji do Stacji…

    Upadł pod ciężarem krzyża tuż przy ratuszu, tuż przy pomniku… Upadł, tak samo, jak oni upadli pod kulami… On upadł, choć karabiny teraz milczą… Spojrzał z miłością na tablicę, zapytał Ich „…czy było warto?” „Warto!” odpowiedzieli jednym głosem Polegli… Uśmiechnął się do nich, podniósł się, idzie dalej… Niektórzy z tłumu to słyszeli…

    Następna Stacja… Planty… Ławka… Siedzą na ławce ci odrzuceni, ci, którzy już nigdzie miejsca nie mogą znaleźć… Obok niewiasty, ich matki… płaczące… „…nie płaczcie nade mną, lecz nad sobą i synami waszymi…” A tamci nadal siedzą speszeni, wystraszeni, nie bardzo nawet wiedzą, co się wokół dzieje, tyle krzyków, tyle ludzi, policja, władze, dzieci nawet i młodzież… A On przy nich milczy… Ale tłum nie milczy… A z tłumu krzyki: „oni są zakałą naszego miasta…” „oni nam wstyd przynoszą!”… „oni szpecą pięknie odrestaurowany ratusz!”, „oni źle wyglądają przy zagranicznych delegacjach!”, „oni nawet nie potrafią się ładnie ubrać!”, „…oni nie pozwalają nam spać spokojnie!” , „zabrać im tę ławkę…”, „…wyrzucić ich z miasta!…” A On do nich szepcze „…przyjacielu – jeszcze dziś będziesz ze mną w Raju…”

    Następna Stacja… Tuż przy Liceum… Tuż przy wielkim krzyżu drugi raz upada… Już ciężko powstać, coś gniecie, przytłacza… Spojrzał na tłumy i pyta : „po co wam ten krzyż na ścianie? Może wam przeszkadza… Może już Go nie widać zza szyb luksusowych samochodów, może szpeci widok z okien ratusza i mieszkań waszych? Może zbyt natarczywie woła do was, może lepiej już nie słyszeć?…” Ostatkiem sił dźwignął się i wziął ten wielki kórnicki krzyż i poszedł dalej… I nie było Szymona z Cyreny… I nikt inny się nie znalazł…

    I poszedł smutny do Następnej Stacji…

    I przybili Go do krzyża, do Tego Krzyża, naszego, kórnickiego…
    Nie wzbraniał się, nawet chciał tego…
    A z tłumu nikt nie oponował, nikt nie protestował… No, gdyby nas, osobiście, to dopiero byśmy wrzeszczeli… Ale to nie o nas bezpośrednio chodziło…

    A On cierpliwie milczał…

    Milczał, gdy Mu cierniową koronę na głowę wkładali, gdy targali zlepione krwią włosy, gdy ręce i stopy gwoźdźmi przebijali, gdy promieniotwórcze maszty tuż pod oknami stawiali, gdy nad głową rozpinali potężne liny wysokiego napięcia, gdy przy domu pobudowali drogę pełną spalin, milczał, gdy trwoniono publiczne fundusze i dobro na przepych dla wybrańców, na pensje, które za jeden miesiąc wielokrotnie przewyższają roczne dochody tych z ławek na plantach miejskich, tych z izb niedogrzanych, tych, co swe dzieci do szkół odważają się bez śniadania wysyłać, tych, co ze spuszczoną głową odchodzą zasmuceni od okienek aptecznych z niewykupioną receptą, tych, którzy chleb nasz powszedni na zeszyt wziąć muszą, tych…

    Milczał cierpliwie, samotnie, bezsilnie, jakby zupełnie zrezygnowany…

    Potem odszedł do Domu Ojca. Niedługo, na trzy dni… Dał nam czas do namysłu… Dał czas do refleksji, do opamiętania…

    Alleluja!!! Zmartwychwstał Pan!

    Weselmy się! Ze święconką byliśmy, a jakże! Ledwie się do koszyka zmieściło, szkoda, że taki ten koszyczek malutki, a co, niech sąsiedzi widzą, że nas stać…!

    Stół nakryty, śniadanko przygotowane, jeszcze się do kościółka wybierzemy, tak jakoś weselej i raźniej będzie!

    Tylko trzeba przejść obok ławek na plantach… Puste dzisiaj… Nikt nie siedzi…
    „…przyjacielu – jeszcze dziś będziesz ze mną w Raju…”
    Czyżby naprawdę stąd odeszli? Nie, to niemożliwe, chyba coś się stało…

    Nieco dalej Kórnicka Ściana… Chyba rzeczywiście jakaś inna, chyba jednak zbyt pusta… e nie, może nam się tylko tak zdaje… No, może coś na niej brakuje, ale tak też chyba może być, przyzwyczaimy się do nowego…

    Wreszcie w domu. No, to śniadanko!
    Smacznego! (…ale ta ławka na rynku…)
    …może jajko na miękko?… może szyneczki? (…ta ściana jednak…)
    A właściwie to co nas obchodzą tamci, mogli sobie też kupić, przecież harujemy cały tydzień, robimy interesy tu i tam, oni też mogą… Na chleb nie mają? To po co mają tak niskie dochody?
    No dobrze, będzie „śniadanie dla podopiecznych” – to coś tam się zaniesie…

    Zmartwychwstał Pan! Nie ma Go tu! Powiedział, że miejscem spotkania będzie Galilea… Tylko jak w Kórniku ją znaleźć?

