Tag: Nr 65

  • Niecodzienny jubileusz

    Jubilaci z wnukami: Anią, Agnieszką, Malwiną i Marcinem
    Jubilaci z wnukami: Anią, Agnieszką, Malwiną i Marcinem

    2 lutego 2012 roku Janina i Rajmund Żółtowscy z Wrocławia obchodzili jubileusz 60-lecia zawarcia związku małżeńskiego.

    Sześćdziesiąt lat razem!

    Ile trzeba miłości, mądrości, wyrozumiałości i tolerancji, aby przez tyle lat być razem na dobre i na złe. Ci wspaniali ludzie wychowali czwórkę dzieci w niełatwych czasach. Uczyli je samodzielności, opiekuńczości i odpowiedzialności, bo obydwoje musieli pracować zawodowo, aby zapewnić rodzinie dostatnie życie.

    Udało się im wychować dzieci na dobrych, szlachetnych ludzi.

    Oboje w ubiegłym roku ukończyli 80 lat, Rajmund w sierpniu, Janina w listopadzie. Mimo tak dostojnego wieku są pogodni, a Janeczka jest rodzinną „encyklopedią”, pamięta wszystkie wydarzenia od lat bardzo młodych i przekazuje je potomkom. Bardzo lubi opowiadać dowcipy i zna ich całe mnóstwo.

    Mają pięcioro wnucząt: Malwinę, Agnieszkę, Anię, Pawła i Marcina. Są one oczkiem w głowie dziadków, chociaż to już dorośli ludzie.

    Moja „wrocławska” rodzina to rodzina bardzo kochająca się i wspierająca. Jej wszyscy członkowie mogą liczyć na wzajemną pomoc w każdej trudnej sytuacji. Są dla siebie podporą i radością.

    Taką bliskość w rodzinie stworzyli Janina i Reniek swoim ciepłem, wrażliwością i miłością. W takiej rodzinie można czuć się bezpiecznie.

    Jestem przekonana, że rodzina oraz znajomi lubią przebywać w ich towarzystwie, bo oni mają wielkie serca, są gościnni i serdeczni.

    Uroczystość jubileuszowa odbyła się w restauracji, w której uczestniczyło około trzydziestu osób. Ogromnym przeżyciem dla jubilatów było przybycie na uroczystość przedstawiciela prezydenta Wrocławia, który wręczył im medale i dyplomy za długoletnie pożycie małżeńskie, jak również w bardzo miłych słowach złożył życzenia.

    To wydarzenie zaskoczyło dostojnych jubilatów, ponieważ było niespodzianką przygotowaną przez dzieci. Byli ogromnie wzruszeni i szczęśliwi.

    Spotkanie było bardzo udane, było „gorzko, gorzko”, było wesoło, a stoły suto zastawione.

    Ja tam byłam, miód i wino piłam.

    Z okazji 60. rocznicy ślubu Janiny i Rajmunda Żółtowskich z Wrocławia składam Jubilatom najlepsze życzenia zdrowia, szczęścia oraz wielu następnych jubileuszy Prezes Związku wraz z członkami Zarządu

    Bożena Lipińska

  • Promocja książki „Trudne lata”

    8 grudnia 2011 roku w Klubie Książki na Rynku Starego Miasta w Warszawie odbyła się promocja książki Izabeli Broszkowskiej z Żółtowskich „Trudne lata”. Jest to druga książka po „Żółtowskich z Godunowa” o historii rodziny, obejmująca lata 1939-1956. „Trudne lata” to dalszy ciąg opowieści opartej na rodzinnych dokumentach.

    Ta książka to portret dzielnych, wartościowych, kochających się ludzi, a jednocześnie lekcja najnowszej historii Polski.

  • Z niepamięci na światło


    Wspomnienie po Marii Kleitz Żółtowskiej

    Z Marią nie tak dawno spotkaliśmy się w Dębowej Górze. Później w wiekowym gnieździe Żółtowskich w Popłacinie odwiedzili Ją; prezes Rafał z Korycina, Basia z synową i wnuczką z Wrocławia i Jacek z Łodzi. Chociaż mocno schorowana i walcząca z bólem, szczerze cieszyła się wizytą bliskich.

    Dlatego dzisiaj jeszcze, pisząc te słowa, nie mogę pozbyć się dojmującego uczucia niezgody na używanie, w stosunku do Niej, czasu przeszłego.

    Pochodziła z rodziny o korzeniach francusko – polskich. Krewni ojca Karola Kleitza do dzisiaj żyją w Saverne pod Strasbourgiem. On sam był właścicielem majątku Żabin Łukowski. Matka Irena z Bagieńskich wywodziła się z Proszkowa k/ Szreńska. Rodowe dobra komuniści w 1945r., rozgrabili.

    Maria Kleitz–Żółtowska (ur. 31.01.1948r.) wychowała się i ukształtowała swój charakter na pograniczu Warmii i Mazur w Zybułtowie k/Grunwaldu i Olsztynka. W tym swoistym tyglu narodowościowym, Polaków, Mazurów i napływowych Kresowiaków nikogo nie dziwiły różne języki i religie. Normą był szacunek dla pracy. Studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim kończyła z nagrodami rektorskimi. W działalności zawodowej przez 32 lata z przekonaniem i bezinteresownie szukała sposobów, żeby dotrzeć do ludzi potrzebujących pomocy. W latach 80– tych przez pierwsze otwarte Biuro Porad Prawnych przy Związku Solidarność, potem wizyty u rodzin osób internowanych i obronę ich w Sądach. Pomagała w domach pomocy społecznej, stowarzyszeniach katolickich i organizacjach pozarządowych. W archiwum rodzinnym zachowały się stosy teczek z dokumentami i korespondencją do urzędów, sądów, ministrów, premierów. Widać w nich zwykłe ludzkie sprawy, które w czasie transformacji ustrojowej stawały się dla osób nie przygotowanych do walki z biurokracją, życiowymi problemami. I wtedy ratunkiem najczęściej była „pani” Maria. Kiedy w pierwszych wolnych wyborach do Parlamentu została posłem (1991r.), podejmuje się prac w Komisji Ustawodawczej oraz w piętnastu podkomisjach nadzwyczajnych. Tu przede wszystkim powstała nowa Konstytucja, Kodeks Pracy, ustawy o zatrudnieniu i bezrobociu, i inne np. o wychowaniu w trzeźwości. Z 250. stronicowej księgi podsumowującej okres działalności tych komisji, wybrałem tylko kilka, ale wysiłek ówczesnych posłów przy reformowaniu prawa, był tytaniczny. I nagle w kalendarzu Marii, 29 maja 1993r. notatka; „ Rozwiązanie Sejmu! Trzecie w historii Polski. Dalszego ciągu nie będzie.” Tak zarządzili związkowcy w Gdańsku. (uchwała KK Nr 308/93) Obrazili się na rząd, a ukarali społeczeństwo, bo przygotowane projekty 103 ustaw regulujących życie obywateli, poszły do śmieci. W połowie Kadencji! Maria po ponownym wyborze do Sejmu trzeciej kadencji, pracowała tam do 2001r. Skoncentrowała się na prorodzinnej polityce państwa, pomocy matkom w rodzinach wielodzietnych. Konsekwentnie pilnowała spraw emerytów i kombatantów, a także oświaty i szkolnictwa, żeby je bardziej dopasować do rynku pracy. Spotykała się z bezrobotnymi systematycznie dyżurowała w swoich biurach terenowych Gostyninie, Sierpcu, Płocku.

