Tag: Nr 50

  • XVII zjazd w Księżych Młynach

    Tegoroczny Zjazd odbędzie się w okresie Bożego Ciała w dniach 21-25 maja 2008r w Księżych Młynach.

    Księże Młyny oddalone są 50km od Łodzi. Ośrodek „Vanpur” położony jest w pięknym sosnowym lesie 150m od rzeki Warty. Znajduje się tu budynek hotelowy na 120 miejsc w pokojach 2-3 osobowych z łazienkami, restauracja, bar i sala konferencyjna, sala telewizyjna oraz stół do tenisa i bilard. Uroczystości Bożego Ciała będą obchodzone w Spycimierzu oddalonym o 15 km od ośrodka.

    Całkowity koszt pobytu wyniesie około 300zł od osoby.

    Zaliczkę w wysokości 150 zł od osoby należy wpłacić na konto Związku w terminie do 31 marca 2008 r.

    Numery telefonów do ośrodka: (43)6787229 oraz 600899685.

    Zarząd Związku gorąco zaprasza do uczestnictwa w Zjeździe.

  • „…chciałabym Twoje serce ocalić od zapomnienia”

    „Ile razem dróg przebytych,
    ile ścieżek przedeptanych,
    ile deszczów, ile śniegów
    wiszących nad latarniami…”

    Rok 2007 był dla mnie czasem smutnych rozstań i pożegnań. W październiku umarł mój tato, a w grudniu Stefania.

    Słucham pięknego tekstu Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w interpretacji Marka Grechuty i wspominam chwile spędzone z bliskimi mi ludźmi, którzy odeszli, ale na zawsze pozostaną w moim sercu i pamięci.

    Stefania pocieszała mnie po śmierci taty, rozumiała mój ból i radziła, co robić, żeby można było żyć z tą ogromną tęsknotą i nagłą pustką. Jestem wdzięczna losowi, że dane mi było spotkać na swojej drodze takiego człowieka, jakim była Stefania. Osoba obdarzona wrażliwością na piękno, na potrzeby innych i umiejąca słuchać. To rzadka umiejętność. Zwykle wydaje nam się, że nasze sprawy, problemy i kłopoty są najważniejsze. Stefania potrafiła cierpliwie wysłuchać, czasem dać dobrą radę, a czasem przemilczeć. Bez wymądrzania się i niepotrzebnego wtrącania w sprawy innych.

    Dawała z siebie tyle, ile było potrzeba. Zarażała radosnym, dźwięcznym śmiechem i optymizmem, który jest tak bardzo potrzebny każdemu z nas.

    Kolejne spotkania zjazdowe zbliżały nas do siebie. Miałyśmy coraz więcej wspólnych spraw i tematów do rozmowy – wychowanie dzieci, praca, kłopoty dnia codziennego.

    Po raz pierwszy rozmawiałyśmy dłużej ze Stefanią na zjeździe w Rucianem, potem był Lucień, a następnie Ciechocinek. Spotykaliśmy się często w domku zajmowanym przez Stefanię i Rafała, wiedliśmy niekończące się rozmowy, wspominaliśmy to, co było i snuliśmy plany na przyszłość. A potem były Wigry i wspólne zwiedzanie Wilna.

    Kłopoty z organizacją zjazdu w 1999 roku zbliżyły nas jeszcze bardziej. Telefony, rozmowy, a potem wspólna wyprawa do ośrodka „Relax” w Chomiąży Szlacheckiej.

    Krynica Morska to długie spacery ze Stefanią wzdłuż morskiego brzegu, zbieranie drobinek bursztynu, z których przygotowała „palce lizać” nalewkę. Rozmowy o bardzo wielu sprawach babskich, rodzinnych, ludzkich. „Sprzedała” mi wtedy dużo sekretów kulinarnych, z których korzystam do dzisiaj.

    Rok 2000 to przede wszystkim wyprawa do Włoch, do Ojca Świętego, którą to podróż zapamiętam na zawsze. Godziny spędzone w drodze, wspólne modlitwy, zwiedzanie, zdjęcia, film z wyjazdu, rozmowy, śpiewy i dużo, dużo wzajemnej dobroci.

    Spotykałyśmy się nie tylko na zjazdach, ale również na zebraniach zarządu w Laskach oraz w domu Stefanii i Rafała w Korycinie.

    Stefania kochała zwierzęta, uwielbiała rośliny. Tematem wielu obrazów tej wrażliwej, obdarzonej talentem osoby są kwiaty. Dużo pracy poświęcała hodowli i pielęgnacji roślin w swoim ogrodzie. Z dumą pokazywała każdy nowy okaz. Nie tolerowała bylejakości. Wszystko, co tworzyła, musiało być piękne i doskonałe. Z różnych wyjazdów przywoziła pędy roślin, sadzonki i cieszyła się, jeśli się przyjęły, rosły i rozkwitały.

    „…ile listów, ile rozstań,
    ciężkich godzin w miastach wielu,
    i znów upór, żeby powstać,
    i znów iść i dojść do celu…”

    Pisałyśmy do siebie listy i kartki. Sztuka epistolarna jest już w zaniku, ale dla nas było ważne, żeby, szczególnie w okresie świąt, przekazać sobie pięknie napisane na eleganckim papierze, czy karcie świątecznej życzenia.

    Stefania nigdy się nie skarżyła, że jest jej ciężko walczyć z chorobą. Dzielnie znosiła kolejne chemioterapie i tylko czasem, kiedy telefonowałam do niej, mogłam usłyszeć: „Wiesz, jestem słaba, dopiero po wlewie, ale to nic, jutro już będzie lepiej”.

    Kolejne zjazdy, kiedy już wiedzieliśmy, że Stefania jest chora, były oczekiwaniem na spotkanie z nią, z trwogą, czy lepiej się czuje i z radością i nadzieją, że Stefania zwycięża i nie poddaje się chorobie.

    Zjazd w Szklarskiej Porębie, wspólnie przeżywamy mszę i procesję Bożego Ciała. Widać było, że Stefania trochę się męczy, ale dzielnie znosiła wszystkie trudy, uśmiechała się, żartowała.

    Mieszkałam wtedy w dwupokojowym studio razem ze Stefanią. Ileż odbyłyśmy rozmów, ile wspomnień, oglądania zdjęć, rozmów o życiu, dzieciach i ukochanym wnuku Olgierdzie.

    Do Nowej Kaletki Stefania już nie przyjechała. Spotkałyśmy się w lipcu w jej domu w Korycinie. Nie pomyślałam nawet, że jest to nasze ostatnie spotkanie…

    ***

    Pożegnaliśmy Stefanię na cmentarzu położonym na wzgórzu wśród drzew. Jej grób pokryła istna powódź przepięknych, żywych kwiatów, które tak bardzo kochała. W imieniu nas wszystkich mówili Mariusz ze Sztumu i Wacław z Łodzi. W swoich słowach wyrazili to, o czym myśleliśmy wszyscy, jaka była Stefania i jak bardzo nam będzie jej brakowało.