    Oj, jak daleko do Galilei…

    Radosnych Świąt! Alleluja!

    Marek Żółtowski z Poznania

  • Trudny, ale szczęśliwy rok 2006

    Był to rok, w którym dużo się działo w naszej rodzinie. Po hucznej nocy sylwestrowej 2005 roku w restauracji „U Stefana” w Kutnie, w towarzystwie mojej siostry Joli i szwagra Loniusia oraz grupy jakże wspaniałych przyjaciół przywitaliśmy Nowy 2006 Rok, jak zawsze z nadzieją na lepsze.

    Zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Przeprowadziliśmy się do nowo wybudowanego domu za Kutnem z pięknym widokiem na las i okolice. Kaziu jest wielkim miłośnikiem natury. Interesuje się przyrodą, obserwuje ptaki i zwierzęta. Jego wielkim hobby od dzieciństwa jest hodowla gołębi i wędkarstwo. Mamy trzy psy i trzy koty. Ja dzięki przeprowadzce mam większe możliwości ulubionej jazdy na rowerze. Lubię zwiedzać okoliczne miejscowości. Poznaję zabytkowe kościoły, a także pałace, w których do niedawna mieściły się szkoły i Domy Dziecka. Były zaniedbane i zdewastowane, a teraz znajdują nowych prywatnych właścicieli i są remontowane. Parki z pięknymi alejami lipowymi i dębowymi są zadbane. Moim towarzyszem wędrówek rowerowych jest kuzynka Krysia. Podziwiamy piękną przyrodę, drzewa, ptaki, rośliny i zwierzęta. Na szlaku spotykamy interesujących ludzi, którzy chętnie opowiadają o swoich miejscowościach. Widzimy, jakie się dokonują przemiany w krajobrazie wsi i miasteczek. Z szarych i burych domków powstają piękne i kolorowe, nie wspominając już o nowych budynkach. Także teren wokół domów jest ciekawie obsadzany drzewami i kolorowymi kwiatami.

    Nasza córka Agnieszka jest na ostatnim roku prawa Uniwersytetu Łódzkiego. Na początku marca wybieramy suknię ślubną dla niej, gdyż 19 sierpnia wychodzi za mąż. Ona nie może poświęcać dużo czasu na bieganie po sklepach, ponieważ ma końcowe egzaminy.

    Nie wiedzieliśmy, że poszukiwanie sukni jest tak stresujące. Duży wybór, więc decyzja jest trudniejsza. Wreszcie kupujemy suknię w salonie Madame Zaremba w Łodzi. Jest koloru ecri z łączonymi zielonymi wstawkami. Okazuje się, że projekt tej sukni zdobył główną nagrodę sukien ślubnych w Paryżu. Byłyśmy dumne z dokonanego wyboru. Agnieszka wyglądała w niej prześlicznie. W kwietniu obroniła pracę magisterską z bardzo dobrym wynikiem, a w lipcu zdała egzaminy na aplikację radcowską. Wielka radość w rodzinie. Jesteśmy z niej bardzo dumni. Przed nią jeszcze trzy i pół roku nauki. Jej przyszłym mężem jest Tomasz Sikorski, pochodzący z Kutna. Jest podobnie jak Agnieszka jedynakiem. Studiował zarządzanie i technologię z wykładowym językiem francuskim na Politechnice w Łodzi. Pracuje jako prezes w spółce polsko-francuskiej.

    Pomimo licznych obowiązków i wydatków finansowych decydujemy się bez zastanowienia na czerwcowy wyjazd rodzinny do Szklarskiej Poręby, aby spotkać się z kuzynami i kuzynkami. Nie wyobrażam sobie roku bez wspólnych pogawędek z Lonią, Lidką, Bogusią, Anią, Hanną Elą, Grażynką, Bożenką, Stefanią, Kicią, Basią, Natalią, Mirellą, i innymi. Zawsze wracamy ze zjazdu szczęśliwi i mamy pozytywnie naładowane akumulatory.