    Jazdy w teren w każdych warunkach, zimą i latem doprowadziły do ciężkiej choroby. Leczyła się przez następne lata, walcząc z bólem i postępującą niesprawnością. W końcu zapisała w Dzienniku ; „ … – Polityka – zamknięty rozdział… Zatrzymać czas poprzez szczegóły mijających dni, do których kiedyś będzie można powrócić… „ Miała nadzieję powrócić, do aktywnego życia, bo jak mówiła za Ks. Twardowskim

    „wszystko – jest wtedy kiedy nic dla siebie.”

    Odeszła do Pana 21 grudnia 2011r.

    Andrzej Żółtowski

  • Związek Rodu Żółtowskich – dwudziestolecie istnienia

    Już od dwudziestu lat spotykamy się, my Żółtowscy, w okolicach Bożego Ciała. Co roku zjazd odbywa się w innym zakątku Polski po to, by poznać lepiej naszą Ojczyznę.

    Pochodzimy z różnych środowisk, reprezentujemy najróżniejsze poglądy polityczne, etyczne i moralne. Mamy różne poczucie estetyki, lubimy różne gatunki muzyki, różne gatunki literackie, różne style w malarstwie, architekturze czy sztuce albo… nie lubimy żadnej z tych dziedzin. Nasza proweniencja jest też zróżnicowana.

    Co nas więc łączy? Samo nazwisko nie wystarczy.

    Spotykamy się tu tyle lat – zaryzykuję to twierdzenie – w dużej mierze dzięki Michałowi Żółtowskiemu z Czacza (Lasek). Michał zmarł, ale pozostawił nam pewien wzorzec myślenia i działania. Wszyscy wiemy, że był Człowiekiem wyjątkowym. To On wyraził zgodę na reaktywowanie przedwojennego Związku Rodu Żółtowskich w innej formule. Dawny związek skupiał rodzinę, miał za zadanie wzajemne wsparcie (również ekonomiczne) i prowadził działania charytatywne, np. stypendia na studia do seminarium do Rzymu dla przyszłych księży. Był elitarny.

    Michał był arystokratą w każdym calu, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wiemy to wszyscy. Każdy z nas zetknął się z ludźmi podobnego pochodzenia. I bywało różnie. Czasem nawet nieprzyjemnie. Nawet tu w Związku pamiętamy takie wydarzenia. Natomiast Michał był nie tylko arystokratą krwi, Michał Żółtowski był arystokratą ducha*.

    Oczywiście nie pokuszę się o pełną charakterystykę Michała, przypomnę tylko to, co wszyscy widzieliśmy. Głęboko wierzący, z wielką delikatnością odnosił się do osób słabszych, nieporadnych (pracował tyle lat w Laskach), proszących o pomoc. Wielokrotnie pomagał. Ale nie było takiej osoby, która namówiłaby go do czegoś, czego by nie chciał – umiejętnie odmawiał. Kochał malarstwo ( sam malował), literaturę i dużo się modlił. Miał niezłomne zasady.

    Dlaczego tak wiele o Michale?

    Ponieważ to On zaprosił nas do związku arystokratów ducha, do naśladowania. I jest to najbardziej demokratyczny Związek Rodu. Każdy może do niego należeć i każdy może być liderem.

    Co to znaczy?

    Dla nas wierzących to jest naśladowanie, podążanie za Jezusem Chrystusem – życie według norm i zasad chrześcijańskich. Cicho, rzetelnie, bez hałasu i fanfaronady, ale często z odwagą – znów porównanie, wybaczcie, jak Michał z Lasek.

    Dla ludzi niewierzących wyznacznikiem są zasady moralne; dla osób innych wyznań – ich Bóg.

    I tylko dążenie do arystokracji ducha może jednoczyć, mam nadzieję, że dalej jednoczy obecny Związek Rodu Żółtowskich. Inne formuły jednoczące spaliły na panewce. To „podnoszenie kwalifikacji moralnej” – jak pisał Jan Żółtowski (ojciec Michała) – jest wciąż naszym zadaniem.

    Pokazywanie piękna przyrody, nabywanie wiedzy poprzez wykłady, zwiedzanie muzeów, zabytków, czyli kultura wyższa, jest też bardzo ważne, ale to nie jednoczy. Nie rodzi wzajemnych relacji. W końcu każda wycieczka ma na celu zdobywanie wiedzy.

    Czy jest nam łatwo? Oczywiście nie.

    Ale popatrzmy na naszą wystawę obejmującą dwadzieścia lat istnienia Związku. Ile krajów zwiedziliśmy, ilu ważnych ludzi spotkaliśmy, nawet tak wielkich, jak Jan Paweł II. Ile pięknych zakątków Polski zobaczyliśmy, ile radości, ile przyjaźni. Ile wzajemnego Dobra…

    W tym miejscu warto przypomnieć tych, którzy odeszli i grzeją się w słońcu Pana Boga – Michał z Lasek, Zbigniew ze Skierniewic, mały Michał z Łodzi, bez których tego związku by nie było.

    Są osoby wyjątkowo ważne i dziś – Andrzej ze Słonecznej (Milanowa, współtwórca Związku), Rafał Maria z Korycina – wieloletni prezesi. Od nich to zależy kierunek rozwoju naszej organizacji.

    Są też osoby, które od lat poświęcają dla Związku wiele godzin bezinteresownej pracy – wieczni skarbnicy Jarosław z Basią ze Skierniewic, Elżbieta i Wacław z Łodzi, Natalia ze Skierniewic i inni.

    Wiem dobrze, ile wysiłku kosztuje przygotowanie „Kwartalników” – wyrazy uznania (ponieważ przez pierwsze dziesięć lat ten „Kwartalnik” tworzyłam) dla Bożeny z Żółtowskich Lipińskiej i Macieja Żółtowskiego, trzymającego pieczę nad elektroniczną jego wersją oraz korespondencją z pismem. Powinien być on wielką dumą Żółtowskich, ponieważ tylko Związek Rodu Żółtowskich, jako jedyny ma ukazujący się przez dwadzieścia lat kwartalnik/półrocznik.

    Dziękujemy Elu, że przez lata mimo pracy naukowej i dydaktycznej znajdujesz czas na współtworzenie z Wacławem Genealogii, którą zapoczątkował Wasz zmarły syn. I jedna drobna prywata – dzięki Elu, że gdy po dziesięciu latach mojej nieobecności na zjazdach, kiedy przez sześć godzin Warszawa-Łódź internetowo ustalałyśmy podpisy pod fotografie na wystawę naszego dwudziestolecia, poczułam się jak nastolatka, bo parłyśmy do przodu z wielką pasją, aby tylko zdążyć ze zrobieniem podpisów do zdjęć.

    I te sesje wybierania fotografii (było ich ponad 250) z Bożeną Lipińską… Przecież tylko po to, aby kilkudziesięciu osobom sprawić radość.

    Z prawdziwą przyjemnością patrzyliśmy na reakcje Żółtowskich: zdziwienie młodych, że byli kiedyś tacy mali, a tu na zjeździe ze swoimi „połówkami”, a często i z dziećmi, śmiech starszych, radość wszystkich. To więcej niż pieniądze…

    Myślę, że teraz można lepiej rozumieć zaproszenie Michała do czytania św. Tomasza a Kempis, chyba to pamiętamy. A postawionej tezy nie musiałam udowadniać, ponieważ wszyscy ją już dawno rozpoznali i uznali. Sądząc po brawach, jakie dostałam od Was po wygłoszeniu tych słów na XX Zjeździe Związku Rodu Żółtowskich, to przypomnienie spotkało się z aprobatą.

    Dziękuję Wszystkim.

    Bożenna Wanda Żółtowska

    PS. Mam nadzieję, że odtworzyłam, przynajmniej w jakimś stopniu, treść mojego przemówienia, ponieważ miałam go tylko w pamięci i mogą być różnice, ale też słowo mówione to co innego niż pisane.


    * Na spotkaniu w rok po śmierci Michała prezes Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, wieloletni przyjaciel Władysław Gołąb potwierdził te słowa całym sercem.

  • „O tempora! O mores!”

    „Nie masz teraz prawdziwej przyjaźni na świecie …” – tak pisał niemal dwieście lat temu nasz wieszcz narodowy Adam Mickiewicz. I w konkluzji: ” Powiedział mi – rzekł Mieszek – przysłowie niedźwiedzie: Że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie.”

    Minęły dwa wieki, chyba nawet więcej, od kiedy stawiano sobie pytanie: Jak to jest z tą przyjaźnią? Jako wieloletni belfer obserwuję relacje między uczniami i ich pierwsze przyjaźnie. Na lekcjach zadaję pytania o wzór i cechy „prawdziwego” przyjaciela, polecam uczniom gromadzić przysłowia o przyjaźni. Bardzo często jako najważniejsza cecha przyjaciela pojawiają się przymiotniki: dobry i niezawodny, a najczęściej cytowanym przysłowiem jest fraza: „Umiej być przyjacielem – znajdziesz przyjaciela”.

    Nastały takie czasy, iż coraz trudniej nam znaleźć przyjaciela, utrzymać przyjaźń, być przyjacielem. Dawniej na polskiej wsi spotykano się całymi rodzinami przy darciu pierza, kiszeniu kapusty, przędzeniu wełny itp. Do jednego z większych domów schodziła się cała wieś – opowiadano różne historie, snuto legendy, po prostu ze sobą rozmawiano. A jak sąsiadka do sąsiadki weszła pożyczyć trochę soli, to mogło im na „pogaduchach” zejść całe przedpołudnie. I chociaż, nierzadko, rozmawiały o przywarach innych, to te plotki nie były takie zjadliwe jak teraz. I nikomu na pewno nie przyszłoby do głowy pozywać kogoś do sądu i wyjaśniać miesiącami, a nawet latami, że ten powiedział na tego to, a tamten tamto. W powszechnym poszanowaniu byli ludzie starsi, zawsze słuchano ich rad, bo uważano, że: „Sędziwa głowa to skarbnica doświadczeń”. Obecnie wszyscy młodzi są od razu „mądrzy”. Nie lubią i nie chcą słuchać rad, a przekazywanie im życiowych mądrości, na pewno płynące z dobrego serca, uważają za wtrącanie się w ich życie. I nigdy na nic nie mają czasu, chociaż przed telewizorem lub komputerem mogą spędzić kilkanaście godzin dziennie. To, co kiedyś nazywane było marnowaniem cennego czasu, teraz nazywa się koniecznością. Nie jestem absolutnie przeciw „technizacji”. Na pewno i niewątpliwie pozostaję człowiekiem „starej daty” i w pewnych sprawach jestem bardzo staroświecka. W czym owa staroświeckość się wyraża? Bo przecież nie w tym, że odrzucam nowoczesne narzędzia komunikacji. Korzystam przecież z Internetu, wysyłam maile, a nawet czasem potrafię dokonać zakupów w sieci. Jako nauczyciel i wychowawca uważam, że wciśnięcie klawisza z napisem „Enter” hamuje rozwój wyobraźni i pamięci u dzieci i młodzieży. A także u dorosłych. Moja staroświeckość przejawia się w tym, że nadal wolę przeczytać książkę niż wysłuchać jej tekstu, czy przeczytać opracowanie tej lektury. A taka metoda jest powszechna wśród uczniów. I na pewno nie tylko moich uczniów. Odchodzą do lamusa potrzeby utrzymywania więzi międzyludzkich. Skoro cały świat mamy w zasięgu ręki i możemy odbyć wirtualne podróże dokąd tylko chcemy, to po co nam prawdziwa turystyka – jeżdżenie, chodzenie, wspinanie się itp.? Przyjaciela też możemy mieć wirtualnego, stworzonego przez nas. On nas nigdy nie oszuka i nie zawiedzie. I zawsze będzie mówił to, czego od niego oczekujemy. Z „prawdziwym” przyjacielem trzeba czasem się spotkać, pogadać, pójść do kina, do teatru czy na koncert. Ale to wymaga czasu, którego coraz bardziej nam brakuje. I chęci, których też coraz mniej. Przysłowie mówi: „Zachodź często do domu swego przyjaciela, bo nie używaną ścieżkę szybko zarastają chwasty”. Przyjaźń trzeba więc pielęgnować, dbać o nią, jak o najpiękniejszą roślinę.

    Słownik języka polskiego daje taką definicję przyjaźni: „Bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej życzliwości, szczerości zaufaniu, możności liczenia na kogoś w każdych okolicznościach”. Ale to teoria. W praktyce jest o wiele trudniej. Zachęcam więc wszystkich do odejścia od telewizorów i komputerów i odwiedzenia znajomych i przyjaciół – „Lepiej mieć stu przyjaciół niż jednego wroga!”

    Pozdrawiam serdecznie

    Bogusia z Białej

    Do mojego tekstu dołączam wiersz przypisywany Wisławie Szymborskiej, a naprawdę autorstwa Józefy Juchy. Jeszcze kilka lat wcześniej ten wiersz mnie śmieszył, teraz już coraz mniej…

      Kiedy ktoś zapyta, jak ja się dziś czuję, Grzecznie mu odpowiem , że „Dobrze, dziękuję!” To, że mam artretyzm, to jeszcze nie wszystko, Astma, serce mi dokucza i mówię z zadyszką, Puls słaby, krew moja w cholesterol bogata… . Lecz dobrze się czuję , jak na swoje lata! Bez laseczki chodzić teraz już nie mogę, Choć zawsze wybieram najłatwiejszą drogę… W nocy przez bezsenność bardzo się morduję, Ale przyjdzie ranek „znów dobrze się czuję”, Mam zawroty głowy, pamięć „figle płata”, Lecz dobrze się czuję, jak na swoje lata. Z wierszyka mojego ten sens się wywodzi, Że kiedy starość i niemoc przychodzi, To lepiej się zgodzić ze strzykaniem kości I nie opowiadać o swojej słabości. Zaciskając zęby z tym losem się pogódź I wszystkich wokół chorobami nie nudź. Powiadają: „Starość okresem jest złotym”, Kiedy spać się kładę, zawsze myślę o tym… „Uszy” mam w pudełku, „zęby” w wodzie studzę, „Oczy” na stoliku, zanim się obudzę… Jeszcze przed zaśnięciem ta myśl mnie nurtuje: „Czy to wszystkie części, które się wyjmuje?” Za czasów młodości (mówię bez przesady) Łatwe były biegi, skłony i przysiady. W średnim wieku jeszcze tyle sił zostało, Żeby bez zmęczenia przetańczyć noc całą… A teraz na starość czasy się zmieniły, Spacerkiem do sklepu, z powrotem „bez siły”. Dobra rada dla tych, którzy się starzeją, Niech zacisną zęby i z życia się śmieją. kiedy wstaną rano, „części” pozbierają, Niech rubrykę zgonów w prasie przeczytają, Jeśli ich nazwiska tam nie figurują, To znaczy, że zdrowi i dobrze się czują!

  • Boże Narodzenie w Bawarii

    Ostatnie Święta Bożego Narodzenia postanowiliśmy spędzić u znajomych, korzystając z ich zaproszenia, w Regensburgu – Bawaria. Regensburg położony jest nad Dunajem przy ujściu rzek Naab i Regen.

    Małgosia i Krzysztof czekali na nas na dworcu. Pani domu miała wszystko przygotowane na wigilijną kolację, więc przed południem było dużo czasu na rozmowy i wspominanie. Kolacja, jak w wielu domach, zaczęła się wraz z pierwszą gwiazdką. Nagrania z polskimi kolędami, oraz żywa choinka, pod którą czekały prezenty, tworzyły wspaniały wigilijny nastrój. Nie było „Mikołaja”, gdyż przy stole byli sami dorośli. Krzysztof i Małgosia mają wspaniałą córkę – 22-letnią Oliwię. Byliśmy mile zaskoczeni jej znajomością języka polskiego, mimo że urodziła się już w Bad Kötzting w Bawarii. Znajomość języka polskiego w mowie, piśmie – to godne do naśladowania przez innych.

    W pierwszy dzień Bożego Narodzenia poszliśmy do kościoła w ich dzielnicy Burgweinting. Potem na długi spacer po dzielnicy i plantach ją okalających. Doszliśmy do Islinger Feld, gdzie papież Benedykt XVI odprawiał mszę dla wiernych we wrześniu 2006 roku w czasie swojej pielgrzymki do Niemiec. Na pamiątkę tego spotkania Bawarczycy postawili duży krzyż.

    Drugiego dnia świąt przyjechaliśmy do katedry św. Piotra na Stare Miasto. Starówka w Regensburgu to największa średniowieczna Starówka na terenie Niemiec, która w 2006 roku została wpisana na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Jadąc, już z daleka widać przepiękne, koronkowe wieże katedry, która jest jedną z najwspanialszych budowli gotyckich w południowych Niemczech. Budować ją zaczęto w XIII w. Potem dodawano poszczególne części przez kolejne stulecia, aż w końcu ukończono budowę w 1872 roku. Wnętrze zadziwia licznymi rzeźbami gotyckimi, ołtarzami kamiennymi, figurami gotyckimi, a wśród nich uśmiechniętego Archanioła Gabriela. Na podziw zasługują witraże z XIII, XIV i XIX wieku. Te XIX-wieczne powstały na zlecenie króla Bawarii Ludwiga I. Tylko trochę zdziwiła nas skromność szopki. Jesteśmy przyzwyczajeni do toruńskiej szopki w kościele garnizonowym, która wydaje nam się najpiękniejsza, jaką kiedykolwiek widzieliśmy. Wychodzimy z katedry i idziemy obok pomnika króla Ludwiga I na Domplaz, by kolejnymi uliczkami dojść do Starego Ratusza. Uliczki są krótkie, raczej wąskie, ale urokliwe. Dalej kierujemy się w stronę Dunaju, przechodząc przez bramę miejską i jedyną pozostałą wieżę wartowniczą. Dochodzimy do średniowiecznego mostu zwanego, Kamiennym Mostem. To jeden z najsłynniejszych zabytków Ratyzbony, powstał w XII wieku. Małgosia opowiada nam legendę związaną z tym mostem. Otóż, budowniczy mostu założył się z budowniczym katedry, kto pierwszy ukończy prace. W tym czasie budowa katedry (starej, która spłonęła w 1273 r.) posuwała się szybciej niż mostu, więc budowniczy mostu zawarł pakt z diabłem. Za pomoc diabeł zażyczył sobie trzy dusze, które przejdą pierwsze już przez zbudowany most. Prace ruszyły pełną parą, most szybko był gotowy, na długo przed katedrą. Cóż, diabeł zażądał zapłaty. Budowniczy okazał się sprytniejszy i przepuścił przez most jako pierwsze trzy kury. I tak diabeł został przechytrzony przez budowniczego. Z tego mostu podziwialiśmy piękny widok na Starówkę.

    Kolejnym miejscem zaproponowanym przez przyjaciół i godnym zwiedzenia okazało się miasteczko położone również nad Dunajem – Kelheim. Zwiedziliśmy klasztor – Kloster Weltenburg, gdzie zakonnicy produkują wspaniałe piwo, między innymi drożdżowe. Smakuje wyśmienicie.

    Z naszych wypraw zwykle wracaliśmy wieczorem. Dzień przerwy na sklepy i znów wyjazd. Tym razem pojechaliśmy do miejscowości położonej w górach – Grafenwiesen. Dalej przez Bad Kötzting na granicę z Czechami, a stamtąd do czeskiego miasteczka Domażlice. To ciekawe stare miasto, które prawa miejskie uzyskało w 1262 roku z rąk króla Przemysła Otokara II. Na uwagę zasługuje zamek miejski, który jest jednym z nielicznie zachowanych na terenie Czech. Rynek ma wydłużony kształt, jest szeroki, otoczony dawnymi domami z barokowymi i klasycystycznymi fasadami. Podziwiamy kamieniczki, ale i sklepiki pod fasadami. Potem Małgosia i Krzysztof zapraszają nas do chińskiej restauracji na obiad.

    Nadszedł dzień Nowego Roku. W restauracji, gdzie spędzaliśmy sylwestra większość uczestników to Bawarczycy w starszym wieku. Świetnie się bawią, tańczą, śpiewają swoje ludowe piosenki przy muzyce pana prowadzącego, piją dużo piwa, ale o północy zmieniają trunek na szampana. Ich tańce, szczególnie polka i walc, trochę się różnią od naszych. Jednak szybko łapię ten styl i, o dziwo, udaje mi się sprostać w tańcu z Bawarczykiem. I tak wytrwaliśmy w tym szampańskim nastroju do godziny trzeciej. Powrót i jeszcze dwa szampany na ten Nowy Rok. Nasz pobyt dobiegł końca. Wyjeżdżamy usatysfakcjonowani pobytem i pełni wrażeń. Nasza powrotna podróż przebiegała przez Pragę, Wrocław, Leszno, Bydgoszcz do Torunia.

    Kalina Nowacka z Torunia

  • Przygoda z Grecją


    Oleńce i Mariuszowi poświęcam te wspomnienia

    Tam, gdzie niebo swym błękitem dotyka morza, a morze w ten błękit wchodzi, gdzie słońce praży, smagając lekkim wiatrem twarze mieszkańców, tam jest Hellada. A ponad Atenami wznosi się Akropol – siedziba bogów, których duch czuwa nad biedną teraz Helladą, i nie da jej umrzeć. Hellada jest wieczna! Grecy to wiedzą i Grecy w to wierzą!

