Wspomnienia z podróży samochodem, 5-12 września 2010
„Hej, hej Ojcze Atamanie Ukraina śpi w najlepsze I wiatr usnął na kurhanie I stanęła woda w Dniestrze…”
A właśnie, że nie śpi, bo się obudziła. Mogliśmy to wespół z żoną Maryś naocznie stwierdzić podczas naszej tygodniowej podróży.
Poruszeni jesteśmy do głębi mocą, z jaką naród ukraiński zrzuca sowieckie jarzmo i przywdziewa na powrót chrześcijańską szatę.
Ale po kolei….
Podróż zaczęliśmy 4 września w Chylicach, zabierając siostrę Beatę ze Zgromadzenia Sióstr od Aniołów, która jako że była na Ukrainie kilka lat i zna język ukraiński, zgodziła się być naszym cicerone.
Podróż do granicy w Hrebennem jak po stole. Odmawiamy Różaniec Św. i Koronkę do Miłosierdzia Bożego w intencji podróży i narodów: polskiego i ukraińskiego. Granicę przekraczamy w ciągu 15 minut prowadzeni jak po sznurku przez Michała Archanioła.
Dalej mocno sfatygowana szosa przez Żółkiew. Docieramy pod wieczór do pierwszych zabudowań Lwowa. Po drodze mijamy cebulaste cerkiewki, po obu stronach szosy stepy z rzadka przetykane zagonkami kapusty, czerwonych buraczków i lichej bardzo kukurydzy. Wokół ani zajączka, sarny, nie wspominając o grubszej zwierzynie.
Na szosie, co parę kilometrów przystanki autobusowe, a na nich po kilka osób, ale wsi nigdzie nie widać. Dopiero w okolicach Żółkwi jakieś pierwsze nieśmiałe domy. Wreszcie pojawiają się wzgórza lesiste, a na nich światła i zabudowania Lwowa. Szosa wyraźnie lepsza, budynki dość porządne.
Lwów z niewielkimi autobusikami, tramwajami, trolejbusami – wreszcie bloki typowe dla technologii „leningradzkiej”, za to wszystkie z przeszklonymi werandami.
Mijamy miasto. Zanurzamy się w las.
Jedziemy w kierunku Brzuchowic – przedwojennego podmiejskiego kurortu. Mijamy cmentarz, za nim jeziorko niewielkie i skręcamy kiepską drogą z tłucznia w prawo…z rzadka jakieś lampy. Napotkany młody człowiek mówi, że owszem „Palotyny – jest, trebnoo jehaty priamo, patom spust a patom, patom…” i tak dojeżdżamy, zabierając po drodze starowinę księdza do bardzo porządnie wyglądającego Seminarium Diecezjalnego, gdzie oświadczają nam, że z uwagi na grupy pielgrzymkowe miejsc nie ma.
Odjeżdżamy więc z kwitkiem i usiłujemy znaleźć klasztor rzeczonych palotynów, co się w końcu udaje, tyle że brama zamknięta na głucho i mimo dzwonienia, nawoływań i stukań coraz mocniejszych – odzewu brak.
Wracamy zrezygnowani do seminarium. Siostra Beata obiecuje, że spróbuje wybłagać dla nas nocleg.
I rzeczywiście, ksiądz dyrektor na wieść, że zgadzamy się zanocować w nieposprzątanym pokoju, przynosi świeżą pościel i możemy się roztasować w dwóch pokojach z łazienkami, prysznicami i ciepłą wodą!
Nazajutrz Maryś z siostrą Beatą przyrządzają z przywiezionych zapasów pyszne śniadanie, po którym odwiedza nas ksiądz Jan z Wrocławia. Pomaga nam uruchomić nasze komórki i łączy nas telefonicznie z Bogdanem Fotiukiem, absolwentem Uniwersytetu Lwowskiego – przewodnikiem po Lwowie, który zgadza się oprowadzić nas po Starym Mieście i Cmentarzu Łyczakowskim.