    Zbliżała się pora przyjęcia weselnego. Czyniliśmy ostatnie przygotowania. Goście byli zaproszeni, stroje przygotowane, sala, zespół muzyczny, dekoracja kościoła, chórzystka, fryzjer zamówieni. Bardzo pragnęliśmy, by wszystko dobrze wypadło. Chyba najwięcej stresowała się moja Mama, w końcu wychodziła za mąż jej pierwsza wnuczka. Dodatkowym naszym zmartwieniem była pogoda, gdyż sierpień okazał się chłodnym miesiącem. Uważnie jak nigdy śledziliśmy prognozę pogody w telewizji i długoterminową w Internecie. Wreszcie nadszedł dzień wesela 19 sierpnia 2006 roku. Rano dość chłodno, ale później z godziny na godzinę coraz cieplej. Nareszcie po południu bezchmurne niebo i piękne słońce. O godzinie 17.00 w obecności rodziców, świadków, dziadków, rodziców chrzestnych oraz rodzeństwa odbyło się w naszym domu błogosławieństwo Młodej Pary. Wzruszające, ciepłe, pełne miłości słowa do młodych wygłosili ojcowie, czyli Jasiu (tata Tomka) i Kaziu, który podkreślił z jak zacnego rodu pochodzi jego jedynaczka. Ceremonia ślubna odbyła się o godzinie 18.00 w kościele Jana Chrzciciela w Kutnie. Agnieszka i Tomasz podczas ceremonii zaślubin wyglądali na szczęśliwych, byli uśmiechnięci, wyglądali pięknie. Tomek czytał Ewangelię. My rodzice oraz zaproszeni goście byliśmy wzruszeni i przejęci.

    Przyjęcie weselne odbyło się w Zajeździe „Elza” w Kutnie. Nie przypadkowo wybraliśmy ten lokal, gdyż jest on usytuowany naprzeciwko byłego majątku Wiktoryn, którego właścicielem był ojciec Kazia. Chcieliśmy, by przodkowie Żółtowscy oraz nieżyjący rodzice Kazimierza, a zarazem dziadkowie Agnieszki czuwali nad jej i Tomka szczęściem.

    Po weselu młodzi wyjechali do Grecji. My zaś wróciliśmy do codziennych obowiązków.

    Październik – szok. Kaziu ma wylew! Trafia na miesiąc do szpitala. Wszyscy jesteśmy załamani, zwłaszcza informacją, że tylko 30% pacjentów przeżywa taki wylew, usytuowany w bardzo niebezpiecznym miejscu, tuż przy pniu mózgu. Szybko uczymy się i jak najwięcej zdobywamy informacji o tej chorobie.

    Na mnie spada całość obowiązków związanych z prowadzeniem sklepu. Dzieliłam czas między sklepem, domem i szpitalem. Doba była za krótka. Dużo pomocy i wsparcia otrzymałam od dzieci: Agnieszki z Tomkiem oraz Mamy i rodzeństwa. Za okazanie serca ja z Kaziem bardzo im dziękujemy.

    Kaziu pomaleńku dochodzi do zdrowia. Dzielnie i z uporem oraz z chęcią do życia pokonuje chorobę. Na szczęście nie został sparaliżowany. Częściowe drętwienie i mrowienie lewej strony zostało, ale jest szczęśliwy, jakby dostał od Boga nowe życie.

    Jest 24 grudnia – Wigilia. Zawsze spędzamy ją u mojej Mamy i Kazia siostry Ani oraz jej męża Piaseczyńskich. Wigilia u Mamy to duża rodzinna uroczystość, na której spotyka się moje rodzeństwo, siostra Jola i brat Stanisław z rodzinami, my z Agnieszką i po raz pierwszy Tomek. Wigilia u siostry Kazia przypomina mi jego dom rodzinny, ponieważ Ania przejęła wszystkie tradycje po rodzicach. Oprócz dzieci Marka i Janusza z rodzinami Ania zaprasza samotnie mieszkającą panią Terenię.

    Zaraz po świętach dzieci wyjechały z grupą przyjaciół na Słowację, by tam spędzić sylwestra.

    Nowy 2007 rok witaliśmy z Kaziem butelką szampana na naszym podwórku w Raciborowie. Jesteśmy niezmiernie szczęśliwi, że Bóg pozwolił nam go powitać razem z nadzieją na dalsze wspólne lata. Oby ten rok przyniósł nam dobre wydarzenia!

    Elżbieta Żółtowska z Kutna

  • Spacerkiem po Moskwie


    Wspomnienia z wakacji

    Wakacje 2006 roku spędziłam w Moskwie. Czemu właśnie tam wyjechałam? Otóż, skorzystałam z okazji i wraz z Tata odwiedziłam moją Mamę, która w maju ub. roku objęła stanowisko dyrektora Przedstawicielstwa Ciech Polfa w Moskwie – w firmie, która od ponad 60 lat zajmuje się dostawą, m.in. polskich leków do Rosji.

    Moskwa to jedno z najdroższych miast świata. Jak to możliwe, skoro wiadomo, że Rosja jest biednym, brudnym i skorumpowanym krajem? To prawda, jednakże stolica Rosji to całkiem inny świat niż reszta kraju. Tu bowiem zainwestował olbrzymie pieniądze obcy kapitał. Dzięki temu miasto tętni życiem i pyszni się bogactwem. Nędzę zaś wstydliwie ukrywa.

