Tag: Nr 48

  • XVI Zjazd w Nowej Kaletce

    XVI Zjazd w Nowej Kaletce XVI Zjazd w Nowej Kaletce XVI Zjazd w Nowej Kaletce XVI Zjazd w Nowej Kaletce

    Tegoroczny Zjazd rozpoczął się jak zwykle przed Bożym Ciałem. Większość uczestników przyjechała jednak w czwartek. W dniu Bożego Ciała tradycyjnie uczestniczymy we mszy świętej i procesji.

    Po południu do ośrodka przyjechali dziennikarze z „Gazety Olsztyńskiej”. Przez kilka godzin cierpliwie odpowiadaliśmy na ich pytania. Opowiadaliśmy o ważnych i ciekawych wydarzeniach z historii rodu i naszych wieloletnich spotkań. Obszerny artykuł z tego spotkania dziennikarskiego ukazał się w „Gazecie Olsztyńskiej” 15 czerwca br., a mottem artykułu jest to, że rodzina Żółtowskich pielęgnuje wielowiekowe tradycje rodu.

    W czwartek chwila najważniejsza – zebranie ogólne. Na zebraniu dyskutuje się o ważnych sprawach dotyczących przyszłości Związku. W zastępstwie nieobecnego prezesa Rafała spotkaniu przewodniczył wiceprezes Mariusz ze Sztumu. Na wstępie odczytał tekst pozdrowień nadesłanych przez Stefanię i Rafała.

    Elżbieta i Wacław z Łodzi w imieniu zebranych złożyli życzenia Natalii i Edwardowi z okazji zawarcia związku małżeńskiego. Pięknie wydana „Genealogia Rodu Żółtowskich” i gromkie „sto lat” dopełniają radości i serdeczności życzeniom.

    Zwyczajem jest, że osoby, które po raz pierwszy biorą udział w Zjeździe, przedstawiają się. Opowiada o sobie Danuta – mama Mariusza i Tomka, następnie przedstawiają się dzieci Janeczki z Wrocławia – Danusia i Krzysztof. Mówią o swoim życiu, dlaczego tak późno zdecydowali się na udział w Zjeździe i deklarują, że postarają się uczestniczyć w następnych spotkaniach, przede wszystkim ze względu na rodzinną atmosferę panującą na Zjeździe.

    Basia ze Skierniewic przedstawia stan związkowej kasy. Oklaski są pochwałą dla skarbnika za wnikliwe i rzetelnie prowadzenie finansów. Bożena z Warszawy omawia sprawy kwartalnika i jak zwykle gorąco apeluje do wszystkich o pisanie tekstów do naszej gazety.

    Toczy się dyskusja o wyborze miejsca kolejnego Zjazdu. Padają propozycje Łagowa i okolic Łodzi. Bogusia i Wacław obiecali zrobić rozeznanie w proponowanych ośrodkach i po przekazaniu warunków pobytu zarząd wybierze korzystniejszą ofertę.

    Kicia z Adasiem przedstawiają plan wycieczki, a Wacław z Łodzi apeluje o przysyłanie na jego adres uaktualnień dotyczących Żółtowskich, ponieważ od tego, jak szybko nadejdą informacje, zależy termin wydania nowej edycji genealogii.

    Po przekazaniu przez Mariusza informacji o Michale z Lasek, zebrani proszą o przesłanie pozdrowień nieobecnemu seniorowi.

    Bożena z Mariuszem z Torunia przekazują ogromny chleb z herbem upieczony specjalnie na Zjazd.

    Jeden z kuzynów zaproponował, aby można było w kwartalniku zamieszczać informacje czy też zareklamować swoje firmy, jakie prowadzą na terenie kraju. Zebrani poparli pomysł.

    Padła także propozycja zmiany terminu Zjazdów, ale po głosowaniu okazało się, że zaproponowana innowacja nie została zaakceptowana.

    Starym zwyczajem na piątek zaplanowana była uroczysta kolacja. Było bardzo gorąco, więc zdecydowano, aby piątkowy wieczór odbył się na powietrzu. Stoły i ławy ustawiono wśród świerków, jadło było pyszne i nastroje przednie.

    Na sobotę zaplanowano mszę za rodziny Żółtowskich. Mszę odprawił zaprzyjaźniony z rodziną Kici ksiądz w Sanktuarium Świętego Krzyża w Klebarku Wielkim. Po mszy byliśmy wspaniale przyjęci na plebanii. Ksiądz pokazał nam piękne historyczne zbiory, a także ugościł poczęstunkiem. A była nas niemała grupka.

    Sobota upływa na rozmowach o sprawach rodzinnych, o problemach, radościach i oczywiście umawiamy się na następne spotkanie.

    W niedzielę syci wrażeń rozjeżdżamy się do swoich domów. Spotkamy się znów za rok.

    B

  • Uczestnicy XVI Zjazdu Rodu Żółtowskich w Nowej Kaletce


    Czerwiec 2007

    • Jacek z Łodzi
    • Wojciech z Warszawy
    • Władysław z Kielc
    • Longina z Olsztyna
    • Włodzimierz z Mławy
    • Zbigniew z Warszawy
    • Elżbieta i Wacław z Łodzi
    • Andrzej Kazimierz z Płocka
    • Mieczysław ze Szczecina
    • Andrzej Marek z Warszawy
    • Barbara Merkel z Wrocławia
    • Elżbieta i Kazimierz z Kutna
    • Barbara i Jarosław ze Skierniewic
    • Anna i Janusz z córką Darią z Płocka
    • Bożena i Jerzy Lipińscy z Warszawy
    • Bogumiła z dziećmi: Anną i Michałem z Białej
    • Mirella i Mariusz ze Sztumu z mamą Danutą
    • Marzena i Dariusz Borzewscy z córką Anetą z Warszawy
    • Hanna i Sławomir z synem Michałem ze Szczecina
    • Ewa i Michał z wnuczką Martynką z Warszawy
    • Agata i Tomek z dziećmi: Amelką i Tomisławem z Gdańska
    • Bożena i Marian Drożdżalowie z synem Maciejem z Torunia
    • Natalia i Edward ze Skierniewic z wnuczkami: Pauliną i Kamilą
    • Krystyna z synem Adamem i wnuczkiem Tomkiem ze Szczęsnego
    • Janina z córką Danutą oraz z synem Krzysztofem i jego córką Malwiną z Wrocławia
  • Czas zmarnowany nie istnieje we wspomnieniach

    Piękna, słoneczna pogoda, która powitała nas w wiosenny ranek, była obietnicą wielu wrażeń na naszym turystycznym szlaku. Wprawdzie trudno było opuszczać malowniczo położony nad jeziorem ośrodek, ale żeby coś zobaczyć czy zwiedzić, trzeba sobie zadać trochę trudu.

    Jestem zapaloną turystką i od dłuższego już czasu czekałam z niecierpliwością na możliwość podziwiana miejsc, które znałam z przewodników turystycznych.