    Hellado, wielka Hellado! Byłem tam dwa razy. Na Wielkanoc i na Boże Narodzenie 2011 roku. Czemu właśnie Grecja? Nigdy nie przypuszczałem, że tak daleko będę spędzał dwa najważniejsze święta katolickie. Los, szczęśliwy los – tak powiem – wywiódł moją córkę Olę z Suwałk do Aten. Pojechała za głosem serca do Mariusza, Polaka, teraz męża. Ja zaś do córki i zięcia.

    Hellado, jak się cieszę!

    Moja przygoda z Grecją zaczęła się kilka dni przed Wielkanocą. Z berlińskiego lotniska Tegel wystartowałem do Budapesztu. Leciałem węgierskimi liniami lotniczymi MALEV więc obowiązkowe lądowanie w stolicy Węgier i tankowanie na dalszy lot do Aten. Godzina przerwy. Lotnisko na miarę XXI wieku. Przepych i luksus. Niemcy nie mają takiego przepychu na lotnisku jak w Wiedniu, Budapeszcie czy nawet w Atenach. Tu się czuje i widzi wielki świat. Półtorej godziny lotu i już jestem w Grecji, serdecznie witany przez córkę, wnuka Olgierda i Mariusza.

    Polacy zaprzyjaźnieni z moją córką i zięciem Mariuszem Kosińskim, a także brat Mariusza Sławek i siostra Asia z rodzinami postanowili śniadanie wielkanocne spędzić na piątym, najwyższym piętrze na obszernych tarasach zadaszonych od słońca, przy obficie zastawionym stole w polskie wyroby z tradycyjnymi pisankami – wcześniej poświęconymi – oraz ze specjalnie pieczonymi golonkami na oryginalnym greckim grillu. Wykorzystali moje hobby, czyli „kucharzenie”. Zapeklowałem im sześć dużych golonek, takich od trzech do pięciu kg. Jest kilka dni do świąt. Powinny dobrze wyjść. I wyszły!

    Następny dzień upłynął mi na spacerach po Atenach w towarzystwie wnuka, bym nie zabłądził. Co kilkadziesiąt metrów krzyżują się wąskie uliczki. Jedne prosto, inne pod skosem i placyk, od którego odchodzi innych sześć ulic, więc zgubić się nie jest trudno.

    Robię dużo zdjęć. Stoję pod palmami lub drzewami z owocami pomarańczy lub cytryn rosnącymi przy chodnikach w mieście. Wieczorem poznaję siostrę Mariusza Asię, która jest w ciąży i niedługo urodzi drugie dziecko. Poznaję także brata Sławomira i jego dziewczynę Dagmarę. Jest bardzo miło. Wracamy do domu i śpimy przy otwartych oknach, bo w Grecji już jest koniec kwietnia. Na balkon wchodzą gałęzie kwitnącej pomarańczy. Drzewo gęsto obsypane białym kwiatem. Rano wychodzę do pobliskiego parku, gdzie kwitną kwiaty, jest zielono i tak ciepło. Lubię taki klimat.

    Ciekawe jest spojrzenie na Agorę (stary rynek), gdzie przyjechaliśmy kupić warzywa i wędliny w polskim sklepie. Mały szok! U nas Sanepid zamknąłby 90% sklepów. Tam jednak się handluje, nie ma zarazy, epidemii, choć towar jest praktycznie na ulicy. Wędliny mieszają się w dywanami, rowery z warzywami. ze starociami i galeriami obrazów. Wszyscy sprzedawcy głośno krzyczą i zachęcają do zakupów. I ten, co rybą handluje, i ten, co odskórowane kozy wywiózł na wieszaku, by klient mógł przeglądać i wybrać taką sztukę, która mu się podoba. Są sprzedawcy i naganiacze.

    Hellado, jakaś Ty inna niż kraje, które chcą sprowadzić Cię do ich europejskich standardów. Grożąc krachem. Chcą zakorzenione od wieków lenistwo, wasze sjesty, kamienie na sznurkach, zimne kawy pite przez słomkę, życie w tawernach zabrać Wam i zrobić z Was Niemców, Duńczyków, Szwedów. To się nie uda. Hellada jest wieczna. Ma swoje prawa i najstarszą demokrację w Europie.

    Grono Polaków z dzielnicy, gdzie mieszkam (Kesariani) poprosiło duchownego grekokatolickiego o poświęcenie naszych tradycyjnych koszyczków z pokarmami wielkanocnymi. Udajemy się więc przed kościół, który po chwili otwarty tylko dla Polaków, staje się Sanktuarium, gdzie chwalimy Pana Naszego i czekamy tego błogosławieństwa dla pożywienia i naszej tradycji. Ksiądz w bogatych szatach grekokatolickich modli się po grecku, następnie każdy koszyczek odkrywa, święci, modli się i tak dalej. Potem przemawia do nas. Ja nie rozumiem, ale zięć tłumaczy. Na koniec wręcza każdemu z nas obrazek Ojca Św. Jana Pawła II, mówiąc, że pierwszego maja zostanie wyniesiony na ołtarze. Zaznacza, że w kościele będzie ustawiony billboard i jeżeli nie mamy możliwości obejrzenia tej uroczystości to zaprasza nas do wspólnego oglądania. Jestem zaskoczony dużą serdecznością grekokatolików do wyznania rzymskokatolickiego. W ukłonach opuszczamy świątynię.

    Byłem zadowolony, jako człowiek z innego pokolenia, że te rodziny, które przyszły były stosownie świątecznie ubrane z całym szacunkiem do ceremonii i tego Święta. To było w Wielką Sobotę.

    Niedziela. Święto! Uruchamiamy naszego grilla (na sześć golonek) z elektrycznym mechanizmem obrotowym. Tu wszyscy Grecy grillują na tarasach, my już na piątym piętrze, więc nikomu to nie przeszkadza. Miasto wyludnione, świętują poza Atenami. Przy stole dwanaście osób. Polskie jadło, pisanki, śledzie – przywiezione z Polski – nasze wędliny, sałatki, surówki i ciasta. Golonki się udały. Dobrze doprawione, posolone, z zapieczoną skórką. Rarytas na greckiej ziemi. Tyle że nikt dużo nie zjadł, bo już miejsca w żołądku nie było. Pozabierali do domu. Mięsko było troszkę zakrapiane, ale rozsądnie i w miarę. Cieszy mnie to, że Polacy na obczyźnie kultywują nasze tradycje i naszą kulturę, co ważne jest, by nie zatracić polskości.

    Następne dni spędziłem na zwiedzaniu Aten. Jednego popołudnia pojechaliśmy na Likavidos. Największe wzniesienie nad Atenami. Do połowy można wjechać samochodem. Wyżej, już niestety, po schodach, które wiją się wśród agaw. Niektóre kwitą. U stóp Likavidos olbrzymie białe miasto. Miasto białych domów. Widok przepiękny. Wysoko w górze trochę chłodniej. Na szczycie jest kawiarnia – tawerna i mała cerkiewka. Stara Greczynka opiekuje się świątynią. Widząc mnie z aparatem fotograficznym, podchodzi i mówi no, foto, no, foto! Wyciągam z kieszeni jedno euro, daję, a Greczynka: foto, foto please! Za chwilę widzę, że inni turyści też mają zakaz fotografowania. No, jest to jakiś sposób na życie. Schodzimy z Likavidos. Nogi bolą. Śpię jak aniołek.