Okazuje się, że z panem Fotiukiem przed laty nawiązała kontakt mama Magda Serwatowska i ten potem odnalazł i odgruzował grobowiec Dzieduszyckich. Radość Maryś ogromna. Jedziemy więc do Lwowa. Zwiedzamy samodzielnie Katedrę Ormiańską, idziemy na obiad do restauracji ormiańskiej ze świetną wódeczką dla mnie. Po obiedzie idziemy na spotkanie z Bogdanem Fotiukiem.
Zwiedzamy katedrę. Przewodnik Fotiuk ciekawie opowiada historię Lwowa i dzieje katedry i powoli udajemy się ponownie do Katedry Ormiańskiej, która jest arcyciekawa i bardzo starodawna. Oglądamy malowidła Rosena, rozpoznaję św. Jana, do którego pozował wuj Tadeusz Fedorowicz.
Jedziemy na Cmentarz Łyczakowski, a po drodze zatrzymujemy się na chwilę na Badenich 3 i Ujejskiego 8b, gdzie przed wojną mieszkali rodzice i rodziny Serwatowskich i Dzieduszyckich. (Tam też na balkonie przy Ujejskiego w roku 1938 była zrobiona fotografia zaręczynowa rodziców Maryś).
Starówka lwowska i okolice oraz kościoły pięknie odrestaurowane, ulice czyste, fasady domów naprawione i odmalowane. Miasto robi wrażenie europejskiego, ślady sowieckiej okupacji – minimalne.
Przed Cmentarzem Łyczakowskim kupuję historyczne gazetki Polonii Lwowskiej, kwiaty, znicze i wchodzimy w Świat Zmarłych.
Na początku groby historyczne: Seweryn Goszczyński, Maria Konopnicka, Neumann – rektor Uniwersytetu, na którego mogile rozparł się sowiecki czynownik, potem zapalamy lampkę Iwanowi Franko – uderza duża liczba świetnych nagrobnych rzeźb, cmentarz zadbany; prócz nas starsze ukraińskie małżeństwa.
Wreszcie idziemy pod górę. Jest grób Dzieduszyckich, a raczej to, co pozostało po nim po wysadzeniu w 1944 roku Kaplicy przez Sowietów. Obok grobowce Gubrynowiczów, Wysockich. Maryś z siostrą Beatą i panem Bogdanem idą na Cmentarz Orląt, a ja odmawiam różaniec za lwowskich zmarłych i nie decyduję się na spacer, bo już trochę czuję zmęczenie w kościach. Żegnamy się z przewodnikiem serdecznie i wracamy do seminarium, które zajmuje teren kilku hektarów, pięknie zadrzewiony, ukwiecony, otoczony murem; wewnątrz na trawniku pomnik z brązu Jana Pawla II, który tu nocował podczas pielgrzymki do Lwowa.
Wieczorem idziemy na mszę św. do kaplicy seminaryjnej, zjadamy kolację z naszych zapasów i smacznie zasypiamy: „Śpij Lwowie, śpij cichutko, Noc twoja trwa za krotko…”
Plączą mi się po głowie strofy starej lwowskiej piosenki na przemian z duchami lwowian z Katedry Ormiańskiej.
Rankiem zjadamy pyszne śniadanie i w drogę przez Sławutę do Jazłowca. Początkowo kierujemy się na Stryj. Popatrujemy na coraz ładniejsze widoki: z prawej strony Pogórza Karpackiego mijamy ukraińskie wsie z charakterystycznymi drewnianymi, malowanymi na niebiesko domami, z oknami obramowanymi ukraińskim wzorem; przy drogach babuszki Ukrainki – wypasają krowy, Ukraińcy na wózkach śmiesznych, bo małych, często zaprzężonych w jednego konika, gdzieś jadą. Po wsiach cebulaste cerkiewki przyciągają złotymi barwami, błyszcząc w słońcu. Gdzieś się podział sowiecki sztafaż, tylko wokół jak okiem sięgnąć step czeka na swojego prawowitego właściciela.
Na szosie za to wszystkie marki samochodów, z całego świata. Jedynie transport ciężarowy siermiężny i wręcz brudny.
Przy mijanych wsiach cmentarze z daleka robią wrażenie zadbanych, pełne sztucznych kolorowych kwiatów. Na drogach wiejskich drób na czele z gęsiami i indykami, na poboczach prócz krów, koni coraz więcej kóz nazywanych przez Maryś minikrowami. Nowa ukraińska władza nie zdobyła się jeszcze na to, by oddać ziemię narodowi. Na razie robi to pokątnie (jakby po kryjomu), zupełnie nie wiadomo na jakich zasadach. Sporadycznie widać pasy świeżo zaoranego ukraińskiego czarnoziemu, a tak ludzie żyją głownie z krów, hodowli drobiu, kóz, królików i z tego, co wyrośnie w przydomowych ogródkach. Pracują gdzie się da, głównie w miastach i za granicą – na budowach.
Młode dziewczęta ukraińskie o zdrowych cerach, gęstych czarnych włosach, czarnobrewe, długonogie, a starsze kobiety o mocno zaokrąglonych biodrach z dobrym nasiadem, stanowią istotną część oglądanego folkloru.
Przez całą naszą podróż po Podolu widziałem tylko dwóch ewidentnie pijanych mężczyzn, śpiących na trawie. Rozwiał się mit, że Ukraińcy piją wiadrami. Nikt nas alkoholem nie częstował, nie ma też budek z piwem. Zbliżamy się do Jazłowca. Jedziemy szosą, którą wielokrotnie przemieszczał się 14 Pułk Ułanów, by pokłonić się Jazłowieckiej Pani i Matce Przełożonej.
Wieś Jazłowiec z ruinami zamku, wśród pól i lasów Ukrainy – nie robi specjalnego wrażenia. Klasztor Sióstr Niepokalanek w dawnym Pałacu Poniatowskich – ukryty za zamkową wieżą – jest za to przykładem wytrwałej pracowitości i niepokalańskiej wytrwałości. Jedna z sióstr, która nas przywitała na klasztornym dziedzińcu (siostra Szymona), zrobiła wrażenie swoim zdecydowaniem i gospodarskim okiem. Zaprosiła nas od razu do sal noclegowych i na obiad wyśmienity do refektarza, a potem na wieczorną mszę świętą do kaplicy. Obiecała naprawić moją laskę – na Cmentarzu Łyczakowskim zgubiłem gumową nakładkę na zimowe ostrze mojej podpórki.
Na mszy świętej modliliśmy się za „naszych” Jazłowiaków, a to: rodziców Serwatowskich, generała Klemensa Rudnickiego, jego córkę Lenę, za wszystkie zmarłe i żyjące niepokalanki. Polecaliśmy też Pani Jazłowieckiej naszą kochaną Rzeczpospolitą z jej wewnętrznymi niepokojami i pęknięciami wewnątrz polskich rodzin, struktur państwowych i kościelnych, a także ukraińskie zmagania z resztkami sowieckiego systemu.
Ranek nastał dość chłodny i pochmurny. Po mszy świętej i doskonałym śniadaniu zjedzonym w asyście Siostry Szymony, wysłuchaliśmy jej opowiadań o historii Jazłowca, o Matce Marcelinie Darowskiej i aktualnych zmaganiach z ukraińską biurokracją. Siostry mimo finansowej mizerii i braku wspomagania przez rząd Ukrainy dzielnie kontynuują rekonstrukcję klasztoru własnymi siłami, prosząc o wsparcie modlitewne i finansowe przybywających pielgrzymów i grupy rekolekcyjno-wycieczkowe.
Po śniadaniu siostra Szymona przyniosła zreperowaną laskę, przez co zasłużyła sobie na moją dozgonną wdzięczność, co się okaże dwa dni potem w Winnicy w klasztorku Sióstr od Aniołów, które nie zdążyły jeszcze zainstalować poręczy, a na wyfroterowanych schodach bez mocnego oparcia żadną miarą bym ich nie pokonał….
Po serdecznym pożegnaniu z niepokalankami ruszyliśmy wzdłuż rzeki Strypy do Trembowli, a dalej do Czortkowa, gdzie żołądek upomniał się o swoje prawa.