    Ruszamy w drogę. Mijamy Olsztyn – stolicę Warmii (niektórzy mylnie lokalizują to miasto na Mazurach, ale nam takie pomyłki nie mają prawa się przydarzyć). W połowie drogi między Olsztynem a Lidzbarkiem Warmińskim leży niewielkie miasto, zwane Dobrym. Nad rzeką Łyną stoi owalna baszta Bociania, pozostałość dawnych murów miejskich. Na szczycie stożkowatego dachu baszty tkwi bocianie gniazdo, o tej porze roku oczywiście zasiedlone przez te sympatyczne ptaki.

    Na tyłach autobusu od razu odbywa się błyskawiczny konkurs pod hasłem „Sto anegdot o bocianach”.

    W centrum miasta wzrok przykuwa wysoka, surowa świątynia, aż dziwne wydaje się, że ten ogrom cegieł zużyty do jej zbudowania w XIV wieku, do tej pory się nie rozsypał. Kiedy znajdujemy się na dziedzińcu, zadajemy sobie pytanie w jaki sposób ówcześni budowniczowie zdołali bez współczesnych wind i żurawi zbudować wysoką, blisko czterdziestometrową wieżę kościoła? We wnętrzu świątyni pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela i Wszystkich Świętych znajdują się cenne dzieła sztuki, przede wszystkim gotyckie i barokowe. Szczególne wrażenie robią na nas misterna ambona i równie piękne baptysterium wykonane w warsztatach w Królewcu u schyłku XVIII stulecia. Zadziwia duża liczba tzw. przyfiltrowych ołtarzy. Wzięła się stąd, że każdy z dwunastu kanoników miał „swój” ołtarz do odprawiania mszy świętej. Później, gdy gremium kanoników zmalało, opiekę nad ołtarzami przejęły cechy i bractwa. Kościół z wysoką wieżą oraz zabudowania kolegiackie, przypominają swą bryłą zamek. Budowniczowie kolegiaty wykazali się dwukrotnie dalekowzroczną mądrością – podczas wojny głodowej w 1414 roku oraz ostatniej wojny polsko-krzyżackiej w 1520 roku była ona atakowana. Za pierwszym razem napastnikom udało się poczynić znaczne szkody, za drugim budowla wytrzymała oblężenie.

    Wracamy do autokaru. Tu czeka nas dylemat: mamy do wyboru większy autobus bez klimatyzacji, albo mniejszy – klimatyzowany. W upalny dzień jasne, że wybieramy ten drugi. Jest jedno małe „ale”. Brakuje miejsca dla organizatora wycieczki („szewc bez butów…”) mojego ulubieńca Adasia. Od tej pory muszę walczyć z „tyłami” o miejsce siedzące dla niego. Krzyś z Wrocławia komentuje tę sytuację krótko: „Lepsze jest wrogiem dobrego”. Zaskarbia sobie tym naszą natychmiastową sympatię i bez żadnych dodatkowych warunków przyjmujemy go do naszego grona „ludzi pozytywnie zakręconych”. Jak się potem okazuje, mieliśmy całkowitą rację, bo Krzyś przez cały czas w autobusie zabawiał nas wyjątkowo śmiesznymi dowcipami, dzięki czemu wszyscy byli w znakomitych humorach pomimo zmęczenia, upału i średniodziałającej klimatyzacji.

    Dzień upływa pod znakiem odwiedzania miejsc, w których przebywały wybitne postacie naszej historii. Tak było z monumentalnym, gotyckim zamkiem biskupów w Lidzbarku Warmińskim. Zamek, który ze względu na wielkość i architekturę, m.in. arkadowe krużganki, bywa nazywany Wawelem Północy, zaszczycały swoją bytnością takie m.in. sławne osobistości, jak: Łukasz Watzenrode, Mikołaj Kopernik, Jan Dantyszek, Ignacy Krasicki. Na zamku w Olsztynie, gdzie w latach 1516-1519 pracował nasz wielki astronom, przypomniały mi się słowa poety: „Noc roziskrzona gwiazdami, pogodna, to pora pracy. Astronom na wieży patrzy na gwiazdy, ręka jego chłodna ujmuje cyrkiel, który Wszechświat mierzy…” Tak pisał Władysław Broniewski w poemacie „Kopernik”, a mnie, widok małego okienka w wieży przeniósł w czasy mojej ulubionej epoki – renesansu. Zobaczenie zamku w Lidzbarku Warmińskim to było jedno z moich marzeń. Zbudowany na planie kwadratu sprawia monumentalne wrażenie. Lekkości dodają mu jedynie smukłe wieżyczki narożne. Opływają go wody Łyny i Symsarny. Zwiedzamy wspaniałe komnaty, obecnie będące miejscem ekspozycji skarbów kultury, podziwiamy zachowane fragmenty różnych warstw malowideł ściennych. Uwagę przykuwa skrząca się od złoceń rokokowa kaplica, gdzie można obejrzeć ambonę rydwanową i „kieszonkowe” organy. Zejście do piwnic, niestety, bez przechowywanych tu onegdaj win, chłodzi nasze umęczone upałem ciała.

    Podziwiamy różnego rodzaju sklepienia gotyckie – krzyżowe, krzyżowo-żebrowe, gwiaździste, aż po przepiękne kryształowe na zamku w Olsztynie.

    Aneta i „dwa Michały” błyskawicznie przebierają się w stroje z epoki renesansu, czym wzbudzają radość wśród uczestników wycieczki.

    Z Lidzbarka udajemy się do pobliskiego Stoczka Klasztornego. Oglądamy Sanktuarium Maryjne, które początkiem sięga średniowiecza. Obecna, okrągła świątynia z kopułą, na wzór rzymskich bazylik, dar dla Królowej Pokoju pochodzi z XVII wieku i zbudowana została jako votum za nastanie upragnionego pokoju po okresie wojen z Rosją, Turcją i Szwedami. W klasztorze mieści się „Izba Pamięci” ku czci Prymasa Polski Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który tutaj był internowany przez władze komunistyczne i uwięziony 8 grudnia 1953 roku. Dodatkowym walorem podkreślającym wyjątkowość tego miejsca jest przyroda, a w szczególności piękny ogród przyklasztorny, ostoja ciszy i spokoju, miejsce, które sprzyja zadumie nad nieprzemijającymi wartościami.

    Wracamy do stolicy Warmii i na pięknej olsztyńskiej starówce regenerujemy siły, po czym kontynuujemy nasze spotkania z historią.

    Ponad głęboką doliną Łyny wznosi się najstarsza część Olsztyna – XIV-wieczny zamek. Jest to budowla obronna. Ma trzy skrzydła, dwa gotyckie i jedno, widoczne od strony miasta, barokowe. W potężnych murach zwracają uwagę masywna wieża główna, a także wysoko zawieszona na południowym skrzydle hurdycja – rodzaj drewnianego ganku obronno-obserwacyjnego. Na dziedzińcu stoją kamienne postacie wykute przed wiekami w granitowych głazach narzutowych. Były przedmiotem kultu pogańskiego Prusów, badacze szacują ich wiek na co najmniej siedemset lat. Choć czas zatarł szczegóły tych rzeźb, łatwo można rozpoznać, że są to męskie postacie – mają wąsy, a za pasem nóż, krótki miecz i bardzo często róg. A nazywają się… „baby”. Co ma baba do męskich posągów? Po turecku baba to ojciec, a także człowiek zasłużony lub czcigodny starzec. Jeszcze rok temu tajemniczości niezwykłym rzeźbom nadawał cień potężnej, pomnikowej lipy. Ale wichura, która przeszła nad Olsztynem, pozbawiła zamkowy dziedziniec tej pięknej ozdoby.

    Wewnątrz zamku mamy okazję podziwiać oryginalną pamiątkę pozostawioną przez Mikołaja Kopernika. To acquinoctium – wykres wiosennego zrównania dnia z nocą, naniesiony na jedną ze ścian w pierwszej połowie 1517 roku.

    Po wyjściu z zamku robimy sobie pamiątkowe zdjęcia, siedząc na odlanych z brązu kolanach… Mikołaja Kopernika.

    Jednym z najciekawszych zabytków Olsztyna, który mieliśmy okazję zwiedzić, jest XIV-wieczna katedra św. Jakuba. Niewiele zostało w jej wnętrzu z pierwotnego wyposażenia. Można jednak podziwiać piękne XVI-wieczne sklepienie kryształowe, ołtarz-tryptyk przedstawiający scenę Zwiastowania, jak również barokową ambonę.

    Z Olsztyna jedziemy do pobliskiego Gietrzwałdu. Sławę, wykraczającą daleko poza granice Mazur, ta mała wioska zyskała w XIX wieku, po tym, jak kilkunastoletnim dziewczynkom ukazała się Matka Boska, przemawiając do nich… po polsku. Był to okres najsilniejszej fali germanizacyjnej i bezwzględnego rozprawiania się ze wszystkim co polskie. Gietrzwałd stał się głównym ośrodkiem walki o przetrwanie. Objawienia przyczyniły się do odrodzenia życia religijnego oraz świadomości narodowej.

    W gotyckim kościele Narodzenia Najświętszej Marii Panny oraz świętych Piotra i Pawła przez cały czas widać modlących się przed cudownym obrazem pielgrzymów. W miejscu objawień bije poświęcone przez Matkę Bożą źródło z wodą uważaną za uzdrawiającą.

    Syci wrażeń wracamy do ośrodka, jednego z piękniejszych, w którym mieliśmy okazję się spotkać na naszych rodzinnych zjazdach. Dobrze, że zamiast uroczystej kolacji urządzono uroczysty grill, ponieważ nie musieliśmy się wbijać w odświętne szatki. Mogliśmy za to sobie swobodnie pośpiewać na świeżym powietrzu, w przyjemnej bryzie wiejącej od pobliskiego jeziora.

    Tytułem mojego tekstu jest myśl Stefana Kisielewskiego. Jestem przekonana, że ten piękny dzień zjazdowy nie był czasem zmarnowanym i pozostanie na długo w naszych wspomnieniach.

    P.S. Będę wdzięczna fotografom zjazdowym za kontakt w sprawie zdjęć, które zostaną umieszczone w fotograficznym albumie wspomnień.

    Bogusia z Białej

  • Kopernik

    Noc roziskrzona gwiazdami, pogodna –
    To pora pracy. Astronom na wieży
    Patrzy na gwiazdy. Rąka jego chłodna
    Ujmuje cyrkiel, który Wszechświat mierzy.
    Wielki Wóz sporo już objechał nieba,
    Niedługo błyśnie sierp księżyca blady…
    Sam przeciw gwiazdom! Odwagi potrzeba
    Temu, kto wnika w krążące miriady*
    Światów i myślą je mierzy z daleka…
    O, Droga Mleczna, Plejady i Wagi!
    O, Słońce! Lęka się serce człowieka.
    Kopernik szepce: – Odwagi, odwagi!
    Myśl nieulękła ku gwiazdom się zwraca,
    Szukając prawa, które wszystkim rządzi.
    Cyrkiel i karta, rachunek i praca –
    Tyle wystarcza, by w niebie nie zbłądzić.
    Bledną już gwiazdy. Astronom znużony
    Przymknął powieki, chwilę – zda się – drzemie,
    Nagle wprost w Słońce spojrzał i natchniony
    Zatrzymał Słońce i poruszył Ziemię.

    Władysław Broniewski

  • Kaszuby

    Od wielu lat wybierałam się na Kaszuby, aż wreszcie sposobność wyjazdu nadarzyła się w lipcu ubiegłego roku. Miałam nieco wolnego czasu i trochę zaoszczędzonych pieniędzy.

    Każdą „wyprawę w Polskę” starannie planuję dzięki zgromadzonej, niemałej już biblioteczce, dotyczącej najciekawszych i piękniejszych miejsc, które trzeba koniecznie zobaczyć.

    Trasa mojej podróży wiodła z Płocka do Kościerzyny przez Bory Tucholskie. I w tym pięknym kompleksie leśnym był pierwszy przystanek w miejscowości Tojutowo, gdzie można przejść pod wodą suchą stopą. Tam, gdzie rzeka Czerska Struga krzyżuje się z Wielkim Kanałem Brdy, wybudowano w XIX wieku według rzymskich wzorców najdłuższy w Polsce, 75-metrowy akwedukt. Różnica wysokości między lustrami przecinających się cieków wynosi prawie dziewięć metrów. Późnym popołudniem docieram do Kościerzyny, ale muszę wrócić do Wdzydz Kiszewskich, bo grozi mi nocleg pod gołym niebem. Początek sezonu, więc wszystkie miejsca w Kościerzynie i okolicy zajęte. Miejscowość Wdzydze Kiszewskie położone są nad jeziorem Wdzydze, zwanym ze względu na wielkość „Kaszubskim Morzem”. Pobyt nad błękitnym jeziorem, którego wody układają się w niezwykły kształt krzyża, jest okazją do wyciszenia się i wsłuchania w odgłosy natury.

    Kolejny dzień – wypoczęta po noclegu w środku sosnowego lasu – rozpoczynam od zwiedzania skansenu – muzeum. Muzeum powstało w 1906 roku. Było to pierwsze na ziemiach polskich muzeum na wolnym powietrzu. Założone przez pasjonatów – małżeństwo Teodorę i Izydora Gulgowskich, których nazwisko upamiętniono w nazwie placówki – pozwala zobaczyć, jak wyglądały dawniej wsie kaszubskie i kociewskie. Są tutaj wiejskie zagrody, dworskie obejścia, szkoła, wiatraki, kuźnia, a nawet kościół. W kościele, przeniesionym ze wsi Swornegacie, można wziąć ślub (prawdziwy). Skansen we Wdzydzach Kiszewskich to chyba jedyne muzeum w Polsce, w którym może odbyć się taka ceremonia.

    Pełna wrażeń jadę w stronę Wieżycy. Przejeżdżając przez Kościerzynę, dostrzegam drogowskaz na Będomin. Przecież tam znajduje się jedyne na świecie Muzeum Hymnu Narodowego! Mieści się ono w dworze należącym kiedyś do twórcy „Mazurka Dąbrowskiego” Józefa Wybickiego. Muszę to zobaczyć!

    Zjeżdżam z drogi i po kilkunastu kilometrach widać już dworek i 400-letni dąb, który był świadkiem dorastania tu późniejszego twórcy hymnu polskiego. Zwiedzanie muzeum to prawdziwa lekcja historii i patriotyzmu.

    Docieram w pobliże Wieżycy. W ciszy i spokoju sosnowego lasu wędruję na szczyt tego najwyższego na całym polskim niżu wzniesienia – 329 m n.p.m. Oddana do użytku w 1998 roku wieża widokowa im. Jana Pawła II umożliwia podziwianie okolicy w promieniu kilkunastu kilometrów. Widok z wieży jest oszałamiający. Widać z niej błękitne jeziora, rozległe powierzchnie leśne, pofalowane wzgórza. Nieprzypadkowo ta kraina ma w nazwie człon „Szwajcaria”. Gdy dowiedzieli się o tym Szwajcarzy, umieścili na Wieżycy kamień, na którym wyryta jest odległość do… ich kraju.

    Spod Wieżycy droga prowadzi do Szymbarku. Tam w Centrum Edukacji i Promocji Regionu można zobaczyć najdłuższą deskę świata. Drewno na nią uzyskano z 51,2-metrowej daglezji rosnącej w kaszubskich lasach. Kłodę piłowało ponad 300 osób – kaszubscy rzemieślnicy, strażacy, policjanci, leśnicy, zespoły i twórcy ludowi, samorządowcy i znane osobistości. W czasie cięcia zużyto 14 pił i kilkadziesiąt pilników. Imponujących rozmiarów deska – 36,83 m długości, 1,42 m3, wadze ponad 1100 kg została w czerwcu 2002 roku wpisana do Księgi Rekordów Guinnesa.

    Niezwykłych wrażeń dostarcza przejazd tzw. Drogą Kaszubską – wąska, kręta i malownicza wije się między jeziorami, wdrapuje na morenowe pagórki, po czym z nich zjeżdża. Po obu stronach zieleń lasów i lazur jezior.

    Docieram do Kartuz. Miejscowość wzięła nazwę od mieszczącego się tu zakonu kartuzów, którego członkowie pozdrawiali się słowami „memento mori”. Tę zakonną regułę wykorzystano nawet jako element architektoniczny. Niezwykły miedziany dach kościoła pokartuskiego przypomina… wieko trumny.

    W drodze powrotnej zaplanowałam zwiedzanie zamku krzyżackiego w Bytowie. Doskonale zachowana bryła dawnej siedziby zakonu widnieje na wysokim wzgórzu. Teraz jest tutaj Muzeum Zachodnio-Kaszubskie. W sklepie z pamiątkami kupuję piękną porcelanową filiżankę z fabryki Łubianie z namalowanymi motywami haftu kaszubskiego. Każdy kolor w tym hafcie ma znaczenie. Granatowy – to głębia morza, chabrowy – jeziora i rzeki, niebieski – czyste niebo, czarny – ziemia oczekująca na zasiew, czerwony – krew przelana za ojczyznę, żółty – dojrzewające na polach zboże i słońce, a zielony – to lasy pełne zwierza.

    Podróż po Kaszubach powoli dobiega końca. Na pewno kiedyś tutaj wrócę, bo jest jeszcze wiele miejsc godnych zobaczenia i krajobrazów do podziwiania.

    Pozdrawiam bardzo serdecznie

    P.S. Moją pasją jest zwiedzanie zamków krzyżackich (i nie tylko). W którymś z następnych numerów kwartalnika pozwolę sobie opisać wrażenia z dotychczas obejrzanych zamków.

    Bogusia z Białej

  • Hawaje – rajskie wyspy

    Hawaje Hawaje Hawaje Hawaje

    W przeddzień odlotu na Hawaje, tzn. 16 października 2006 roku na pożegnanie części grupy, która po 11-dniowym rajdzie po zachodnich stanach USA: Kalifornii, Newadzie, Arizonie i Utah wracała do kraju, jeden z odlatujących przyniósł zasłyszaną w telewizji wiadomość o trzęsieniu ziemi na wyspach. Zapanowała konsternacja. Nomen omen – to miał być trzynasty dzień wycieczki. Czyżbyśmy, stojąc u wrót Hawajów, musieli zrezygnować z ich przekroczenia i przedwcześnie wracać do kraju? Niepewni jutra kładziemy się spać.

    Rano potężny samolot Boeing 767 przenosi nas nad Pacyfikiem z Los Angeles do Honolulu w ciągu 5 godzin i 20 minut. Odległość 4113 km. W porównaniu z poprzednimi etapami podróży lot jest tym razem i wolniejszy – maksymalna prędkość 877 km/godz., i na mniejszej wysokości – 9144 m, a temperatura zewnętrzna wyższa – minus 32-36°C.

    Honolulu – stolica Hawajów – powitało nas, mimo połowy października, ciepłą i słoneczną pogodą, a przedstawiciele Hawaii-Polonia Tours włożeniem na szyję wieńców z orchidei tzw. leie zgodnie z tutejszym zwyczajem oraz zawołaniem: Aloha!, które odtąd będzie nam towarzyszyło na każdym kroku. Ani śladu trzęsienia, bo jego epicentrum o sile 6,6 w skali Richtera znajdowało się na Pacyfiku w odległości 157 mil.

    Archipelag Wysp Hawajskich wypiętrzył się ok. 25 mln lat temu na przełomie oligocenu i miocenu w wyniku działalności wulkanicznej spowodowanej najściem na siebie płyt tektonicznych Ameryki Północnej i Pacyfiku. Geograficznie należy do Polinezji. Składa się ze 136 wysp, z tego tylko 8 jest zamieszkanych. Główne to (wg wielkości): Hawai, Maui, Molokai, Oahu i Kauai. Mają łącznie 16 700 km2 powierzchni i 1 300 000 ludności, z tego w stolicy 700 000. Ludność pochodzenia polinezyjskiego. Obecnie połowę stanowią Azjaci, Japończycy, Filipińczycy i Chińczycy. Rdzennych Hawajczyków jest zaledwie 1%. Zjednoczone przez króla Kamehameha I za królowej Lili Uokalani przestają być królestwem i tracą niezależność. Wcielone w 1898 do USA w 1959 stają się stanem. Żyją głównie z obsługi baz wojskowych, turystyki i rolnictwa (plantacje ananasów, orchidei, orzeszków).

    Zatrzymujemy się na pięć dni w jednym z wysokościowych hoteli przylegającym do plaży w słynnej dzielnicy turystycznej Waikiki. Hotele zapewniają nocleg 150 000 turystom. Niektóre z nich, np.: Hilton, są miastem w mieście, z siecią własnych sklepów, pałacyków, otwartych basenów, kortów, boisk, oczek wodnych, w których brodzą pelikany, żółwie i pingwiny. Dzielnice mieszkaniowe z drogimi apartamentowcami podziwialiśmy jedynie z okien samochodu. Zatrzymaliśmy się tylko w dzielnicy administracyjnej, gdzie znajduje się dawna siedziba królewska Kamehamehy I, jego pomnik, Kongres Stanowy, a przed nim pomnik św. Damiana, opiekuna tutejszych trędowatych, kanonizowanego przez Papieża Jana Pawła II.

    Pobyt na Hawajach miał być z założenia odpoczynkiem po morderczym tempie rajdu po zachodnich Stanach USA. W praktyce był jego kontynuacją. Umożliwiło to zwiedzenie wielu atrakcyjnych miejsc o różnym charakterze.

    Następnego dnia całodzienna wycieczka wokół wyspy Oahu, na której położone jest Honolulu – stolica Hawajów. Zaczynamy od znajdującej się w mieście, niewysokiej Diamentowej Góry, przez którą przejeżdżamy tunelem o długości 800 m. W pobliżu najdroższa dzielnica Kahala. Dalej Głowa Koko ze śladami żlebów wyżłobionych przez deszcze podczas stygnięcia lawy. Po drodze Zatoka Hanauma z rafą koralową. Z nadbrzeżnej skały wybuchają gejzery wodne. Na kolejnym punkcie widokowym podziwiamy piękną panoramę z Wyspą Króliczą w tle. Na dłużej zatrzymujemy się na plaży Waimanalo, gdzie kąpiemy się w Oceanie Spokojnym (Pacyfiku). Woda ciepła, czysta, szmaragdowa. Wokół palmy i góry. Niezmąconą ciszę burzy jedynie od czasu do czasu huk przelatującego odrzutowca. Zajadamy się miejscowym specjałem – świnką przygotowywaną w ziemi.

    Z żalem ruszamy dalej, do Doliny Świątyń, aby zwiedzić japońską Świątynię Wody. Na ołtarzu pokaźny Budda, mniejszy – przed świątynią nad stawem. Uderzamy palem zawieszonym na linie w przyświątynny dzwon i… dalej w drogę. Kolejny postój na pięknym punkcie widokowym nad Pacyfikiem. Nad nami palmy, pod nogami ogromny trawnik, a w głębi, na oceanie, wysepka Kapelusz Chińczyka.

    Następny cel to ranczo Kuala Ranch – plantacja nadrzewnych orzeszków macadamia. Można tam podziwiać bogatą roślinność, m.in. te orzeszki i drzewa kawowe kona. Furorę robią ostatnio krzewy noni, których owoce leczą podobno nowotwory. Zawierają kseroninę stymulującą prawidłowy podział komórek. Można tam też degustować nieodpłatnie kawę z termosu oraz kilkanaście rodzajów orzeszków: solonych, prażonych, czekoladowych, cynamonowych, popcorn itd. i oczywiście je kupić. Dalszy postój na rondzie w Laie, z którego widoczna jest potężna sylweta świątyni Mormonów. W pobliżu znajduje się także Centrum Kultury Polinezyjskiej (o obu obiektach napiszę jeszcze dalej). Mijając wierzchołek wyspy, zatrzymujemy się w Zatoce Żółwi, gdzie na plaży wyleguje się kilka dużych, dorodnych żółwi morskich. Kilka pstryknięć i fotogeniczne zwierzątka są już w pamięci karty. Mijamy położony na szczycie dom Elvisa Presleya i na krótko zatrzymujemy się na Plaży Zachodzącego Słońca, ośrodku surfingowców – Haleiwa. Surfuje się tu bez żagla, na samej desce. Przejeżdżamy dalej obok Zatoki Rekinów, następnie Zatoki Waimea i kierujemy się w stronę plantacji ananasów założonej w roku 1900 przez Jamesa Dole. Można ją zwiedzać kolejką. Ananasy pochodzą z Urugwaju. Sadzi się je na folii. Pierwszy zbiór otrzymuje się po 2 latach, następny po 15 miesiącach. Ananasy można „degustować” odpłatnie w wielorakiej postaci – na surowo i w produktach takich jak: ciasta, lody, soki, a także mydła i kremy. Wokół plantacji stoją palmy podróżnika, które mają zdolność gromadzenia dużej ilości wody.

    Cały następny dzień spędzamy na największej wyspie archipelagu – Hawai odległej od Honolulu o 40 minut lotu, od której wziął nazwę cały archipelag. Można by na niej pomieścić wszystkie pozostałe wyspy. Jest ona najbardziej na południe wysuniętym punktem USA. Występuje tu aż 11 różnych klimatów z których kilka doświadczyliśmy na własnej skórze. Osobliwościami wyspy są: bogata szata roślinna, lasy deszczowe, czynne wulkany, czarne plaże i wodospady. Z lotniska w Hilo odebrała nas mikrobusem Polka o imieniu Renata. (Nawet tam mieszkają na stałe Polacy). Dowiadujemy się, że na wyspie nie ma przemysłu, za to rosną bananowce, kawowce, kakaowce, papaje, ananasy, krzewy herbaty, orzeszki macadamia, orchidee, drzewa żelazowe, kroczące itd., słowem, istny raj na ziemi. Hoduje się tu 50 000 krów, głównie na eksport na ląd USA. Charakterystyczne dla tego rejonu są gęsi nene, które nie wymagają do życia środowiska wodnego i występują nawet na wysokości 1200 m. W krajobrazie wyspy dominują dwie góry: Mouna Kea (Biała Góra) o wysokości 4205 m n.p.m. i Mouna Loa (Długa Góra) wys. 4169 n.p.m. Mierząc wysokość Mouna Loa od jej podstawy w głębinach Pacyfiku, ma łącznie 16 800 m, uważa się zatem, że jest najwyższą górą świata, wyższą od Mount Everest i zarazem największym czynnym wulkanem świata, choć jego aktywność ostatnio maleje na rzecz wulkanu Kilauea. Ostatnia erupcja wulkanu Mouna Loa była w roku 1984, kiedy wylew lawy na dystansie 6,5 km zagroził zniszczeniem największemu miastu wyspy – Hilo. Wulkan Kilauea, który w wyniku ruchu płyty tektonicznej „przejął” obecnie jego aktywność, wybuchł w roku 1983 i od 24 lat jest w ciągłej erupcji. W przeciwieństwie do większości wulkanów stożkowych wulkany hawajskie są wulkanami tarczowymi, tzn. spłaszczonymi, które powstały z rozlania się rzadkiej lawy bazaltowej. Ta lawa, której temperatura przekracza niekiedy 1155°C, mknie strumieniem z prędkością nawet do 100 km/h, przekracza i zalewa szosy, w końcu spływa do Pacyfiku, tworząc gigantyczne i widowiskowe pióropusze pary. Strumienie lawy wypływają niekiedy z głównych otworów na szczytach wulkanów – kraterów, ale zazwyczaj wyciekają ze szczelin w ich zboczach. Obecnie spływa ona z otworu odległego o 24 km od wierzchołka wulkanu i 9,6 km od oceanu. Ten dystans lawa pokonuje w ciągu 3 godzin, a jej dzienna masa wynosi od 200 do 500 000 m3. Częstokroć strumień lawy znika na jakiś czas pod ziemią, płynąc tunelem lawowym o średnicy 4-5 m, utworzonym przez stężenie i zastygnięcie górnych warstw dawniejszych potoków lawy. Spacer takim tunelem robi wrażenie, po plecach przebiegają ciarki na myśl, czy znienacka nie spadnie na śmiałków kara pięknej bogini Pele za naruszenie spokoju jej królestwa. Rdzenni mieszkańcy wierzą, że rządzi ona działalnością wulkanów i składają jej dary wotywne – kwiaty, monety czy owoce – na krawędzi krateru wulkanu Kilauea, który jest jej siedzibą. Sam takie dary widziałem w punkcie widokowym na krawędzi krateru Halemaumau. „Świeckiej” działalności wulkanów poświęcone jest muzeum Jaggara w miasteczku wulkanicznym (Volcano Village). Tam dowiedziałem się, że podczas tężenia lawy bazalt hawajski przybiera dwie postacie. Jedna znana pod miejscową nazwą pahoehoe (gładka powierzchnia), druga aa (popękana). Z pobliskiego punktu i restauracji roztacza się rozległy widok na kalderę krateru najmłodszego wulkanu hawajskiego Kilauea (1247 m n.p.m.). Wygodne dotarcie do wulkanów zapewnia obwodnica, tzw. Crater Rim Drive długości 17,7 km. Docieramy nią do kolejnej kaldery Halemaumau, który był miejscem erupcji ze szczytu wulkanu Kilauea. Kaldera to zapadnięty krater wulkanu. Ciekawa jest historia powstania tej kaldery. Jeszcze w latach 1905-1924 krążyła w nim lawa, aż nagle w roku 1924 odpłynęła, umożliwiając wtargnięcie weń wodzie gruntowej i wytworzenie ogromnej ilości pary, co spowodowało silne eksplozje pary, zawalenie krateru, utworzenie ziejącego dołu o średnicy 1600 m i głębokości 410 m i widoczne do dzisiaj rozpryskanie odłamków skalnych po terenie. Ostatecznie, w wyniku późniejszych jeszcze 17 erupcji i 4 zapadnięć, średnica kaldery nieco się zwiększyła, ale znacznie zmniejszyła się jej głębokość (z 410 do obecnych 85 m).