    Stolica Rosji oficjalnie liczy 10 mln mieszkańców, jednak w praktyce liczba ta sięga nawet 16 mln osób. To blisko 1/3 liczby ludności w Polsce, więc można sobie wyobrazić jak ogromna i różnorodna jest ta metropolia. Moskwa zadziwia pod każdym względem.

    Przede wszystkim rzucają się w oczy monumentalne budynki, wieżowce, szerokie ulice (liczba pasów w dwie strony dochodzi nawet do 14!), luksusowe samochody z przyciemnionymi szybami, sklepy najdroższych światowych firm i mnóstwo zadbanych kwietników na każdej ulicy.

    Moskwa to także charakterystyczne zabytki i powszechnie znane, piękne metro. Pierwsze ciekawe miejsce to plac Czerwony. Słynny plac wraz z Kremlem jest uważany za centralne miejsce zarówno Moskwy, jak i całej Rosji. Na Kremlu możemy zwiedzić najcenniejsze zabytki, takie jak Sobór Archangielski, Orużejna Pałata, gdzie przechowywane są bogactwa carskie oraz Diamentowy Skarbiec, w którym zgromadzono diamenty, korony oraz kolekcje biżuterii carskiej. Jest to zdecydowanie najbardziej wartościowy zabytek Moskwy. Na Kremlu mieści się administracja państwowa wraz z siedzibą prezydenta Rosji. U stóp murów Kremla znajduje się granitowe Mauzoleum Lenina, do którego w czasie wakacji ustawiają się kilometrowe kolejki turystów. Po drugiej stronie placu stoi GUM – centralny dom handlowy w Moskwie, w którym warto spędzić kilka chwil, podziwiając wspaniałe wystawy luksusowych sklepów.

    Cennym zabytkiem jest nadrzeczny monaster Nowodziewiczy z licznymi skarbami, który w 2004 roku został wpisany w rejestr dziedzictwa światowego UNESCO. Jak pisano o tym obiekcie: „jest on jednym z bardziej znanych zabytków architektury rosyjskiej” oraz „dzieje monasteru są ściśle związane z polityczną, kulturalną i religijną historią Rosji”. Przyległy cmentarz Nowodziewicz jest obok muru Kremla najbardziej prestiżowym miejscem pochówku w stolicy.

    Przy sprzyjającej pogodzie warto obejrzeć panoramę Moskwy z Wróblowego Wzgórza. Stąd widać „siedem sióstr”, czyli rosyjskie „pałace kultury”. Budowę tych drapaczy rozpoczęto w 1947 roku na rozkaz Stalina. Bezładnie rozrzucone po mieście gmachy przedstawiają niecodzienny widok. Dwa z nich to budynki mieszkalne, następne dwa to ministerstwa, kolejne dwa to hotele, a w ostatnim z nich mieści się słynny Moskiewski Uniwersytet Państwowy Łomonosowa. Jako miłośniczka sportu i przyrody zachęcam obejrzeć również Łużniki. Zadbany teren obiektów sportowych robi ogromne wrażenie. Boiska do piłki nożnej, korty tenisowe, minigolf, ścieżki do jazdy na rolkach, baseny oraz hale sportowe toną wprost w kwiatach (w 2006 roku mer Moskwy Łyżkow ogłosił w stolicy „Festiwal kwiatów”). Wszystko to znajduje się ogromnym parku nad rzeką Moskwą.

    Miłośników sztuki zapraszam w ciągu dnia do Galerii Trietiakowskiej, gdzie zgromadzono najcenniejsze obrazy i ikony rosyjskich artystów. Natomiast wieczorem warto pójść do Teatru Wielkiego, który cieszy się sławą jednej z najlepszych scen na świecie. Każdy wielbiciel teatru powinien pójść tutaj na spektakl. Obecnie główny gmach teatru jest w remoncie, więc sztuki prezentowane są na Małej Scenie.

    Jeśli mamy ochotę na trochę rozrywki i szaleństwa, trzeba koniecznie odwiedzić Park Kultury. To ogromny teren parkowy. Jest tu mnóstwo huśtawek, są karuzele, tory wyścigowe, jest dom strachów i wiele innych atrakcji. Przy odrobinie szczęścia za sto rubli możemy w wielu konkurencjach wygrać wspaniałego pluszaka. A gdy zrobi się już ciemno, warto zatrzymać się przy kolorowo oświetlonych fontannach, które „tańczą” w rytm spokojnej muzyki. Również wieczorem zarówno miłośnicy sztuki, wielbiciele folkloru, jak i zwyczajni turyści miło spędzą czas na Arbacie – ulicy artystów. Wielką przyjemnością będzie spacer wśród pastelowych domów kupieckich, sklepów z pamiątkami i kawiarni. Gdy zajdzie słońce, proponuję również Park Zwycięstwa, który upamiętnia zwycięstwo Sowietów w II wojnie światowej. Tu możemy podziwiać aleję z fontannami podświetlonymi na czerwono, co symbolizuje przelaną krew żołnierzy radzieckich. Na końcu alei wzniesiono 142-metrowy obelisk greckiej bogini zwycięstwa Nike.