    „…więc ja chciałabym
    Twoje serce ocalić od zapomnienia!”

    Bogusia z Białej

  • Zdrajca czy prowokator?


    Bożena Lipińska z Warszawy

    Judasz Iskariota – symbol zdrady i wszelkiej niegodziwości – to bez wątpienia jedna z najbardziej tajemniczych i kontrowersyjnych postaci Ewangelii. Kim był, co wiemy o tym najsłynniejszym zdrajcy, dlaczego zdradził Jezusa?

    Judas (grecka forma rozpowszechnionego w Judei imienia Juda, czyli „godny czci”) miał przydomek Iskariota, oznaczający: „człowiek z Keriothu” – z miasta południowej Judei.

    Judasz jako jedyny z apostołów umiał czytać i pisać, więc dlatego przydzielono mu funkcję skarbnika. Gromadził datki, inwestował je, rozdawał pieniądze potrzebującym. Jednak według Ewangelii św. Jana niegodnie wykorzystywał swoje stanowisko. „Był złodziejem i mając sakiewkę, sprzeniewierzał to, co do niej wkładano”. Miłość do pieniędzy miała też być powodem jego zdrady.

    Niektórzy badacze Biblii uważają, że to Judasz uznał Jezusa za zdrajcę. Kiedy został jego uczniem, sądził, że celem Jezusa jest walka z najeźdźcą, wierzył, że po pokonaniu Rzymian zostanie On królem Izraela. Dziwiły go jednak słowa Jezusa, które nie zgadzały się z jego wizją króla-zdobywcy. Bo czyż nie jest dziwne, że ten który ma wyzwolić Izrael, mówi, że szczęściem jest być ubogim, miłosiernym i cierpiącym prześladowania? Czyż nie są tajemnicze słowa Jezusa, że „królestwo Jego nie jest z tego świata”? A gdy Jezus jeszcze pozwolił, by zbliżali się do niego trędowaci, złodzieje i prostytutki oraz zalecił lojalność podatkową wobec cesarza („oddajmy cesarstwu co cesarskie”), Judasz uznał Jezusa za oszusta. Nie rozumiał Jezusa, miał do niego żal, był zniecierpliwiony biernością Mistrza. Postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Szukał sposobności, by potajemnie wydać Go kapłanom. Myślał, że zaatakowany przez kapłanów Jezus może wreszcie użyje swej mocy i rozpocznie dawno oczekiwaną świętą wojnę, której zakończeniem będzie panowanie Mesjasza. Gdyby natomiast Jezus nadal pozostał bierny, oznaczałoby to, że nie jest żadnym Mesjaszem, tylko zwykłym oszustem, a wówczas Judasz zostanie bohaterem, który zdemaskował i oddał w ręce sądu bluźniercą.

    Jezus do końca nie pozbawił Judasza godności apostoła. Przed Ostatnią Wieczerzą umył mu nogi i udzielił komunii. Wtedy też oznajmił, że wśród nich jest zdrajca. Po słowach Jezusa, skierowanych do Judasza: „Co masz czynić, czyń prędko”, ten poszedł umawiać się z oprawcami.

    Suma, którą kapłani wręczyli Judaszowi, nie była imponująca. Niezależnie od powodów, które nim kierowały, Judasz pożałował zdrady. Już następnego dnia rano po wieczerzy (w Wielki Piątek) opamiętał się, zwrócił kapłanom trzydzieści srebrników i rzekł: „Zgrzeszyłem, gdyż wydałem krew niewinną”. Lecz kapłani orzekli: „Cóż nam do tego, patrz swego”. Kapłani bowiem chętnie uczynili Judasza swym narzędziem w pojmaniu Jezusa, ale gardzili nim z powodu jego nikczemności. Gdy zwrócił się do nich z wyznaniem winy, nie przyjęli pieniędzy, nie złożyli ich w skarbcu świątyni. „Krwawe” bowiem srebrniki były nieczyste, skażone krwią. Kupili za nie pole pod Jerozolimą i urządzili tam cmentarz dla innowierców, a więc ludzi, którzy również byli „nieczyści”. Nazwali je Polem Krwi.

    A Judasz? Targany wyrzutami sumienia powiesił się – tak przynajmniej twierdzi Ewangelia św. Mateusza. W Dziejach Apostolskich znajduje się inna wersja: Judasz „rzucił się w przepaść” albo – według innego tłumaczenia – „spuchł”, a potem jego ciało „pękło i wypadły zeń wnętrzności”.

  • Sylwester w Przymierzu Rodzin u Izabelli hrabiny Dzieduszyckiej

    Stało się już tradycją, że sylwester spędzam w gronie znajomych skupionych wokół Przymierza Rodzin, na którego czele stoi jako prezes Izabella hrabina Dzieduszycka.

    Wraz z moją małżonką Hanną spotkałem się z przyjaciółmi i znajomymi po raz dziesiąty w Szkole Przymierza Rodzin na warszawskim Ursynowie na balu sylwestrowym 2007/2008.

    W balu uczestniczy co roku około 250 osób, w tym roku było 284 gości. Jest to w pewnym sensie elegancka „prywatka”, na którą przybywają przedstawiciele znanych polskich rodów oraz zaproszeni goście, w tym również z zagranicy. Bale te tym się różnią od innych masowych spotkań, że są to imprezy zamknięte, na które mogą przyjść tylko zaproszeni goście. Nowi uczestnicy balu muszą być wprowadzeni przez stałych bywalców, którzy ręczą za te osoby.

    Jak już wspomniałem, na balu bawią się znamienici goście: Dzieduszyccy, Bojanowscy, Czetwertyńscy, Szlenkierowie, Żółtowscy, Łubieńscy, Orłowscy, Strzemboszowie, Wagnerowie, Jabłonowscy, Lanckorońscy, Riedlowie, Narkiewiczowie, Tarłowscy, Russoccy, Górscy, Tychmanowiczowie, Ulanowscy, Rzewuscy i inni. W balu uczestniczą nie tylko goście z Warszawy. Liczne grono osób stanowią mieszkańcy Wielkopolski związani z tamtejszym Towarzystwem Ziemiańskim. Oczywiście są też goście z zagranicy, m. in. z Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych, Francji, Kanady. W kuluarach można usłyszeć rozmowy prowadzone po francusku, angielsku, hiszpańsku.

    Oczywiście, na balu obowiązują stroje wieczorowe. Panie są ubrane w długie, eleganckie suknie, panowie w smokingi, surduty, fraki i garnitury.

    Co roku bal organizowany jest w innym stylu. Był bal w stylu góralskim, azjatyckim, szlacheckim. Na tym ostatnim panowie ubrani byli w kontusze i żupany z licznymi klejnotami wpiętymi w stroje, przepasani pasami kontuszowymi. Mile również wspominam bal „W jedną noc dookoła świata”. Mało kto był wówczas ubrany w stroje wieczorowe. Przeważały stroje etniczne, poszczególnych kultur. Byli więc i Arabowie, i Hindusi, rdzenni mieszkańcy Afryki i Ameryki Północnej, Meksykanie, Rosjanie, Wenecjanie w swoich pięknie zdobionych maskach, kowboje itp.

    Tegoroczny bal odbył się w stylu „perłowym”. Nie zabrakło więc sznurów pereł i ozdób z perłami. Bal rozpoczął się o godzinie 20.30. Przy wejściu do budynku gości witał komitet organizacyjny balu. Po okazaniu kart wstępu wraz z zaproszeniami każdy uczestnik losował kotylion; dzięki temu podczas walca kotylionowego szukają się pary do uroczystego poloneza.

    Pani Izabela Dzieduszycka z Magdaleną Tychmanowicz jeszcze raz powitały zebranych gości w języku polskim, francuskim i angielskim i życzyły udanej zabawy. Następnie witamy się z gośćmi. Na każdej twarzy widać uśmiech, słyszy się serdeczne pozdrowienia, pocałunki w rękę, policzek, uścisk dłoni. Wymiana wizytówek z osobami nowoprzybyłymi staje się tradycją.

    Wszyscy wspominają poprzednie bale, rozmawiają o rodzinie, znajomych, przyjaciołach, koligacjach i oczywiście o bieżącej sytuacji w kraju i na świecie.

    Po walcu kotylionowym rozpoczął się uroczysty polonez* jak z „Pana Tadeusza”, reprezentacyjny narodowy taniec polski, tańczony na rozpoczęcie balów oraz dla podkreślenia uroczystego charakteru spotkania.

    W pierwszej parze pani Izabela Dzieduszycka. Przez Aulę Sapieżyńską posuwistym krokiem szła para za parą. Para w prawo, para w lewo, przejście w szpalerze, czwórki, ósemki, szesnastki, wąż wijący się między tańczącymi, kółeczko i pokłon w podziękowaniu za taniec.

    Po polonezie rozpoczęły się tańce standardowe. Był walc wiedeński, walc angielski, w tym walc dobierany, fokstrot, tango i inne. Nie zabrakło rock’n’rola i tańców latynoamerykańskich, jak samba, cha cha, rumba, jive, passo doble, makarena i najpopularniejszego dwa na jeden. Oczywiście jak wszyscy rozruszali się odpowiednio nie zabrakło frywolnego kankana i Greka Zorby. Największą chyba radość sprawił ognisty mazur.

    Na tańczących w Auli Sapieżyńskiej dumnie spoglądał z portretu Książe Lew Sapieha. Myślał pewnie: „Oj!, czasy się zmieniły! Nie ma już Rzeczypospolitej Szlacheckiej, nie ma już szlachty”. Ale są potomkowie rodzin rycerskich (chociaż „wysadzeni z siodła” i statusem majątkowym nie różniący się od innych), którzy umieją się bawić, podtrzymywać tradycje, znają maniery, formy dobrego stylu i gustu.

    Zabawę jak co roku prowadziło dwóch wodzirejów. Przy tak licznym gronie nie mogło ich zabraknąć. To oni pokazywali kroki i zabawiali gości.

    W chwilach odpoczynku od tańca można było posilić się w sali jadalnej przy stole szwedzkim. Rozmaite sałatki, koreczki serowe, kanapki bankietowe, strogonow, ciasta, napoje ciepłe i zimne i dobre wina cieszyły się wzięciem.

    Należy podkreślić, że bal w Przymierzu Rodzin ma też wymiar duchowy. Tradycją stało się, że o północy z 31 grudnia na 1 stycznia wita się Nowy Rok Mszą Świętą. Jest ona podziękowaniem za szczęśliwie przeżyty ubiegły rok, i jednocześnie prośbą o błogosławieństwo, opiekę Bożą, o miłość i szczęście w nadchodzącym A.D. 2008. Przy akompaniamencie fortepianu, skrzypiec i wiolonczeli wszyscy śpiewali kolędy. Trzeba przyznać, że większość, i to znaczna, przystępuje do komunii świętej. Po uroczystej Mszy Świętej, chociaż było już ponad godzinę po północy, rozpoczęło się odliczanie do „północy balowej”, kiedy rozpoczynał się balowy Nowy Rok. Strzelają korki, leje się szampan, wznoszone są toasty, składane życzenia, radość z przyjścia następnego roku.

    Wszyscy robili sobie zdjęcia i zabawa trwała dalej aż do rana.

    Należy wspomnieć, że impreza ta ma charakter nie tylko rozrywkowy i towarzyski, ale i charytatywny. W czasie balu prowadzona jest loteria fantowa, z której cały dochód przeznacza się na cele społeczne, dla dzieci z domów dziecka, z ubogich rodzin z Zarzecza – dawnego majątku rodziny Dzieduszyckich – oraz inne cele charytatywne. Nikt z gości nie żałuje pieniędzy; losy rozchodzą się błyskawicznie. Nie chodzi tu o fanty, które się wygra. Wszyscy wiedzą, że pieniądze przydadzą się potrzebującym.

    Teraz parę słów o Szkole Przymierza Rodzin. Szkoła ta jest szkołą katolicką. Kształcą się tu dzieci i młodzież z rodzin reprezentujących wartości chrześcijańskie i patriotyczne, dla których wartościami najwyższymi są Bóg, Ojczyzna, Rodzina, Honor, poszanowanie innych osób, pielęgnowanie tradycji. W skład Szkoły wchodzą szkoła podstawowa, gimnazjum, liceum i Szkoła Wyższa Przymierza Rodzin. Prezesem Przymierza jest Izabella hrabina Dzieduszycka. Patronem jest błogosławiony ojciec Bojanowski, krewny przodków Pani Izabeli, która z domu jest Bojanowska.

    Szkołę wybudowano z darowizn osób prywatnych z kraju i z zagranicy oraz instytucji prywatnych. Dzięki ich ofiarności zebrano wystarczającą sumę, aby w sierpniu 1996 r. można było rozpocząć prace budowlane. We wrześniu 1997 r. Szkoła Przymierza Rodzin rozpoczęła działalność.

    Na ścianie w Auli Sapieżyńskiej umieszczono złote tabliczki z nazwiskami darczyńców. Widnieją tu nazwiska m. in. Radziwiłłów, Czartoryskich, Lubomirskich, Czetwertyńskich, Sapiehów, Dzieduszyckich, Żółtowskich, Kurnatowskich, Platerów, Szlenkierów, Bnińskich, Ponińskich oraz nazwy firm sponsorujących.

    Nad ranem bal się skończył. Nikt się nie martwił z tego powodu. Rozpoczyna się karnawał. A w grudniu znowu bal sylwestrowy.

    „Więc nim się rozstaniem
    Przed słońca świtaniem
    Kto żyw, kto brat,
    Weź w dłoń pełną czaszę
    Strzemienne – rzecz godna wychylić je do dna
    Sto lat, sto lat niech trwa zdrowie nasze”

    Stefan Żółtowski


    * Pierwsze wzmianki o tańcu w rodzaju poloneza pochodzą z drugiej połowy XVI i początku XVII wieku. Pierwowzorem poloneza był taniec pieszy pochodzenia ludowego, który z biegiem czasu stał się znany wśród wszystkich warstw społecznych naszego kraju i otrzymał nazwę „taniec polski”. Od ludu taniec ten przejęły zaścianki szlacheckie, a stamtąd polonez trafił na dwory magnatów i królów polskich. Jest on tańcem uroczystym, dostojnym, charakteryzującym się posuwistością, okazałością oraz dostojnym nastrojem. Tańczony był (i nadal jest) podczas ważnych uroczystości, najczęściej na rozpoczęcie balu. Otwiera się nim zwykle reprezentacyjne zabawy i bale, a często także widowiska. Tańczy się go spokojnie, płynnie, ale nie bez pewnej dynamiki, przejawiającej się zarówno w postawie tańczących, godnej, „wysokiej”, jak również przyśpieszonym wydłużeniu pierwszego kroku czy w zdecydowanych, choć opanowanych gestach rąk tancerza. Tak więc godność, płynność, elegancja, a przy tym pewna, jakby przytłumiona wytwornością, dynamika są cechami charakterystycznymi tego tańca. Od połowy XVII wieku polonez zyskał miano tańca narodowego. Pierwszym znanym kompozytorem polonezów był Michał Kleofas Ogiński, który wprowadził formę poloneza z częścią środkową o nazwie Trio. Twórcą najwybitniejszych stylizacji polonezowych w muzyce był Fryderyk Chopin. W zależności od regionu, w którym był tańczony, polonez znany był pod różnymi nazwami: „taniec polski”, „chodzony”, „pieszy”, „łażony”, „wolny”, „powolny”, „powolej”, „okrągły”, „starodawny”, „staroświecki”, „chmielowy”, „gęsi”, „wielki”. Nazwa polonez pojawiła się dopiero w latach trzydziestych XVIII wieku jako nazwa francuska – polonaise.

  • Cztery dni przed Wielkanocą


    Czwartek przed Wielkanocą

    A po kórnickim rynku wiatr hula, głośno i smętnie zawodzi…
    Zasiedziałem się u przyjaciół… Długie rozmowy, dziś początek Triduum, nastrój poważniejszy, refleksyjny…

    Wyszedłem na ulice miasta, jest późna noc, prawie druga… I tak jeszcze nie pojadę do domu, syn właśnie ma przyjechać z dalekiej podróży… Pospaceruję trochę, cisza pozwoli myśli pozbierać…

    Spokojnie na mieście, nawet samochód nie przejechał. Budowa obwodnicy ze Śremu uspokoiła trochę ruch; przez centrum już jeździ mniej pojazdów…

    Jutro kolejny Wielki Piątek…
    „…Poprzedni tak niedawno, a to już rok minął…”

    Akurat przechodzę obok ratusza, w pobliżu Pomnika Poległych – przypomniały mi się zeszłoroczne sceny… Spojrzałem odruchowo w stronę Liceum – dziś już widoczny jest na nim Krzyż Kórnicki… Wrócił na swoje miejsce…

    „Wrócił na swoje miejsce…” Zabrzmiało to jak hasło, jak tytuł, jak jakieś podsumowanie czy zamknięcie… A może jak rachunek sumienia?
    Pamiętacie, że w zeszłym roku:

    Ostatkiem sił dźwignął się i wziął ten Wielki Krzyż kórnicki i poszedł dalej…
    I nie było Szymona z Cyreny…

    I nikt inny się nie znalazł…
    I została pusta kórnicka ściana…
    Przeraźliwie pusta…

    A On poszedł smutny do Następnej Stacji…

    Podświadomie w roku ubiegłym czekaliśmy.
    Bo przecież On poszedł z Naszym Krzyżem, przecież Go nie było, przecież w sercach pojawił się ten niepokój…
    Szedł przez miasto, wszyscyśmy widzieli, dźwigał ten Krzyż, zawsze go dźwigał… zawsze dźwiga…
    Za nas, bo nam za ciężki, bo nam za duży, bo nam często jakby zawadzał, bo nam zbyt często pojawiał się przed oczyma, a to czasem trochę niewygodne…
    Ale trochę nam brakowało…
    Więc szedł, dźwigał… Ale nie odszedł za daleko, wiedział, że odejść nie może, wiedział, że zatęsknimy, wiedział, że „pusta ściana” będzie krzyczeć, że sumienie nam nie da spokoju…

    Więc wrócił, znów Krzyż stanął przy Kórnickiej Ścianie. Odetchnęliśmy z ulgą…
    To tyle… Tylko tyle.

    A po ulicach wiatr nadal zawodzi… Tak jak przedtem… Dzisiaj również… Idę ulicami i słucham. Nic, tylko wiatr…
    Prawda, jest noc… Wszyscy śpią spokojnie. Dorośli, dzieci…

    Przez ten rok wiele się wydarzyło. Były wybory, są nowe władze. Były manifestacje w sprawie linii wysokiego napięcia, są wyroki sądowe. Były protesty w innych sprawach, najczęściej bez powodzenia. Wśród mieszkańców niepokojących spraw mnóstwo.
    Na forum również… Nie będę ich wymieniał teraz, to dobrzy dyskutanci, niech oni mówią…
    I dobrze, że mówią!
    Jeśli oni mówić przestaną, to – zaiste – kamienie krzyczeć będą!

    I dobrze, że mówią mądrze, bo głupców nigdy nie braknie – ich rozsiewają wrony!

    Czy zatem mogą wszyscy spać spokojnie?

    Czy przez ten rok coś się poprawiło?
    Czy ubyło zmartwień?

    Niektórym może ubyło, ale pojawiły się inne…
    Bo właśnie znów chodzi o to, jaki nowy samochód wybrać, gdzie najnowszą sukienkę kupić, albo w jakiej najmodniejszej firmie nowe meble zamówić, lub jaki brylancik do pierścionka dobrać, albo gdzie nową willę stawiać…

    Wielu jednak tych innych zmartwień nie ubyło…
    Są takie zmartwienia, które tylko wiatr po ulicach roznosi, po zaułkach przegania, na płotach zawiesza, pod latarnie ciska, za krzewami wstydliwie chowa, w przyjeziornych szuwarach ukrywa…

    Bo znów brak na czynsz za mieszkanie, znów dzieci do szkoły bez śniadania trzeba było wysłać, a na obiad to nie bardzo wiadomo, co do garnka włożyć… Węgla już w komórce brak, jakieś resztki drewna, trochę makulatury… Prąd oszczędzać trzeba, z gazem to samo, bo rachunki znów wysokie będą…
    Ciche te zmartwienia, szeptane skrycie, w samotności, w cichości, po nocy, w tęsknicy…
    Z żałości to aż serce bić przestaje, a w gardle to jakby jakaś zmora siedziała i dusi…

    Wiatru dobrze posłuchasz, to usłyszysz… Usłyszysz, jeśli zechcesz…

    Niektórzy zechcą. Słyszą. Jednakże bezsilność jest straszna. Niewiele mogą. Chcieliby pomóc, tak ze szczerego serca, ale sami niewiele mają… Ale liczy się chociaż dobre słowo, miły uśmiech, pomocna dłoń…

    Wielu jednak nie zechce. Nie zechcą nawet ci, którzy sami dobrowolnie podjęli się pracy dla innych we władzach gminnych. Dla wielu to zbyt pospolite, to zbyt błahe, to zbyt zwykłe, to zbyt drastyczne, wulgarne, wprost niewiarygodne!

    (…) Mieszkanie? No, przecież buduje się tyle bloków, mogli się zapisać! „…Jak się jakieś z komunalki zwolni, to się rozpatrzy…”
    A w dodatku można jeszcze jakieś chlewiki w Dziećmierowie zaadaptować, trochę się to wymaluje, przecież nie wszyscy muszą w willach mieszkać… A tych chlewików to będzie kilka, to co, że małe…

    Dzieci głodne? No przecież dostaną w szkole jakąś bułkę czy talerz zupy…

    Dzieci źle ubrane? Przecież wystarczy iść po prośbie do opieki społecznej, to tam coś dadzą!

    Na obiad nie ma co ugotować? No przecież były rozdawane różne artykuły – ryż, mąka, mleko, ser i coś tam jeszcze… Wystarczy iść po prośbie, to z „unijnego” przydziału coś tam będzie, nikt nie odmówi…

    Rachunki za prąd i gaz? No to oszczędzać trzeba, oszczędzać! I nie wieszać wielkich żyrandoli! (…)

    „A On do nich szepcze – …przyjacielu – jeszcze dziś będziesz ze mną w Raju…”

    Dlatego wrócił. Dlatego nadal na Kórnickim Liceum widoczny jest Nasz Krzyż.
    Dla nas. Dla następnych pokoleń.

    Bo On wiedział, że tego ziemskiego raju to tutaj wielu nie znajdzie. Tego raju wystarczy w kórnickiej gminie tylko dla nielicznych. Tych ziemskich rozkoszy tylko nieliczni zakosztować mogą.

    Dla reszty – zaadaptowane chlewiki, jałmużna z żywności „unijnej”, ciuchy, które już ktoś znosił i wyrzucił…
    Dla tych bezsilnych – druty pod napięciem nad głowami, maszty telefonii tuż za oknem, odór ze składowiska śmieci, spaliny samochodowe tuż za drzwiami…
    Czytam na forum te bezsilne protesty, te rozpaczliwe o pomoc wołania, te błagalne o rozwagę i mądrość nawoływania…

    A najgorsze to takie nieustanne w gardle dławienie… Bo już łzy nie chcą płynąć, jeszcze niedawno tak, ale już nie chcą…

    Chustka w kieszeni sucha, właściwie niepotrzebna…
    Tak jak ci z plantów i ławek, z nieopłaconych, niedogrzanych mieszkań, przy pustym stole… Coraz więcej ich… Coraz liczniej, a coraz smutniej…
    Niepotrzebni… Nowa jakość? Nowa kategoria społeczna?

    „Wrócił na swoje miejsce…”

    Ale właściwie, gdzie jest to miejsce?
    Gdzie ta „kórnicka Gallilea”?

    Tylko wiatr beznamiętnie zawodzi… Słyszysz?

    Piątek przed Wielkanocą

    Przeminął Piątek. Wielki Piątek.
    Zaduma, smutna i cicha zaduma…
    „…Ciało w grobie złożyli, bo dzień Paschy był bliski…”

    Święto wkrótce, dzień radosny, trzeba się cieszyć. A tu na krzyżu – ciało… Jakoś tak psuje spodziewany dobry nastrój… Więc trzeba schować, pogrzebać, ukryć wstydliwą sprawę…

    „…już kamień wielki na wejściu zatoczony, nikt nie wejdzie ani nie wyjdzie…”

    Już bezpieczniej, nie ma już tych przykrych widoków, apetytu nic nie popsuje, weselić się nic nie przeszkodzi…

    Ale ten grób dzisiaj w gminie kórnickiej coś zupełnie inaczej wygląda…
    Zamiast ścian kamiennych – ściany z dziećmierowskich chlewików dla ludzi przez ludzi przeznaczonych, zamiast sklepienia – pozawieszane gęsto linie wysokiego napięcia z mrugającymi kulami, zamiast półki skalnej – zbocza czmońskiego wysypiska, zamiast podpór – maszty telefonii z Kórnika i z bnińskich SKR-ów…
    Wejście kamieniem ogromnym zatoczone – ale to u nas potężne głazy obojętności, lekceważenia, zawiści, niesprawiedliwości, arogancji i pychy…
    Przywaliło to wszystko naszą społeczność, że ani tchu złapać nie sposób, przygniotło, a jeszcze głupcy strażą poobstawiali, kosztami straszą, sądami, wywłaszczeniami, karami za obronę swojej ojcowizny…

    Nie o takie społeczeństwo nasi przodkowie walczyli, nie takich przywilejów i dobrodziejstw chcieli dla swych dzieci, wnuków…
    Nie za taką arogancję życie oddali…

    Już późno. Północ minęła, zegar godziny wybija…
    Dzisiaj już Sobota. Wielka Sobota…

    Wielka szansa na przemyślenia, dobry czas na zastanowienie, refleksję… Nawet dość trudno uwierzyć w te dobre zmiany, w to, że właściwi ludzie zaczną myśleć, że rozpoczną zmianę sposobu postępowania, że zaczną dostrzegać bliźnich, że będą rozwiązywać problemy, biorąc pod uwagę dobro innych ludzi.
    Trudno takie zmiany założyć, to chyba wręcz niemożliwe.

    Pozostaje nadzieja.
    Bo wkrótce Wielkanoc i niedzielny poranek…
    Wszystko może się jeszcze zdarzyć…

    Sobota przed Wielkanocą

    Wszyscy ciało w grobie widzieli. Nikt nie zaprzeczy. Jeszcze ta świadomość, że głaz wielki u wejścia, pieczęcie założone, straże wystawione… No, to czego się bać?

    Głupie sumienie, takie dziwnie niespokojne…
    Złe czyny chciałeś pod ziemię schować? I tak ci je przypomni!

    Niesłuszne oskarżenia chciałeś kamieniem ogromnym przytłumić? Ono i tak wydobędzie je na światło dzienne…
    Własne interesy i prywatę chciałbyś przed widokiem publicznym ukryć? Sumienie i tak ci powie, co o tobie myśli…
    Obojętność na krzywdy słabszych, biednych i niezaradnych chcesz strażą i literą prawa tłumaczyć? Doprawdy, dopadnie cię sumienie twoje…

    Dopadnie cię, chociaż takie już sponiewierane, takie przez ciebie zaszczute, takie przeinaczone… Przywalone wielkim wózkiem z zakupami w marketach, przytłumione wielkimi wydatkami na święta, zakrzyczane pełną lodówką z szynkami, wędlinami, sałatkami, pełną szafą ze słodyczami, wypiekami i przeróżnymi owocami… Masz kłopot, bo już nie ma gdzie następnych wiktuałów poupychać!

