Słowo „wigilia” pochodzi od łacińskiego czasownika „vigilare”, czyli czuwać. Wigilia oznacza więc czuwanie. To bardzo rodzinny czas, który buduje jedność, zgodę, pojednanie i przyjaźń. Spotykamy się w rodzinach, by odnowić nasze więzi i je umocnić.
Dla wielu to najpiękniejszy dzień w roku. Na ten dzień cieszą się dzieci – oczekując na wymarzone prezenty – ale także dorośli.
Wieczerza wigilijna rozpoczyna się wraz z pierwszą gwiazdką na niebie. Polską tradycją jest, aby kolację zaczynać od łamania się opłatkiem i złożeniem sobie życzeń. Na stole przykrytym białym obrusem z wiązką sianka pod nim ustawia się dodatkowe nakrycie dla niezapowiedzianego gościa. Tradycyjna Polska wieczerza wigilijna powinna składać się z dwunastu potraw. Przez całe święta Bożego Narodzenia stoi w domu przystrojona choinka. Byłoby wspaniale, aby drzewko było „żywe”, wtedy przez wiele dni unosi się jej zapach. Dawniej tradycyjnymi zdobieniami choinki były ciastka, orzechy, małe jabłuszka, cukierki oraz ozdoby wykonane najczęściej przez dzieci z bibuły, kolorowego papieru i słomy, a na gałązkach zapalano świeczki. Do dzisiaj zachował się zwyczaj, aby pod choinką znajdowały się prezenty.
Wigilia w polskiej obyczajowości jest świętem rodzinnym, powszechnie uważana za najważniejszy dzień w roku. Podobnie jak w Polsce Wigilię obchodzi się na Litwie, w Czechach i na Słowacji. Nieznany poza Polską (z wyjątkiem Litwy) jest zwyczaj łamania się opłatkiem, post i Pasterka.
W Wielkiej Brytanii Wigilii się nie obchodzi, a w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia daniem obiadowym jest pieczony indyk. Wigilii nie ma także w Belgii i Holandii. Tu na uroczyste śniadanie idzie się zazwyczaj do restauracji. We Francji najważniejszy jest świąteczny obiad z pasztetem z drobiowej wątróbki oraz ostrygami i łososiem wędzonym. W Danii podczas Wigilii podaje się kaczkę pieczoną oraz ryż z owocami. W Austrii na kolację wigilijną spożywa się karpia lub kaczkę, a w Niemczech sałatkę kartoflaną i kiełbaski.
W krajach pozaeuropejskich, ale związanych z katolicyzmem, w charakterystyczny dla danej kultury sposób świętuje się Wigilię. W Kolumbii już od 8 grudnia stroi się krzewy ozdobami i lampkami, a po ostatniej świątecznej mszy zabawa trwa do rana. Boliwijczycy święcą w Wigilię własnoręcznie wykonane przeróżne figurki. Na Filipinach przez okres adwentu zdobi się domy, a na ulicach aktorzy przedstawiają szopkę. Natomiast w Kamerunie pali się ogniska, czyta Biblię i śpiewa pieśni.
Tak więc, co kraj to obyczaj.
Zapewne tylko w Polsce święta Bożego Narodzenia są tak oczekiwane i tak uroczyście obchodzone. To dni, kiedy spotykają się bliscy i wspólnie śpiewają kolędy. Choinka pięknie przystrojona, stół nakryty nieskazitelnie białym obrusem, na którym znajdują się tradycyjne potrawy, opłatek, którym dzielimy się w wieczór wigilijny i składamy wszystkim serdeczne życzenia, prezenty pod choinką lub przynoszone przez Mikołaja i Pasterka, na którą udają się całe rodziny.
To pewne, że tylko w polskich domach jest tak uroczyście, rodzinnie i pięknie. I oby te tradycje zachowane były jak najdłużej.
27 września br. odbył się wernisaż malarstwa Stanisława Żółtowskiego (1914-2004) zatytułowany „Kolory Koloryzmy”, zorganizowany przez Galerię DESA MODERN w Warszawie.
Stanisław Żółtowski urodził się w Wielkopolsce, lecz życie jego związane było z Warszawą.
Studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w pracowni Tadeusza Pruszkowskiego i Felicjana Kowarskiego. Dyplom zrobił w 1937 roku pod kierunkiem Jana Cybisa. Przerwę w dalszej edukacji spowodowała druga wojna światowa, podczas której stracił wszystkie obrazy. Od 1950 roku w rodzimej uczelni nauczał kolejne pokolenia artystów. W 1979 roku uzyskał tytuł profesora malarstwa i rysunku, po czym został kierownikiem Katedry Malarstwa i Rysunku na Wydziale Grafiki. Od 1945 roku należał do Związku Polskich Artystów Plastyków, od 1967 roku był członkiem Titulaire Correspondant, a od 1968 roku Conseiller of Cultural International Arts Guild w Monte Carlo.
Stanisław Żółtowski – uczeń kapisty Jana Cybisa – był z pewnością kolorystą. We wszystkich Jego pracach barwa odgrywa nadrzędną rolę. Kształt i linia traci przy niej znacznie. Malarstwo Jego trudno związać z konkretną tendencją artystyczną. Jego prace ukazujące akty, pejzaże, martwe natury, a jednocześnie kompozycje z pogranicza surrealizmu czy też abstrakcjonizmu, świadczą o poszukiwaniu kształtu własnej sztuki.
Prezentowana wystawa jest pierwszą od czasu śmierci Artysty okazją do pokazania prac pochodzących z wcześniejszych lat Jego twórczości, jak również z lat późniejszych.
Bożena Lipińska
Tekst na podstawie opracowania Marianny Otmianowskiej.
15 września 2007 roku związek małżeński zawarli Malwina Żółtowska z Wrocławia oraz Sławomir Żywiecki
Zarząd Związku życzy Młodej Parze szczęścia, miłości i aby po latach wielu, nic Waszego szczęścia nie zmieniło. Małżeństwo to podróż w nieznane, więc życzymy szczęśliwej podróży.
W tym dniu zawsze czuję się bardzo zmęczona, ponieważ w niedzielę – wbrew pozorom – raczej nie odpoczywam. Ale o tym później. Staram się wstać w miarę wcześnie, co nie zawsze mi się udaje. Ale cieszę się, że do 16:00 mogę odsapnąć po niedzielnym zamieszaniu. Dziś muszę ugotować obiad. W zależności od nagromadzonych obowiązków albo gotuję coś bardzo prostego, np. spaghetti, albo coś bardziej wyszukanego, np. paprykę nadziewaną. Zazwyczaj mam za mało czasu, więc uciekam się do pierwszego rozwiązania… niestety. Potem czas na poniedziałkowe sprawy – a zawsze coś niespodziewanie wyskoczy – a to kolejna sprawa związana z parafią, a to wyszukiwanie czegoś, dla kogoś w Internecie i tak dalej… I już mam dość poniedziałku, który miał być relaksujący, chociaż do 16:00! O 16:00 zaczynam szykować się do pracy, wkładam, „wspaniały, supermodny” mundurek TESCO i ruszam na piechotę na 17:00. Jak zwykle strasznie dużo ludzi, a mnie czeka monitorowanie postępów klientów w opanowywaniu technik kasy samoobsługowej. Ponieważ kasa umie wyrażać tylko określone zwroty, a poza tym nie reaguje na słowa klienta, zawsze obrywam ja. Dziś nie było tak źle, tylko kilka angielskich furiatek, które myślały, że znają się na komputerach, obrzuciło mnie wyzywającym, pełnym nienawiści spojrzeniem. Obyło się bez gestykulacji, choć z lekkim przeklinaniem, ja udaję, że mnie to nie obchodzi. Choć zawsze powtarzam w myślach – to nie ja wymyśliłam tę kasę! Godzina 23:00, zamykam samoobsługę i zaczynam „spacer” ze zwrotami po półkach. To chyba najprzyjemniejsza pora, do pracy przychodzi nocna zmiana, w większości polska i można „nielegalnie” poplotkować między regałami. Czas relaksu… O 24:15 wreszcie marsz do domu, do ciepłego łóżeczka – cudownie! Szkoda tylko, że pobudzona tescowymi światłami nie mogę zasnąć do 3:00…
Wtorek
Dziś mam zajęcia na uczelni, obiadu nie gotuję, ciocia mnie wyręczy. To dzień, jeden z najprzyjemniejszych w całym tygodniu. Po prawie nieprzespanej nocy ciężko jest wstać o normalnej porze, więc mimo że budzik mam nastawiony na 9:00, wstaję zazwyczaj później zła, że zmarnowałam godzinę. Bez pośpiechu śniadanko i inne takie tam. Odrabiam zadanie domowe i o 13:30 ruszam z domu do metra. Zajęcia dopiero o 15:30, ale dojazd zajmuje mi od 1,5 do 2 godzin, a bardzo nie lubię się spóźniać. Metro to chyba najlepszy usypiacz, monotonne ruchy w tunelu powodują, że pasażerowie padają jak muchy. Ja staram się nie poddawać i uparcie, nie marnując czasu, czytam książkę. Na uczelni spotykam znajomych i od razu mi lepiej. W domu jestem dopiero koło 20:00, kiedy już jest ciemno. Kolejny dzień minął, a ja nawet nie zdążyłam dobrze o nim pomyśleć.
Środa
Wstaję o 6:00 rano!, to absolutnie nieludzka pora. Idę na zajęcia na 9:30, więc muszę wyjść odpowiednio wcześniej. Tym razem zasypiam w metrze, nawet na stojąco, to silniejsze ode mnie – kilka razy przespałam stację, obudziłam się i nie wiedziałam, gdzie jestem. Tym razem wysiadam na dobrej stacji. Za to mam problem z dopchaniem się do autobusu. Może wyjaśnię, mój uniwersytet znajduje się w parku nad stawem, za polem golfowym. Więc, żeby się tam dostać ze stacji, trzeba poczekać na mały, (ze względu na wąską, stromą drogę) autobus uczelniany. W związku z ograniczoną liczbą miejsc, toczy się zawsze walka o wejście do autobusu. Idą w ruch łokcie, torby i inne akcesoria pomagające w przepchaniu się przez tłum. Dziś… zostałam na przystanku, muszę czekać na następny i wszystko zacznie się od nowa. Do domu wracam na tyle wcześnie, żeby zrobić obiad, dziś może coś bardziej wyszukanego. A wieczorem… spotkanie Rady Parafialnej, mamy omawiać uroczystość przybycia św. Mikołaja do naszej parafii, zakup drukarki i kilka innych niecierpiących zwłoki spraw. Szczerze mówiąc środa to jeden z dwóch moich wolnych wieczorów w tygodniu, które mogę spędzić z mężem, więc jestem lekko zła, ale tłumaczę sobie – tak trzeba! Spotkanie skończyło się po 22:00, czas do domu i znów spać. Jak ten czas szybko leci.
Czwartek
Dziś czeka mnie cotygodniowe redagowanie i edytowanie informatora parafialnego, zajmuje mi to około trzech godzin (informator na szczęście ma sześć stron, jak na razie). Potem wypadałoby zająć się sprawami uczelnianymi – zadania domowe, szkolenie języka, a potem na 19:00 do pracy. Oczywiście nie wszystko idzie zgodnie z planem, bo na przykład ktoś dzwoni, żeby coś załatwić, kto inny prosi o pomoc – jakże mogłabym odmówić? Więc zajęta tymi wszystkimi sprawami, zapominam pojechać do banku, zrobić porządek w papierach, wstawić pranie… Mam dość! Za dużo mam na głowie… a trzeba dalej działać. Zagubiona, postanawiam rzucić wszystko i obdzwonić rodzinkę w Polsce – to prawdziwa przyjemność! Powoli zbieram siły i wybieram się do pracy. Dziś również do 24:15 i pewnie na samoobsłudze; w pracy relaks – po całym tygodniu myślenia, miło jest się troszkę „odmóżdżyć”.
Piątek
Dzień zabiegany. Trzeba wstać o 8:00, bo na 11:00 na uczelnię. Na uczelni jestem do 17:00, a potem szybko, biegiem do pracy na 19:00. W pośpiechu nie mam czasu zrobić sobie nawet kanapki, wiem, że głód dopadnie mnie wieczorem, co nie jest najlepsze dla sylwetki, ale nie mam wyboru. Na uczelni Buissness English większość klasy to studenci biznesu, rozważam problem globalizacji. Gdzie ja trafiłam? – zadaję sobie pytanie, przecież nie mam o tym pojęcia! Chcę być tylko nauczycielem, ale słownictwo jest ważne, jeśli kiedyś będę uczyć języka biznesu. Po takiej sugestii trochę się uspokajam. W przyszłym tygodniu strategie w biznesie – wprost nie mogę się doczekać. Zdążyłam! Zdążyłam do pracy! Co prawda biegłam ze stacji metra i przebierałam się w wielkim pośpiechu, ale jestem! Dzisiaj się poddaję i siadam przy zwykłej kasie. Koniec tygodnia, jutro sobota – dzień wolny!
Sobota
Budzę się sama, bez budzika, szczęśliwa, wyspana. Lecz po chwili dociera do mnie, że to dzień porządków. Niechętnie wstaję, chwilę porannej kawy przedłużam w nieskończoność. Mam ochotę zamknąć pokój, wziąć książkę i czytać. Przyznaję, że czasem poddaję się tej pokusie. Lecz dziś trzeba się pouczyć i posprzątać. Wieczorem może gdzieś wyjdziemy we dwójkę, w końcu dziś sobota. W ciągu tygodnia nie ma czasu, żeby odwiedzić znajomych, chociaż nie zawsze jest to możliwe, wszyscy bowiem są niezwykle zajęci w tym zwariowanym kraju. Dziś Sławek przychodzi z pracy wcześniej, jemy razem obiad i kwitujemy, że tak naprawdę mamy ochotę zostać w domu. Wyciągam więc film na DVD i oglądamy – święta chwila spokoju choć raz w tygodniu 🙂
Niedziela
Nareszcie śpię dłużej. Schodzę na dół, robię śniadanie – zawsze jajka w majonezie. Jesteśmy roześmiani, uśmiechnięci. Śniadanie trwa do południa, potem krótki odpoczynek i… znów się zaczyna. Rozważanie spraw parafii, czy wszystko wzięliśmy? Do księgarni, do kawiarni. Do kościoła zawsze wychodzimy godzinę wcześniej – trzeba rozłożyć książki, informatory, przy okazji może ktoś zapisze się „na Mikołaja”. Msza mija z prędkością światła, szybko składamy księgarnię i pędzimy do przykościelnej kawiarni. Prawie zawsze brakuje dla nas ciasta. Rozmowy z ludźmi, namiastka życia towarzyskiego. W domu jesteśmy dopiero o 19:00 – wreszcie. Hop przed telewizor i „Taniec z gwiazdami”. Już tylko chwila z tej niedzieli, a jutro wszystko zaczyna się od nowa – dni mijają jak godziny, a tygodnie jak dni… Koło się wciąż toczy i nie wiadomo, kiedy choć na chwilę przestanie… Wybór pozostania w Anglii był tylko mój, ale nie sądziłam, że rozstanie z Polską będzie tak trudne. W nawale obowiązków nie mam na szczęście czasu na tęsknotę. Poza tym nie jestem tu sama, mam męża, który mnie wspiera i jestem z nim szczęśliwa. Już niedługo Święta spędzimy w Polsce. Nie mogę się doczekać!
Stanisław hr. Żółtowski właściciel NiechanowaMaria z książąt Sapiehów żona hr. Stanisława Żółtowskiego
(…) Do niewielu rodzin ziemiańskich posiadających w Poznaniu w XX wieku salony, w których bywało liczne grono gości, należeli Żółtowscy. Najwybitniejszymi postaciami rodu byli hr. Jan Żółtowski (1871-1946), ostatni właściciel dóbr Czacz, oraz hr. Stanisław Żółtowski (1849-1908), o generację od niego starszy właściciel Niechanowa, wybitny działacz gospodarczy, ojciec dwóch zasłużonych postaci: hr. Leona Żółtowskiego (1877-1956) i profesora Adama Żółtowskiego (1881-1958), znakomitego uczonego, filozofa i polityka.
W gronie bogatej wielkopolskiej szlachty Żółtowscy wraz z Chłapowskimi, Morawskimi i Koźmianami stanowili elitę umysłową i kulturalną warstwy ziemiańskiej, a co więcej – dzierżyli kierownictwo niezwykle wpływowego stronnictwa konserwatywnego związanego silnie z Kościołem, wówczas nazywanego ultramontanami. Ze względu na swoje zainteresowania kulturalne, działalność w różnych instytucjach społecznych, organach samorządowych, instytucjach itp. rodziny te były silnie związane także z samym Poznaniem. (…).
Krótko po śmierci swego męża, zmarłego w 1908 roku w Zakopanem, pani Maria Stanisławowa Żółtowska (1855-1929), córka księcia Adama Sapiehy, właściciela Krasiczyna w Galicji, i Jadwigi z książąt Sanguszków, osiadła wraz z córką Zofią (1887-1975) w Poznaniu, w należącej do niej kamienicy przy ul. Mickiewicza 30. Obie panie prowadziły tutaj dom otwarty. Córka Zofii, Maria z Żółtowskich Konstantowa Radziwiłłowa wspomina, że w domu jej babki bywali częstymi gośćmi ludzie wybitni, między innymi Roman Dmowski i znakomity malarz Leon Wyczółkowski. Do grona gości zaliczało się także kilku poznańskich uczonych, profesorów miejscowego Uniwersytetu, a wśród nich założyciel Uniwersytetu Poznańskiego prof. Heliodor Święcicki oraz słynny ekonomista prof. Edward Taylor (…).
Innym (…) bywalcem domu pani Stanisławowej Żółtowskiej był, należący z racji wieku raczej do generacji jej córki, dr Jan Zdzitowiecki (1897-1975), syn ziemian spod Radomia, aktywny działacz narodowej demokracji i Obozu Wielkiej Polski, po II wojnie światowej profesor Uniwersytetu Poznańskiego i kierownik Katedry Prawa Finansowego. Sympatię i względy starszej z pań Żółtowskich zyskał Jan Zdzitowiecki swoim ujmującym sposobem bycia i nienagannymi manierami (…).
W Niechanowie osiadł tymczasem najstarszy syn Stanisława i Marii, hr. Leon Żółtowski, od 1903 roku żonaty z Hanną Mężyńską, jedną z najbogatszych panien na wydaniu w tym czasie w całym zaborze rosyjskim, mającą wielomilionowy posag liczony w rublach oraz majątek Racew na Białorusi.
U Adamów Żółtowskich
Wiele lat później niż matka i jedyna siostra Zofia, bo dopiero w 1920 roku, osiadł również w Poznaniu na okres kilkunastu lat i zamieszkał w swoim domu przy ul. Ogrodowej 9 profesor Adam Żółtowski, młodszy brat Leona Żółtowskiego, powołany na Katedrę Filozofii utworzoną na nowo powstającym wówczas Uniwersytecie Poznańskim. Chociaż przez ostatnie lata związany był z Krakowem, gdzie się w 1910 roku habilitował, Poznań był mu dobrze znany i bliski, gdyż stąd był rodem i tu ukończył w 1900 roku Gimnazjum św. Marii Magdaleny.
W momencie otrzymania nowej posady formalnie był pracownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, do którego został przyjęty z chwilą jego powstania. Jednakże praca naukowa zdecydowanie bardziej go pociągała niż służba dyplomatyczna. Stąd też propozycję objęcia katedry w Poznaniu przyjął chętnie (…).
W roku 1933 został wybrany dziekanem Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu, jednakże już jesienią tego samego roku, po wydaniu nowej ustawy, minister Janusz Jędrzejewicz usunął go z katedry i ponadto odsunął całkowicie od pracy w szkolnictwie wyższym. Prócz niego usunięto w tym czasie z Uniwersytetu w Poznaniu kilku innych wybitnych profesorów, których poglądy polityczne nie podobały się ówczesnym sferom rządowym (…).
Profesor Adam Żółtowski zamieszkał w Poznaniu z żoną, Janiną z Puttkamerów, osobą bardzo oczytaną i wykształconą, o niezwykle żywej inteligencji, bardzo ciętym języku i wyraźnej słabości do polskiej arystokracji (…).
Krąg osób bywających w domu Adamów Żółtowskich był szeroki, chociaż niełatwo było w charakterze gościa bywać na Ogrodowej, gdyż dobór gości odbywał się według swoistego klucza. Najgorzej było, gdy ktoś był nudziarzem. Nie zapraszano również z zasady osób o zdecydowanie sanacyjnej orientacji. Można powiedzieć, chociaż bynajmniej nie stanowiło to jakiegoś decydującego kryterium, że gośćmi ich domu byli na ogół ludzie o poglądach konserwatywnych oraz bliskich ideom Stronnictwa Chrześcijańsko-Narodowego. Zarówno bowiem profesor Żółtowski i jego najstarszy brat Leon, jak i ich kuzyn, hr. Jan Żółtowski, właściciel Czacza, stanowili filary „Chieny”, czyli Stronnictwa Chrześcijańsko-Narodowego w Poznaniu i Wielkopolsce (…).
Adamowie Żółtowscy niezbyt często urządzali u siebie w domu wielkie przyjęcia. Zazwyczaj zapraszali kilku, co najwyżej kilkunastu gości na urządzane w godzinach południowych eleganckie śniadania. Urządzali również kolacje. Niekiedy dodatkowo, na godziny późniejsze, zapraszano niektóre osoby, które już po kolacji dołączały do reszty towarzystwa. A towarzystwo bywało tutaj elitarne, składające się z osób o wysokich walorach intelektualnych. Z rodziny Żółtowskich na takie spotkania przy ul. Ogrodowej zapraszano jedynie osoby wybitniejsze. Gdy w Poznaniu pojawiał się ktoś zajmujący w jakiejś dziedzinie znaczącą pozycję, bywał do Adamów Żółtowskich zapraszany na specjalnie dla niego urządzane przyjęcie. Goście byli wówczas specjalnie dobierani z wielką starannością. Do takich wybitnych osób należał m.in. hr. Franciszek Potocki (1877-1949), do 1917 r. właściciel dóbr Peczara na Ukrainie, żonaty z głośną w kręgach towarzyskich Warszawy postacią, nazywaną „panią Agą”, siostrą ordynata na Ołyce, księcia Janusza Radziwiłła, uchodzącego za przywódcę polskiej arystokracji (…). Bywał także u profesorstwa Żółtowskich prof. Wincenty Lutosławski, często odwiedzający mieszkającą w Poznaniu córkę, której mąż, dr med. Czesław Meissner był jedną z wybitnych postaci Stronnictwa Narodowego w Poznaniu. Do kręgu bywalców domu profesorstwa należeli również Paweł Sapieha, właściciel Krasiczyna, brat późniejszego kardynała Adama Sapiehy, rodzony wuj profesora Adama Żółtowskiego, oraz Henryk Skirmunt, właściciel ziemski z Polesia, człowiek o wybitnych uzdolnieniach muzycznych, kompozytor, koneser sztuk pięknych.
Pani Janina była osobą rodzinną i przyjmowała pod swój dach różnych krewnych. W latach 1925-30 mieszkał u Adamów Żółtowskich studiujący i później doktoryzujący się w Poznaniu najbliższy kuzyn, czyli, jak ten stopień pokrewieństwa wówczas określano, cousin germain pani domu, aczkolwiek od niej o lat 20 młodszy, Stefan Kaniewicz, później znany historyk (…).
Od czasu do czasu zapraszano także na kolacje grono profesorów uniwersyteckich, kolegów prof. Adama Żółtowskiego z uczelni. Prócz nich mile widzianym gościem był August hr. Cieszkowski, zwany powszechnie „panem Gugą”, właściciel Wierzenicy pod Poznaniem, który nigdy nie wpadał tutaj na krótko, gdyż prowadził zawsze z panem domu długie dysputy filozoficzne. Obydwaj panowie przygotowywali do druku nie wydane dotąd prace filozoficzne Augusta Cieszkowskiego seniora (…).
Adamowie Żółtowscy urządzali również wieczorki taneczne dla młodzieży. Pani domu organizowała je pewnie wyłącznie ze względu na bawiących u nich młodych krewnych, gdyż sama tańczyć nie lubiła.
Ponadto zjawiali się u Adamów Żółtowskich ich nieco dalsi krewni, Żółtowscy z Czacza – wspomniany już Jan i jego żona, pani Ludwika z hr. Ostrowskich z dziećmi – a prócz nich Żółtowscy z Nekli, Jarogniewic, Kadzewa, Głuchowa, Wargowa, Godurowa, Ujazdu, Słupów. Wszystkie te rodzinne siedziby leżały w Wielkopolsce, lecz nie ze wszystkimi stosunki były równie bliskie. Część Żółtowskich z Ujazdu przeniosła się w dalsze strony i osiadła w Lubelskiem, w Kocku i Milanowie. Jednakże również z dala od Wielkopolski mieszkający Edwardowie i Józefowie Żółtowscy dość często pokazywali się u swoich wielkopolskich krewnych. Jako jedna ze stosunkowo niewielu rodzin szlacheckich w Polsce utworzyli Żółtowscy w 1903 roku związek rodzinny, grupujący wszystkich potomków linii nazywanej Miecznikowską, to jest wszystkich pochodzących od Jana Nepomucena Żółtowskiego, zmarłego w 1854 roku (…).
W salonie pani Adamowej Żółtowskiej w Poznaniu bywano chętnie, ponieważ umiała ona jak mało kto w Grodzie Przemyśla prowadzić salon par excellence literacki na wysokim poziomie intelektualnym. Nigdy nie panowała w nim nuda, co podkreślał także z uznaniem kilkadziesiąt lat później Stefan Kieniewicz. Ona sama zresztą inicjowała ciekawe dyskusje. Jej ostre i cięte uwagi oraz opinie, niekiedy kontrowersyjne, w sposób pożądany podgrzewały atmosferę toczonych w jej salonie rozmów, często błyskotliwych i niejednokrotnie żarliwych dyskusji.
Po przeprowadzce do Poznania profesor Adam Żółtowski, czy to namówiony przez kogoś z krewnych bądź przyjaciół, gdyż chyba nie z własnej inicjatywy, został członkiem tutejszej Resursy Obywatelskiej. By móc zostać jej członkiem, trzeba było po złożeniu wniosku przejść balotaż, co nie każdemu się udawało. Nie był on oczywiście w przypadku prof. Adama Żółtowskiego problemem, chociaż można sobie także wyobrazić, że ci i owi z najbardziej konserwatywnych starszych panów z Resursy Obywatelskiej, a trzeba pamiętać, że wielkopolskie ziemiaństwo było w owych czasach bardzo w swych poglądach zachowawcze, kręcili pewnie trochę nosami na jego profesurę.
Zarząd poznańskiej Resursy Obywatelskiej przynajmniej raz w miesiącu urządzał dla swoich członków wspólne kolacje w swych lokalach na pierwszym piętrze hotelu Bazar. (…).
Spotkania te jednak prof. Adama Żółtowskiego nudziły i traktował je trochę jak pańszczyznę, od której nie wypadało mu się wymawiać, toteż w domu nieraz na te męskie spotkania klubowe narzekał, traktując je jako niepotrzebną stratę czasu.
Do ulubionych, niemal codziennych rozrywek profesora należała natomiast jazda konna. Posiadał własnego wierzchowca. Trzymał go w bardzo dla siebie dogodnym miejscu, to jest w stajni pułkownika Eryka Brabeca, emerytowanego wyśmienitego kawalerzysty, mieszczącej się bezpośrednio przy dawnym forcie Grolmana, a więc niemal dosłownie o parę kroków od mieszkania profesorstwa. Przy stajni istniał także padok, z którego profesor korzystał.
Po roku 1933, w którym władze ministerialne odebrały profesorowi Żółtowskiemu jako zdeklarowanemu przeciwnikowi sanacji katedrę uniwersytecką, profesorstwo zlikwidowali poznańskie mieszkanie i na stałe już opuścili Poznań, osiadając w Bolciennikach, posagowym majątku pani Adamowej Żółtowskiej na Wileńszczyźnie.
Z wyjazdem profesorstwa Żółtowskich z Poznania ubył niewątpliwie jeden z najważniejszych i intelektualnie najciekawszych salonów. Była to niepowetowana strata (…).
Profesor Adam Żółtowski był bez wątpienia postacią nieprzeciętną i niebanalną. Dużej klasy uczony prezentował także nie mniej wysoką klasę zarówno w życiu społecznym, jak i prywatnym. Jako profesor był bardzo popularny wśród młodzieży akademickiej, chociaż wcale o to nie zabiegał (…).
W Bolciennikach Adam Żółtowski pozostał w pamięci ludzi jako człowiek dobry i szlachetny. Opowiadają, że raz usłyszał, będąc w lesie, jakiś niezwykły hałas. Zbliżywszy się, zobaczył chłopa, który wyciął po kryjomu dużą sosnę i próbował ją wywieźć z lasu. Wóz utknął jednak na nierównej drodze w głębokich koleinach. Profesor podszedł, podparł wóz i chłopu udało się szczęśliwie wyjechać na równą przestrzeń. Wówczas Adam Żółtowski zbliżył się, ujął go za łokieć, jak to nieraz lubił czynić, i powiedział miękko: „Ale nie róbcie tego nigdy więcej”.
Za młodu profesor lubił polować i doskonale strzelał, choć po objęciu katedry uniwersyteckiej rzadko już korzystał z zaproszeń na polowania (…). Adam Żółtowski lubił szczególnie polowania na kuropatwy z nagonką, gdyż dawały okazję do trudnych i efektownych strzałów. Kiedyś w Brudzewie w Kaliskiem, u Przewłockich, w przeddzień takich właśnie „kur pędzonych”, kilku myśliwych zabawiało się rozmową. Opowiadano sobie bardzo niewybredne historie i brudne dowcipy. Profesor nie lubił słuchać takich rzeczy i – nie kryjąc niesmaku – demonstracyjnie wyszedł z pokoju. Za wychodzącym posypały się uszczypliwe uwagi, lecz on wcale na nie nie zważał. Nazajutrz zerwał się silny wiatr i rozpędzone w locie kury z zawrotną szybkością przelatywały nad linią myśliwych. Mimo że kaliszanie uchodzili za dobrych strzelców, tym razem masowo pudłowali. Profesor jednak trafiał. W pewnym momencie zwrócił się do stojących opodal myśliwych, mówiąc: „Pokażcie panowie, co potraficie. Nie sztuka było wczoraj rozprawiać o swoich wątpliwych sukcesach, macie przecież teraz także doskonalą po temu okazję”.
Żona profesora Żółtowskiego posiadała inny niż on typ inteligencji i inny zupełnie temperament. Niezmiernie elokwentna, bystra, o bardzo ciętym języku, bywała w swoich osądach ludzi i spraw nieraz wręcz skrajna oraz nazbyt subiektywna. Jeżeli kogoś nie lubiła, nie potrafiła, a może także nie starała się tego ukryć.
W czasie gdy profesor Żółtowski wykładał na Uniwersytecie w Poznaniu, małżonkowie nie opływali nazbyt w środki finansowe. Jako jedynaczka profesorowa odziedziczyła wprawdzie po ojcu Wawrzyńcu Puttkamerze wszystkie jego dobra ziemskie, a więc poza Bolciennikami również Rajcę, kupioną przez niego w 1897 r. od ostatniego właściciela z wygasającego już rodu Wereszczaków Kazimierza, i Korelicze, posiadłość poradziwiłłowską. Dobra te zostały jednak w czasie I wojny światowej zdewastowane i dochodów nie przynosiły. Dopiero w latach 30. XX w., gdy rząd polski wypłacił szeregowi osób odszkodowania za dobra skonfiskowane przez carat po powstaniu listopadowym, jakaś znaczniejsza kwota dostała się również prof. Adamowi Żółtowskiemu jako jednemu ze spadkobierców Andrzeja Zamoyskiego. Odtąd dysponował on większymi środkami finansowymi.
W przededniu II wojny światowej, gdy patrioci masowo oddawali swoje rodzinne precjoza, srebra i pieniądze na Fundusz Obrony Narodowej, Janina Żółtowska oddała na ten cel wszystkie swoje kosztowności. Przed wybuchem wojny Adamowie Żółtowscy podarowali majątek Rajca z dworem i zabudowaniami gospodarczymi oraz pięknym parkiem, w sumie około 60 ha, zakonowi sióstr palotynek. Dwór tamtejszy postawił Franciszek Wereszczak.
Po tragicznej śmierci męża w wypadku ulicznym w Londynie pani Janina spędzała ostatnie lata życia w londyńskim domu dla ubogich (…).
Fragmenty artykułu Sławomira Leitgebera zamieszczonego w kwartalniku „Kronika miasta Poznania” Poznań 1999.
Tegoroczny Zjazd w Nowej Kaletce był Zjazdem wyjątkowym przede wszystkim dlatego, że udało się nam zebrać większą reprezentację z Wrocławia.
Nowa Kaletka to piękne miasteczko nad jeziorem Gim. Wokół lasy, a woda w jeziorze tak czysta, że ma się ochotę natychmiast do niej wskoczyć. Obiecałam sobie, że na pewno tu wrócę, że spędzę tam jeszcze jakiś ciepły weekend. Sama pewnie nie wybrałabym się tak daleko. Jechałam przede wszystkim z zamiarem spędzenia czasu z moją najbliższą rodzinką, tak jak kiedyś, kiedy byłam mała. Niestety, od mojego wyjazdu za granicę jedynie na krótko udaje mi się spotkać z najbliższymi. Teraz miało być inaczej, cztery dni tylko dla nas: ja, tato, ciocia Danka no i oczywiście babcia Jasia!
Krzysztof z Wrocławia z siostrą Danutą i mamą Janiną
Wyjechaliśmy z samego rana pociągiem do Olsztyna, mieliśmy przedział tylko dla siebie i na nic zdały się gazety i książki wzięte „na podróż”, bo buzie nam się nie zamykały. Wierzcie mi, że kiedy spotykają się trzy pokolenia jest o czym rozmawiać!
Gdy dotarliśmy do Nowej Kaletki, okazało się, że droga z przystanku do Ośrodka „Kłobuk” to droga przez mękę. Z mozołem ciągnęliśmy nasze niemałe bagaże, a napotkani przechodnie informowali nas, że cel już niedaleko! Szliśmy więc, i szliśmy, a Ośrodka wciąż nie było widać. Wreszcie w momencie, kiedy miałam się już zatrzymać i zrezygnować, zobaczyłam napis: Ośrodek „Kłobuk”. Przywitała nas podenerwowana ciocia: „Czemu nie zadzwoniliście? Przecież wyjechalibyśmy po was!” No właśnie, czemu, sama nie wiem – chwilowe zaćmienie czy coś jeszcze? W każdym razie to nauczka na wszystkie przyszłe Zjazdy. Otrząsnęliśmy się dopiero wieczorem, gdy zaczęli zjeżdżać Żółtowscy, powitaniom nie było końca. I tak przez następne cztery dni, czas spędzany bardzo intensywnie. Nie mogę nie wspomnieć o zarówno pouczającej, jak i męczącej wycieczce po Warmii. Mężnie i z determinacją zmierzaliśmy do kolejnego historycznego kościoła (niektórym na tej drodze brakowało wiary…, że wrócimy jeszcze kiedyś do Nowej Kaletki…) Ja jednak dużo milej wspominam „wycieczkę” po okolicach Szczęsnego oraz pobyt w domu Kici i Adasia. Sentymentalne wspomnienia, zdjęcia i historie rodzinne – bardzo miły, niezapomniany dzień. Wieczorem skorzystałam ze spaceru po Olsztynie z prywatnym przewodnikiem – w tej roli wystąpił Adaś. Teraz mam wrażenie, że znam olsztyński Rynek jak własną kieszeń :-).
Pewnego dnia zdarzyło się, że w naszym ośrodku pracownicy wodociągów i kanalizacji mieli swoją branżową imprezę. Zaprosili nas do wspólnej zabawy. Żółtowscy bawili się znakomicie i do końca, czego nie można powiedzieć o niektórych „branżowcach”… Ja przetańczyłam cały wieczór z moim tatą, wspaniałym, najlepszym tancerzem na świecie i z nikim nie tańczy się tak dobrze jak z nim.
Pogoda i wspaniała atmosfera przyczyniła się do sukcesu całego Zjazdu. Szkoda tylko, że trwał tak krótko i że na następne spotkanie trzeba czekać cały, długi rok. Wracaliśmy do Wrocławia pełni energii, ale i żalu, że spotkanie już się skończyło. Mieliśmy wiele wspomnień do przekazania. Mam nadzieję, że w takim samym albo i większym wrocławskim składzie wsiądziemy do pociągu w przyszłym roku.