Tag: Nr 64

  • Od redakcji

    Mamy nadzieję, że większość, Żółtowskich (a może nawet wszyscy?) i miłośników naszego Związku chętnie czyta kwartalniki i z niecierpliwością czeka na nowiny. Wszyscy są ciekawi, co będzie można przeczytać w nowym numerze. Może dowiemy się o jakimś wydarzeniu? Zależy to od nas samych, od tego, czy będziemy chcieli podzielić się informacjami i wspomnieniami.

    Każdy z nas ma wspomnienia, jedne są bardziej burzliwe czy bolesne, inne spokojne i radosne. Pisanie o sobie czy bliskich jest na pewno bardzo osobistą sprawą, ale są wydarzenia lub wspomnienia, którymi można się podzielić z innymi.

    Proszę się nie obawiać, że brakuje Wam zdolności pisarskich. To nie jest takie istotne. Ważne jest, aby teksty były szczere.

    Może hasło: „ Ja, mój dom, moja rodzina” pobudzi Wasze wspomnienia i chęć do napisania tekstu do kwartalnika. Bo bez Waszej współpracy nie będzie nowin ani gazety.

    Zapraszamy zatem, bądźcie z nami!

  • Wigilijne drzewko

    Jedno z najpiękniejszych świąt to święta związane z Bożym Narodzeniem. Ale nie zawsze były one radosne.

    Jest rok 1939. Poznań. Pierwsze miesiące II wojny, najokrutniejszej w historii świata. Świąteczne dni Bożego Narodzenia.

    Choinka przepięknie ustrojona została sama w pustym, zimnym mieszkaniu. Jeszcze żyje, nie umarła, ale od czasu do czasu spadają ozdoby, rozbite szklane świecidełka błyszczą pod jej gałęziami, igły, układające się grubą warstwą, zmieniły zieleń na szarość.

    Jeszcze tak niedawno rozbrzmiewał tu śmiech dziecka, a powietrze drgało melodią kolęd. Teraz cisza przerywana szelestem spadających igieł. Niczego nie rozumie, stoi w ciszy pokoju z wyciągniętymi kikutami uschniętych brązowych gałązek.

    A mieszkańcy? Mieszkańcy to poznaniacy siłą wyrwani z domostw w ciemną, mroźną noc przez hitlerowskich okupantów. Jeśli los będzie łaskawy, to pozwoli im przeżyć. Zapewne mimo wszystko zorganizują bardzo skromne święta, będą śpiewać kolędy przełykając łzy, mając w sercu nadzieję na lepsze jutro.

    Nadejdą następne święta w tych ponurych okupacyjnych latach, a Oni będą pielęgnować swoją świąteczną tradycję bez względu na okoliczności, będą chronić magię i urok tych dni. Nawet wtedy, gdy stracą wiarę i resztki nadziei, gdy czarna rozpacz ogarnie ich serca.

    Nadeszła wolność. Skończyła się gehenna wojennych lat. Ludzie, którym dane było przeżyć, z wielkim trudem zaczęli budować swój nowy świat. Powróciła magia radosnych świąt.

    Kobieta postanowiła zaprosić tych, którzy doznali łaski losu i przeżyli, usadowić przy wspólnym stole, ugościć, stworzyć radosne szczęśliwe święta. Gdy przygotowania były ukończone i czekano tylko na pierwszą gwiazdkę, Kobieta przypomniała sobie o najważniejszym: o choince, o której w ferworze przygotowań potraw zupełnie zapomniała.

    Narzuciła chustę i bez słowa wyjaśnienia wybiegła z domu. Ulice miasta były wyludnione, przechodziła z ulicy na ulicę, nie wiedząc, w jaki sposób można zdobyć drzewko. W oknach domów zaczęły pojawiać się światełka choinek. Nagle zerwał się wiatr, zaczął padać śnieg.

    Śnieżna zadymka coraz bardziej gęstniała i widoczność była gorsza.

    Smutek wypełnił serce kobiety, bo uświadomiła sobie o beznadziejności i bezsensie swego działania. Postanowiła wracać do domu, do tych, których zostawiła.

    Nagle w świetle latarni na końcu ulicy coś się poruszyło, ogarnął ją lęk, ale szła w stronę tego „niezwykłego – dziwnego”. To coś bardzo powoli zbliżało się ze śnieżnej zadymki. Wyłonił się nieokreślony kształt, coś w rodzaju… Nie! To niemożliwe, a jednak, była to choinka. To było nierzeczywiste, irracjonalne, to jest sen, jakieś majaki. Z odrętwienia wyrwały ją słowa człowieka, który stał za drzewkiem: „Może kupi pani choinkę, bo żona kupiła i ja też kupiłem, mamy dwie. Nie mogę wrócić do domu, jeśli jej nie sprzedam. Przeszedłem wiele ulic, ale miasto jest zupełnie puste”.

    Gdy weszła do domu z choinką, powitało ją wielkie zdziwienie gości. W odpowiedzi na liczne pytania odpowiadała: „wesołych, szczęśliwych świąt! Cieszmy się!”

    Anna Nowotna-Laskus z domu Żółtowska

    2010

     

  • Świętej pamięci „Dużego” i „Małego” Michała

    Minął kolejny 1 listopada 2011 roku i kolejny rok od odejścia dwóch dżentelmenów, a zarazem pasjonatów historią, szczególnie Rodu Żółtowskich, zasłużonych dla powstania Związku Rodu.