    I nagle to wstrętne sumienie…
    U sąsiadów raczej biednie, dzieci tam chyba słodyczy nie dostaną…
    Na pobliskiej ulicy mieszka rodzina wielodzietna, chyba bardzo skromnie u nich… dużo tam osób, a zakupy w siateczce takie mini…
    Niedaleko mieszka pewien człowiek, nawet jeszcze niestary, często zawiany chodzi, a dzisiaj…
    A tam dalej starsze małżeństwo, chyba bardzo oszczędzają, może i nie głodują, pewnie emerytura ze starego portfela nie pozwala z głodu umrzeć, ale chyba są zupełnie samotni…
    Samotni… No tak, do rodziców by trzeba pojechać, to już tyle miesięcy…

    Głupie sumienie. Zamiast cieszyć się dniami wolnymi i świętami, wynajduje to, co na co dzień udało się schować, zakryć, przytłumić…

    Ech, co tam…! Ze święconką trzeba pójść do kościoła, zawsze to lepiej smakuje, gdy ksiądz wodą pokropi…

    A więc On dalej w grobie…

    Poranek Wielkanocny

    Oj, dało się nam we znaki to nasze sumienie, cały sobotni czas nam zajęło…!

    Ale to dobrze, jeśli zajęło.
    Niektórych nie rusza. Są już uodpornieni. Już inaczej postrzegają świat, w tych ramach bliźni, a zwłaszcza taki w potrzebie lub biedzie, już się zwyczajnie nie mieści…

    Rezurekcja. Wielka radość, taka wszechogarniająca… Żadne troski i problemy jej nie popsują. Nie żyjesz przecież od wczoraj, wiesz dobrze, że świat nie jest skonstruowany sprawiedliwie, że zawsze byli biedni, zawsze byli samotni i opuszczeni, zawsze był ktoś, komu życie potrafiło dopiec do żywego. Nawet najbogatsi mają też swoje problemy, a chociaż to nie powód do radości i satysfakcji, również tam nie zawsze jest wesoło…

    Już po śniadaniu wielkanocnym. Chyba jednak nie jest najważniejsza obfitość jadła, wystrój stołu… Ważna ta radość, głęboka, świadoma… Bo Niedziela Wielkanocna niesie przesłanie o zwycięstwie nad marnością, nad podłością, nad najgorszymi ludzkimi cechami… Niesie radość i obietnicę, wręcz zapowiedź nadejścia zmian, skłaniających do dobra, szlachetności, mądrości i poszanowania drugich.

    Tylko czy każdy potrafi dostrzec to przesłanie zza kopy jaj gotowanych na twardo lub na miękko ? Czy nie przesłonią go pęta kiełbas i plastry szynek, czy nie utopi się w powodzi majonezów i sosów, czy zdoła przebić się przez stos placków, serników, mazurków i babek lukrowanych?

    To śniadanie jest potrzebne. W takiej właśnie formie – odświętnej, wykwintnej.
    Chociażby po to, by sprawdzić, czy jeszcze mamy dobry widok na szarości tego świata…

    A więc – smacznego jajka!
    Alleluja!

    Posłowie

    Marek Żółtowski z Poznania

    Ktoś mógłby niebacznie pomyśleć, że to bogaci są odpowiedzialni za biedę na świecie. Nie, bogaty nie jest za to odpowiedzialny! Odpowiedzialne są złe rządy – cokolwiek to może oznaczać. Nawet to, że części z tych bogatych te złe rządy dozwoliły na nieuczciwe i niemoralne wzbogacanie się. To skutek złego prawa, tylko dla wybranych!
    Człowiek bogaty wcale nie znaczy automatycznie – „nieuczciwy”.
    Jeśli jego bogactwo pochodzi z uczciwej, sumiennej pracy – obojętnie, czy jego samego, czy jego najbliższych lub przodków – nie ma w tym nic nagannego moralnie!
    Za to naganna moralnie jest wszelka znieczulica i brak odpowiedzialności – raczej takich prawd w tekście trzeba szukać!

  • Los Angeles – miasto aniołów

    Nazwa miast podobnie jak wielu innych miast zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, np. San Diego czy San Francisco, ma rodowód hiszpański i przypomina, że niegdyś te tereny kolonizowali Hiszpanie. W latach 1821-1849 były we władaniu Meksyku i dopiero później, w wyniku wojny amerykańsko-meksykańskiej, zostały wcielone do USA.

    Początków miasta należy upatrywać w roku 1781, dokładnie 4 września, kiedy przybyło tu pięćdziesięciu dwóch osadników hiszpańskich i założyło Misję Katolicką Najświętszej Panny Marii Królowej Aniołów (Misja istnieje do dziś, więc ją zwiedziliśmy). Wokół Misji rozwinęła się osada miejska, która wzięła nazwę od nazwy Misji. Szybki i wszechstronny rozwój miasta nastąpił w latach 1885-1895, kiedy odkryto tu złoża ropy naftowej i wybudowano kolej transkontynentalną. Wtedy też napłynęło dużo imigrantów.

    Obecnie Los Angeles jest największym miastem, portem i ośrodkiem przemysłowym zachodniej części USA i drugim co do popularności w USA. Ma 1290,6 km2 powierzchni i 3,9 mln ludności. Leży na terenie sejsmicznym w pobliżu słynnego uskoku św. Andrzeja. Częste są tu trzęsienia ziemi, ale przebieg ich jest łagodny. Ma rozwinięty przemysł lotniczy, elektroniczny, wydobycia i rafinacji ropy, produkcji filmów, programów telewizyjnych i nagrań muzycznych. Jest znanym ośrodkiem naukowo-kulturalnym i sportowym. Jest też światowym centrum rozrywki… ale i pornografii.

    Program zwiedzania Los Angeles dotyczył głównie tematyki filmowej.

    Zwiedzanie rozpoczęliśmy zatem od słynnej dzielnicy Beverly Hills. Z dzielnicy Inglewood, gdzie nocowaliśmy, ruszyliśmy ku niej nie mniej słynnym Bulwarem Zachodzącego Słońca. Krótki spacer. Ruch niewielki, może dlatego, że jest wczesna pora. Zaglądamy do hotelu „The Beverly Wilshire”, w którym kręcono głośny film „Pretty woman”. Stamtąd do rezydencji aktorskich. Ukryte pośród bujnej roślinności nie są z ulicy widoczne. Jak większość domków amerykańskich z zewnątrz nie robią piorunującego wrażenia. Bogactwo widoczne jest dopiero wewnątrz.

    Kolejny punkt programu to dzielnica Hollywood.