    Dużą atrakcją turystyczną Moskwy jest metro. Stacje są tu eleganckie, często ozdobione marmurami, freskami, dziełami sztuki, mozaikami i żyrandolami, przez co przypominają miniaturowe pałace. Na ścianach każdej stacji są malowidła z motywami historycznymi lub wojennymi lub przedstawiające sceny obyczajowe, np. szczęśliwą egzystencję mieszkańców Związku Radzieckiego. To metro jest po prostu wyjątkowe!

    Oczywiste jest, że z takiej wycieczki chcemy przywieźć cenne pamiątki. W tym celu, na koniec naszej podróży, wybierzemy się na Izmajłowo – targi rzemiosła i sztuki. Stąd z pewnością nie wrócimy z pustymi rękami… ewentualnie z pustymi portfelami. Izmajłowo to miejsce, gdzie można kupić wszystko, co kojarzy się z Rosją. np. matrioszki, radzieckie odznaki, biżuterię, chusty, obrazy, ikony. Wszystkie stoiska są stylizowane i razem tworzą kolorowe, baśniowe miasteczko.

    To oczywiście nie wszystkie miejsca, które miałam okazję zobaczyć. Wybrałam te, które uznałam za najważniejsze i najciekawsze. Mam nadzieję, że zainspirowałam przynajmniej kilka osób do zainteresowania się tą wielką, pełną kontrastów metropolią światową.

    Aneta Borzewska z Warszawy

  • Wieści


    Napisali o nas

    W jednym z numerów miesięcznika ELLE ukazał się artykuł Aleksandry Szarłat zatytułowany „Debiutanci”. Tytułowi debiutanci to potmkowie ziemiańskich i arystokratycznych rodów oraz przedstawiciele młodej elity wchodzącej w dorosłe życie. Spotkali się oni na trzecim już balu w pięknej scenerii Zamku Królewskiego w Warszawie. Zwyczaj ten wprowadziła Jolanta Bisping, hrabina Mycielska.

    Marek Żółtowski herbu Ogończyk – pisze w wywiadzie z nim red. Aleksandra Szarłat – ma 21 lat i od dawna już zarabia na własne potrzeby. Źle by się czuł prosząc rodziców o kieszonkowe. Więc puszczał już muzykę na imprezach, pomagał we francuskim pensjonacie w Konstancinie. Teraz studiuje prawo na UW, a w wolnych chwilach asystuje Marii Fołtyn w biurze organizacji Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. S. Moniuszki. Przedtem był wolontariuszem. W jego domu zawsze przywiązywano wagę do działalności społecznej. Wszyscy działali w towarzystwach ziemiańskich, zakładali koleje, kasy samopomocy, szkoły, ochronki i szpitale, byli działaczami. Pradziadek Marceli Żółtowski w końcu XIX wieku był członkiem powiatowego sejmiku, do którego należeli właściciele majątków, przedstawiciele przemysłu i handlu (…)

    Marek uwielbia rodzinne historie i wspólne przeżywanie świąt, śpiewanie kolęd i celebrowanie ważnych momentów. Przy rodzinnym stole zwykle zbiera się 30 osób.

    Dobry styl to dla niego umiejętność poradzenia sobie w każdej sytuacji i zachowanie w sposób godny, wyrażający szacunek dla innych (…)

    Rocznica

    Jubileusz Jana i Zofii Żółtowskich
    Jubileusz Jana i Zofii Żółtowskich

    Nekrolog

    24 września br. odeszła po długiej chorobie do Domu Ojca i Pana Naszego
    w wieku 86 lat moja Mama,
    śp.
    WANDA Z GRABOWSKICH ŻÓŁTOWSKA
    wdowa po śp. Zbigniewie.

    Mama moja była jedną z pierwszych powojennych mieszkanek Gliwic, dokąd przybyła wiosną 1945 roku w gronie szukających swojego nowego miejsca na ziemi wygnańców ze zrujnowanej i wypalonej popowstańczej Warszawy.

    Była niewiastą niezłomnych zasad moralnych, prawego i otwartego serca, zawsze życzliwa ludziom. Kochała góry, przyrodę, nieskalaną mowę i dzieje Ziemi Ojczystej, które to przymioty przekazała mi w swoim macierzyńskim darze.

    Spoczęła w zawsze gościnnej przybyszom ziemi, w bliskim sąsiedztwie Ojca mego, kolejnego wygnańca z Miasta Semper Fidelis – Lwowa.

    Pulvis et umbra sumus…

    Andrzej Żółtowski
    z Gliwic

  • Wspomnienie o mym Ojcu Julianie Żółtowskim

    Całość wspomnień spięłam dwoma aforyzmami ludzi żyjących w dwóch odległych od siebie epokach, a każdy z nich był obywatelem świata.