    Od księżycowego krajobrazu wulkanów powracamy do części wyspy kipiącej życiem, choć tak zupełnie nie da się od niego oderwać. Choćby słynne czarne plaże, które są chyba ewenementem w skali światowej. Zalegają je czarne zwały zastygłej magmy, a zamiast żółtego, kwarcowego piasku, czarny piasek wulkaniczny. Mimo że nie brudzi białej tkaniny, to jakoś nie zachęca do położenia się na nim. Za to woda w oceanie wspaniała. Ciepła, czysta i kolorystycznie piękna. Równie piękna jest egzotyczna roślinność na plaży. Uśmiech na twarzy wywołują przytwierdzone do drzew ostrzeżenia: „Uwaga na spadające orzechy kokosowe”. Po drodze spotykamy miejsca, z których wydobywają się kłęby pary. To gejzery parowe, które pojawiają się, kiedy woda deszczowa lub gruntowa natrafi w szczelinie skalnej na rozgrzane podłoże. Przejeżdżamy aleją drzew bananowych i kroczących posadzonych przez różne sławne osobistości, co upamiętniają stosowne tabliczki przy drzewach. Dalej mijamy park-ogród założony na cześć ostatniej hawajskiej królowej Lili Uokolani na miejscu miasta, które uległo dwukrotnemu zniszczeniu przez tsunami w latach 1946 i 1960. Na krótko zatrzymujemy się przy pomniku pierwszego króla KamehamDla ehy I. Obok Zatoki Onomea przejeżdżamy przez minidżunglę (bananowce, papaje).Zatrzymujemy się przy dużej plantacji orzeszków macademia, zajmującej 2200 ha powierzchni, a następnie na plantacji orchidei Akatsuka. W dużej, krytej hali obejrzałem mnóstwo ich gatunków i zrobiłem dużo zdjęć. Można tam też kupić certyfikowane sadzonki. Wreszcie dwa majestatyczne wodospady: Akaka i Kahuna w pięknym, egzotycznym parku państwowym.

    To z pewnością dość wrażeń jak na jeden dzień. Późnym wieczorem powrót samolotem do Honolulu.

    Następny dzień zapowiadał wspaniałą ucztę, zwłaszcza dla oczu i uszu – wycieczkę do Centrum Kultury Polinezyjskiej, które prezentuje kulturę i zajęcia siedmiu krajów Polinezji: Samoa, Nowej Zelandii, Tahiti, Fidżi, Hawajów, Tonga i Markizów. Zaczęło się od tradycyjnej dekoracji naszyjnikami kwiatowymi i zwiedzania poszczególnych wiosek. W wiosce Samoa odbywały się pokazy ekspresowej wspinaczki na palmy kokosowe, otwierania orzecha kokosowego jednym uderzeniem kamienia, ciosania wiórów kokosowych, krzesania ognia przy użyciu dwóch drewienek. W wiosce Fidżi zainteresowanie wzbudziła sypialnia i łoże wodza, który, bagatela, miał 150 żon, a w Tahiti piękne popisy taneczne. Dużą atrakcję była przejażdżka wieloosobowymi łodziami po rzece przecinającej Centrum. Można z nich było podziwiać urzekającą roślinność i chaty tubylców. Bardzo ciekawy był film o życiu rafy koralowej w oceanie, zaprezentowany na ekranie o wysokości 12 m w technice IMAX, która daje złudzenie jego istnienia tuż przed nosem z całym bogactwem fantastycznych kształtów i kolorów. Po południu, pod olbrzymią wiatą, uroczysty wspólny obiad dla wszystkich zwiedzających, tzw. uczta Luau. Mnóstwo stolików i setki, a może i tysiące, zasiadających przy nich gości. Niewiarygodne, jak taką rzeszę można szybko i sprawnie obsłużyć. Na znak dyrygenta z megafonu wywołane sektory zapraszane są do dwóch długich stołów szwedzkich do zaopatrzenia się w dania. Napoje podawały do stołu młode kelnerki. Do obiadu przygrywała orkiestra, a na scenie odbywały się pokazy taneczne w bajecznych, folklorystycznych strojach. Po obiedzie clou programu – prawie dwugodzinna rewia zespołów folklorystycznych z całego regionu Polinezji. To piękne widowisko, bajecznie kolorowe. Barwne stroje, melodie miłe dla ucha i popisy taneczne graniczące ze sztuką cyrkową.

    Odlot z Honolulu do kraju byłby oczywiście nie do pomyślenia bez odwiedzenia pobliskiego Pearl Harbor, którego zaatakowanie znienacka 7 grudnia 1941 przez lotnictwo japońskie stało się powodem przystąpienia Stanów Zjednoczonych do II wojny światowej. Dwukrotny nalot samolotowy wyrządził poważne szkody. Zatopionych zostało 21 okrętów, zniszczono 164 samoloty a uszkodzono 159. Zginęło 2395 osób, rannych zostało 1178. Program zwiedzania obejmował obejrzenie dokumentalnego filmu o ataku i zwiedzenie muzeum, ale głównym punktem było podpłynięcie statkiem do tzw. USS Arizona Memorial – pomnika muzeum wzniesionego nad wrakiem krążownika Arizona, który zaatakowany w ciągu 9 minut zatonął, zabierając ze sobą w otchłań morską 1177 istnień ludzkich. Poza „oficjalnym” programem można obejrzeć naziemną ekspozycję rakiet „Polaris”, różnego typu torpedy, samobójczą rakietę japońską i części wyposażenia okrętowego, a przy nabrzeżu atomową łódź podwodną i zakotwiczony w pobliżu pomnika Arizona pancernik Missouri, na którym w dniu 2 września 1945 roku Japonia podpisała akt kapitulacji.