    Zatrzymujemy się na Bulwarze Hollywoodzkim. Mijamy Teatr Chiński, na chodniku mnóstwo przebierańców za różnych aktorów. Za dolara można uwiecznić się na zdjęciu np. z samym Elvisem Presleyem. Na chodniku Promenada Gwiazd. Dochodzimy do Teatru Kodaka, w którym obecnie odbywają się ceremonie wręczania Oskarów. Wchodzimy po słynnych schodach, wyłożonych czerwonym dywanem, którymi gwiazdy kroczą na galę oskarową, i wychodzimy na balkon prowadzący na taras widokowy, na którym główną uwagę turystów przyciąga duże łóżko z umieszczonym w mozaikowej posadzce znamiennym podpisem: „Droga do Hollywood – oto jak niektóre z nas tu dotarły”. Fragmentów wynurzeń aktorów i reżyserów jest zresztą na posadzce więcej.

    Daleko, w głębi, na zboczu góry Lee bieli się olbrzymi napis HOLLYWOOD, złożony z liter o wysokości 13,7 m, które widoczne są podobno nawet z Kosmosu. Napis ten z roku 1923 pierwotnie brzmiał: HOLLYWOODLAND i miał być w założeniu reklamą zachęcającą do budownictwa mieszkaniowego na tym terenie. Obecnie (po usunięciu ostatnich czterech liter) stał się jednym z głównych znaków rozpoznawczych miasta. Same jednak wytwórnie filmowe, które potrzebują do produkcji filmów dużych hal, w większości przeniosły się z Hollywood poza miasto. Nie bez znaczenia były także względy podatkowe. Odwiedziliśmy jedną z nich – Universal Studios Hollywood. Zwiedzenie w ciągu pięciu godzin, które mieliśmy do dyspozycji, tego olbrzymiego kompleksu położonego na trzech kondygnacjach, było możliwe jedynie dzięki dobrej orientacji pilotów, gdzie i o której godzinie coś ciekawego akurat się dzieje.

    Mimo krótkiego czasu udało się w ten sposób poznać chociaż tylko lub może aż sześć atrakcji.

    Zaczęliśmy od objazdu Studia specjalną kolejką, podczas którego przewodnik objaśniał przez głośnik wideo, co widzimy i uprzedzał przed efektami, które nastąpią, aby móc przygotować się do fotografowania i filmowania. A działo się bardzo dużo. Pokazano m.in., jak „robi się” deszcz i „wywołuje” powodzie, pożary, eksplozje, „powoduje” wypadki samochodowe i lotnicze, a nawet trzęsienia ziemi. Widzieliśmy całe kwartały makiet miasteczek, domów i zagród zbudowanych dla potrzeb produkcji filmowej oraz mnóstwo innych rekwizytów – setki samochodów różnych marek, wozów, ubiorów, szkieletów, trumien itp. Wielką atrakcją była jazda dużą łodzią przez Park Jurajski, gdzie co chwilę wynurzają się znienacka z wody, tuż pod nosem, olbrzymie sylwetki dinozaurów różnych gatunków. Punkt kulminacyjny jazdy stanowił niespodziewany, gwałtowny, pionowy spadek łodzi wraz z wodospadem z wysokości… dwudziestu pięciu metrów! Cud, że serce wytrzymało. Kolejną atrakcją wywołującą palpitację serca była podróż w kapsule czasu od aktualnej daty startu aż po rok 8888 i z powrotem. Podczas lotu ma się wrażenie realnego i nieuchronnego zderzenia z wieżowcami, górami i innymi obiektami latającymi w Kosmosie. Inną jeszcze atrakcją był film Terminator 3D oglądany w specjalnych okularach. Wprowadza on widza w cybernetyczną przygodę, z której przez ogień zaporowy różnych efektów wywołujących skurcz żołądka musi sam wywalczyć sobie drogę wyjścia. Różnorodność efektów prowadzi do zatracenia poczucia, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna fantazja.

    Kolejną atrakcją było przedstawienie na wodzie wśród rozsiadłej amfiteatralnie publiczności. Biada jednak temu, kto usiadł nieświadomie na ławce pomalowanej na zielono, ten niechybnie został oblany wodą z wiadra lub wręcz prosto z węża. Efektów i popisów kaskaderskich zapierających dech w piersiach było mnóstwo: walczące ze sobą statki i skutery wodne, jazdy napowietrzne na linie, wieszanie nieszczęśników za nogi i powolne opuszczanie ich do toksycznego kotła, a nawet nieoczekiwane lądowanie samolotu na tafli jeziorka. Słowem, dużo strzelania, wybuchów ognia i innych efektów pirotechnicznych.

    Ostatnią atrakcją był film o Shreku i ośle zrobiony w technice trójwymiarowej, ale jakby z wymiarem dodatkowym. Wymiaru tego doświadcza się, siedząc w fotelu, który „uczestniczy” w akcji toczącej się na ekranie. Jeśli na ekranie osioł pędzi galopem, to czujesz, że fotel też galopuje z tobą, a jeśli osioł na ekranie pluje, czujesz wilgoć na głowie. Zdumiewające!

    Podczas objazdu miasta zwiedziliśmy nowoczesną katedrę pw. Matki Bożej od Aniołów konsekrowaną w 2002 roku, która jest kościołem i siedzibą arcybiskupa diecezji Los Angeles. Może pomieścić trzy tysiące wiernych, a w dolnych kondygnacjach znajduje się sześć tysięcy miejsc w kryptach i kolumbariach dla pochówku zarówno duchownych, jak i świeckich. Spoczywa tu m.in. znany aktor amerykański Gregory Peck zmarły w roku 2003 w wieku 87 lat.

    Kolejnym miejscem postoju była położona w pobliżu Centrum Kongresowego wielka hala widowiskowo-sportowa o światowej renomie – Staples Center. Tutaj odbywają się turnieje koszykówki ligi NBA. Przed halą pomniki dwóch legend amerykańskiego sportu – Wayne Gretzky i Magic Johnson. Nie można nie wspomnieć, że w Los Angeles odbywały się dwukrotnie igrzyska letniej olimpiady: w roku 1932 i 1984. W pierwszej Polacy zdobyli siedem medali: dwa złote, srebrny i cztery brązowe. Złote wywalczyli Janusz Kusociński w biegu na dziesięć tysięcy metrów i Stanisława Walasiewicz w biegu na sto metrów. W drugiej olimpiadzie Polska pod naciskiem ZSRR nie wzięła udziału w wyniku retorsji za bojkot olimpiady moskiewskiej w roku 1980 w proteście przeciwko wojnie w Afganistanie.