    Sposób, w jaki odczuwam wdzięczność Bogu za poznanie wuja Michała z Lasek i Michała z Łodzi, a obu Michałom za nasze dobre, wręcz serdeczne, przyjacielskie i rodzinne relacje, opisuję poniżej. Pragnę ze wszystkimi Członkami Związku Rodu Żółtowskich podzielić się tym, jak jestem szczęśliwy, że oni obaj stanęli na mojej drodze życia i mogłem z nimi przebywać na Zjazdach Związku Rodu.

    Z Michałem z Łodzi widywaliśmy się na zebraniach Towarzystwa Heraldycznego. Później spotkałem „Małego” Michała kilka razy na Zjazdach Rodu. Nie więcej, tylko kilka razy, gdyż tragicznie odszedł od nas w tak młodym wieku. Można powiedzieć, że odszedł po powstaniu Związku Rodu i na początku jego działalności. Straciliśmy wspaniałego genealoga i historyka, który tak dzielnie, wytrwale poznawał historię rodziny każdego członka Związku Rodu. Dzięki stworzeniu dzieła „Genealogia Rodu Żółtowskich” i Zjazdom rodowym poznał wiele osób ze sobą, noszących nazwisko Żółtowski. Cenię go za to, że znalazł powiązania między osobami noszącymi to samo nazwisko, krewnymi i kuzynami, bliskimi i dalekimi, którzy nigdy nie poznaliby się, gdyby nie jego badania genealogiczne, podróże po Polsce i rozmowy w domach Żółtowskich, wnikliwe rozmowy z każdym uczestnikiem zjazdów Związku Rodu i w końcu opublikowanie „Genealogii…”

    Pragnę przypomnieć wszystkim, że ś.p. Michał Żółtowski z Łodzi, zwany „Małym” Michałem, prowadził rozmowy wielokrotnie ze ś.p. Michałem Żółtowskim z Lasek, zwanym potocznie „Dużym” Michałem i Zbigniewem Żółtowskim ze Skierniewic o powstaniu Związku Rodu. Michał z Lasek wahał się, czy powinien powstać taki Związek. Obawiał się antagonizmów i nieporozumień na tle pochodzenia i majętności przodków poszczególnych członków Związku. W końcu „Duży” Michał za namową ś.p. Zbigniewa ze Skierniewic zaakceptował propozycję „Małego” Michała, nawet poparł go i zabiegał, aby Związek Rodu powstał. Dziękuję więc obu Michałom, Zbigniewowi ze Skierniewic i innym członkom – założycielom, że powstał Związek Rodu Żółtowskich. Jestem im wdzięczny, że dzięki tym prekursorom tak długie lata istnieje nasza organizacja.

    Niestety, tragiczne odejście Michała z Łodzi spowodowało niedokończenie suplementu do jego dzieła. Brak jego na Zjazdach spowodowało pewną pustkę. Podobną pustkę sprawiło też odejście Michała z Lasek. Jak już pisałem (w artykule „Wuj Michał – mój autorytet”), ś.p. Michała Żółtowskiego z Lasek poznałem na II Zjeździe Związku Rodu Żółtowskich w Zajączkowie w 1993 r. Wuj Michał chociaż był synem hr. Jana Żółtowskiego – obywatela ziemskiego, właściciela dóbr Czacz, Drzewce, Białcz, Lasy Lubartowskie – oraz Ludwiki z hr. Ostrowskich traktował nas wszystkich Żółtowskich, pochodzących zarówno z rodzin

    szlacheckich schłopiałych, zubożałych, zaściankowych, jak i średniozamożnych czy potomków bogatych ziemiańskich rodzin, jak równych sobie. W świadomości Michała z Czacza nie było gorszych i lepszych ludzi. Nie było więc lepszych, czy gorszych Żółtowskich. Wuj Michał pochodził z rodziny wielkich społeczników i wielkich patriotów, dla których służba Ojczyźnie była najważniejsza. Ojciec jego hrabia Jan Żółtowski z Czacza był członkiem Komitetu Narodowego w Paryżu w latach 1918-1919, członkiem Komisji Pracy podczas obrad traktatu wersalskiego w Paryżu, prezesem Urzędu Likwidacyjnego na byłą dzielnicę pruską w Poznaniu w latach 1919-1923, prezesem Wielkopolskiego Związku Ziemian (1926-1936), oficerem Orderu Polonia Restituta. Dziadek jego hr. Alfred Żółtowski bronił sprawy polskiej jako poseł w Parlamencie Pruskim w latach 1871-1874, pradziadek Michała hr. Marceli Żółtowski był oficerem w pułku ułanów w czasie powstania 1831 r. i Kawalerem Orderu Złotego Krzyża Virtuti Militari, posłem do Pruskiej Izby Panów w 1880 r., dyrektorem Poznańskiego Towarzystwa Ziemskiego w latach 1850-1869. Posiadając tak znakomitych przodków i rodzinę, ś.p. Michał z Lasek nigdy nie podkreślał, że jest arystokratą. I nie wynosił się nad Żółtowskich, których rodzice czy dziadkowie nie byli tak utytułowani, ale byli, zwykłymi, przeciętnymi, niczym nie wyróżniającymi się obywatelami. Chociaż moja rodzina dawno już straciła swoje rodowe dziedziczne dobra ziemskie, a Michał z Czacza urodził się w Lozannie w Szwajcarii i przebywał w dobrach ziemskich swoich rodziców, nie pogardzał mną dlatego, że nie reprezentuję rodziny o tym samym co on statusie materialnym. Podziwiam wuja Michała za jego podejście do życia, za to, że jako syn bogatego ziemianina, jak kiedyś twierdzono, wyzyskiwacza i krwiopijcy ludu, odnalazł się po II wojnie światowej w nowym ustroju politycznym, w nowej rzeczywistości, że nie wyemigrował z Ojczyzny jak wielu innych i służył wiernie Polsce, jak powinien służyć każdy prawdziwy patriota-Polak. Posiadając bardzo dobre przedwojenne wykształcenie oraz znajomość wielu języków obcych, wuj Michał pracował jako wychowawca i nauczyciel w Zakładzie dla niewidomych w Laskach. Jego celem było niesienie radości poszkodowanym przez los, spełnianie pragnień dzieci niewidzących. Pokazywanie drogi, którą należy podążać aby doznać szczęścia ze swego istnienia na tej ziemi. Wuj Michał nauczał, że człowiek powinien dążyć do uzyskania jak najwyższej możliwej dla niego sprawności intelektualnej, duchowej i fizycznej, korzystania z niej w pełni, realizowania swoich pragnień, mimo spotykających go niekiedy porażek. Cenię go za czułe, ojcowskie podejście pełne wrażliwości i miłości do innych.