    Byłem w chińskiej dzielnicy. Brudno! Na skrzyżowaniach ulic sterty śmieci. Chińczycy grzeczni, uśmiechnięci, ale handlują tylko tandetą „Made in China” i papierosami z przemytu. Nie zaczepiają obcych, bo wiedzą, że jak przyjedzie policja, to nie mają żadnych praw. Policja w Atenach jeździ patrolami – trzy motocykle po dwóch policjantów. Razem patrol sześcioosobowy. Siła chłopa. Podobno są niesympatyczni i najważniejszym atrybutem jest pałka, a potem długopis i notatnik. Widocznie jest taka konieczność. Bardzo dużo napływowej ludności z północnej Afryki. Od brązowych do bardzo czarnych, Azjatów i Arabów. To jest dla nich raj. Ale pracy dla nich nie ma. Z wyjątkiem Wietnamczyków i Chińczyków to raczej leniwe narody. Polaków jest niewielu i maja pracę, bo nie strajkują, nie marudzą, nie maja sjesty i pracują nawet po godzinach, za które Grek uczciwie płaci. Grecy tego nie robią. U nich sjesta, tawerny, muzyka i taniec. Po przetłumaczeniu na nasze – lenistwo! Ale to są prawa przez nich nabyte przez wieki demokracji i chcąc zmienić te nawyki na standardy Unii Europejskiej, trzeba kilku pokoleń.

    Taka jest Hellada!

    1 maja na Akropol wpuszczono wszystkich turystów bez biletów. Ucieszyło to nas, gdyż wejście od jednej osoby to koszt od piętnastu do osiemnastu euro. Przy grupie kilkuosobowej jest to znaczny wydatek. Wybraliśmy się na górę Akropolis, niewielkie wzniesienie w centrum Aten, gdzie wchodzi się piechotą. Samochód został przy Łuku Hadriana, skąd niedaleko do świątyń greckich bogów.

    Chcąc zaznaczyć obecność Żółtowskich w centrum greckiej starożytności europejskiej, włożyliśmy nasze żółte koszulki rodowe. Specjalnie zabrałem je do Grecji. Wyglądaliśmy jednolicie, ciekawie i od razu wzbudziliśmy zainteresowanie oraz zachwyt innych polskich grup. Nadmienię, że nie jest to pierwsze spotkanie z europejską starożytnością. W 2000 roku w Rzymie na Zjeździe Rodzin herb nasz i koszulki były znakiem rozpoznawczym w tłumach pielrzymów. A wtedy łatwo było sie zgubić.

    Nie będę pisał o świątyniach greckich bogów. Moja wiedza o nich jest znikoma w stosunku do wydanych mitologii, historii i materiałów umieszczonych w Internecie. Byłem i widziałem Akropol Ateński i u jego stóp leżący teatr Dionizosa. Widziałem Wieżę Wiatrów i Świątynię Zeusa Olimpijskiego. Widziałem także starożytny stadion olimpijski cały z marmuru.Piękny! A wszystko to w błogim cieple wśród soczystej zieleni palm, pomarańczy i cytryn. Hellado, jak pięknie u ciebie!

    Dużą pomocą dla nas, a zwłaszcza dla mnie, był mąż Asi, siostry Mariusza, mego zięcia Tomek Karpiniec, który chętnie i rzetelnie przybliżał nam historię odwiedzanych miejsc, znał skróty i przejścia i prowadził profesjonalnie po Atenach.

    Swego czasu, nim osiadł w Grecji, był polskim pilotem wycieczek do Aten. Dużo się od niego dowiedziałem i bardzo mu za to dziekuję!

    Ciekawostką geckiego handlu są Panagiria, organizowane w dzielnicach Aten. Jest to uliczny handel całodobowy. Sprzedawcy rozkładają swoje kramy, stragany na ulicy, często na wewnętrznych uliczkach między blokami. Sprzedają wszystko po cenach znacznie niższych niż w stacjonarnych sklepach. Asortyment przeróżny. Wieczorem montują zadaszenia, gdyby ewentualnie padał deszcz, co raczej jest mało prawdopodobne. Montują także oświetlenie. Jedni podłączją się do sieci miejskiej, inni mają własne akumulatory, inni jeszcze oświetlenie gazowe. Jest to takie urokliwe. Handlują do świtu, a rano już ich nie ma. Panagiria są chętnie odwiedzane przez mieszkańców danej dzielnicy i cieszą się popularnością.

    Czas wracać do kraju. Mój kochany wnuczek Olgierd nawet się nie rozbierał na noc, by dziadka odprowadzić na lotnisko. Przysnął o czwartej nad ranem. Już go nie budziliśmy, bo tylne siedzenie, gdzie siedziała Ola i moje walizki, wypełnione było do końca. Dzieci oddały mnie w ręce celników, a w oczach Oli widziałem kroplę łzy. Właśnie po to ma się dzieci.!

    Ja Wam to wspomnienie poświęcam. Za piękne przyjęcie, za ogrom wrażeń, za dobroć i serdeczność.

    Oleńce i Mariuszowi. Dziękuję!

    Tam, gdzie niebo swym błękitem dotyka morza a morze, w ten błękit wchodzi, gdzie słońce praży, smagając lekkim wiatrem twarze mieszkanców, tam jest Hellada!

    Rafał z Korycina

  • Ja i moja rodzina

    Na Międzynarodowych Targach Poznańskich corocznie odbywa się wystawa gołębi i ptactwa ozdobnego, na którą jeździmy prawie każdego roku. Tym razem Kazio pojechał z kolegą Zbyszkiem pociągiem. Mnie nie chciało się przy dwudziestostopniowym mrozie wyjść z domu, więc zrobiłam sobie kawkę i zatopiłam w lekturze książki, by prześledzić dalsze losy bohaterów. Następnie, mając wolną niedzielę do dyspozycji, (co niezwykle rzadko mi się zdarza) usiadłam do laptopa, by napisać coś do „Kwartalnika”. Bożenka, nasza przemiła naczelna redaktorka na każdym Zjeździe przypomina, członkom Związku by pisali o sobie, bądź rodzinie. Cóż, czas teraźniejszy każdej rodziny jest niedoceniany.

    Nie zdajemy sobie nawet sprawy, iż każda sekunda, minuta, godzina, dzień jestbjuż przeszłością. Znamy historię wielu pokoleń Żółtowskich, ale i my terazbtworzymy swoją historię i tak będą robić następne pokolenia po nas.

    W 2006 roku pisałam już do „Kwartalnika”. Od tego czasu trochę się w naszej rodzinie zmieniło. Nie zmieniło się tylko nasze miejsce zamieszkania i praca.iMieszkamy (jak już pisałam) niedaleko Kutna, we wsi Raciborów.

    Z okien tarasu mamy piękny widok na las. Na naszym polu… dokarmiają się sarny iidziki, co jest czasami uciążliwe, ale cóż takie jest sąsiedztwo z lasem. Lubię, gdy za oknem pada grubymi płatami śnieg. Wtedy siadam na kanapie z kubeczkiem gorącej herbaty i się rozmarzam.

    Z naszych okien widać także w odległości 800 metrów z Gołębiewa wieżę wiertniczą, gdzie na głębokości 6500 metrów znajdują się podobno największe nie tylko w Polsce i Europie, ale na świecie złoża gazu nie łupkowego, może nawet ropy naftowej. Te informacje mogą się potwierdzić w marcu lub w kwietniu. Wieczorem widok oświetlonej wieży jest przepiękny. No, ale nie o wiertni miałam pisać, choć dla Polski, gdy potwierdzą się przypuszczenia naukowców, może stanowić choć częściową niezależność gazową od Rosjan.

