Całość wspomnień spięłam dwoma aforyzmami ludzi żyjących w dwóch odległych od siebie epokach, a każdy z nich był obywatelem świata.
„Gdy my żyjemy – to śmierci nie ma,
Gdy śmierć przychodzi ? Nas już nie ma.”
Epikur
Pozostaje jednak pamięć w naszych sercach. Często się zdarza, że prawdziwi patrioci odchodzą w ciszy i zapomnieniu. Nie wynosi się ich na sztandarach, nie stawia pomników, nie towarzyszy im zgiełk i polityczny bełkot – jak teraz jest w modzie.
Jednym z takich skromnych ludzi był Julian Żółtowski, który życie poświęcił ojczyźnie. Nie czynił tego dla splendorów, dla kariery, ale z potrzeby serca pro publico bono.
Mając 15 lat ucieka z domu, aby uczestniczyć w Powstaniu Wielkopolskim. 27 grudnia 1918 roku jest w grupie hr. Mielżyńskiego, kiedy powstańcy rozbrajają Niemców i uderzają na Prezydium policji. Następnie 6 stycznia 1919 roku zdobywają lotnisko w Poznaniu. Bierze udział w II i III Powstaniu Górnośląskim w grupie hr. Mielżyńskiego, będąc w II Szwadronie I Pułku Ułanów Górnośląskich. Dowodzącym szwadronem był wówczas porucznik hr. Orzechowski.
W czasie walk w III Powstaniu Górnośląskim przy zdobywaniu Góry św. Anny Julian Żółtowski zostaje ranny w udo. Do końca życia odczuwa skutki tej rany. Za udział w Powstaniu Wielkopolskim otrzymał Krzyż Walecznych, a za III Powstanie Górnośląskie – Krzyż Walecznych z gwiazdą.
Po uzyskaniu niepodległości przez Państwo Polskie aż do wybuchu II wojny światowej działa w Związku Powstańców Wielkopolskich, jest organizatorem Koła Poznań-Zamek.
Pracuje w zawodzie cukierniczym, swoje prace wystawia w Warszawie i Niemczech, jego wyroby są wysoko oceniane, uzyskały I miejsce. Jest współwłaścicielem cukierni i restauracji w Poznaniu.
W 1932 roku założył rodzinę, ożenił się z Zofią Barańską. Nigdy nie zapomina o swoim rodzeństwie. Pomógł uzyskać zawód akuszerki siostrze Jadwidze, zakupił warsztat i sklep masarniczy bratu Stanisławowi.
Natomiast szczególną troską otaczał najmłodszego brata (ojca Wacława), finansował jego edukację, doprowadził do mariażu z Kazimierą Wojdecką (24.08.1938 r.).
Wybucha II wojna światowa. Pomimo wielu utrudnień i uciążliwości, po długiej podróży zatłoczonymi przez uciekinierów i wojsko drogami udaje Mu się dotransportować żonę i córkę do rodziny w Kutnie. Uważał, że tam będą bezpieczne. Niemcy ostrzeliwali z samolotów drogi po których przemieszczała się w różne strony przerażona uciekająca w panice ludność cywilna. Zamieszanie było potworne, ponieważ w tym samym czasie wojsko usiłowało przedzierać się wraz z taborami. Gdy nadlatywały niemieckie samoloty, żołnierze chronili się w lasach.
Julian Żółtowski zostawił rodzinę w Kutnie i na apel Prezydenta Stefana Starzyńskiego poszedł bronić Warszawy. Pamiętam, miałam wtedy niewiele ponad sześć lat. Bez wiedzy dorosłych wyruszyłam za ojcem. Znalazłam się pośród żołnierzy polskich, wraz z nimi wędrowałam, a oni chronili mnie, otaczali opieką. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu, po paru dniach wędrówki matka odnalazła mnie.
Jesienią wrócił zmizerowany i zrozpaczony ojciec. Wróciliśmy wszyscy do Poznania.
Z początkiem 1940 roku Julian Żółtowski wysiedlony został przez władze niemieckie wraz z żoną Zofią i córką Anną z Poznania do obozu (Poznań-Główna), stamtąd do przeludnionego przez wysiedleńców Radomia.
Później osiedla się w Piotrkowie Trybunalskim. Czując się odpowiedzialnym za los swego najmłodszego brata, z potrzeby serca, kierując się wielka miłością Julian Żółtowski w październiku 1941 roku przez trzy tygodnie opiekuje się konającym bratem Janem, który został ciężko ranny przez Niemców w Tarnowie.
Niestety, 27 października 1941 roku Jan umiera. Jego syn Wacław ma wtedy 9 miesięcy.
Po tragicznej śmierci Jana ojciec mój wspomagał wdowę Kazimierę znacznymi kwotami pieniędzy wypłacanymi co miesiąc. Czynił to przez całą okupację.
Mój dziadek ze strony mamy Jan Władysław Barański był artystą malarzem, na prośbę mojego ojca wykonał portret stryja Jana Żółtowskiego, portret ten ofiarowałam Wacławowi Żółtowskiemu z Łodzi.