    Michał z Lasek przybliżył mi życiorysy ciekawych, fascynujących osób, które opisywał

    w swoich artykułach, pamiętnikach i książkach. Dzięki niemu i jego publikacjom poznałem wiele ciekach zagadnień historycznych, rodowych i związanych z nimi tajemnic.

    Obaj Michałowie cieszyli się wielkim uznaniem zarówno moim, jak i pozostałych członków Związku Rodu. Nie szczędzili czasu dla nikogo, byli zawsze gotowi porozmawiać o sprawach rodzinnych. Miałem na Zjazdach okazję poznać wiele, interesujących osób z pasjami historycznymi i genealogicznymi.

    Dziękuję „Małemu” Michałowi, szczególnie za jego dzieło „Genealogia Rodu Żółtowskich, „Dużemu” Michałowi za serce. Michał z Lasek dawał wszystkim dużo ciepła, życzliwości, przyjaźni i uśmiechu. Pamiętam długie rozmowy, szczególnie historyczne i genealogiczne dotyczące naszego Rodu. Pytał mnie, jak widzę niektóre sprawy. Myślę, że liczył się z moim zdaniem, a ja bardzo liczyłem na jego radę. Dawał sposób na życie, dobre, ciepłe słowo, niezwykle celne wskazówki, jak postępować. Uczył, by mówić prawdę, nie zrażając innych. Był to człowiek bardzo dobry i mądry.

    Michał Żółtowski z Czacza, czyli Lasek, był „żywą ikoną” tamtego stulecia. Był prawdziwym strażnikiem słowa, dobrych obyczajów, manier, kultury i tradycji. Dzięki niemu każdy z nas czuł się dumny, że ma takiego zacnego kuzyna. Dziękuję Michałowi, że na Zjazdach pouczał nas i bawił się z nami .

    Wspominam, jak mój tata Zdzisław prowadził rozmowy rodzinne, jak jeździł do rodziny bliższej i dalszej. Cieszył się, gdy spotykał krewnych i kuzynów, a szczególnie, kiedy poznawał nowych, nieznanych bądź zapomnianych członków rodziny. Niestety nie doczekał powstania Związku Rodu.

    Chciałbym, aby pamięć o ś.p. Michale Żółtowskim z Czacza i Michale Żółtowskim z Łodzi przetrwała długie lata.

  • Jeszcze raz o XX jubileuszowym zjeździe Rodu Żółtowskich

    Tegoroczny Zjazd był moim czwartym spotkaniem i wiązał się z bardzo ważnym dla mnie wydarzeniem. Ze Stanów miała przylecieć na trzy miesiące moja siostra Krystyna po wielu latach niebytności w Polsce. Udało mi się namówić ją do przełożenia terminu przylotu z marca na kwiecień, by mogła uczestniczyć w czerwcowym Zjeździe.

    Krysia mieszka z rodziną od 47. lat w USA. Jednak tęsknota za krajem jej nie opuszcza. Przyleciała 15 kwietnia. Jeździłyśmy po kraju, zwiedzałyśmy różne miejsca. Kiedy nadszedł czerwiec, zaczęła mieć obawy – podobne do moich sprzed czterech lat. ”A może tam będę czuła się obco, ty znasz wiele osób, ja nikogo, poza tym nie mówię dobrze po polsku”. Moim zdaniem mówi świetnie po tylu latach nieobecności. Zapewniłam ją, że miałam takie same obawy gdy jechałam pierwszy raz na Zjazd. Pamiętam, że wtedy uspokajała mnie Bożenka z Warszawy, do której pisałam maile.

    Zbliżał się termin Zjazdu. Trochę wcześniej, 16 czerwca byłyśmy na poligonie toruńskim na spotkaniu zorganizowanym przez emerytów wojskowych, do których należy mój mąż Jurek. Oprócz grochówki, kiełbasek i piwa było też strzelanie, w którym wzięłyśmy udział. Kiedy podeszłyśmy do tablicy z wynikami, Krysia zauważyła, że na tablicy widnieje nazwisko Władysław Żółtowski. Kojarzę! Kiedyś na portalu „Nasza klasa” napisałam do niego. Władku, odpisałeś! Obok nas stał mój znajomy pan Zbyszek, przysłuchując się naszej rozmowie „Władek należy do jakiejś Dużej Rodziny” powiedział. „Pewnie do tej samej co my” – odpowiedziałam. Poprosiłam pana Zbyszka, by mi pokazał, przy którym stoliku siedzi. Pogadaliśmy o nadchodzącym Zjeździe i wróciłam do swoich. Później Władek podszedł do naszego stolika, by poznać „drugą Żółtowską” – jak powiedział. I tak moja siostra poznała „pierwszego Żółtowskiego” – uczestnika Zjazdu.

    Na Zjazd przywiózł nas mój mąż, ale pojechał dalej – do Gąbina. Było popołudnie 22 czerwca. Po wejściu do recepcji spotkałyśmy Rafała. Przedstawiam siostrze naszego wspaniałego prezesa, witamy się serdecznie – ku zaskoczeniu Krysi. Po krótkim pobycie w pokoju wychodzimy przed hotel, gdzie są już Bożenka i Jerzy. Krysia jest zdziwiona naszą bliskością i serdecznością. Potem poznaje kolejnych Żółtowskich, nawiązuje coraz częściej rozmowy. W czwartek zaprosiłam na kawę do naszego pokoju Elę z Łodzi, Kicię i Bożennę Wandę. Po wizycie słyszę od siostry: „Słuchaj, ale to wspaniałe dziewczyny, takie bezpośrednie, takie miłe – dobrze, że tu przyjechałam”. Moja siostra już nie jest spięta, wręcz nie mogę jej poznać – wesoła, roześmiana i bardzo zadowolona. Od tej pory nie muszę jej towarzyszyć, często zostaje na pogawędkach i przychodzi po jakimś czasie, tłumacząc mi z kim się zatrzymała.

    W piątek wizytujemy Grażynę i jej mamę z Wrocławia. Rozmowy nie mają końca. Wymiana adresów. Gdy nadeszła sobota, po mszy w Katedrze Płockiej (znanej nam bardzo dobrze od dziecięcych lat – pochodzimy z Gąbina) z inicjatywy Mirelli idziemy do kawiarni na Starówkę Płocką. Grupa około 15 osób i znów ciepłe, miłe rozmowy. Pogoda piękna, aż się chce siedzieć, ale musimy wracać na godzinę czternastą. Po powrocie słyszę od Krysi same peany: „ Jestem zauroczona i bardzo szczęśliwa, że mogę uczestniczyć w tym Zjeździe. Nigdy nie myślałam, że tak wyglądają Zjazdy Rodu, że jest tak wspaniała atmosfera, że wszyscy ze sobą rozmawiają, przedstawiają się, opowiadają o sobie, a nawet proponują miejsca w samochodzie”.

    Tego dnia była uroczysta kolacja. Przyjechał znacznie wcześniej też mój mąż. Krystyna bawiła się świetnie, tańcząc cały wieczór. Na koniec stwierdziła, „Szkoda stąd wyjeżdżać i rozstawać się z tymi wspaniałymi ludźmi, to był mój najlepszy od niepamiętnych czasów good time”.

    Cóż, przypomniałam sobie swój pierwszy Zjazd w Księżych Młynach, z którego wracałam z podobnymi wrażeniami. Był z nami też mój wnuczek Barnaba. W drodze powrotnej spytałam go, jak mu się podobało. Odpowiedział, że podobało się bardzo i może za rok też przyjedzie. I przyjechał.

    Kochani Kuzyni, życzę sobie i Wam wielu jeszcze Zjazdów z tą rodzinną, radosną atmosferą i tego ciepła, jakie bije od każdego.

    Kalina Nowacka z Torunia

    P.S. Dodam, że dzięki Bożenie Drożdżal, która załatwiła mi mały chleb z herbem Rodu u Krzysztofa, Krystyna zabrała do Stanów materialny dowód swojego pobytu na Zjeździe.

     

  • Ksiądz Jerzy Wolff

    Z księdzem Jerzym Wolffem poznaliśmy się jesienią 1958 roku, gdy wróciłem po roku nieobecności do Lasek. Był to początek listopada, rok szkolny dawno rozpoczęty. W pierwszej chwili nie wiedziałem, jaki mnie czeka przydział pracy. Prezes Towarzystwa Antoni Marylski prosił mnie, bym poznał się ze świeżo przybyłym i wciąż chorującym ks. Jerzym Wolffem. Był On w Domu Rekolekcyjnym, po lekkim zawale serca. W połowie miesiąca dowiedziałem się, że będę mieszkał księdza Jerzego, w świeżo opróżnionym mieszkaniu, które Zakład dostał do dyspozycji po dość nagłym wymarciu rodziny Józefa i Janiny Ordęgów. Byli to potomkowie Powstańca z 1931 roku. Ich dziadek piastował wysoką funkcję administracyjną w koloniach francuskich w Afryce. Zostało po nich kilkupokojowe mieszkanie, które zafundowała im ambasada francuska.

    Ksiądz Wolff miał zająć duży, długi pokój, ja zaś krótki pokoik, przez który się tam wchodziło. Sytuacja ta narzucała bliskie, sąsiedzkie stosunki.

    Mieliśmy się wprowadzić 15 listopada, lecz właśnie wtenczas wybuchł niespodziewanie pożar w sąsiednim parterowym budyneczku. Fakt ten miał również wpływ na dalsze koleje rzeczy.

    Dostałem na razie przydział pracy u Henryka Ruszczyca w tworzącym się Dziale Modelarstwa z drewna w jednej klasie Szkoły Podstawowej. Praca była ciekawa, lecz wymagająca dalszych przemyśleń i prac technicznych.

    Z pobytu za granicą przywiozłem wiele moich rysunków i akwarel z tego czasu. Zauważyłem, że księdza zawartość mych przywiezionych wzorów ogromnie zainteresowała, lecz nie mieliśmy czasu na spokojne ich obejrzenie. Gdy nareszcie do tego przyszło, ksiądz z uwagą oglądał każdy. W miarę, jak oglądał akwarele i rysunki, coraz bardziej pochmurniał. Wyraz jego twarzy zmieniał się i w końcu widziałem, że stawał się coraz bardziej gorzki. Po raz pierwszy w życiu poświęciłem cały rok na tę pracę artystyczną i w Szwajcarii spotykałem się z rosnącym uznaniem. Teraz nagle miałem świadomość, że czeka mnie bardzo radykalna ocena. W końcu usłyszałem werdykt: „Wszystko to nie ma wiele wspólnego ze sztuką”.

    Nie ma co ukrywać, takie zdanie dla mnie było załamujące.

    W parę dni potem ksiądz pierwszy nawiązał rozmowę proponując, bym zaczął od zmiany techniki: „Akwarela jest bardzo trudną techniką, gdyż nie można robić poprawek na malowanym obrazie. Ja bym radził przejść na farbę kryjącą – temperę? I dodał: „Tempera jest farbą tanią, dostępną w sklepach. Na próbę malowania nową techniką znalazłem czas w czerwcu i lipcu następnego roku w Żułowie pod Krasnymstawem, dokąd pojechałem na letnie wakacje.

    Okolica jest tam niezwykle piękna. Co dzień schodząc do Zakładu po pochyłym wzgórzu miałem okazję podziwiać na trzy strony świata rozległe widoki. Żułowem w najwyższym stopniu zachwycił się ks. Jerzy Wolff.

    Już pierwszego dnia powiedział, że będzie malował dwa albo trzy obrazy każdego dnia. Codziennie poświęcał czas na prowadzenie nauk dla tutejszych pań. Mimo to, wracając do Lasek, wiózł ze sobą bogaty zbiór w postaci około 10. ukończonych prac malarskich.

    Od poprzednich, które malował przed wstąpieniem do Seminarium, różniły się one większą żywością barw i jakimś promiennym duchem swych ostatnich przeżyć. Nic dziwnego, że gdy pokazał je p. Marylskiemu, zostały od razu rozchwytane przez jego znajomych dyplomatów. Niestety nikomu nie przyszło do głowy, żeby sfotografować i zanotować, co się z nimi dalej stało.

    W następnych latach pobyt w Żułowie był równie owocny. Muzeum Narodowe

    w Warszawie zorganizowało wystawę sztuki jego dawnego kolegi, malarza Pierre’a Potworowskiego². Wśród grup wyjeżdżających do Francji (wyjazdy organizował przez prof. Pankiewicza z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie), uchodził za mało zdolnego. Wprowadzał on młode pokolenia w nowe kierunki panujące w sztuce zachodniej.

    Pierre Potworowski spędził później 20 lat głównie w Anglii oraz we Francji. Korzystał z małego, krytego samochodziku, gdzie miał wszystko, co potrzebne było do życia i malował. Odbiegało to znacznie od ostatnich kierunków w międzywojennej Polsce. Jego wielka Wystawa w Warszawie była bardzo bogata i dość różnorodna.

    Na wystawie Pierre’a Potworowskiego w Warszawie zwróciło uwagę księdza Wolffa parę obrazów niefiguratywnych. Zastanawiał się nad podjęciem prób w podobnym kierunku. Inną osobą, która miała na niego silny wpływ, był jego młodszy brat Gustaw, który przeszedłszy w tym czasie na emeryturę, przeprowadził się z Poznania na stałe do Warszawy – miał tu bowiem od dawna szerokie kontakty w świecie artystycznym z różnych dziedzin. Ksiądz Jerzy brał zawsze do serca uwagi brata, nieraz nawet bardzo skrajne.

    Równocześnie pokazywały się w Laskach na krócej lub dłużej dwie osoby z Bytomia: Anna ze Skarbek-Borowskich, za mężem Tomikowa, z córką Ireną, po maturze, którą pociągała kariera wirtuoza-pianisty. Jej próbny koncert w Zakładzie dla Niewidomych i drugi w Krakowie, wywołał falę dyskusji w jej otoczeniu, a wzbudził zachwyt p. Gustawa Wolffa, który podziwiał jej rodzący się talent. W tym czasie ważyły się też losy stworzenia dla księdza Jerzego dobrej pracowni malarskiej.

    Pokój jego nie nadawał się dłużej na pracownię, natomiast w bliskim sąsiedztwie Zakładu w Laskach dobudował piętro do własnej willi Bolesław Gasiński³ osobiście zainteresowany sztuką. Udostępnił księdzu kilka jasnych pomieszczeń, nadających się na pracownię i archiwum.

    Anna i Irenka Tomikowe, których nazwisko pochodziło z zawołania – pseudonimu powstańczego. Były częstymi gośćmi u księdza i zachwycały się nowym kierunkiem malarskim, odrzucającym przekazywanie kształtów, a niemal wyłącznie raczej zestawienia barw. Ks. Jerzy, który miewał nieraz wiele wątpliwości

    co do swojej pracy, chętnie przyjmował ich szczere zachwyty. Utwierdzało go to w obraniu nowego stylu w pracy malarskiej.

    Ks. Wolff był człowiekiem bardzo pracowitym i zorganizowanym. Liczba prac szybko się zwiększała, malował codziennie. Zaczął się zastanawiać gdzie umieścić, tak dużo obrazów. W końcu doszło do porozumienia z Zakładem w Laskach; ustalono i zawarto formalną umowę, że zorganizuje się tu w jednym, nowo powstającym budynku, nazwanym „Domem Przyjaciół”, na najwyższym piętrze muzeum. Gdy go wykończono ks. Jerzy zdecydował się na umieszczenie tam, na najwyższym piętrze około 100 swych obrazów.

    Nadeszło lato i okazało się, że temperatura na strychu jest zbyt wysoka na przechowywanie olejnych prac. Mimo iż umowa była formalnie zawarta, ksiądz był niezwykle pryncypialny, gdy chodziło o los jego twórczości. Nic nikomu nie mówiąc, zabrał wszystko transportem samochodowym i złożył w archiwach Muzeum Narodowego. Po pewnym czasie pojechał zobaczyć, jak jego obrazy tam są umieszczone. Wszedł tam i zobaczył, że jest zbyt ciasno i obrazy wisiały rzędami tak gęsto, że dotykały się ze sobą – co jest rzeczą niedopuszczalną. Zagroził więc, że wszystko odbierze z archiwum Muzeum Narodowego. Ostatecznie jednak zostawił je, lecz pod warunkiem, że najlepsze obrazy muszą być zabrane z piwnic i umieszczone w pokojach kierowników i dyrekcji Muzeum.

    W kilka tygodni później sam byłem w „Domu Przyjaciół”, gdy przybył aż spod Sanoka dyrektor tamtejszego, dopiero formującego się muzeum. Zachwycony twórczością ks. Wolffa postanowił wybudować osobny budynek, jako Muzeum Malarstwa-Jerzego Wolffa. Jednak nigdy nie doszło do budowy muzeum. Część obrazów księdza została zakupiona przez muzea prowincjonalne, jak poznańskie, wrocławskie, sandomierskie, bytomskie i szczecińskie oraz przez we Wrzeszczu.

    Nie wiem dlaczego, ksiądz Jerzy nie był adoratorem Krakowa jako ośrodka myśli twórczej, który my tak cenimy. Byłem zdziwiony więc, gdy już w ostatnich latach naszej znajomości nagle pojechał właśnie do Krakowa. Gdy wrócił – rzucił mi jako wielką sensację: „Wiesz co widziałem wczoraj? Jeden z dwóch najlepszych obrazów XIX wieku”. Słuchałem zdumiony: „W pełnej pamiątek kamienicy Jana Matejki – Muzeum – jest jego znakomity obraz – szkic olejny do bitwy pod Wiedniem”.

    Pojechałem tam zaraz, sprawdziłem – poruszała mnie świeżość i bystrość obserwacji mego Przyjaciela.

    Następuje chwila, gdy wypada podać więcej danych z życiorysu ks. Jerzego. Malarze przed wojną na ogół biedowali. Ksiądz miał oparcie w rodzinie swojej matki Władysławy, pochodzenia ziemiańskiego, z Jeleniowa pod św. Krzyżem w Sandomierskiem. Tam też kształtowały się jego gusta i zapatrywania artystyczne. Ostatnie lata II wojny światowej spędził w Dzikowie u Tarnowskich, ucząc malarstwa. Gdy przeszedł tamtędy front, obrazy i rysunki w liczbie około 400. poustawiane były na dworze, by ocalić je przed atakami pocisków artylerii sowieckiej. Gdy przyszli sowieci, to w ciągu jednej doby zniszczyli wszystko. Miało to zasadniczy wpływ na ukształtowanie się jego powołania.

    W Lubelskim Związku Plastyków, do którego się zapisał, powierzono księdzu zaszczytną funkcję kustosza bogatych zbiorów Muzeum w Kozłówce, niegdyś własności Zamoyskich. Tam udało mu się rozpoznać wśród rzekomych kopii wiele oryginałów, a znów wśród oryginałów – kopie.

    Uzyskał potem dość długie stypendium na wyjazd do Francji, by zbadać tam nowe kierunki sztuki.

    Po powrocie zamieszkał w Warszawie na Saskiej Kępie. Zdecydowany przejść do stanu duchownego, pierwotnie marzył, aby to było we Francji. Ostateczną decyzję podjął po dość dziwnym wydarzeniu w drodze powrotnej. Na małej stacyjce w Szwajcarii czekał na pociąg, a w innym miejscu też czekającym był ks. Stefan Wyszyński. Jego opiekuńcze zachowanie się względem nieznanej polskiej kobiety zdecydowało o ostatecznej decyzji co do kierunku dalszego życia Jerzego Wolffa4.

    W latach pobytu w Seminarium Jerzy wyobrażał sobie, że po święceniach mógłby nadal prowadzić pracę apostolską i swoją pracownię malarską w Warszawie. Służyć radą i pomocą w rozwiązywaniu życiowych problemów licznemu gronu artystów, których znał i miał z nimi żywe, koleżeńskie kontakty

    Wkrótce wywiązała się przyjaźń między nim a Zygmuntem Serafinowiczem5. Był on pełniącym obowiązki naczelnego dyrektora Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Zakładzie dla Niewidomych

    w Laskach. Bardzo interesujące były te rozmowy księdza z panem Zygmuntem Serafinowiczem, którego sposób myślenia i znajomość literatury bardzo mu odpowiadały.