    Nasza córka Agnieszka jest od dwóch lat radcą prawnym. Pracuje obecnie w dziale prawnym w jednym z łódzkich banków. Ponadto prowadzi własną kancelarię prawną.

    Tomek jest prezesem jednej z łódzkich firm, która produkuje różne akcesoria i konstrukcje metalowe, np. lampy uliczne, kosze na śmieci. Jego firma współpracuje z kontrahentami w Polsce, ale także z zagranicą: z Francją, Niemcami, Danią, Holandią, a także dalekim państwem miastem Singapurem. Tomek włada kilkoma językami i sam niekiedy poszukuje dla swojej firmy kontrahentów.

    Najważniejszym członkiem naszej rodziny jest urodzony w 2009 roku wnuk Pawełek.Dla mnie i Kazia to nowe doświadczenie bycia dziadkami. Nie muszę pisać, jakim jest oczkiem w głowie, jak to mówią prawie wszyscy dziadkowie (najpiękniejszy, najmądrzejszy, najukochańszy, bo to prawda). Na co dzień nie uczestniczymy w jego rozwoju, gdy mieszka z rodzicami w Łodzi, ale odwiedzamy się wzajemnie co dwa tygodnie, a czasem częściej i wtedy szalejemy, biegamy, śpiewamy, tańczymy, czytamy książeczki i opowiaday bajeczki.

    Podam taki obrazek, Aguś, Tomek i Pawełek przyjechali na Święta Bożego Narodzenia w piątek wieczorem (Wigilia w sobotę, zresztą w dużym gronie rodzinnym), ja tuż za nimi z pracy, bardzo zmęczona, myśląc po drodze tylko o odpoczynku. Wchodzę do domu, a tu niespełna dwuipółletni Pawełek wybiega mi na spotkanie i woła: „Cześć babciu! Czekałem na ciebie! Pobawisz się ze mną?” A mnie natychmiast odeszło zmęczenie i zaczęliśmy się bawić pluszakami i wymyślać różne historyjki. Było fantastyczne, nie czułam już zmęczenia. Pawełek lubi do nas przyjeżdżać. Bawi się z kotem Meńkiem, suczką Pysią, no, ale wilczyca Luka jest jeszcze za duża na zabawę z nim. Wtedy Tomek bierze Lukę na smycz i idziemy wszyscy na spacer do lasu, by szukać bajkowej Baby Jagi. Pawełek z Kaziem, chodząc po podwórku, czuje się odpowiedzialnym gospodarzem, karmi gołębie, małe kaczuszki, kurczaczki, a także kury i kaczki. Ptaki są bowiem hobby hodowlanym dziadka Kazia. Mógłby obserwować i opowiadać o nich każdemu, kto chciałby go słuchać.

    Bardzo podoba nam się sposób wychowania Pawełka przez Agnieszkę i Tomka. Poświęcają mu każdą wolną chwilę, a wtedy wspólnie się z nim bawią, spacerują, chodzą na basen, do teatrzyku, czytają, a przede wszystkim, co jest bardzo ważne, dużo rozmawiają. Pięknie się rozwija, ładnie już mówi, ma dużą wyobraźnię i świetną pamięć. Nie ogląda jeszcza bajek w telewizji i Internecie. Bardzo go kochamy. W niedzielę, gdy są u nas, szykujemy rodzinny obiad, gdzie wszyscy wspólnie, razem z prababcią Jasią, która przyjazd wnuków i prawnuka traktuje jako wielkie wydarzenie rodzinne, siadamy do stołu. Pawełek jada samodzielnie i ze wszystkimi dyskutuje. Czasem wpada, gdy jest w Kutnie, jego chrzestny, obecnie student Politechniki Warszawskiej, wujek Mateusz, by pobawić się z chrześniakiem.

    Z Kaziem od ponad dwadziestu lat prowadzimy sklep osiedlowy o branży mięsno-spożywczej, bez alkoholu. Na początku naszej działalności nie mieliśmy żadnego doświadczenia, gdyż oboje z posady urzędników w państwowych firmach zarządzanych w systemie socjalistycznym, byliśmy nie przystosowani do prowadzenia samodzielnej działalności gospodarczej. Trzeba było nauczyć się nowych zasad księgowości, umiejętności zakupu towaru, wiedzy, ile i czego klient poszukuje, miłej obsługi, dobrej z kim relacji, a także umiejętność kierowania zespołem ludzkim. Nie było łatwo, ale się nauczyliśmy. I tak trwamy do dzisiaj. Na podstawie minionych dwóch dekad możemy zaobserwować, jak szybko wyrosła nam konkurencja w postaci wielkopowierzchniowych sklepów zagranicznych. Moje zastrzeżenia i obawy budzi ich architektura, przecież to są zwykłe szybko skonstruowane i zbudowane z blachy obiekty, a ich uczciwość konkurencyjna pozostawia wiele do życzenia.

    Przez te wszystkie lata systematycznie zmieniały swój wygląd sklepy, ich obsługa i wymagania klientów. Chociaż jest to trudny okres na prowadzenie działalności, ale jakoś się nie poddajemy i uprzejmością, świeżym towarem, rozmową staramy się zachęcić klientów. Od stycznia tego roku weszliśmy do sieci sklepów. Zobaczymy, to dopiero początek naszej współpracy i nowe doświadczenie. Co tydzień mamy w promocji kilka asortymentów. Kazio, ze względu na swoją chorobę trochę ograniczył udział w pracy w sklepie.

    Kocham moich bliskich i lubię utrwalać każde wydarzenie na zdjęciach, by móc po latach w przyciemnionych pokładach pamięci wyzwolić zatarte wspomnienia i następnie sentymentalnie spotkać się z własną przeszłością.

    Elżbieta z Kutna

  • Jeszcze raz o jubileuszu


    XX zjazd Związku Rodu Żółtowskich

    XX, jubileuszowy Zjazd Związku Rodu Żółtowskich w Dębowej Górze Płocka był kolejnym spotkaniem z krewnymi i kuzynami, zamieszkałymi zarów Polsce jak i za granicą. W ubiegłorocznym Zjeździe nie uczestniem, więc z wielką niecierpliwością czekałem na tegoroczny. Na Zjazd ma przyjechakże mój brat stryjeczny Jerzy, spotkamy się ponownie po kilku latach niewidzen Przyjechałem więc do krewnych po mieczu Jerzego i Barbary Żółtowskich zamieszkh w Płocku.

    W sobotę po Bożym Ciele od samego świtu razem z moim bratem Jerzym zwiedzałem Płock. Jerzy oprowadzał mnie po tym pięknym mieście, opowiadał o jego historii i pokazywał zabytki. Płock to miasto na prawach powiatu na Pojezierzu Dobrzyńskim i w Kotlinie Płockiej, jest także historyczną stolicą Mazowsza. Był stolicą Polski w latach 1079-1138 i jest siedzibą rzymskokatolickiej kurii diecezji płockiej od roku 1075.