W czasie okupacji niemieckiej Julian Żółtowski wstępuje w szeregi Polskiego Związku Wolności, później Armii Krajowej, otrzymuje pseudonim „Gryf”. Pełni funkcję łącznika na terenie Piotrków Trybunalski, Radomsko-Częstochowa. Dostarcza broń, amunicję, wyposażenie niezbędne partyzantom. Bierze udział w akcjach sabotażowych. Uzyskuje stopień kaprala, w 1942 roku zostaje ranny w głowę i w nogę.
Po ukończeniu wojny w 1945 roku osiedla się w Słupsku z pierwszą grupą pionierów. Bierze czynny udział w organizowaniu życia w mieście. Z własnych zasobów finansowych zakupił maszyny oraz inne urządzenia, wyremontował lokal i uruchomił piekarnię i cukiernię. Wypiekał chleb i rozdawał głodującym mieszkańcom. Przyczynił się też do uruchomienia pierwszych jadłodajni obywatelskich. Został prezesem zrzeszenia kupców, organizował kupiectwo na terenie Słupska, pełnił też funkcję radcy Izby Przemysłowo-Handlowej w Gdyni.
Z chwilą powołania do życia Miejskiej Rady Narodowej piastował urząd radnego. Julian Żółtowski był człowiekiem bardzo wrażliwym na ludzką krzywdę, zawsze udzielał ludziom pomocy. Skromny, ale odważny, co w czasach stalinowskich nie było bezpieczne. Wyrażał publicznie swoje opinie, nie bacząc na konsekwencje. Kierował się prawdą, a takie jednostki w tych czasach były eliminowane ze społeczeństwa. W Słupsku wydarzył się pewien incydent, nie pamiętam dokładnie daty, ale było to prawdopodobnie przed referendum (3 x tak). W czasie seansu filmowego grupa małych dzieci (harcerzy) inspirowana przez osoby starsze, rozrzuciła z balkonu ulotki o treści antykomunistycznej. Dzieci złapano, zostały aresztowane, następnie sądzone. Julian Żółtowski był w tym czasie ławnikiem. Nie zważając na konsekwencje, stanął w obronie przerażonych małych dzieci, które siedząc na ławie oskarżonych, były prawie niewidoczne (widać było tylko czubki głów). Wygłosił płomienne przemówienie, ale w swoim proteście był osamotniony. Trzeba było dużej odwagi, by w czasach terroru wyrażać swoje zdanie, aby przeciwstawiać się ówczesnej władzy. Zapamiętano Mu to przemówienie w sądzie i wiele innych odważnych publicznych wystąpień.
W 1949 roku odebrano Mu cukiernię i piekarnię wraz z całym wyposażeniem bez żadnej rekompensaty.
Julian Żółtowski pod koniec 1949 roku zostaje aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa w Słupsku, następnie przewieziony do aresztu UB w Szczecinie, gdzie przetrzymywany jest przez siedem miesięcy. Nie przedstawiono Mu aktu oskarżenia, nie było też sprawy sądowej.
W czasie gdy przebywał w areszcie, znęcano się nad Nim psychicznie i fizycznie, bito i torturowano w okrutny sposób.
W 1950 roku zostaje zwolniony z aresztu w bardzo złym stanie zdrowia. Umierał przez pięć dni i tyleż nocy – czuwałam przy jego łóżku na zmianę z matką. Bojąc się o nasz los, nie opowiadał o swojej krzywdzie, jakiej doznał przez te siedem miesięcy pobytu w więzieniu. Natomiast gdy tracił świadomość, mówił urywanymi zdaniami, treść ich była przerażająca.
22 sierpnia 1950 roku zmarł po ciężkich cierpieniach w szpitalu w Słupsku.
Ale na tym historia się nie kończy. Bezpieka szykanuje żonę Zofię i córkę Annę.
Zostają eksmitowane z mieszkania do jednego pokoju bez kuchni i wc. Otrzymują też radę od samego Przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej w Słupsku, który nie odmówił sobie satysfakcji obecności przy eksmisji. A rada brzmi: byśmy postarały się wyjechać z miasta.
I tak zostałyśmy wrogami klasowymi, a może wyrzutem sumienia?
Po wielu latach odwiedziłam Słupsk, wydał mi się dzisiaj piękniejszy, większy, ale i obcy, a kiedyś był tak bliski memu sercu. Teraz wiążą mnie z tym miastem tylko bolesne wspomnienia. Tutaj pozostawiłam mogiłę mego Ojca, spoczywa On pod ogromnym kasztanowcem, który latem otula cieniem, a jesienią okrywa grubą warstwą liści grób jednego z pierwszych pionierów miasta Słupska.
Jest w tym coś mistycznego – szczególna więź drzewa, które swoimi korzeniami oplata szczątki człowieka.
„Umiera człowiek, ale zostaje
po Nim słowo, specyficzny dla
Niego gest, klimat uczuciowy,
który wokół siebie roztaczał
a więc Jego jakby symbole, które
zostały swego czasu rzucone
w świat otaczający i w tym świecie
się zatrzymały, podczas gdy
ciało przestało istnieć”
dr Antoni Kępiński
Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska