Tag: Nr 61

  • Sprawozdanie z zebrania Zarządu Związku Rodu Żółtowskich

    Skierniewice, 20 lutego 2011 r.

    Spotkanie Zarządu odbyło się w gościnnym domu Basi i Jarosława w Skierniewicach. Na zebranie przybyli: Prezes Rafał, Ela z Wacławem z Łodzi, Bożena Wanda z Warszawy, Mieczysław ze Szczecina, Bogusia z Białej z synem Michałem, Mariusz z Mirellą ze Sztumu, Natalia z mężem Edwardem, Bożena i Jerzy z Warszawy oraz gospodarze Basia z Jarosławem.

    Zebranie rozpoczęło się uczczeniem minutą ciszy pamięci zmarłej 15 lutego matki Mariusza ze Sztumu.

    Zebranie poświęcone było sprawom zbliżającego się XX Zjazdu. Zarząd chciałby, żeby Zjazd był niezwykle uroczysty, więc i zagadnień z nim związanych było sporo. Członkowie Zarządu rozdzielili między siebie sprawy, które należy załatwić do przygotowania Zjazdu.

    Ważnym zadaniem będzie przypomnienie, co działo się przez dwadzieścia lat w Związku, dlatego zaprezentowana będzie wystawa fotograficzna ukazująca nasze spotkania oraz film na którym będziemy mogli zobaczyć i przypomnieć sobie wszystkie miejsca w których się spotykaliśmy.

    Zarząd podjął decyzję, że od najbliższego Zjazdu przyznawane będą honorowe medale imienia Michała z Lasek. Medal przyznawany będzie zgodnie z regulaminem, a otrzymać go może osoba zasłużona dla Związku Rodu Żółtowskich. Tak też w tym roku po raz pierwszy medalem im. Michała z Lasek uhonorowana będzie, osoba (lub osoby) podczas uroczystego wieczoru wytypowana przez Zarząd.

    Jak zwykle w sobotę odbędzie się msza święta w intencji rodzin Żółtowskich. Dzięki staraniom Michała z Białej msza odbędzie się w Katedrze Płockiej.

    Na spotkaniu padła propozycja, aby w Żółtowie postawić kamień w pobliżu kościoła upamiętniający pochodzenie Żółtowskich. Na kamieniu lub na wmurowanej tablicy byłby stosowny napis. Żeby ten zamiar udało się zrealizować, należy formalnie załatwić odpowiednie miejsce, znaleźć i przywieźć kamień, czy zrobić napis. Na tym etapie nie wiadomo, w jakim czasie można by to wykonać.

    W tym roku na uroczystej kolacji nie będzie licytacji na rzecz Związku, przekładamy ją na rok następny, ale tradycyjnie na piątek zaplanowana jest wycieczka autokarowa.

    Po kilkugodzinnym spotkaniu, pełni nadziei, że wszystkie zadania uda się dobrze wykonać, rozjechaliśmy się do swoich domów.

    Informacja dotycząca zjazdu

    W poprzednim kwartalniku dołączono szczegółową informację dotyczącą tegorocznego Zjazdu. Jednak pozwalam sobie niektóre z nich przypomnieć.

    XX Zjazd Związku Rodu Żółtowskich odbędzie się w Dębowej Górze w gminie Łąck w powiecie płockim w terminie 22-26 czerwca. Hotel jest komfortowy z pełnym zapleczem wypoczynkowym i salami konferencyjnymi, które są niezbędne do zorganizowania rocznicowych obchodów i związanych z tym wystawami. Całkowity koszt za dzień wynosi 145 zł. Przedpłaty w wysokości 200 zł od osoby należy przekazać do 14 kwietnia br. na konto Związku: PKO BP O/Skierniewice 25 1020 4580 0000 1102 0048 5177

    Po przyjeździe wszyscy uczestnicy otrzymają szczegółowy plan pobytu.

    Prezes Związku wraz z Zarządem serdecznie zapraszają wszystkich członków Rodu do wzięcia udziału w jubileuszowym Zjeździe.

    Szczegółowe informacje na temat hotelu Dębowa Góra Centrum Konferencyjne Nowe Rumianki można znaleźć na stronie internetowej www.hoteldebowagora.pl

    Bożena Lipińska

  • Izabela Broszkowska – „Żółtowscy z Godurowa”

    21 grudnia 2010 r. w Klubie Książki na Rynku Starego Miasta w Warszawie odbyła się promocja książki Izabeli Broszkowskiej z domu Żółtowskiej „Żółtowscy z Godurowa”.

    Gościem autorki był redaktor Stefan Bratkowski, który mówił o książce.

    Na promocję przybyło bardzo liczne grono osób, większość stanowili krewni Izabeli Broszkowskiej.

    Książka jest historią czterech pokoleń Żółtowskich z Godurowa, rodziny o wielkich zasługach dla Wielkopolski wiernie oddająca koloryt epoki XIX i XX wieku.

    Stary dwór był świadkiem zarówno najpiękniejszych chwil, jak i tragedii rodzinnych.

    Dzieje kilku pokoleń spisała autorka na podstawie licznych pamiętników, listów, wspomnień i innych dokumentów zachowanych w archiwach.

    Autorka, córka ostatniego przed zagładą 1939 roku właściciela majątku, Benedykta Żółtowskiego, tłumaczy: „Opisałam ich dzieje nie po to, by wyliczać wysokie rodzinne koligacje, owe prababki Zamoyskie, Potockie, Sapieżanki czy Lubomirskie, bo to wszystko, choć kiedyś było bardzo ważne, przeminęło z wiatrem, pozostała natomiast tradycja gorącego patriotyzmu, głębokiej religijności i solidnej pracy ludzi przyzwoitych”.

    Książka jest bogato ilustrowana przepięknymi starymi fotografiami.

    Po promocji książki tradycyjnie zaproszono gości na poczęstunek.

    Bożena Lipińska

  • Wydarzenia

    „Serce Babci i Dziadka są jak dwa anielskie skrzydła prowadzące nas przez życie z miłością i opiekuńczością” Pragnęłabym, aby mój Wnuczek Filip Żółtowski, który urodził się 7 lutego 2011 roku, miał takie właśnie oparcie w swoich babciach i dziadkach. Szczęśliwymi rodzicami Filipka są Kamila i Marcin Żółtowscy, o czym zawiadamia nie mniej szczęśliwa i dumna babcia BOGUSIA z Białej


    Z żalem zawiadamiamy, że 15 lutego 2011 roku zmarła DANUTA ŻÓŁTOWSKA MATKA MARIUSZA ŻÓŁTOWSKIEGO ze Sztumu i TOMASZA ŻÓŁTOWSKIEGO z Gdańska Rodzinie zmarłej wyrazy serdecznego współczucia składa Zarząd Związku

  • I rocznica śmierci śp. Michała Żółtowskiego z Lasek

    22 grudnia 2011 roku na uroczystość rocznicową do Lasek przyjechali: Natalia z Edwardem, Basia z Jarosławem ze Skierniewic, Bożena Wanda z Ursusa oraz Bożena i Jerzy Lipińscy z Warszawy.

    O godzinie 17.00 poszliśmy na cmentarz. Było już ciemno, więc obawialiśmy się, czy zdołamy znaleźć grób Michała, ale przy świetle latarki trafiliśmy bez problemu. O 17.30 w kaplicy w Laskach odbyła się msza święta za duszę naszego honorowego prezesa, duchowego i moralnego patrona Związku naszego Rodu.

    Po mszy udaliśmy się do klubu na gorącą herbatę i kawę, gdzie dołączyli do nas: ksiądz odprawiający mszę, siostry zakonne i Prezes Związku Niewidomych z żoną. Jakże ciepło i serdecznie wspominano Michała, mówiono o Nim wspaniałe rzeczy. Ale opowiadano także wesołe wydarzenia z życia Michała, który był Człowiekiem o wielkim poczuciu humoru.

    Spotkanie przy kawie było krótkie, bo dość daleką drogę do domu mieli Natalia, Basia, Edward i Jarosław.

    Bożena Lipińska

  • Domestica Cura

    Kura chociaż ma mózgu
    niecałe dwa zwoje – wie swoje.
    Jako istota słaba,
    zna obowiązki swoje, ale i też prawa.
    Wie, że z urzędu należy się jej:
    kurnik, garść ziarna, woda i grzęda.
    O innych obowiązkach koguta pamięta.
    W zamian daje jajka i pisklęta.
    Czasem pazurami w ziemi grzebie,
    i zawsze nadliczbowe ziarnko wygrzebie.
    Gdy kurze dają grzędę
    krzyczy, bo jest ambitna: Wyżej wejdę!
    To nie jest żart ponury.
    Panie! Bierzcie przykład z kury.
    To jest problem – nie taki znów wąski.
    Kobiety! Macie prawa – nie tylko obowiązki.
    Wy macie więcej niż dwa mózgu zwoje,
    więc domagajcie się swoich praw i bierzcie, co swoje.
    Przypominam Moje Panie,
    że Panom możecie w wyborach, sprawić tęgie lanie.
    Na przykład: sprawa w naszym mieście, jest zupełnie prosta.
    Może być Pani Burmistrz i Pani Starosta.
    Kobiety! Oprócz domowej grzędy,
    Możecie piastować najwyższe państwowe urzędy.

    Anna Nowotna-Laskus

    2010 r.

    Wiersz ukazał się w Panoramie powiatu brzeskiego Nr 43 5 listopada 2010 r., do którego swój punkt widzenia napisała Pani Beata Zatoń-Kowalczyk w art. „Mit kury domowej”.

  • Globus

    Prawie każde dziecko marzy, aby mieć rower. Dwunastoletnia dziewczynka nie różniła się od swoich rówieśników marzeniami. Ale po zakończeniu II wojny światowej trudno było zdobyć żywność, a co dopiero rower. Jednak szczęście się uśmiechnęło do dziewczynki. Została właścicielką starego dużego i mocno zdezelowanego roweru. Właściwie trzeba było dużo dobrej woli, żeby to urządzenie nazwać rowerem, wydawało ono bowiem dziwne dźwięki: Zgrzytało, piszczało, często gubiło łańcuch. Właścicielka przy swoim wzroście mogła jechać na nim tylko w pozycji stojącej, ponieważ stopami ledwie dotykała pedałów… ale była uszczęśliwiona.

    Jest rok 1945, miasto Słupsk przecięte wodami rzeki Słupie. Jeden z mostów zupełnie zniszczony. Aby dostać się na drugi brzeg rzeki, na przęsła przerzucono grube deski. Pod nimi pieni się woda, z której sterczą resztki mostu, betonu i części metalowe. Widok przerażający. Gdyby komukolwiek przydarzyło się nieszczęście i spadł z tego prowizorycznego mostu, zapewne straciłby życie.

    Za mostem dzielnica willowa, w której stacjonowali żołnierze Armii Czerwonej. Wokół piętrzyły się różnego rodzaju fotele, sofy, kanapy, tworząc swoistą barykadę, oddzielającą wojsko od ludności cywilnej. Dzielnica wydawała się opuszczona, panowała cisza, pootwierane okna domów zapraszały ciekawskich. Dziewczynka z wielkim trudem przeprowadzała swój rower po kołyszących się deskach, ostrożnie, pomału, towarzyszył jej ogromny strach, ale ciekawość była silniejsza, starała się nie patrzeć w dół. Przeszła szczęśliwie. Gdy doszła o pierwszego domu, zauważyła w otwartym oknie globus. Między dziewczynką a globusem był parapet i przewrócona na bok kanapa. Wspięła się na kanapę i wisząc między nią a parapetem złapała globus. Wtedy niespodziewanie usłyszała: -„Kuda?”- widocznie obudziła wartownika, który spał w środku kanapy.

    Trzymając mocno swoją zdobycz, zeskoczyła z kanapy, wsiadła na rower i bez zastanowienia błyskawiczne przejechała po chybotliwych deskach mostu. W krytycznym momencie stary rower nie zawiódł swojej właścicielki. Była już na drugim brzegu rzeki, gdy usłyszała głos wartownika: „Stój!” „Stój!”, ale nie brzmiał on groźnie. To co zobaczył wartownik, było tak śmieszne, że prawie niemożliwe, że dzieje się na jawie, ale to była rzeczywistość.

    Duży, stary rower, a na nim szczupła, mała dziewczynka z globusem w ręku. Było w tym tyle komizmu, więcej nawet niż w filmie komediowym jak: „Świat się śmieje”!

    Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska

  • Brytan

    Było ciepłe słoneczne popołudnie. Nie spieszyła się, nie odczuwała głodu ani pragnienia. Wracając do domu, zawsze wybierała dłuższą drogę. Tym razem też tak postanowiła, tym bardziej, że nikt na nią nie czekał, ojca nie było, zajęty był swoimi sprawami, a w domu była tylko pani Aniela.

    Z daleka widać było już dom. Jednak skręciła z ulicy na polną ścieżkę, która przecinała zieloną łąkę zarośniętą bujną koniczyną. Przycupnęła na ścieżce i wypatrywała czterolistnej koniczynki, która ponoć przynosi szczęście. Szczęściem byłoby zakończenie wojny, która trwała już trzy lata.

    Na końcu łąki złociło się wysokie pole zboża, sięgające aż po horyzont. Jak się później okazało, właścicielem był Niemiec. Zauważyła dróżkę prowadzącą w głąb pola – weszła. Pole przecinały ścieżki, które się rozwidlały, tworząc coś w rodzaju labiryntu. Gzie prowadziły? Nie wiadomo! Szła wolno tymi ścieżkami wydeptanymi przez kogo? W jakim celu? Nie zastanawiała się nad tym. Miała swoje zmartwienia, jakie może mieć dziewięcioletnie dziecko w ten wojenny czas. Zrywała kwiaty, rosnące w zbożu: maki, chabry, kąkole. Uzbierała cały bukiet. Nagle, w jednej chwili kwiaty się rozsypały. Mocna dłoń niemieckiego żandarma złapała ją gwałtownie za kark i z dużą siłą uniosła nad łanem zboża jak psiaka. Dusiła się, kołnierzyk bluzki naciskał na krtań, ucisk był bardzo silny. Poczuła potworny ból, ale nie wydała żadnego dźwięku, nie próbowała się oswobodzić.

    Żandarm oskarżył ją, że wydeptała ścieżki w zbożu, dokonała dużych zniszczeń i będzie za to surowo ukarana. Później w milczeniu wlókł ją przez pole, ona też milczała, nie płakała, nie prosiła o łaskę. Zgubiła po drodze drewniaki. Nie czuła bólu pokaleczonych stóp. Chwilami padała na kolana, wtedy jednym szarpnięciem stawiał ją na nogi. Wydawało się, że ta droga nigdy się nie skończy. W myślach powtarzała: „Boże! Boże! Daj mi tyle siły, abym nie powiedziała swojego nazwiska, nie wolno mi go wyjawić, bo zabiją mego ojca. Nie wolno! Nie wolno!” Zdawała sobie sprawę, że nie ma dla niej już ratunku, że czeka ją śmierć. Była już nieraz świadkiem okrutnych zdarzeń, widziała niejedną śmierć. Ale co się stanie, zanim ona nadejdzie? Co będzie? Poczuła, że coś ciepłego spływa jej po nogach – zmoczyła się.

    Żandarm wlókł ją przez pole, łąkę, przez cały duży ogród. Nagle się zatrzymał. – „Teraz mnie zastrzeli” – pomyślała. To już koniec? Ale nie – trzymając ją mocno, poprawił tylko pasek przy karabinie. Doszli do zabudowań. Plac, nad nim pręt, z którego zwisał gruby łańcuch przytwierdzony do obroży brytana. Pies spał. Żandarm z całej siły rzucił ją na śpiącego psa. Upadła na zwierzę, poczuła intensywny zapach psiej sierści. Zerwała się, pies też. Na plecach gorący oddech zwierzęcia, zdołała jednak uciec. Żyła. Brytan jej nie rozszarpał. To było zupełnie niepojęte, niezrozumiałe.

    Brudna, rozczochrana, z rozerwaną bluzką stanęła w progu domu. Wyglądała upiornie; krew cienką strużką spływała po twarzy, poranione kolana i stopy. Przerażona pani Aniela drżącymi rękoma zmywała krew z twarzy dziecka. Nie pytała o nic.

    A ona też nigdy nikomu nie opowiedziała, co się wydarzyło – nawet swojemu ojcu.

    Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska

  • Uroczysta promocja książki Ruch oporu ZWZ-AK w obwodzie Gąbin

    26 listopada 2010 roku odbyła się niecodzienna uroczystość w położonym w północno-zachodniej części Mazowsza mieście Gąbin.

    Po raz pierwszy po II wojnie światowej powstała książka traktująca o walce z okupantem zamieszkałej w obwodzie Gąbin ludności. Autorką książki jest emerytowana nauczycielka mgr Anna Maria Wrzesińska. Pozycja ta powstała na bazie wywiadów, wspomnień i ikonografii zebranych przez nieżyjącego już wielkiego miłośnika najnowszej historii ziemi gąbińskiej, długoletniego nauczyciela Zespołu Szkół im M. Konopnickiej w Gąbinie mgra Zdzisława Nowakowskiego.

    Animatorami uroczystości byli: mgr Krzysztof Jadczak, burmistrz Miasta i Gminy Gąbin, Elżbieta Kamińska, prezes Związku Piłsudczyków Oddział Gąbin oraz autorka książki Pt. „Ruch oporu ZWZ-AK w obwodzie Gąbin”.

    Najważniejszym uczestnikiem spotkania oprócz organizatorów był bohater tamtych lat ppor. w st. spocz. Tadeusz Karasek oraz najbliżsi członkowie rodzin, siedmiu jeszcze żyjących i wielu zmarłych już bohaterów, przedstawiciele mieszkańców Gąbina i okolicznych miejscowości, a wśród nich zaproszona Kalina Nowacka z Torunia, córka nieżyjącego członka ruchu oporu, odznaczonego pośmiertnie Orderem Męczeństwa i Zwycięstwa – Józefa Żółtowskiego.

    Burmistrz Miasta uhonorował żyjących członków ruchu oporu medalami pamiątkowymi ufundowanymi przez Radę Miasta. Obecny uczestnik tamtych walk ppor. Tadeusz Karasek medal odebrał osobiście z rąk burmistrza, a w imieniu pozostałych odebrali najbliżsi członkowie rodzin. Między innymi w imieniu Laury Sowińskiej – osobie wielce zasłużonej dla ruchu oporu – medal odebrał syn Bogumił.

    Uroczystość uświetniły występy młodzieży ze Szkoły Podstawowej im. M. Konopnickiej w Gąbinie.

    Zgromadzona publiczność obejrzała montaż słowno-muzyczny przybliżający tragizm tamtych lat, który wywołał wiele wzruszeń i emocji u obecnych. „Przywoływana ku pamięci przeszłość stawała się teraźniejszością” – słychać było w rozmowach opuszczających salę…

    Uroczystość zakończono rozprowadzeniem wśród uczestników książki opatrzonej dedykacją autorki. Cieszyła się wielkim zainteresowaniem.

    Kalina Nowacka z Torunia

    PS. Jako gąbinianka zachęcam koleżanki i kolegów mojego regionu / Płocka, Gostynina, Kutna/ do zapoznania się z tą pozycją.

  • Hrabiowie w Rzeczypospolitej a Żółtowscy

    Hrabia to tytuł szlachecki. W czasach wczesnośredniowiecznych równoznaczny z tytułem komes.

    Hrabia jest tytułem pośrednim między baronem a księciem. Używały go liczne rodziny szlacheckie polskie i europejskie. Nadawany był przez głowy koronowane danego państwa. Tytuły hrabiowskie tzw. hrabiów pałacu laterańskiego nadawał też papież jako władca Państwa Kościelnego. Papież przyznaje też do dziś tytuł hrabiego papieskiego.

    W Polsce przedrozbiorowej tytuł hrabiowski i pozostałe tytuły arystokratyczne były z reguły zakazane jako sprzeciwiające się naczelnej zasadzie równości szlacheckiej.

    Król Polski mógł jednak nadawać tytuł hrabiego ale czynił to przeważnie dla obywateli pochodzenia obcego, np. osiedlonych w Polsce Włochów. Jednak czyniono wyjątki dla zasłużonych rodzin polskich. Król Zygmunt August ustanawiał hrabstwa na Szkłowie, Myszy, Bychowie i Hłuńsku (Hłusko Dąbrowickie) będących dobrami Chodkiewiczów oraz na Skumiłowie Tyszkiewiczów.

    Polscy magnaci przyjmowali bardzo chętnie tytuły od zagranicznych monarchów, chociaż było to wbrew polskiemu prawu.

    Habsburgowie jako cesarze rzymscy za usługi polskich posłów i dyplomatów oraz niektórym rodom polskim, takim jak Górkowie czy Tarnowscy, nadawali w dowód wdzięczności swoje tytuły książąt i hrabiów Sacri Imperii Romanii. Tym sposobem w roku 1473 nadano ten tytuł Leszczyńskim, następnie rodom Górków, Kmitom z Wiśnicza, Lubomirskim, Tęczyńskim w roku 1527, Tarnowskim, Chodkiewiczom i Szydłowieckim. Przedstawicieli tych rodów nazywano potem „hrabiami cesarstwa rzymskiego”.

    Do rozbiorów Polski tytuły hrabiowskie otrzymali jeszcze Wielopolscy, Przerębscy, Miączyńscy, Koniecpolscy, Radziejowscy i wielu innych. Bez nominacji cesarskiej tytułami hrabiowskimi podpisywali się jeszcze np. Sapiehowie, Ostrogscy, Sieniawscy, przyjmując tytuł od dóbr własnych. Wartość prawna takich nadań była raczej mała.

    W związku z misjami dyplomatycznymi – dla podniesienia prestiżu i rangi delegacji – kanclerze królewscy zezwalali wysyłanym posłom podpisywać się tytułem hrabiowskim, zamiast mało znanego polskiego tytułu komesa.

    Tuż przed upadkiem Rzeczypospolitej Sejm zaczął również nadawać wbrew tradycji tytuły, m.in. Poniatowskim i Ponińskim.

    Polskie rody mające tytuły hrabiowskie

    Aleksandrowicze, Ankwicze, Antonowicze herbu Andrault de Buy (herb szlachecki) Badeni,Batowscy, Baworowscy, Bakowscy, Junosza-Bielińscy, Szeliga-Bielińscy, Bielscy, Bnińscy, Bobrowscy, Borchowie, Junosza-Borkowscy, Dunin-Borkowscy, Braniccy, Breza, Broniec, Strzemię-Brzozowscy, Belina-Brzozowscy, Bukowscy, Bystrzanowsy, Cetnerowie, Charczewscy, Chodkiewiczowie, Chołoniewscy, Cieszkowscy, Czaccy, Hutten-Czapscy, Czarneccy, Czosnowscy, Dąmbscy, Duninowie, Dembińscy, Dębiccy, Drohojowscy, Działyńscy, Dzieduszyccy, Dzierzbiccy, Flemming, Fredrowie, Garczyńscy, Gasztołdowie, Giżyccy, Golejewscy, Gołuchowscy, Gomolińscy, Ostroróg-Gorzeńscy, Grabowscy, Topór-Grabowscy, Zbiswicz-Grabowscy, Grocholscy, Grudzińscy, Grzembscy, Gurowscy, Gutakowscy, Hauke-Bosak, Humniccy, Husarzewscy, Ilińscy, Jabłonowscy herbu Grzymała oraz herbu Prus III, Jaraczewscy, Jaworscy, Jezierscy, Jundziłłowie, Kaczorowscy, Kalinowscy, Karniccy, Karśniccy, Kaszowscy-Ilińscy, Kęszyccy, Kicińscy, Koczorowscy, Komarniccy, Ciołek-Komorowscy Korczak-Komorowscy, Konarscy, Konopaccy, Korytowscy, Kossakowscy, Koziebroccy, Krasiccy, Krasińscy, Kręscy, Krosnowscy, Krukowieccy, Kuczkowscy, Kurnatowscy, Kuropatniccy, Kwileccy, Lanckorońscy, Lasoccy, Latalscy, Ledóchowscy, Leszczyńscy, Lewiccy, Litnerowie, Lubienieccy, Lubomirscy – potem otrzymali tytuł książęcy, Łąccy, Łączyńscy, Łosiowie, Łubieńscy, Małachowscy, Mańkowscy, Matuszewiczowie, Męcińscy, Miączyńscy, Michałowscy, Mielżyńscy, Mierowie, Mieroszewscy, Mikorscy, Korwin-Milewscy, Młodeccy, Mniszchowie, Mniszkowie, Montwiłłowie, Morscy, Morsztynowie, Mostowscy, Moszczeńscy, Moszyńscy, Mycielscy, Opaccy, Orłowscy, O`Rourke, Ossolińscy, Ostrorogowie, Ostrowscy, Otoccy, Ożarowscy, Pacowie, Parysowie, Pawłowscy, Pinińscy, Piwniccy, Platerowie (Broel-Plater, Plater-Zyberk), Poletyłowie, Ponińscy, Potoccy (Pilawa Złota i Pilawa Srebrna, nie wszystkie gałęzie Potockich posiadały tytuł hrabiowski), Potuliccy, Potworowscy, Pruszyńscy, Przerembscy, Przezdzieccy, Pusłowscy, Raczyńscy, Reyowie, Rogalińscy, Romerowie, Ronikerowie, Rozwadowscy, Russoccy, Rzewuscy, Rzyszczewscy, Siekierzyńscy, Siemieńscy, Sierakowscy, Skarbkowie, Skarzyńscy, Skórzewscy, Skrzyńscy, Smorczewscy, Sobańscy, Sobolewscy, Sokolniccy, Stadniccy, Starzeńscy, Suchodolscy, Sułkowscy – potem otrzymali tytuł książęcy, Sumińscy, Szaniawscy, Szeliscy, Szembekowie, Szeptyccy, Szlubowscy, Szołdrscy, Szydłowieccy, Taczanowscy, Tarłowie, Tarnowscy, Trembińscy, Tyszkiewiczowie, Umiastowscy – potem osobisty tytuł margiabiowski dla Janiny z Ostrorogów -Sadowskich, Uruscy, Walewscy, Wąsowiczowie, Węsierscy, Wielhorscy, Wielopolscy – potem tytuł margrabiowski dziedziczny na określonych dobrach, Wiesiołowscy, Wiszniewscy herbu Prus I, Prus-Wiśniewscy, Wodziccy, Wodzińscy, Wolańscy, Rola-Wolscy, Wołłowiczowie, Hreczyna-Woynowie, Zabielscy, Zabiełłowie, Dołęga-Zalescy, Załuscy, Zamoyscy, Zawadzccy, Zboińscy, Zborowscy, Żeleńscy, Żółtowscy, Zyniewowie.

    Wśród wymienionych polskich rodów hrabiowskich można wymienić rody mające te tytuły nadawane przez głowy koronowane państw obcych. Wyróżniamy hrabiów z nadań pruskich, rosyjskich, austriackich czy papieskich.

    Dla przykładu polscy Hrabiowie Imperium Rosyjskiego, to m. in.: Braniccy, Ledóchowscy, Platerowie.

    Polscy Hrabiowie Królestwa Prus, to m.in.: Krasińscy, Raczyńscy, Łubieńscy, Żółtowscy

    Polscy Hrabiowie Świętego Cesarstwa Rzymskiego to m.in.: Denhoff, Lipscy, Lubomirscy, Tęczyńscy, Gasztołg, Krasiccy, Krasińscy, Miączyńscy

    Tytuły hrabiowskie wśród Żółtowskich

    Według zebranych przez Michała Żółtowskiego z Łodzi danych i opublikowanych w jego dziele „Geneaologia Rodu Żółtowskich”, w rodzie Żółtowskich tytuły hrabiowskie otrzymali:

    – z gałęzi Urbanowskiej:

    1. Jan Nepomucen Gaudenty Walenty Żółtowski. Otrzymał tytuł hrabiego pruskiego dziedziczny prawem primogenitury od króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV w dniu 10.09.1840 r. w Królewcu. Był właścicielem dóbr Ujazd, Urbanów, Jarogniewice, Zadory, Kadzew, Czacz, Niechanowo, Brześnica

    2. Stanisław Żółtowski otrzymał tytuł hrabiego pruskiego w dniu 20.07.1844 r. od króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV, dziedziczony prawem primogenitury i dziedziczenia dóbr Jarogniewie.

    3. Teodor Żółtowski otrzymał tytuł hrabiego papieskiego nadany przez papieża Leona XIII w 19.05.1900 r. Właściciel dóbr Nekla, Wargowo, Rajmundów, Stroszki, Starczanów, Petris w Siedmiogrodzie

    4. Zygmunt Żółtowski otrzymał tytuł hrabiego rzymskiego, nadany 19.05.1900 r. przez papieża Leona XIII. Właściciel dóbr Nekla, Petris.

    5. Marceli Żółtowski- otrzymał tytuł hrabiego rzymskiego nadany przez papieża Piusa IX w 1867 r. . Właściciel dóbr Czacz, Białcz, Niechłód

    6. Edward Marceli Franciszek Żółtowski – otrzymał tytuł hrabiego rzymskiego nadany przez papieża Leona XIII w dniu 16.05.1893 r. Właściciel dóbr Kock, Słupy

    7. Jan Żółtowski otrzymał tytuł hrabiego papieskiego nadany 16.05.1893 r. przez papieża Leona XIII. Właściciel dóbr Ujazd, Ptaszków, Grąblew, Urbanów, Łęki

    8. Franciszek Józef Wincenty otrzymał tytuł hrabiego papieskiego nadany przez papieża Piusa IX w 1877 r. Właściciel dóbr Niechanowo, Krajewice, Ruchocinek, Strzelce, Lipówka, Witkwo, Mszczyczyn, Godurów, Brześnica

    9. Marceli Żółtowski otrzymał tytuł hrabiego papieskiego nadany przez papieża Leona XIII w dniu 21.06.1901 r. Właściciel dóbr Godurów, Brześnica, Mszczyczyn, Lipówka, Strzelce Wielkie

    – z gałęzi myszkowskiej:

    10. Edmund Jan Apolinary Stanisław Żółtowski otrzymał tytuł hrabiego rzymskiego nadany przez papieża Benedykta XV w dniu 17.12.1917 r. Właściciel dóbr Myszkowo

    11. Zbigniew Adolf Felicjan Żółtowski otrzymał tytuł hrabiego rzymskiego nadany przez papieża Benedykta XV w dniu 17.12.1917 r. Właściciel dóbr Myszkowo, Kąsinowo, Popówko.

    Przedstawiciele rodu Żółtowskich otrzymali 11 tytułów hrabiowskich – pruskich, papieskich i rzymskich.

    Są jednak różne zapisy dotyczące liczby tytułów w różnych źródłach historycznych. W niektórych z nich także jest napisane, że Żółtowskim „nadano” tytuły hrabiowskie, w innych zaś, że im „konfirmowano” tytuł hrabiowski (czyli potwierdzono)

    Z czego więc wynika ta rozbieżność zapisów? W artykule pt. „Komes najwyższy tytuł szlachecki w Rzeczypospolitej a Żółtowscy” opublikowanym w Kwartalniku 56 z grudnia 2009 r. pisałem, że Żółtowscy pochodzą z rodu Ogonów herbu Ogończyk. Są potomkami Piotra Ogona herbu Ogończyk z Żółtowa. Ród Ogonów wywodzi się natomiast z możnowładczego rodu Ogonów – Powałów, którego protoplastą był Wojsław Powała – komes wrocławski. Tytuł „komes” był tytułem dziedzicznym. Przekształcił się w całej Europie w dziedziczny tytuł hrabiowski z wyjątkiem Polski, gdzie nie był uznawany. W tamtych czasach szlachta nie uznawała tytułów arystokratycznych, w tym również hrabiowskich. Szlachta była równa według prawa i nazywała się „panami braćmi”. Dopiero w okresie rozbiorów tytuły zaczęły mieć znaczenie dla szlachty polskiej. W okresie rozbiorów mocarstwa obce oraz Watykan nadawały polskiej szlachcie tytuły arystokratyczne.

    Jak podają źródła historyczne, we wszystkich zaborach prawo do uzyskania tytułu hrabiego miała rodzina mogąca wykazać się pochodzeniem od senatora Rzeczypospolitej lub osoby piastującej wysokie urzędy koronne. Rodziny pochodzące od urzędników ziemskich lub powiatowych otrzymywały tytuł barona. Tak więc wszyscy Żółtowscy z odnogi wielkopolskiej i mazowieckiej mają prawo do używania dziedzicznego tytułu hrabiego uznawanego w całej Europie, na zasadach konfirmacji czyli potwierdzenia, jako potomkowie komesa Wojsława Powały.

    Zastanawiające jest, dlaczego tylko Żółtowscy z odnogi wielkopolskiej otrzymali tytuły hrabiowskie, a Żółtowscy w Królestwie Polskim pozostali zwykłą szlachtą?

    Żółtowscy w Wielkopolsce stanowili elitę społeczną, moralną, intelektualną, polityczną i materialną. Byli rodziną zamożną, Mogli więc bez trudu przeprowadzić wywód szlachecki, gromadząc dokumenty historyczne, w tym genealogiczne własnej rodziny. Następnie mogli udokumentować przed władzami pruskimi, że są potomkami szlachty staropolskiej wywodzącej się od średniowiecznych komesów, wojewodów i kasztelanów.

    Można więc domniemywać, że król pruski Fryderyk Wilhelm IV i trzech papieży Leon XIII, Pius IX i Benedykt XV potwierdzili Żółtowskim w Wielkopolsce tytuł hrabiowski, który im się prawnie należał po rycerskich przodkach z czasów dzielnicowej Polski Piastowskiej (jak również należał się pozostałym Żółtowskim zamieszkałym w innych zaborach).

    W rozumieniu zasad dziedziczenia polskiego Żółtowscy z gałęzi Urbanowskiej i Myszkowskiej w Wielkopolsce w czasie zaboru pruskiego otrzymali tytuły hrabiowskie na zasadach „nadania” przez obce mocarstwo i Watykan. Natomiast według zasad dziedziczenia w Europie, tytuł hrabiowski był uznany jako „konfirmacja” .

    A zatem posiadane przez Żółtowskich w Wielkopolsce tytuły hrabiowskie były na zasadach potwierdzenia i nadania.

    Żółtowscy w Królestwie Polskim na Mazowszu – byli szlachtą średnią, folwarczną i drobną. Nie angażowali się szczególnie w życie społeczne i polityczne swojego regionu. Nie mieli aspiracji politycznych. Nie mieli też wielkich majątków ziemskich. Zajmowali się przeważnie sztuką rycerską i uprawą ziemi, służąc w ten sposób Ojczyźnie szablą i pługiem oraz służąc Bogu w licznych zakonach.

    W ukazie carskim wydanym 25 czerwca 1836 r. car zniósł stan szlachecki w Królestwie Polskim, chcąc w ten sposób ukarać szlachtę za udział w powstaniu 1831 r. Zrównał ją z chłopami. Żółtowscy, którzy nie udokumentowali pochodzenia bądź nie byli na urzędach carskich, stracili prawo do tytułowania się „szlachcic.”

    W takich przypadkach nie można było także zabiegać o potwierdzenie (konfirmowanie) tytułu hrabiowskiego, który im prawnie przysługiwał jako potomkom komesów, wojewodów i kasztelanów w okresie Polski Piastowskiej. Wielu Żółtowskich było biednych i nie stać ich było na potwierdzenie szlacheckiego pochodzenia przed Heroldią Królestwa Polskiego.

    Jak podają źródła historyczne – w tym encyklopedyczne, jak np. liczne herbarze czy Złota Księga Szlachty Polskiej Żychlińskiego – tytuł hrabiowski nie jest tytułem tylko arystokracji, nadanym przez obcych monarchów, ale także tytułem wyższej szlachty dziedziczonym po rycerskich przodkach, będących senatorami Rzeczypospolitej i wysokimi urzędnikami koronnymi za czasów Polski dzielnicowej, powstałym z przekształcenia się tytułu „komes”.

    Stefan Żółtowski

    Artykuł na podstawie zebranych materiałów historycznych i encyklopedycznych, z publikacji „Genealogia Rodu Żółtowskich”, autorstwa Michała Żółtowskiego z Łodzi, materiałów z książki „Rodzina Żółtowskich w ciągu stulecia (Odnoga Urbanowska)” Jana Żółtowskiego z Czacza .

  • Podole i Wołyń


    Wspomnienia z podróży samochodem, 5-12 września 2010

    „Hej, hej Ojcze Atamanie Ukraina śpi w najlepsze I wiatr usnął na kurhanie I stanęła woda w Dniestrze…”

    A właśnie, że nie śpi, bo się obudziła. Mogliśmy to wespół z żoną Maryś naocznie stwierdzić podczas naszej tygodniowej podróży.

    Poruszeni jesteśmy do głębi mocą, z jaką naród ukraiński zrzuca sowieckie jarzmo i przywdziewa na powrót chrześcijańską szatę.

    Ale po kolei….

    Podróż zaczęliśmy 4 września w Chylicach, zabierając siostrę Beatę ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, która jako że była na Ukrainie kilka lat i zna język ukraiński, zgodziła się być naszym cicerone.

    Podróż do granicy w Hrebennem jak po stole. Odmawiamy Różaniec Św. i Koronkę do Miłosierdzia Bożego w intencji podróży i narodów: polskiego i ukraińskiego. Granicę przekraczamy w ciągu 15 minut prowadzeni jak po sznurku przez Michała Archanioła.

    Dalej mocno sfatygowana szosa przez Żółkiew. Docieramy pod wieczór do pierwszych zabudowań Lwowa. Po drodze mijamy cebulaste cerkiewki, po obu stronach szosy stepy z rzadka przetykane zagonkami kapusty, czerwonych buraczków i lichej bardzo kukurydzy. Wokół ani zajączka, sarny, nie wspominając o grubszej zwierzynie.

    Na szosie, co parę kilometrów przystanki autobusowe, a na nich po kilka osób, ale wsi nigdzie nie widać. Dopiero w okolicach Żółkwi jakieś pierwsze nieśmiałe domy. Wreszcie pojawiają się wzgórza lesiste, a na nich światła i zabudowania Lwowa. Szosa wyraźnie lepsza, budynki dość porządne.

    Lwów z niewielkimi autobusikami, tramwajami, trolejbusami – wreszcie bloki typowe dla technologii „leningradzkiej”, za to wszystkie z przeszklonymi werandami.

    Mijamy miasto. Zanurzamy się w las.

    Jedziemy w kierunku Brzuchowic – przedwojennego podmiejskiego kurortu. Mijamy cmentarz, za nim jeziorko niewielkie i skręcamy kiepską drogą z tłucznia w prawo…z rzadka jakieś lampy. Napotkany młody człowiek mówi, że owszem „Palotyny – jest, trebnoo jehaty priamo, patom spust a patom, patom…” i tak dojeżdżamy, zabierając po drodze starowinę księdza do bardzo porządnie wyglądającego Seminarium Diecezjalnego, gdzie oświadczają nam, że z uwagi na grupy pielgrzymkowe miejsc nie ma.

    Odjeżdżamy więc z kwitkiem i usiłujemy znaleźć klasztor rzeczonych palotynów, co się w końcu udaje, tyle że brama zamknięta na głucho i mimo dzwonienia, nawoływań i stukań coraz mocniejszych – odzewu brak.

    Wracamy zrezygnowani do seminarium. Siostra Beata obiecuje, że spróbuje wybłagać dla nas nocleg.

    I rzeczywiście, ksiądz dyrektor na wieść, że zgadzamy się zanocować w nieposprzątanym pokoju, przynosi świeżą pościel i możemy się roztasować w dwóch pokojach z łazienkami, prysznicami i ciepłą wodą!

    Nazajutrz Maryś z siostrą Beatą przyrządzają z przywiezionych zapasów pyszne śniadanie, po którym odwiedza nas ksiądz Jan z Wrocławia. Pomaga nam uruchomić nasze komórki i łączy nas telefonicznie z Bogdanem Fotiukiem, absolwentem Uniwersytetu Lwowskiego – przewodnikiem po Lwowie, który zgadza się oprowadzić nas po Starym Mieście i Cmentarzu Łyczakowskim.

    Okazuje się, że z panem Fotiukiem przed laty nawiązała kontakt mama Magda Serwatowska i ten potem odnalazł i odgruzował grobowiec Dzieduszyckich. Radość Maryś ogromna. Jedziemy więc do Lwowa. Zwiedzamy samodzielnie Katedrę Ormiańską, idziemy na obiad do restauracji ormiańskiej ze świetną wódeczką dla mnie. Po obiedzie idziemy na spotkanie z Bogdanem Fotiukiem.

    Zwiedzamy katedrę. Przewodnik Fotiuk ciekawie opowiada historię Lwowa i dzieje katedry i powoli udajemy się ponownie do Katedry Ormiańskiej, która jest arcyciekawa i bardzo starodawna. Oglądamy malowidła Rosena, rozpoznaję św. Jana, do którego pozował wuj Tadeusz Fedorowicz.

    Jedziemy na Cmentarz Łyczakowski, a po drodze zatrzymujemy się na chwilę na Badenich 3 i Ujejskiego 8b, gdzie przed wojną mieszkali rodzice i rodziny Serwatowskich i Dzieduszyckich. (Tam też na balkonie przy Ujejskiego w roku 1938 była zrobiona fotografia zaręczynowa rodziców Maryś).

    Starówka lwowska i okolice oraz kościoły pięknie odrestaurowane, ulice czyste, fasady domów naprawione i odmalowane. Miasto robi wrażenie europejskiego, ślady sowieckiej okupacji – minimalne.

    Przed Cmentarzem Łyczakowskim kupuję historyczne gazetki Polonii Lwowskiej, kwiaty, znicze i wchodzimy w Świat Zmarłych.

    Na początku groby historyczne: Seweryn Goszczyński, Maria Konopnicka, Neumann – rektor Uniwersytetu, na którego mogile rozparł się sowiecki czynownik, potem zapalamy lampkę Iwanowi Franko – uderza duża liczba świetnych nagrobnych rzeźb, cmentarz zadbany; prócz nas starsze ukraińskie małżeństwa.

    Wreszcie idziemy pod górę. Jest grób Dzieduszyckich, a raczej to, co pozostało po nim po wysadzeniu w 1944 roku Kaplicy przez Sowietów. Obok grobowce Gubrynowiczów, Wysockich. Maryś z siostrą Beatą i panem Bogdanem idą na Cmentarz Orląt, a ja odmawiam różaniec za lwowskich zmarłych i nie decyduję się na spacer, bo już trochę czuję zmęczenie w kościach. Żegnamy się z przewodnikiem serdecznie i wracamy do seminarium, które zajmuje teren kilku hektarów, pięknie zadrzewiony, ukwiecony, otoczony murem; wewnątrz na trawniku pomnik z brązu Jana Pawla II, który tu nocował podczas pielgrzymki do Lwowa.

    Wieczorem idziemy na mszę św. do kaplicy seminaryjnej, zjadamy kolację z naszych zapasów i smacznie zasypiamy: „Śpij Lwowie, śpij cichutko, Noc twoja trwa za krotko…”

    Plączą mi się po głowie strofy starej lwowskiej piosenki na przemian z duchami lwowian z Katedry Ormiańskiej.

    Rankiem zjadamy pyszne śniadanie i w drogę przez Sławutę do Jazłowca. Początkowo kierujemy się na Stryj. Popatrujemy na coraz ładniejsze widoki: z prawej strony Pogórza Karpackiego mijamy ukraińskie wsie z charakterystycznymi drewnianymi, malowanymi na niebiesko domami, z oknami obramowanymi ukraińskim wzorem; przy drogach babuszki Ukrainki – wypasają krowy, Ukraińcy na wózkach śmiesznych, bo małych, często zaprzężonych w jednego konika, gdzieś jadą. Po wsiach cebulaste cerkiewki przyciągają złotymi barwami, błyszcząc w słońcu. Gdzieś się podział sowiecki sztafaż, tylko wokół jak okiem sięgnąć step czeka na swojego prawowitego właściciela.

    Na szosie za to wszystkie marki samochodów, z całego świata. Jedynie transport ciężarowy siermiężny i wręcz brudny.

    Przy mijanych wsiach cmentarze z daleka robią wrażenie zadbanych, pełne sztucznych kolorowych kwiatów. Na drogach wiejskich drób na czele z gęsiami i indykami, na poboczach prócz krów, koni coraz więcej kóz nazywanych przez Maryś minikrowami. Nowa ukraińska władza nie zdobyła się jeszcze na to, by oddać ziemię narodowi. Na razie robi to pokątnie (jakby po kryjomu), zupełnie nie wiadomo na jakich zasadach. Sporadycznie widać pasy świeżo zaoranego ukraińskiego czarnoziemu, a tak ludzie żyją głownie z krów, hodowli drobiu, kóz, królików i z tego, co wyrośnie w przydomowych ogródkach. Pracują gdzie się da, głównie w miastach i za granicą – na budowach.

    Młode dziewczęta ukraińskie o zdrowych cerach, gęstych czarnych włosach, czarnobrewe, długonogie, a starsze kobiety o mocno zaokrąglonych biodrach z dobrym nasiadem, stanowią istotną część oglądanego folkloru.

    Przez całą naszą podróż po Podolu widziałem tylko dwóch ewidentnie pijanych mężczyzn, śpiących na trawie. Rozwiał się mit, że Ukraińcy piją wiadrami. Nikt nas alkoholem nie częstował, nie ma też budek z piwem. Zbliżamy się do Jazłowca. Jedziemy szosą, którą wielokrotnie przemieszczał się 14 Pułk Ułanów, by pokłonić się Jazłowieckiej Pani i Matce Przełożonej.

    Wieś Jazłowiec z ruinami zamku, wśród pól i lasów Ukrainy – nie robi specjalnego wrażenia. Klasztor Sióstr Niepokalanek w dawnym Pałacu Poniatowskich – ukryty za zamkową wieżą – jest za to przykładem wytrwałej pracowitości i niepokalańskiej wytrwałości. Jedna z sióstr, która nas przywitała na klasztornym dziedzińcu (siostra Szymona), zrobiła wrażenie swoim zdecydowaniem i gospodarskim okiem. Zaprosiła nas od razu do sal noclegowych i na obiad wyśmienity do refektarza, a potem na wieczorną mszę świętą do kaplicy. Obiecała naprawić moją laskę – na Cmentarzu Łyczakowskim zgubiłem gumową nakładkę na zimowe ostrze mojej podpórki.

    Na mszy świętej modliliśmy się za „naszych” Jazłowiaków, a to: rodziców Serwatowskich, generała Klemensa Rudnickiego, jego córkę Lenę, za wszystkie zmarłe i żyjące niepokalanki. Polecaliśmy też Pani Jazłowieckiej naszą kochaną Rzeczpospolitą z jej wewnętrznymi niepokojami i pęknięciami wewnątrz polskich rodzin, struktur państwowych i kościelnych, a także ukraińskie zmagania z resztkami sowieckiego systemu.

    Ranek nastał dość chłodny i pochmurny. Po mszy świętej i doskonałym śniadaniu zjedzonym w asyście Siostry Szymony, wysłuchaliśmy jej opowiadań o historii Jazłowca, o Matce Marcelinie Darowskiej i aktualnych zmaganiach z ukraińską biurokracją. Siostry mimo finansowej mizerii i braku wspomagania przez rząd Ukrainy dzielnie kontynuują rekonstrukcję klasztoru własnymi siłami, prosząc o wsparcie modlitewne i finansowe przybywających pielgrzymów i grupy rekolekcyjno-wycieczkowe.

    Po śniadaniu siostra Szymona przyniosła zreperowaną laskę, przez co zasłużyła sobie na moją dozgonną wdzięczność, co się okaże dwa dni potem w Winnicy w klasztorku Sióstr od Aniołów, które nie zdążyły jeszcze zainstalować poręczy, a na wyfroterowanych schodach bez mocnego oparcia żadną miarą bym ich nie pokonał….

    Po serdecznym pożegnaniu z niepokalankami ruszyliśmy wzdłuż rzeki Strypy do Trembowli, a dalej do Czortkowa, gdzie żołądek upomniał się o swoje prawa.

    Droga cały czas przepiękna. Strypa przeżynając się przez żyzne podolskie ziemie, mocno poprzetykane wapieniem, wyżłobiła fantazyjne wąwozy porosłe mchem i wspaniałą roślinnością. Nie wiadomo na co pierwej patrzeć.

    W Czortkowie Maryś z siostrą Beatą poszły zobaczyć restaurację miejscowego hotelu, po czym siostra wraca, oznajmiając, że barszcz ukraiński zamówiony i już dymi na stole, a schabowe się smażą. Przyciśnięty koniecznością wstępuję po drodze do toalety i tu niespodzianka, bo zamiast europejskiego miejsca do siedzenia widnieje prymitywna sowiecka dziura z miejscami do postawienia nóg, tyle że całość wykafelkowana na biało.

    Następne przystanki to Buczacz i Zarwania. W Zarwanicy grekokatolickie sanktuarium i schowany w lesie klasztor.

    Maryś z Siostrą idą na zwiedzanie, a ja odmawiam różaniec za naszą podróż i wszystkie codzienne moje intencje. W drodze powrotnej decydujemy się zjechać do Podhajec (po ukraińsku Pidhajce), po drodze zabieramy sympatyczną Ukrainkę, która pomaga chorym i opiekuje się dziećmi – a do Zarwanicy przyjeżdża prosić Matkę Bożą o pomoc w rozwiązywaniu doraźnych kłopotów. Jest przy tym pogodna, uśmiechnięta i niesłychanie ufna. Taki prosty Boży człowiek. Bardzo nas do siebie wspaniale nastawiła. Postanawiam w modlitwach prosić Opatrzność za tym ludem.

    W Podhajcach fotografujemy kompletnie zrujnowany kościół. Siostra robi kilka fotografii, bo to rodzinna miejscowość Taty – i ruszamy w kierunku Kamieńca Podolskiego, znowu przez Czortkow i Buczacz, bo innej drogi nie ma.

    Teraz już jesteśmy w centrum Podola, zbliżamy się do Zbrucza – dawnej granicy między Rzeczypospolitą a Rosją. Opowiadam historię pani Wacławy Komornickiej, która po ustanowieniu granicy na Zbruczu, w listopadzie wpław przekraczała rzekę, trzymając nad głową obraz Matki Bożej!

    Krajobrazy ciągle zachwycające – mijane wsie i nazwy przypominają polskie dzieje. Modlimy się za ofiary straszliwego głodu na Ukrainie w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Jeszcze most na rzece Smotrycz i lądujemy w Kamieńcu Podolskim.

    Przejeżdżamy obok kamienieckiego zamku. Prawie słyszę komendy pułkownika Wołodyjowskiego…… Potem ślicznie odbudowana Starówka – widok katedry i kościoła paulinów…. Zachwyca nas to miasto! Dojeżdżamy do bloku, w którym mieszkanie wykupiły Siostry od Aniołów, a teraz tam mieszkają dwie z nich: siostra Lena i Nela. Siostry znam z widzenia z Konstancina. Zjadamy pyszną kolację i „lulu mój królu…” Zasypiamy natychmiast błogim snem. Ciągle przeżywamy wspaniałą podróż nie wierząc, że odwiedzamy te Sienkiewiczowskie miejsca!

    Ranek chłodny, pochmurny. Po mszy świętej w katedrze i śniadaniu przyjeżdża ksiądz Paweł Dyrektor Caritas na Ukrainę i bliski współpracownik biskupa Leona, kamienieckiego Ordynariusza. Zabiera nas samochodem do Chocimia.

    Pędzimy biskupim samochodem prowadzonym pewną ręką księdza Pawła – odmawiamy „Pod Twoją Obronę…” i oto już Chocim.

    Po drodze most na Dniestrze i zapierający dech w piersiach widok na dolinę Dniestru…. Samochód zatrzymuje się na parkingu, obok pełno straganów z pamiątkami i wchodzimy przez bramę – skąd rozpościera się widok na Zamek i Dniestr.

    Maryś z siostrą i księdzem Pawłem schodzą stromą ścieżką w dół do Zamku nad Dniestrem. Po chwili i ja decyduję się powolutku zejść, pomagając sobie zreperowaną laską.

    Na dole przy Zamku spotykam moich współtowarzyszy, z którymi po chwilowym, jak mówi ksiądz Paweł, „wyzionięciu ducha” – rozpoczynamy wędrówkę w górę….

    Przedtem zapraszam księdza Pawła na naszą przyszłą, jubileuszową mszę świętą z okazji 50-lecia ślubu…. do Jazłowca!

    „W szatach, jak mniemam, już wtedy biskupich”. Na co ksiądz Paweł ze śmiechem:

    „Rozmaicie mnie przezywają, ale od biskupów to jeszcze nie, lecz jak trzeba, to niech tak będzie”.

    Wreszcie osiągamy cel, to jest bramę wejściową. Ksiądz Paweł podjeżdża samochodem pod bramę – z ulgą siadam i rozprostowuję nogi. Wracamy do Kamieńca.

    Zjadamy u sióstr pyszny obiad i po krótkim odpoczynku wyruszamy na Stare Miasto. Najpierw do katedry, potem do kościoła paulinów na mszę świętą.

    Maryś z siostrą Beatą zanoszą przywiezione paczki od Krzysia Konopki. Po mszy świętej odprawionej po ukraińsku przez Ojca Alojzego z Szepietówki wysłuchujemy opowiadanej przez niego relacji z odzyskania i odbudowy (rekonstrukcji) klasztoru i kościoła paulinów. Chwila rozmowy z ojcem Alojzym i powrót do sióstr na kolację. Siostry opowiadają nam o zmaganiach biskupa Leona z władzami Ukrainy, bo nadal walka z sowietyzacją ma swój lokalny wymiar na linii Kościół – władze bezpieczeństwa Ukrainy. A ponieważ siostra Lena jest prawnikiem z wykształcenia, więc jest w samym środku tych zmagań.

    Rankiem msza święta w katedrze – śniadanie i żegnamy się z siostrami – i w drogę do Winnicy.

    Pogoda tymczasem niespodziewanie się poprawia, chmury gdzieś znikają. Około południa wita nas Winnica. Młode uniwersyteckie miasto, a w nim śliczne młode siostry – Ukrainki, znane mi z Konstancina.

    Dom sióstr, na przedmieściach Winnicy, z potężną, stalową bramą pomalowaną na więzienny kolor nie zachęca do wejścia.

    Na szczęście to pozór. Po zjedzeniu świetnego obiadu – wyruszamy do miasta na zwiedzanie. Rzeczywiście to miasto oddycha Europą. Jest tu wiele wyższych uczelni. Jedna z sióstr po skończonych studiach ekonomicznych rozpoczyna studia pielęgniarskie.

    Odwiedzamy Mc Donald’s – w środku masę młodzieży zadowolonej z tego widocznego symbolu amerykańskości.

    Widać zresztą, jak młodzi bardzo chcą zerwać z piętnem sowieckim.

    Okropnie im to nadojadlo. Niestety, w praktyce to jeszcze bardzo trudne. Na przykład oznakowanie ulic i rozstawienie znaków drogowych. Zupełna dowolność – znak informujący o skręcie w prawo lub lewo stoi w kompletnie nieprzewidywalnych odległościach, co powoduje, że jeździć trzeba absolutnie na wyczucie.

    Wieczorem lądujemy na przedmieściach Winnicy, w kapliczce z zaadaptowanego mieszkania prywatnego – z dobudowaną wieżyczką kościelną – w środku gromada kobiet w zaawansowanym wieku tzw. babek kościelnych. Ale to właśnie dzięki „babuszkom”: znajdowały się domy lub mieszkania prywatne na początkowe miejsca kultu, znajdowały się środki pieniężne na ich rozbudowę czy budowę, to one jeździły i załatwiały wszelkie zezwolenia na rozpoczęcie działalności, one wreszcie jeździły krok w krok za księżmi i pilnowały, by tzw. władze bezpieczeństwa nic złego księżom nie zrobiły.

    To właśnie jeden z „cudów” Ukrainy….Teraz powoli znajdują się zamożni oligarchowie, którzy odkrywają swoje chrześcijańskie korzenie i raptem dają poważne sumy na konieczne remonty ( np. w Dunajowcach).

    Wyjeżdżamy z Winnicy zdumieni ogromnymi przemianami i cudami, które dzieją się w duszach ludzkich…..

    Następny nasz przystanek to Żytomierz, duży ośrodek polskości – na 300 tysięcy ludności, 80 tysięcy to Polacy.

    Wschód i bliskość Moskwy widać tam na dłoni, nie tylko z powodu obecności pomnika Lenina na jednym z głównych placów.

    Inny problem to cmentarz – stan opłakany: porozbijane, rozpadające się nagrobki polskie i ukraińskie. Groby zachwaszczone, pozarastane krzakami – groby na „rosyjską modłę” otoczone metalowymi płotkami. W Żytomierzu – biskup Purwinski z Łotwy będzie miał dużo do zrobienia, by ludziom uświadomić obowiązek czci zmarłych.

    A oto inny obrazek. Na przedmieściach Żytomierza niewielki klasztorek a w nim trzy Siostry od Aniołów zajmujące się garstką dzieci z mocno zaniedbanych rodzin. Działa na zasadzie Domu Dziecka. Dzieci tam przebywają non-stop. W dzień chodzą do szkoły. Jest wśród nich rodzeństwo, którego ojciec „zakatrupił” matkę na amen….. Idziemy tam wieczorem z krótką wizytą.

    Dzieci miłe, czyste, już po kolacji, czekają na nas. Rozmawiamy, śmiejemy się. Po wzajemnej prezentacji i wymianie imion śpiewam po ukraińsku piosenkę, którą kiedyś nauczył mnie śp. Krzysztof Majewski (mój przyjaciel-kuzyn).

    Potem przypominam sobie harcerską zabawę polegającą na naśladowaniu różnych instrumentów orkiestrowych. Dzieci się rozluźniają, atmosfera robi się swobodniejsza. Dowiadujemy się, że mały Witalik chce być architektem – mówię więc, że musi koniecznie pojechać do Rzymu, bo tam jest niezwykły ład i harmonia w architekturze. Jeszcze dzieci mówią, kto kim chce być w życiu i już czas na pożegnanie.

    Siostrze opiekunce mówię, że to wspaniała praca i niezwykle potrzebna. Obiecuję wysłać wspomnienia dyrektora Makowskiego z pracy w Zakładzie Poprawczym w Laskowcu.

    Muszę jeszcze opisać naszą wizytę w klasztorze benedyktynek w Barze, które odbudowały swój klasztor za pieniądze zarobione na organizowanych rekolekcjach. Odbudowują wspaniale swój klasztor także karmelici bosi w Berdyczowie. Odbudowali tam całkowicie zniszczony klasztor i po zrobieniu malowideł ściennych chcą go w przyszłym roku rekonsekrować.

    Zamierzenie to gigantyczne, biorąc pod uwagę skalę zniszczeń. Obecnie znajdująca się w podziemiach klasztoru Matka Boża Berdyczowska to kopia, bo oryginał zaginął po wojnie gdzieś w Polsce.

    To wszystko, co piszę, to cuda dziejące się na Ukrainie dziś.

    Wyjeżdżamy pełni wrażeń tego, co widzieliśmy, tego, co przeżyliśmy.

    Teraz pozwolę sobie na chwilę przewidywań, co może się zdarzyć w przyszłości.

    Może Ukraina za sto lat wróci do ścisłych związków z Polską, ale już jako silne, samodzielne, demokratyczne i przede wszystkim wolne państwo. O mocnych chrześcijańskich korzeniach…

    Związków historycznych z Polską jest wiele… i to bardzo silnych. Musimy wszyscy bardzo nad tym pracować ku pożytkowi naszych narodów. Zachodnia Ukraina ma dość Rosji i wcale jej ku Wschodowi nie ciągnie.

    Nie wiem, może dojdzie do podziału Ukrainy?

    Marek Żółtowski

    Chylice – wrzesień 2010