    Jest cicho, mało ludzi. Większość jeszcze śpi albo przygotowuje się do wyjazdów weekendowych. A my podziwiamy zabytki, szczególnie te sakralne: kościoły Najświętszego Serca Pana Jezusa, św. Benedykta, Dobrego Pasterza na Skarpie, Matki Boskiej Częstochowskiej, Matki Boskiej Fatimskiej, Miłosierdzia Bożego, św. Krzyża, św. Stanisława Kostki, św. Wojciecha. Na Starym Mieście delektuje się widokiem Bazyliki katedralnej pw. Wniebowzięcia NMP, świątyni Miłosierdzia i Miłości, Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, cerkwi Przemienienia Pańskiego oraz innych zabytków.

    W południe z Jerzym i jego małżonką Barbarą udajemy się do bazyliki katedralnej na mszę świętą za rodzinę. Wchodzimy. Widzę uśmiechnięte twarze kuzynów, siedzących w ławach bazyliki. Ktoś mi pomachał. Wszyscy Żółtowscy słuchają słowa Bożego wygłaszanego przez księdza celebranta, który cały czas trzyma w ręku egzemplarz naszego jubileuszowego „Kwartalnika”.

    Po mszy świętej zwiedzamy bazylikę, która została wzniesiona w 1144 roku z fundacji biskupa Aleksandra z Malonne. Bazylika do dziś zachowała swoje pierwotne romańskie elementy architektury. Znajduje się tam Kaplica Królewska, a w niej sarkofag dwóch władców Polski – Władysława Hermana i Bolesława Krzywoustego. W kruchcie mieści się kopia słynnych brązowych, romańskich Drzwi Płockich, wykonanych dla katedry płockiej około 1154 roku w Magdeburgu . Oglądamy malowidła, figury świętych, posągi, popiersia, epitafia. Szczególną uwagę zwracają herby biskupów i kanoników płockich z dziejów historii.

    Po prawej stronie bazyliki widnieje wizerunek herbu Ogończyk z napisem Getko. Getko był biskupem Płockim, potomkiem Wojsława Powały – komesa wrocławskiego herbu Ogończyk, czyli Powała. Cały ród Żółtowskich – zarówno z odnogi mazowieckiej, jak i wielkopolskiej- pochodzi od tego samego Wojsława Powały, więc Getko herbu Ogończyk jest wspólnym krewnym wszystkich Żółtowskich. Jest więc naszym dalekim krewnym, krewnym naszych przodków i naszym przodkiem w linii bocznej.

    Z katedrą płocką związani byli też przedstawiciele rodu Żółtowskich. Przykładem takich osób z XV wieku są Grzegorz Żółtowski – kanonik płocki, – syn Macieja Żółtowskiego i Doroty Hersztopolskiej, Mateusz Maciej Żółtowski ur. 1551 – kanonik płocki i Grzegorz Żółtowski – kanonik katedry płockiej i łęczyckiej, syn Jakuba Wojsława Żółtowskiego – pisarza płockiego.

    Po zwiedzeniu świątyni wszyscy uczestnicy Zjazdu i goście udali się pod Muzeum Diecezjalne. Budynek obok bazyliki to zamek książęcy z XIV w. Słyszę od kuzynów, że był on przebudowany w XVI wieku na opactwo benedyktynów. W murach zamkowych znajdują się dwie gotyckie wieże: jedna to wieża Szlachecka, czyli dawne więzienie dla szlachty, a druga to Wieża Zegarowa z barokowym hełmem i z fragmentami romańskiego palatium z XIII wieku u podstawy. W zamku mieści się obecnie Muzeum Diecezjalne, które eksponuje najcenniejsze zabytki skarbca. Znajduje się tu m.in. herma św. Zygmunta z XIV w., kielich Konrada Mazowieckiego, gotyckie monstrancje.

    Następnie udaliśmy się na zwiedzanie Starego Miasta. Obejrzeliśmy gmach Muzeum Mazowieckiego w Płocku, założonego w 1820 roku i Archiwum Diecezjalne w Płocku, które jest archiwum kościelnym diecezji płockiej Kościoła katolickiego.

    Od 1927 roku znajdują sie w nim, akta konsystorza płockiego. Archiwum gromadzi i przechowuje archiwalia z terenu Diecezji Płockiej oraz udostępnia je badaczom. Znajdują się też liczne dokumenty dotyczące rodu Żółtowskich. Historia Archiwum Państwowego w Płocku sięga XIII wieku. Wówczas było to Archiwum Zamku Płockiego, gromadzące akta wytworzone przez kanclerza i starostę. Mieści się tu pierwszy spis przywilejów z 1435 roku, kopie dokumentów przechowywanych w archiwum zamkowym, księgi sądowe spraw rozpatrywanych na zamku.

    W XVIII i XIX wieku na terenie Królestwa Polskiego wiele archiwów miejskich zostało zniszczonych przez różne czynniki, szczególnie pożary, wojny i inne wydarzenia. Archiwalia płockie przechowywane były w Ratuszu i dzięki opatrzności Bożej szczęśliwie przetrwały.

    Dalej zwiedzam Płock z Piotrem z Płocka i jego rodziną. Dołączają do nas Kazik i Ela z Kutna. Podziwiam pięknie odrestaurowany ratusz zbudowany w latach dwudziestych XIX wieku. Zaprojektowany przez Jakuba Kubickiego, jednego z wybitnych architektów okresu klasycyzmu. Uzyskuję informację, że ratusz ten był miejscem ostatniego posiedzenia Sejmu Królestwa Polskiego w 1831 r.

    Wracamy do ośrodka w Dębowej Górze. Uczestniczymy w zebraniu wszystkich członków Związku Rodu, na którym zasłużeni dla Związku otrzymali pamiątkowe medale z herbem Ogończyk.

    Wieczorem zasiadamy do uroczystej kolacji. Opowiadamy o swoim życiu, swoich problemach rodzinnych i zawodowych, o tym, co się wydarzyło w ciągu ostatniego roku. Dzielimy się wspomnieniami. Atrakcją wieczoru był wjazd płonącego tortu z wizerunkiem herbu Ogończyk. Zebrani z wielką przyjemnością mówią o wycieczce do Żółtowa, gniazda cnoty rodu Żółtowskich. A ja opowiadam, co wyczytałem o Żółtowie.

    Po uroczystości Piotr z Płocka zaprosił mnie do swojego domu. Spędziliśmy dużo czasu na rozmowach o różnych wydarzeniach rodowych, o przeszłości, o Zjeździe.

    W niedzielę z Piotrem zwiedzamy kolejne miejsca zabytkowe Płocka. Spacerujemy ulicą Tumską, która powstała na początku XIX wieku. Przy ulicy Tumskiej oglądamy gmach Muzeum Mazowieckiego. Idziemy ulicą Grodzką, która jest od XIII-wieku miejskim traktem. Przechodzimy koło „Małachowianki”, szkoły średniej założonej w 1180 roku, koło pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego. Idziemy na dopiero co wybudowane i oddane do użytkowania molo na Wiśle i podziwiamy krajobraz Płocka.

    Wracamy do domu. Trzeba się pożegnać i udać w drogę powrotną do domu. Ten krótki czas w Dębowej Górze i Płocku był czasem odpoczynku, radości wytchnienia od pracy zawodowej, a przede wszystkim spotkanie z rodziną.

    Dziękuję bardzo Piotrowi i Agnieszce oraz Jerzemu i Barbarze za gościnę.

    Do zobaczenia na Zjeździe w 2012 roku.

    Stefan Żółtowski