    Podczas pobytu w Los Angeles piloci wycieczki postanowili nam zrobić niespodziankę, której nie było w programie. Zawieźli nas do dzielnicy Glendale, na wysokie wzgórze, z którego roztaczał się wspaniały widok na położone w dole miasto. Wzgórze zwie się Forest Lawn Memorial Parks i jest właściwie cmentarzem. Na szczycie pobożny milioner amerykański i koneser sztuki dr Hubert Eaton wzniósł specjalny pawilon ekspozycyjny w kształcie kościoła, w którym umieścił obraz Jana Styki pt. „Golgota”, zakupiony na licytacji w roku 1944. Obraz o rozmiarach 60 x 15 m został namalowany w roku 1896 za namową Ignacego Paderewskiego i przewieziony do USA na wystawę światową w Saint Louis w roku 1904, która jednakże wskutek matactw organizatorów się nie odbyła. Prezentacja dzieła odbywa się jak w kinie, przy wygaszonym świetle. Robi mocne wrażenie. Równolegle, na osobnym ekranie, prowadzona jest projekcja poszczególnych fragmentów obrazu z komentarzem objaśniającym. Po zakończeniu projekcji i nasyceniu oczu obrazem „Golgoty” gaśnie światło i pojawia się nowy obraz o rozmiarach 21 x 16 m pt. „Zmartwychwstanie” pędzla amerykańskiego malarza Roberta Clarka. Sekwencja obu obrazów wywiera niesamowite wrażenie. Jan Styka po kilku zawirowaniach ostatecznie został pochowany w Los Angeles, w pobliżu swojego dzieła. Fakt ten nie jest zapewne w Polsce powszechnie znany.

    Zbigniew Żółtowski z Warszawy

  • Obrazki z życia polskiej wsi


    Serpelice nad Bugiem

    Było to w latach, kiedy pracowałem z Andrzejem Czartoryskim w Warsztatach Szkolno-Metalowych w Laskach. Zbliżały się letnie wakacje, a ja nie miałem upatrzonej miejscowości, dokąd mógłbym wyjechać. Andrzej należał do paru kółek łowieckich, dysponował samochodem, toteż zaproponował mi wyjazd do pięknie położonej wsi nad Bugiem.

    Wieś Serpelice leży w sąsiedztwie Janowa Podlaskiego. Nietrudno było znaleźć kwaterę na wsi, ale większość naszych zainteresowań obracała się wokół szeroko rozlanej rzeki Bug. Rozmiłowany w wędkarstwie Andrzej wypatrzył jakiś cienisty brzeg rzeki. Ucieszył się, gdy się mu udało złowić młodego suma. Odjeżdżając po tygodniu, radził, bym koniecznie udał się w tamto miejsce o wieczornej godzinie, gdy przeprawia się tam codziennie wielkie stado krów z wioski po drugiej stronie rzeki. Jest to coś bardzo pięknego.

    Miałem niezły kawał drogi do przebycia po spalonym słońcem pastwisku. Zapadał wieczór. Stado krów rasy czerwonej z przeciwległej wsi czekało już na przeprawę i leniwie pogryzało trawę w otoczeniu pasterza. Starszy człowiek wraz z nieodłącznym psem siedział na brzegu w pobliżu swojej łodzi. Wreszcie gdy przyszedł czas, zatrąbił na rogu. Zadziwiał mnie spokój i cisza całej tej sceny. Pies spokojnie przypędzał najdalej pasące się krowy, a gdy wszystkie znalazły się już blisko, najstarsza z nich poprowadziła całe stado do przeprawy. Buhaj szedł ostatni, tak jak to bywa u leśnej zwierzyny. Krowy wchodziły do rzeki po dwie i po chwili zaczynały płynąć. Widziałem tylko ich głowy i jasne chrapy.

    Z chwilą, gdy pierwsze dopływały do połowy szerokiego tutaj Bugu, zobaczyłem, że wynurzają się z wody i skręcają w lewą stronę. Musiała tam być jakaś niewidoczna, rozległa mielizna. Krowy przeszły po niej kilkadziesiąt kroków, po czym ponownie skręciły pod ostrym kątem i przepłynęły drugą część rzeki, od mielizny do tamtego brzegu. Tam się zatrzymały, otrząsając się z wody. Ileż trudu i czasu musiano poświęcić, by je tego wszystkiego nauczyć.

    Mówiono mi, że ta codzienna dwukrotna kąpiel ujemnie wpływa na mleczność całego stada, ale uregulowanie praw własności jest na wsi tak trudne, że nikt nie chciał się podjąć przeprowadzenia skomplikowanych przewłaszczeń gruntów. Aż do października krowy muszą więc pływać. I tak trwa to zadziwiające misterium dokonujące się co dzień w ciszy z udziałem tylko pasterza i jego psa.

    Michał Żółtowski z Lasek

  • Wspomnieniowa pielgrzymka po zjazdach

    Zimą spotkaliśmy się w kilka osób i zaplanowaliśmy zorganizowanie pielgrzymki w czerwcu do wschodnio-północnej Polski. Organizatorem miała być parafia św. Stanisława Kostki w Sulechowie, a opiekunem duchowym ksiądz Marcin – duszpasterz akademicki. Termin pielgrzymki niestety zbiegł się ze Zjazdem w Nowej Kaletce. Zdecydowałam jednak, że pojadę na pielgrzymkę. Pielgrzymka była dla mnie wspomnieniem Zjazdów, gdyż w wielu miejscach byłam już właśnie z okazji Zjazdów.

    Pierwszym postojem było Gniezno, niestety zwiedzanie katedry było bardzo powierzchowne w powodu remontu. Byłam tu w 1998 roku przy okazji Zjazdu w Chomiąży Szlacheckiej.

    Następnie jedziemy do Torunia. Miałam możliwość spotkania się z Maćkiem Drożdżalem, który oczekiwał mnie z panią przewodnik Dorotą. Maciek robi kurs przewodników. Spacerujemy po starym mieście, oglądamy pomnik Kopernika, krzywą wieżę, muzeum Kopernika i bazylikę. Obowiązkowym punktem programu jest sklep ze słynnymi piernikami toruńskimi. Wracają wspomnienia ze Zjazdu w Ciechocinku w 1997 roku, kiedy to Bożena Drożdżal oprowadzała nas po Toruniu i opowiadała o mieście.

    Opuszczamy Toruń i jedziemy do Gietrzwałdu. Ta niewielka miejscowość stała się znana między innymi za sprawą cudownego obrazu Matki Bożej. Spotkałam się z Lonią i Kicią. To bardzo miłe spotkanie. Gietrzwałd po raz pierwszy zobaczyłam dzięki Kici, która w 1995 roku po Zjeździe w Rucianem przywiozła mnie tutaj. Od tamtej pory zaszły tu spore zmiany, rozbudowuje się sanktuarium, powstaje na wzgórzu droga krzyżowa. Żegnam się z moimi kuzynkami, trzeba szykować się do dalszej drogi.

    Następny przystanek to Święta Lipka, miejsce znane wszystkim Polakom. Po zwiedzaniu ukojenie – koncert organowy.

    Pielgrzymka dobiega końca, przejechaliśmy 650 kilometrów! Dla serca to wspaniałe przeżycie, mogłam podziękować Matce Bożej za otrzymane łaski, a także spotkać się z bliskimi.

    Serdecznie dziękuję Bożenie i Maćkowi z Torunia oraz Kici i Loni z Olsztyna za wspólnie spędzone chwile.

    Lidia Żółtowska z Sulechowa