    Wieczorem odlot do Nowego Jorku. Koniec pięciodniowej, niezapomnianej eskapady hawajskiej. Good bye Honolulu!Good bye Hawai!

    Zbigniew Żółtowski z Warszawy

  • Ślub mojego Dziadka

    Natalię Żółtowską poznałam na Zjazdach, od razu polubiłyśmy się bardzo. Zaprzyjaźniłam się również z jej wnuczką Natalie.

    Obie Natalie przyjechały do Warszawy na ferie zimowe. Miałyśmy się spotkać, ale niestety nie doszło do spotkania, ponieważ wyjechałam. Natalie wróciła do Hiszpanii, natomiast babcia została jeszcze jakiś czas w Warszawie. Namawiałam nieśmiało dziadka, żeby się spotkali. I rzeczywiście umówili się na kawę. Od tego czasu spotykali się już codziennie, byli u nas na obiedzie, pojechaliśmy razem do Powsina…

    Tydzień później Natalia zaprosiła dziadka na kilka dni do Skierniewic. Po powrocie oznajmił…, że się pobierają. Dostałam ataku śmiechu, nie mogłam w to uwierzyć! Ale dziadek powiedział poważnie, że to nie żarty, że jest zakochany i za miesiąc biorą ślub. Dopiero po kilku dniach wreszcie dotarło do mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę. Byłam zadowolona, że mój dziadek jest szczęśliwy.

    Zaczęły się przygotowania do ślubu. Ustalono datę, wybrano kościół. Bogusia z Białej z Anią przywiozły do Warszawy akt urodzenia dziadka (to był niezwykle miły gest z ich strony).

    Ślub odbył się w sobotę 14 kwietnia 2007 roku – tydzień po Świętach wielkanocnych – w małym kościółku pod wezwaniem św. Stanisława w Skierniewicach. Pięknej ceremonii towarzyszyli przybyli goście, by wspólnie z nowożeńcami uczcić ten radosny dzień.

    Panna młoda wyglądała pięknie. Ubrana była w śliczny złoty żakiet i długą beżową spódnicę, całość dopełniał bukiet róż od dziadka. Pan młody również prezentował się świetnie. Oboje szli do ołtarza uśmiechnięci i szczęśliwi. To była piękna i wzruszająca uroczystość. Drzwi kościoła otwarto na oścież, promienie słoneczne zaglądały do środka, słychać było śpiew ptaków…

    Po ceremonii ślubnej goście udali się na obiad weselny do restauracji „Polonia” w Skierniewicach.

    Kelnerka przywitała państwa młodych chlebem i solą. Były tańce, było „gorzko”…

    Było pięknie, cudownie, po prostu brak mi słów, by opisać to niezapomniane wydarzenie.

    Nowożeńcy pojechali w podróż poślubną do Krynicy Górskiej. Po powrocie powiedzieli: „Paulinko, żebyś ty, będąc w naszym wieku, tak świetnie się bawiła, jak my teraz.”

    Ślub Natalii i EdwardaŚlub Natalii i EdwardaŚlub Natalii i EdwardaŚlub Natalii i Edwarda

    Paulina – wnuczka Edwarda z Warszawy

  • Ślub Moniki i Tomka

    28 kwietnia 2007 roku rozpoczęli wspólną drogę życia
    przed Bogiem ślubując sobie miłość, wierność i wzajemną uczciwość

    MONIKA ŻÓŁTOWSKA
    i
    TOMASZ ŁUCZAK

  • Młodym parom

    Młodym parom z okazji zaślubin składamy najlepsze życzenia.
    Niech wiara, nadzieja i miłość przyświeca Wam na wspólnej drodze,
    by sprzyjał Wam los i życie dało wszystko co najlepsze.

    Rodzicom młodej pary – Moniki Żółtowskiej – Ani i Markowi z Poznania
    gratulujemy z okazji zaślubin córki.

    Zarząd Związku

  • Ostatnia bitwa AK „Grupy Kampinos” 29 września 1944 roku


    Uroczystości na Cmentarzu w Budach Zosinych

    Uroczystości na Cmentarzu w Budach Zosinych Uroczystości na Cmentarzu w Budach Zosinych

    Na Cmentarzu Wojskowym poległych żołnierzy Armii Krajowej „Grupy Kampinos” w Budach Zosinych 24 września 2006 roku odbyła się Msza Święta Polowa celebrowana przez biskupa polowego Wojska Polskiego gen. dyw. Tadeusza Płoskiego. W uroczystości wzięli udział żyjący uczestnicy walk pod Jaktorowem, rodziny poległych, miejscowa ludność, żołnierze, harcerze i władze rządowe.

    Miałem zaszczyt uczestniczyć w tej uroczystości dzięki starszemu sierżantowi rezerwy Hilaremu Jechowiczowi z Kazunia Polskiego – skrzypkowi, członkowi chóru „Nowogrodzkie Orly” Armii Krajowej, który gra na skrzypcach na wszystkich uroczystościach patriotycznych. Pan Jechowicz zaprosił mnie na uroczystość po tym, jak poinformowałem go, że pod Jaktorowem walczył i zginął członek Rodu Żółtowskich kapral podchorąży Juliusz Alfred Maria Żółtowski, syn hrabiego Jana Żółtowskiego z Czacza, a brat rodzony Seniora naszego Rodu Michała Żółtowskiego z Lasek.

    Rankiem 24 września 2006 r. wyjechały z Warszawy dwa autokary kombatantów, ich rodzin i znajomych do Bud Zosinych. Przyjechaliśmy na godzinę 11. Msza Święta miała się zacząć o godzinie 14. Miałem więc dużo czasu na odszukanie grobu Juliusza Żółtowskiego.

    Zapaliłem znicze i odmówiłem pacierz w imieniu swoim i Związku Rodu Żółtowskich za duszę poległego bohatera. Pan Hilary Jechowicz na skrzypcach zagrał utwory „Śpij kolego, w ciemnym grobie” i „Ciszę”, a rotmistrz ułanów w stanie spoczynku, zwany potocznie „Szabelką”, Marian Denkiewicz oddał honory, prezentując broń.

    Jeden z dowódców powstańców Porucznik w stanie spoczynku Bernard Zygfryd opowiedział zebranym o walkach pod Jaktorowem, jak bohatersko walczyli żołnierze AK „Grupy Kampinos”.

    „Był koniec września 1944 r. Powstanie Warszawskie wygasło. W okolicach Jaktorowa i Bud Zosinych z niepokojem nadsłuchiwano wiadomości nadchodzących z Warszawy i objętej Powstaniem Puszczy Kampinoskiej. Pierwsze odgłosy walk słyszane tu były już 28 września a następnego dnia dotarły tu oddziały straży przedniej „Grupy Kampinos”.

    Warto przypomnieć szlak bojowy tych oddziałów. Byli to żołnierze VIII Rejonu, VII Obwodu Okręgu Warszawskiego AK „Obroża”, kpt. Józefa Krzyczkowskiego „Szymona” i włączone do rejonu oddziały zgrupowania Sołecko-Nalibockiego AK, dowodzone przez por. Adolfa Pilcha „Górę”, „Dolinę”, które jak cała Warszawa w godzinie „W” przystąpiły do Powstania. I byli tu również żołnierze – powstańcy z innych rejonów, którzy w wyniku operacji „Burza” w Warszawie, w sierpniu 1944 r., znaleźli się na terenie Puszczy Kampinoskiej.