    „Gdy my żyjemy – to śmierci nie ma,
    Gdy śmierć przychodzi ? Nas już nie ma.”
             Epikur

    Pozostaje jednak pamięć w naszych sercach. Często się zdarza, że prawdziwi patrioci odchodzą w ciszy i zapomnieniu. Nie wynosi się ich na sztandarach, nie stawia pomników, nie towarzyszy im zgiełk i polityczny bełkot – jak teraz jest w modzie.

    Jednym z takich skromnych ludzi był Julian Żółtowski, który życie poświęcił ojczyźnie. Nie czynił tego dla splendorów, dla kariery, ale z potrzeby serca pro publico bono.

    Mając 15 lat ucieka z domu, aby uczestniczyć w Powstaniu Wielkopolskim. 27 grudnia 1918 roku jest w grupie hr. Mielżyńskiego, kiedy powstańcy rozbrajają Niemców i uderzają na Prezydium policji. Następnie 6 stycznia 1919 roku zdobywają lotnisko w Poznaniu. Bierze udział w II i III Powstaniu Górnośląskim w grupie hr. Mielżyńskiego, będąc w II Szwadronie I Pułku Ułanów Górnośląskich. Dowodzącym szwadronem był wówczas porucznik hr. Orzechowski.

    W czasie walk w III Powstaniu Górnośląskim przy zdobywaniu Góry św. Anny Julian Żółtowski zostaje ranny w udo. Do końca życia odczuwa skutki tej rany. Za udział w Powstaniu Wielkopolskim otrzymał Krzyż Walecznych, a za III Powstanie Górnośląskie – Krzyż Walecznych z gwiazdą.

    Po uzyskaniu niepodległości przez Państwo Polskie aż do wybuchu II wojny światowej działa w Związku Powstańców Wielkopolskich, jest organizatorem Koła Poznań-Zamek.

    Pracuje w zawodzie cukierniczym, swoje prace wystawia w Warszawie i Niemczech, jego wyroby są wysoko oceniane, uzyskały I miejsce. Jest współwłaścicielem cukierni i restauracji w Poznaniu.

    W 1932 roku założył rodzinę, ożenił się z Zofią Barańską. Nigdy nie zapomina o swoim rodzeństwie. Pomógł uzyskać zawód akuszerki siostrze Jadwidze, zakupił warsztat i sklep masarniczy bratu Stanisławowi.

    Natomiast szczególną troską otaczał najmłodszego brata (ojca Wacława), finansował jego edukację, doprowadził do mariażu z Kazimierą Wojdecką (24.08.1938 r.).

    Wybucha II wojna światowa. Pomimo wielu utrudnień i uciążliwości, po długiej podróży zatłoczonymi przez uciekinierów i wojsko drogami udaje Mu się dotransportować żonę i córkę do rodziny w Kutnie. Uważał, że tam będą bezpieczne. Niemcy ostrzeliwali z samolotów drogi po których przemieszczała się w różne strony przerażona uciekająca w panice ludność cywilna. Zamieszanie było potworne, ponieważ w tym samym czasie wojsko usiłowało przedzierać się wraz z taborami. Gdy nadlatywały niemieckie samoloty, żołnierze chronili się w lasach.

    Julian Żółtowski zostawił rodzinę w Kutnie i na apel Prezydenta Stefana Starzyńskiego poszedł bronić Warszawy. Pamiętam, miałam wtedy niewiele ponad sześć lat. Bez wiedzy dorosłych wyruszyłam za ojcem. Znalazłam się pośród żołnierzy polskich, wraz z nimi wędrowałam, a oni chronili mnie, otaczali opieką. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu, po paru dniach wędrówki matka odnalazła mnie.

    Jesienią wrócił zmizerowany i zrozpaczony ojciec. Wróciliśmy wszyscy do Poznania.

    Z początkiem 1940 roku Julian Żółtowski wysiedlony został przez władze niemieckie wraz z żoną Zofią i córką Anną z Poznania do obozu (Poznań-Główna), stamtąd do przeludnionego przez wysiedleńców Radomia.

    Później osiedla się w Piotrkowie Trybunalskim. Czując się odpowiedzialnym za los swego najmłodszego brata, z potrzeby serca, kierując się wielka miłością Julian Żółtowski w październiku 1941 roku przez trzy tygodnie opiekuje się konającym bratem Janem, który został ciężko ranny przez Niemców w Tarnowie.

    Niestety, 27 października 1941 roku Jan umiera. Jego syn Wacław ma wtedy 9 miesięcy.

    Po tragicznej śmierci Jana ojciec mój wspomagał wdowę Kazimierę znacznymi kwotami pieniędzy wypłacanymi co miesiąc. Czynił to przez całą okupację.

    Mój dziadek ze strony mamy Jan Władysław Barański był artystą malarzem, na prośbę mojego ojca wykonał portret stryja Jana Żółtowskiego, portret ten ofiarowałam Wacławowi Żółtowskiemu z Łodzi.