Droga cały czas przepiękna. Strypa przeżynając się przez żyzne podolskie ziemie, mocno poprzetykane wapieniem, wyżłobiła fantazyjne wąwozy porosłe mchem i wspaniałą roślinnością. Nie wiadomo na co pierwej patrzeć.
W Czortkowie Maryś z siostrą Beatą poszły zobaczyć restaurację miejscowego hotelu, po czym siostra wraca, oznajmiając, że barszcz ukraiński zamówiony i już dymi na stole, a schabowe się smażą. Przyciśnięty koniecznością wstępuję po drodze do toalety i tu niespodzianka, bo zamiast europejskiego miejsca do siedzenia widnieje prymitywna sowiecka dziura z miejscami do postawienia nóg, tyle że całość wykafelkowana na biało.
Następne przystanki to Buczacz i Zarwania. W Zarwanicy grekokatolickie sanktuarium i schowany w lesie klasztor.
Maryś z Siostrą idą na zwiedzanie, a ja odmawiam różaniec za naszą podróż i wszystkie codzienne moje intencje. W drodze powrotnej decydujemy się zjechać do Podhajec (po ukraińsku Pidhajce), po drodze zabieramy sympatyczną Ukrainkę, która pomaga chorym i opiekuje się dziećmi – a do Zarwanicy przyjeżdża prosić Matkę Bożą o pomoc w rozwiązywaniu doraźnych kłopotów. Jest przy tym pogodna, uśmiechnięta i niesłychanie ufna. Taki prosty Boży człowiek. Bardzo nas do siebie wspaniale nastawiła. Postanawiam w modlitwach prosić Opatrzność za tym ludem.
W Podhajcach fotografujemy kompletnie zrujnowany kościół. Siostra robi kilka fotografii, bo to rodzinna miejscowość Taty – i ruszamy w kierunku Kamieńca Podolskiego, znowu przez Czortkow i Buczacz, bo innej drogi nie ma.
Teraz już jesteśmy w centrum Podola, zbliżamy się do Zbrucza – dawnej granicy między Rzeczypospolitą a Rosją. Opowiadam historię pani Wacławy Komornickiej, która po ustanowieniu granicy na Zbruczu, w listopadzie wpław przekraczała rzekę, trzymając nad głową obraz Matki Bożej!
Krajobrazy ciągle zachwycające – mijane wsie i nazwy przypominają polskie dzieje. Modlimy się za ofiary straszliwego głodu na Ukrainie w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Jeszcze most na rzece Smotrycz i lądujemy w Kamieńcu Podolskim.
Przejeżdżamy obok kamienieckiego zamku. Prawie słyszę komendy pułkownika Wołodyjowskiego…… Potem ślicznie odbudowana Starówka – widok katedry i kościoła paulinów…. Zachwyca nas to miasto! Dojeżdżamy do bloku, w którym mieszkanie wykupiły Siostry od Aniołów, a teraz tam mieszkają dwie z nich: siostra Lena i Nela. Siostry znam z widzenia z Konstancina. Zjadamy pyszną kolację i „lulu mój królu…” Zasypiamy natychmiast błogim snem. Ciągle przeżywamy wspaniałą podróż nie wierząc, że odwiedzamy te Sienkiewiczowskie miejsca!
Ranek chłodny, pochmurny. Po mszy świętej w katedrze i śniadaniu przyjeżdża ksiądz Paweł Dyrektor Caritas na Ukrainę i bliski współpracownik biskupa Leona, kamienieckiego Ordynariusza. Zabiera nas samochodem do Chocimia.
Pędzimy biskupim samochodem prowadzonym pewną ręką księdza Pawła – odmawiamy „Pod Twoją Obronę…” i oto już Chocim.
Po drodze most na Dniestrze i zapierający dech w piersiach widok na dolinę Dniestru…. Samochód zatrzymuje się na parkingu, obok pełno straganów z pamiątkami i wchodzimy przez bramę – skąd rozpościera się widok na Zamek i Dniestr.