    Liczące ponad 2600 żołnierzy zgrupowanie, zwane „Grupą Kampinos”, zajmowało znaczną część Puszczy Kampinoskiej. Powstał tam obóz warowny obejmujący wiele puszczańskich wsi wokół Wierszy, gdzie stacjonowało dowództwo zgrupowania.

    Przez całe Powstanie Warszawskie, teren ten był dla Niemców niedostępny, przyjęło się wówczas nazywać go „Niepodległą Rzeczpospolitą Kampinoską”. Działania bojowe „Grupy Kampinos” to ok. 50 stoczonych bitew i potyczek z otaczającymi Puszczę Kampinoską licznymi oddziałami wroga. Między innymi rozgromiono w Truskawiu przysłany z warszawskiej Ochoty pułk RONA, co było największą klęską tych zbrodniczych oddziałów.

    Kierowano również do Warszawy dobrze uzbrojone oddziały, które 20 i 22 sierpnia walczyły na Dworcu Gdańskim.

    Dla Niemców „Grupa Kampinos” stanowiła poważny problem, gdyż blokowała im ważne trasy komunikacyjne. Szybko przemieszczająca się kawaleria dezorientowała Niemców, którzy szacowali siły partyzantów na co najmniej 15 000 ludzi. Dlatego zdecydowali się uderzyć dopiero po zorganizowaniu specjalnych dwóch grup operacyjnych wyposażonych w broń pancerną i lotnictwo. 27 września grupy te uderzyły na obóz partyzantów. Wobec ogromnej przewagi wroga mjr „Okoń” wydał rozkaz wymarszu w Góry Świętokrzyskie. Po dwóch dobach kolumna ponad 2000 partyzantów pieszych i konnych, wraz z taborami, w ciągłych potyczkach z zaciskającym się pancernym pierścieniem wroga dotarła 29 września do torów kolejowych w okolicy Jaktorowa i Bud Zosinych. Oddziały przedniej straży oczyściły z Niemców teren w pobliżu torów. Dowództwo planowało, aby na tory uderzył cały batalion por. „Strzały”, który miał odrzucić nieprzyjaciela, a następnie ubezpieczać przejście przez tory od strony Grodziska i Żyrardowa w celu umożliwienia przejścia pozostałym oddziałom. Jednakże z niewyjaśnionych powodów mjr „Okoń” przerwał marsz i zarządził odpoczynek. Wykorzystali to Niemcy i zajęli dogodne stanowiska obronne. Około godziny 11 batalion por. „Strzały” ruszył w kierunku torów. Na czele znajdowała się kompania por. „Zetesa”. Po półkilometrowym marszu zbliżeniowym odezwała się broń maszynowa nieprzyjaciela. Wtedy ruszyły do walki nasze CKM-y. Pod osłoną ich ognia nasza piechota parła naprzód. Niemcy nie wytrzymali uderzenia i widać było, jak grupki żołnierzy zaczęły się wycofywać na stanowiska obronne za torami. I wtedy właśnie usłyszano od strony Grodziska dudnienie pociągu. Jak się okazało, był to pociąg pancerny, który natychmiast otworzył ogień z dział i szybkostrzelnych karabinów maszynowych. Siła ognia była tak wielka, że środki ogniowe partyzantów nie mogły się im przeciwstawić. Jedyne partyzanckie działo, po oddaniu trzech strzałów, zostało rozbite, zaczęły milknąć kolejne pancerne „Piaty”.

    Niemcy, którzy uprzednio wycofali się za tory, teraz wrócili na poprzednie stanowiska, wspierając ogniem działania pociągu pancernego. Pociąg siał wokół potworne spustoszenie. Ci, którzy znaleźli się w bezpośredniej bliskości toru i pancerki, nie mieli szans przeżycia. Nie było żadnej naturalnej osłony. Obsługa pociągu miała dobrą widoczność na odkryty teren. Prowadziła więc skuteczny ogień nie tylko do oddziałów, ale i pojedynczych żołnierzy.

    Podczas gdy rozgrywała się tragiczna bitwa w pobliżu torów, od strony Baranowa atakowały niemieckie czołgi. Jednocześnie nadszedł meldunek, że z Jaktorowa nadjechał drugi pociąg pancerny, z którego wysypała się niemiecka piechota. Od strony Jaktorowa i Żyrardowa rozpoczęła natarcie broń pancerna. Tam, gdzie nie mogły celnie niszczyć naszych gniazd oporu działa pociągu czy broń pancerna, dokonały tego samoloty.

    Na obszarze Budy Zosine – Jaktorów – Henryszew toczyła się zawzięta bitwa o przetrwanie do zmroku, by póżniej podjąć próbę przerwania niemieckiego kordonu. Walczące oddziały najczęściej nie miały między sobą łączności. Każdy więc z dowódców próbował na własną rękę wyrwać swój oddział z tego kotła, co przeważnie kończyło się niepowodzeniem. Tylko niektórym udało się ujść z życiem.

    W tych ostatnich zmaganiach „Grupy Kampinos” powstańcom pomogły stacjonujące na terenie walk oddziały węgierskie. Chcąc uchronić partyzantów rozbitych oddziałów przed dostaniem się w ręce esesmanów, pozorowały one branie ich do niewoli, a następnie w dogodnym momencie puszczano Polaków wolno. Doszło nawet do incydentu w Budach Zosinych, gdzie Węgrzy chwycili za broń, odgradzając kilkudziesięciu partyzantów od usiłujących ich zabić esesmanów. Była to ostatnia bitwa „Grupy Kampinos” jako zwartej jednostki i największa bitwa partyzancka II wojny światowej po tej stronie Wisły. Poległo około 250 partyzantów, 300 zostało rannych, a 200 dostało się do niewoli. Zginął dowódca „Grupy Kampinos” mjr „Okoń”.

    „Grupa Kampinos” została rozbita, ale swoje powstańcze zadanie wykonała, skutecznie osłaniając Warszawę od północy i wspierając ją zbrojnie”*

    Po pogadance porucznika Bernarda Zygfryda odbyła się Msza Święta Polowa. Biskup Tadeusz Płoski wygłosił kazanie o patriotyzmie. Wrócił do tamtych dramatycznych dni, nawiązując do historii polskiego oręża, do rycerstwa spod Grunwaldu, Cecory, Chocimia, Wiednia, powstań narodowych, wszelkich zrywów narodowo-wyzwoleńczych, I i II wojny światowej. Przedstawił bohaterstwo Polaków, którzy walczyli na wszystkich polach bitew, przelewając krew za Matkę Ojczyznę.

    W dalszej części przemawiali zaproszeni goście z samorządu terytorialnego, władze państwowe i terenowe. Odbył się Apel Poległych i oddanie salwy honorowej.

    Była to piękna i wzruszająca uroczystość patriotyczna, którą będę długo pamiętał.

    Uroczystości na Cmentarzu w Budach Zosinych

    Stefan Żółtowski


    * Opis bitwy na podstawie książki Adolfa Pilcha „Partyzanci Trzech Puszcz”.