    W czasie okupacji niemieckiej Julian Żółtowski wstępuje w szeregi Polskiego Związku Wolności, później Armii Krajowej, otrzymuje pseudonim „Gryf”. Pełni funkcję łącznika na terenie Piotrków Trybunalski, Radomsko-Częstochowa. Dostarcza broń, amunicję, wyposażenie niezbędne partyzantom. Bierze udział w akcjach sabotażowych. Uzyskuje stopień kaprala, w 1942 roku zostaje ranny w głowę i w nogę.

    Po ukończeniu wojny w 1945 roku osiedla się w Słupsku z pierwszą grupą pionierów. Bierze czynny udział w organizowaniu życia w mieście. Z własnych zasobów finansowych zakupił maszyny oraz inne urządzenia, wyremontował lokal i uruchomił piekarnię i cukiernię. Wypiekał chleb i rozdawał głodującym mieszkańcom. Przyczynił się też do uruchomienia pierwszych jadłodajni obywatelskich. Został prezesem zrzeszenia kupców, organizował kupiectwo na terenie Słupska, pełnił też funkcję radcy Izby Przemysłowo-Handlowej w Gdyni.

    Z chwilą powołania do życia Miejskiej Rady Narodowej piastował urząd radnego. Julian Żółtowski był człowiekiem bardzo wrażliwym na ludzką krzywdę, zawsze udzielał ludziom pomocy. Skromny, ale odważny, co w czasach stalinowskich nie było bezpieczne. Wyrażał publicznie swoje opinie, nie bacząc na konsekwencje. Kierował się prawdą, a takie jednostki w tych czasach były eliminowane ze społeczeństwa. W Słupsku wydarzył się pewien incydent, nie pamiętam dokładnie daty, ale było to prawdopodobnie przed referendum (3 x tak). W czasie seansu filmowego grupa małych dzieci (harcerzy) inspirowana przez osoby starsze, rozrzuciła z balkonu ulotki o treści antykomunistycznej. Dzieci złapano, zostały aresztowane, następnie sądzone. Julian Żółtowski był w tym czasie ławnikiem. Nie zważając na konsekwencje, stanął w obronie przerażonych małych dzieci, które siedząc na ławie oskarżonych, były prawie niewidoczne (widać było tylko czubki głów). Wygłosił płomienne przemówienie, ale w swoim proteście był osamotniony. Trzeba było dużej odwagi, by w czasach terroru wyrażać swoje zdanie, aby przeciwstawiać się ówczesnej władzy. Zapamiętano Mu to przemówienie w sądzie i wiele innych odważnych publicznych wystąpień.

    W 1949 roku odebrano Mu cukiernię i piekarnię wraz z całym wyposażeniem bez żadnej rekompensaty.

    Julian Żółtowski pod koniec 1949 roku zostaje aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa w Słupsku, następnie przewieziony do aresztu UB w Szczecinie, gdzie przetrzymywany jest przez siedem miesięcy. Nie przedstawiono Mu aktu oskarżenia, nie było też sprawy sądowej.

    W czasie gdy przebywał w areszcie, znęcano się nad Nim psychicznie i fizycznie, bito i torturowano w okrutny sposób.

    W 1950 roku zostaje zwolniony z aresztu w bardzo złym stanie zdrowia. Umierał przez pięć dni i tyleż nocy – czuwałam przy jego łóżku na zmianę z matką. Bojąc się o nasz los, nie opowiadał o swojej krzywdzie, jakiej doznał przez te siedem miesięcy pobytu w więzieniu. Natomiast gdy tracił świadomość, mówił urywanymi zdaniami, treść ich była przerażająca.

    22 sierpnia 1950 roku zmarł po ciężkich cierpieniach w szpitalu w Słupsku.

    Ale na tym historia się nie kończy. Bezpieka szykanuje żonę Zofię i córkę Annę.

    Zostają eksmitowane z mieszkania do jednego pokoju bez kuchni i wc. Otrzymują też radę od samego Przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Słupsku, który nie odmówił sobie satysfakcji obecności przy eksmisji. A rada brzmi: byśmy postarały się wyjechać z miasta.

    I tak zostałyśmy wrogami klasowymi, a może wyrzutem sumienia?

    Po wielu latach odwiedziłam Słupsk, wydał mi się dzisiaj piękniejszy, większy, ale i obcy, a kiedyś był tak bliski memu sercu. Teraz wiążą mnie z tym miastem tylko bolesne wspomnienia. Tutaj pozostawiłam mogiłę mego Ojca, spoczywa On pod ogromnym kasztanowcem, który latem otula cieniem, a jesienią okrywa grubą warstwą liści grób jednego z pierwszych pionierów miasta Słupska.

    Jest w tym coś mistycznego – szczególna więź drzewa, które swoimi korzeniami oplata szczątki człowieka.

    „Umiera człowiek, ale zostaje
    po Nim słowo, specyficzny dla
    Niego gest, klimat uczuciowy,
    który wokół siebie roztaczał
    a więc Jego jakby symbole, które
    zostały swego czasu rzucone
    w świat otaczający i w tym świecie
    się zatrzymały, podczas gdy
    ciało przestało istnieć”
           dr Antoni Kępiński

    Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska

  • Człowiek z sercem na dłoni


    Słupski cmentarz utulił do snu niejedno pokolenie. Leżą tu mieszkańcy dzisiejszego Słupska i starego Stolpu, ci wielcy i mali.