Maryś z siostrą i księdzem Pawłem schodzą stromą ścieżką w dół do Zamku nad Dniestrem. Po chwili i ja decyduję się powolutku zejść, pomagając sobie zreperowaną laską.
Na dole przy Zamku spotykam moich współtowarzyszy, z którymi po chwilowym, jak mówi ksiądz Paweł, „wyzionięciu ducha” – rozpoczynamy wędrówkę w górę….
Przedtem zapraszam księdza Pawła na naszą przyszłą, jubileuszową mszę świętą z okazji 50-lecia ślubu…. do Jazłowca!
„W szatach, jak mniemam, już wtedy biskupich”. Na co ksiądz Paweł ze śmiechem:
„Rozmaicie mnie przezywają, ale od biskupów to jeszcze nie, lecz jak trzeba, to niech tak będzie”.
Wreszcie osiągamy cel, to jest bramę wejściową. Ksiądz Paweł podjeżdża samochodem pod bramę – z ulgą siadam i rozprostowuję nogi. Wracamy do Kamieńca.
Zjadamy u sióstr pyszny obiad i po krótkim odpoczynku wyruszamy na Stare Miasto. Najpierw do katedry, potem do kościoła paulinów na mszę świętą.
Maryś z siostrą Beatą zanoszą przywiezione paczki od Krzysia Konopki. Po mszy świętej odprawionej po ukraińsku przez Ojca Alojzego z Szepietówki wysłuchujemy opowiadanej przez niego relacji z odzyskania i odbudowy (rekonstrukcji) klasztoru i kościoła paulinów. Chwila rozmowy z ojcem Alojzym i powrót do sióstr na kolację. Siostry opowiadają nam o zmaganiach biskupa Leona z władzami Ukrainy, bo nadal walka z sowietyzacją ma swój lokalny wymiar na linii Kościół – władze bezpieczeństwa Ukrainy. A ponieważ siostra Lena jest prawnikiem z wykształcenia, więc jest w samym środku tych zmagań.
Rankiem msza święta w katedrze – śniadanie i żegnamy się z siostrami – i w drogę do Winnicy.
Pogoda tymczasem niespodziewanie się poprawia, chmury gdzieś znikają. Około południa wita nas Winnica. Młode uniwersyteckie miasto, a w nim śliczne młode siostry – Ukrainki, znane mi z Konstancina.
Dom sióstr, na przedmieściach Winnicy, z potężną, stalową bramą pomalowaną na więzienny kolor nie zachęca do wejścia.
Na szczęście to pozór. Po zjedzeniu świetnego obiadu – wyruszamy do miasta na zwiedzanie. Rzeczywiście to miasto oddycha Europą. Jest tu wiele wyższych uczelni. Jedna z sióstr po skończonych studiach ekonomicznych rozpoczyna studia pielęgniarskie.
Odwiedzamy Mc Donald’s – w środku masę młodzieży zadowolonej z tego widocznego symbolu amerykańskości.
Widać zresztą, jak młodzi bardzo chcą zerwać z piętnem sowieckim.
Okropnie im to nadojadlo. Niestety, w praktyce to jeszcze bardzo trudne. Na przykład oznakowanie ulic i rozstawienie znaków drogowych. Zupełna dowolność – znak informujący o skręcie w prawo lub lewo stoi w kompletnie nieprzewidywalnych odległościach, co powoduje, że jeździć trzeba absolutnie na wyczucie.
Wieczorem lądujemy na przedmieściach Winnicy, w kapliczce z zaadaptowanego mieszkania prywatnego – z dobudowaną wieżyczką kościelną – w środku gromada kobiet w zaawansowanym wieku tzw. babek kościelnych. Ale to właśnie dzięki „babuszkom”: znajdowały się domy lub mieszkania prywatne na początkowe miejsca kultu, znajdowały się środki pieniężne na ich rozbudowę czy budowę, to one jeździły i załatwiały wszelkie zezwolenia na rozpoczęcie działalności, one wreszcie jeździły krok w krok za księżmi i pilnowały, by tzw. władze bezpieczeństwa nic złego księżom nie zrobiły.