    Śmierć pana Zygmunta była ciężkim przeżyciem psychicznym dla ks. Wolffa. Odtąd już nie miał nikogo do wymiany poglądów na tym poziomie. Nie wszyscy tak myśleli, jak ksiądz, że artyzm obrazu powinien polegać na doborze i grze kolorów. Przyznam się, że i ja miewałem różne pod tym względem wątpliwości.

    Pan Gustaw często przy mnie powtarzał: „Słuchaj, każdy twój obraz musi wnosić »coś« nowego, w przeciwnym razie przestaną cię chcieć oglądać”.

    Ostatnia wystawa księdza Wolffa zawierała około 70. jego prac. Trzy były arcydziełami, a 67 tylko zestawieniami plam barwnych. Taki zresztą zapanował okres w sztuce, że zaczęto wystawiać rzeczy, a nie obrazy.

    W Zachęcie na ścianie wisiało długie czarne sukno podpisane „Długie czarne sukno”. W drugiej sali zobaczyłem również długie, białe sukno; oba były długości ok. 4 metrów. Potem przestałem chodzić na wystawy.

    Ksiądz Jerzy wczuwał się w przeżycia swego brata Gustawa, lecz dorywczo pracował nad udoskonalaniem właściwego malarstwa. Powiększenie do dużych rozmiarów maleńkiego zdjęcia 3 x 4 cm z jakiegoś francuskiego almanachu, było arcydziełem. Po miesiącu pracy wszedł do mnie do pokoju, trzymając go w ręku: „Wiesz, wydaje mi się, że namalowałem mój najlepszy obraz”. Temat był bardzo trudny: widok młyna wodnego nad wzburzoną wodą. Wszystko w słabym oświetleniu, utrudniającym niewątpliwie realizację tego pomysłu.

    Inny, podobnie – powiększony ze szkicu ołówkowego, wykonanego przez księdza 30 lat wcześniej, przedstawiał pola kwitnącego łubinu w Bretanii.

    Wystawa ta była już ostatnią w jego twórczości. Malarstwo zaczynało go męczyć.

    Przyszłość rozstrzygnie stopień uznania prac Jerzego Wolffa z tego czasu. Odtąd zwrócił się zasadniczo w kierunku twórczości pisarskiej. Zostawił dwa dzieła dotyczące malarstwa o dużej wartości źródłowej. Potem pisał już niemal wyłącznie opowiadania wyjęte ze swojej wyobraźni, o czym napisała trafną pracę pani Małgorzata Kakiet6, a także liczne eseje na temat sztuki. Ich rękopisy znajdują się w Bibliotece KUL-u w Lublinie.

    W 1971 roku, przeszedł ciężką operację nerek. Po powrocie ze szpitala tak mi powiedział: „Zastanawiałem się, z czym stanę przed Panem Bogiem po śmierci bo, przecież nie z moimi obrazami …”

    Księdza Wolffa w tych latach przeniesiono do infirmerii (szpitalika), do niewielkiego pokoju, gdzie, by mógł wygodnie zająć się pisaniem.

    Na początku grudnia 1985 roku gazety pisały o silnych wiatrach halnych na południu Polski. Ksiądz pewnego dnia poczuł się tak słaby, że już nie mógł samodzielnie zjeść posiłku.

    Pamiętam kolację, kiedy podawałem mu łyżką wieczorny posiłek. Następnego dnia jednak miałem ranek bardzo zajęty, wypełniony pracą; gdy przyszedłem na obiad, dowiedziałem się, że dopiero co ksiądz Jerzy przeszedł do wieczności.

    Dnia 7 grudnia 1985 roku.

    Byli przy nim Jego najbliżsi krewni.

    Żałowałem bardzo, że nie byłem z nim w Jego ostatnich chwilach.

    Michał Żółtowski

    Laski, listopad 2009

  • Symbolika świąt Bożego Narodzenia

    Choinka jest nawiązaniem do początków Starego Testamentu i do rajskiego drzewa, które w ogrodzie Eden stało się dla Adama i Ewy sposobnością do nieposłuszeństwa Bogu. Drzewo, które było symbolem grzechu, przeobraziło się w symbol zbawienia, a w tradycji chrześcijańskiej nazywamy to: błogosławioną winą. Stąd uroczysty charakter drzewka, które wskazuje na sens historii.

    Wigilia pochodzi od łacińskiego słowa „Vigiliare”, co znaczy czuwanie i poprzedza każde uroczyste święta.

    Oprawa wigilijna jest niezwykle uroczysta, gdyż święto ma charakter rodzinny. To bardzo rodzinny czas i dlatego buduje ona jedność, zgodę, pojednanie i przyjaźń. Spotykamy się w rodzinach, by odnowić więzi i je umocnić. Znakiem gościnności na przybysza, który w każdej chwili może zastukać do naszych drzwi jest nakrycie wolnego miejsca przy stole. Jest to nawiązanie do losu Świętej Rodziny w Betlejem: kiedy błogosławiona Maryja była bliska rozwiązania, a w żadnej gospodzie nie było miejsca, by ją przyjąć. Ten prosty symbol – pozostawione nakrycie – jest wyrazem woli pełnienia uczynków miłości bliźniego.

    W dzień wigilijny dzielimy się opłatkiem. Opłatek wskazuje na to, co w chrześcijaństwie najważniejsze, czyli Eucharystię. W wieczór wigilijny opłatek przypomina nam misterium, które chrześcijanie kultywowali od samych początków, czyli łamanie chleba. W ten sposób wyrażamy wzajemną życzliwość.