    Poznać losy mieszkańców znaczy poznać losy ziemi, którą zamieszkiwali. To chyba najpiękniejsza droga do zaznajomienia się z historią. Dlatego dziś opowiem o człowieku, który szczególnie zasłużył sobie na pamięć i szacunek potomnych, człowieku skromnym, dobrodusznym, a przy tym walecznym i sprawiedliwym, zawsze stającym po stronie pokrzywdzonych.

    Julian Żółtowski, bo o nim mowa, urodził się 12.02.1903 r. w Piotrkowie Trybunalskim. Już w wieku lat 15-tu brał czynny udział w Powstaniu Wielkopolskim. Walczył w grupie, która rozbroiła Niemców, uderzyła na prezydium policji, a 6 stycznia 1919 r. zdobyła lotnisko w Poznaniu.

    Niedługo po tym uczestniczył w II i III Powstaniu Śląskim. W III Powstaniu Śląskim, przy zdobywaniu Góry św. Anny, został ranny.

    W latach powojennych organizował koło Związku Powstańców Wielkopolskich na zamku w Poznaniu. Jednak już w marcu 1940 r. wraz z żoną Zofią i córką Anną został wysiedlony przez władze niemieckie z Poznania do obozu przejściowego. Stamtąd trafił do przeludnionego już wtedy Radomia, a następnie do Piotrkowa Trybunalskiego. Tam wstąpił w szeregi Polskiego Związku Wolności, później do Armii Krajowej pod pseudonimem „Gryf”.

    Pełnił funkcję łącznika na terenie Częstochowy, Radomska i Piotrkowa Trybunalskiego. Zajmował się także dostarczaniem broni, amunicji i wyposażenia. Brał udział w akcjach sabotażowych.

    Po zakończeniu wojny w 1945 r. osiedlił się w Słupsku. Od tego momentu rozpoczął się nowy, a zarazem ostatni już etap w jego życiu. Z uzbieranych oszczędności Julian Żółtowski zakupił niezbędne urządzenia i maszyny i uruchomił cukiernię i piekarnię przy ul. Dworcowej 11 (dzisiejsza Wojska Polskiego 11).

    Gdy w mieście pojawił się głód za zaoszczędzone przez siebie pieniądze, wypiekał chleb, który rozdawał głodnym i potrzebującym. Jego dom był zawsze pełen ludzi. Większość odwiedzających przychodziła do niego po wsparcie, radę i pomoc. Nikomu nie odmawiał. Od pierwszej chwili powołania do życia Miejskiej Rady Narodowej piastował urząd radnego. Był prezesem Stowarzyszenia Kupców oraz radcą Izby Przemysłowo-Handlowej w Gdyni. Zajmował się organizowaniem kupiectwa na terenie całego Słupska. Przyczynił się także do uruchomienia pierwszych jadłodajni obywatelskich.

    W 1949 r. Julian Żółtowski został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa w Słupsku, a następnie przewieziony do Szczecina, gdzie w areszcie śledczym przez 7 miesięcy poddawany był torturom. W 1950 r. został wypuszczony w bardzo złym stanie zdrowia. Przypadkowy przechodzień nakarmił go i kupił mu bilet kolejowy. Tylko dzięki temu udało mu się dotrzeć ze Szczecina do domu.

    Jedna z mieszkanek Słupska, która przypadkowo widziała, jak Julian Żółtowski wysiadał z pociągu, tak opisywała to zdarzenie: „Kiedy pociąg zajechał otworzyły się drzwi przedziału, tuż przed nami mignęła zmizerniała twarz Pana Żółtowskiego. Wychodził z przedziału tyłem, podpierając się również rękoma. Patrzyliśmy ze współczuciem i przerażeniem…”

    22 sierpnia 1950 r. Julian Żółtowski umarł w słupskim szpitalu osamotniając żonę Zofię i córkę Annę.

    Anna Żółtowska – córka Juliana mieszka w Brzegu. W zeszłym roku odwiedzając słupski cmentarz usłyszała o Izbie Pamięci Słupszczan. W ten sposób nawiązała się nasza znajomość. Dzięki informacjom oraz dokumentom przesłanym przez panią Annę, słupszczanie mogą dowiedzieć się kim był jej ojciec, kim był człowiek, który szedł przez życie z sercem na dłoni.

    Julian Żółtowski pochowany jest na cmentarzu komunalnym w Słupsku. Jeśli ktoś chciałby mu podziękować za dobroć i serce, jakie okazywał innym, niech zapali znicz na jego grobie – kwatera 7b, rząd 4 nr 1.

    Ewa Gontarek

    Artykuł ukazał się w gazecie „Moje miasto” Nr 6(74) z 23 marca 2006 roku. Przedruk za zgodą autora.