To właśnie jeden z „cudów” Ukrainy….Teraz powoli znajdują się zamożni oligarchowie, którzy odkrywają swoje chrześcijańskie korzenie i raptem dają poważne sumy na konieczne remonty ( np. w Dunajowcach).
Wyjeżdżamy z Winnicy zdumieni ogromnymi przemianami i cudami, które dzieją się w duszach ludzkich…..
Następny nasz przystanek to Żytomierz, duży ośrodek polskości – na 300 tysięcy ludności, 80 tysięcy to Polacy.
Wschód i bliskość Moskwy widać tam na dłoni, nie tylko z powodu obecności pomnika Lenina na jednym z głównych placów.
Inny problem to cmentarz – stan opłakany: porozbijane, rozpadające się nagrobki polskie i ukraińskie. Groby zachwaszczone, pozarastane krzakami – groby na „rosyjską modłę” otoczone metalowymi płotkami. W Żytomierzu – biskup Purwinski z Łotwy będzie miał dużo do zrobienia, by ludziom uświadomić obowiązek czci zmarłych.
A oto inny obrazek. Na przedmieściach Żytomierza niewielki klasztorek a w nim trzy Siostry od Aniołów zajmujące się garstką dzieci z mocno zaniedbanych rodzin. Działa na zasadzie Domu Dziecka. Dzieci tam przebywają non-stop. W dzień chodzą do szkoły. Jest wśród nich rodzeństwo, którego ojciec „zakatrupił” matkę na amen….. Idziemy tam wieczorem z krótką wizytą.
Dzieci miłe, czyste, już po kolacji, czekają na nas. Rozmawiamy, śmiejemy się. Po wzajemnej prezentacji i wymianie imion śpiewam po ukraińsku piosenkę, którą kiedyś nauczył mnie śp. Krzysztof Majewski (mój przyjaciel-kuzyn).
Potem przypominam sobie harcerską zabawę polegającą na naśladowaniu różnych instrumentów orkiestrowych. Dzieci się rozluźniają, atmosfera robi się swobodniejsza. Dowiadujemy się, że mały Witalik chce być architektem – mówię więc, że musi koniecznie pojechać do Rzymu, bo tam jest niezwykły ład i harmonia w architekturze. Jeszcze dzieci mówią, kto kim chce być w życiu i już czas na pożegnanie.
Siostrze opiekunce mówię, że to wspaniała praca i niezwykle potrzebna. Obiecuję wysłać wspomnienia dyrektora Makowskiego z pracy w Zakładzie Poprawczym w Laskowcu.
Muszę jeszcze opisać naszą wizytę w klasztorze benedyktynek w Barze, które odbudowały swój klasztor za pieniądze zarobione na organizowanych rekolekcjach. Odbudowują wspaniale swój klasztor także karmelici bosi w Berdyczowie. Odbudowali tam całkowicie zniszczony klasztor i po zrobieniu malowideł ściennych chcą go w przyszłym roku rekonsekrować.
Zamierzenie to gigantyczne, biorąc pod uwagę skalę zniszczeń. Obecnie znajdująca się w podziemiach klasztoru Matka Boża Berdyczowska to kopia, bo oryginał zaginął po wojnie gdzieś w Polsce.
To wszystko, co piszę, to cuda dziejące się na Ukrainie dziś.
Wyjeżdżamy pełni wrażeń tego, co widzieliśmy, tego, co przeżyliśmy.
Teraz pozwolę sobie na chwilę przewidywań, co może się zdarzyć w przyszłości.
Może Ukraina za sto lat wróci do ścisłych związków z Polską, ale już jako silne, samodzielne, demokratyczne i przede wszystkim wolne państwo. O mocnych chrześcijańskich korzeniach…
Związków historycznych z Polską jest wiele… i to bardzo silnych. Musimy wszyscy bardzo nad tym pracować ku pożytkowi naszych narodów. Zachodnia Ukraina ma dość Rosji i wcale jej ku Wschodowi nie ciągnie.
Nie wiem, może dojdzie do podziału Ukrainy?
Marek Żółtowski
Chylice – wrzesień 2010