    Największym prezentem darowanym w wieczór wigilijnym jest to, co duchowe: serdeczność, życzliwość, dobroć, uśmiech, wsparcie, a także przebaczenie i życzenia wszelkiej pomyślności. Często jednak to właśnie przychodzi nam najtrudniej. Dopiero na drugim miejscu są upominki materialne. Byłoby dobrze, gdyby miały one związek ze świętami, żeby mogły jak najdłużej przypominać o Bożym Narodzeniu. Warto pomyśleć, co będzie cieszyło obdarowanego. Każdy, kto chce obdarować upominkiem osobę ukochaną, wie na pewno, co tę osobę najbardziej ucieszy.

    Święty Mikołaj to następca biskupa z Miry, miasta w dzisiejszej południowej Turcji. Żył w IV wieku, czyli w początkach chrześcijaństwa, i zasłynął z dobroczynności. Na jego pamiątkę sprawiamy radość innym. Gdyby Święty Mikołaj nie istniał, to na świecie byłoby zapewne mniej dobroci i życzliwości. Każdy z nas może więc być Świętym Mikołajem i powinien być nim przez cały rok.

    Pasterka, czyli msza święta pasterska, przypomina radość pasterzy, którzy pierwsi otrzymali wieść o narodzinach Jezusa Chrystusa. My chcemy naśladować pasterzy, dlatego tę noc przeżywamy tak, jakbyśmy też przebywali w Betlejem. Podczas pasterki ogłasza się radosną wieść, że Bóg stał się człowiekiem, a więc rozpoczyna się czas Bożego Narodzenia.

    Bożena Lipińska z Warszawy

  • Arystokratyczne tytuły szlachty polskiej

    Część II

    Kniaż, Książę, Wielki książę

    Kniaź to dziedziczny honorowy tytuł szlachecki w Wielkim Księstwie Litewskim i Wielkim Księstwie Moskiewskim. Na sejmie Lubelskim 1569 r. kniaziowie ostatecznie zrównani zostali z resztą szlachty.

    W I Rzeczypospolitej od lat trzydziestych XVII wieku jedynym tytułem uznawanym i używanym oficjalnie tytułem dziedzicznym był właśnie tytuł kniazia.

    Tytułu kniaź używali: Czartoryscy, Mscisławscy, Ostrogscy, Słuccy, Zasławscy, Zbarażscy Czernihowscy, Potoccy, Smoleńscy, Prońscy, Sołomereccy, Wiaziemscy, .Czetwertyńscy, Folscy, Holszańrfcy, Horodeccy, Kobryńscy, Koreccy, Kroszyńscy, Łukorascy, Kscisławscy, Nieświccy, Pińscy, Połubenscy, Rużynscy, Sanguszko, Słuccy Puzynowie, Massalscy, Ogińscy i Wiśniowieccy, Poryccy i Woronieccy.

    Na początku XVII wieku większa część kniaziów zaniechała używania tytułu, poprzestając na nazwisku. Uważała, że tytuł kniazia jest tytułem niższym od tytułu księcia. Za Stanisława Augusta przyznano kilku rodzinom tytuł książęcy.

    Książę to tytuł monarchów państw nie będących królestwami. Zarazem był to tytuł feudalny władców wielkich obszarów, terytoriów w ramach monarchii, podległych królowi lub cesarzowi. Jest to tytuł członków rodziny monarchy i tytuł arystokratyczny. Książę może władać lub być właścicielem księstwa.

    W Polsce tytuł księcia przysługiwał początkowo tylko członkom dynastii panującej. Książęta piastowscy władający dzielnicami mieli według nomenklatury europejskiej tytuł księcia – princepsa, jako członkowie rodu panującego, i tytuł księcia – diuka, jako władcy księstw dzielnicowych. W stosunku do najbliższych spadkobierców króla stosowano zwykle tytuł królewicz, królewna. Po unii lubelskiej zezwolono na używanie tytułów książęcych potomkom dynastii książęcych Litwy i Rusi. Później zezwolono na używanie tytułów książęcych kilku rodom magnackim, które otrzymały zagraniczne nadania godności, np. od cesarza, papieża, królów Francji, Czech, Węgier. Pod koniec istnienia I Rzeczypospolitej Sejm zaczął również nadawać polskie tytuły książęce.

    Wobec braku feudalnych tradycji i odpowiedniej nomenklatury tym samym tytułem książę określano zarówno książąt z rodu: Giedyminowiczów, m.in. Czartoryscy, Sanguszkowie, Wiśniowieccy, Trubeccy, Koreccy, Rurykowiczów, jak: Ostrowscy, Czetwertyńscy, potomków kniaziów tatarskich, jak: Glińscy, Baranowscy, diuków, jak: Lubomirscy, Ossolińscy, książąt krwi, jak: Sobiescy, Poniatowscy, książąt tytularnych jak: Radziwiłłowie, Sapiehowie.

    Tytuł książęcy przysługiwał niektórym polskim hierarchom kościelnym: biskupowi krakowskiemu – tytuł księcia siewierskiego, biskupowi warmińskiemu – tytuł księcia sambijskiego, biskupowi wrocławskiemu – tytuł księcia Nysy. Tytułem książąt Kościoła określa się też zwyczajowo najwyższych hierarchów kościelnych, zwłaszcza kardynałów.

    W Polsce tytuł księcia zniosła konstytucja marcowa z 1921 r. Konstytucja kwietniowa z 1935 r. zezwoliła na dowolne posługiwanie się swoimi tytułami, jeżeli nie narusza to porządku prawnego. Natomiast Konstytucja RP z 1997 r. nie wypowiada się na ten temat.

    Stefan Żółtowski