Oleńce i Mariuszowi poświęcam te wspomnienia
Tam, gdzie niebo swym błękitem dotyka morza, a morze w ten błękit wchodzi, gdzie słońce praży, smagając lekkim wiatrem twarze mieszkańców, tam jest Hellada. A ponad Atenami wznosi się Akropol – siedziba bogów, których duch czuwa nad biedną teraz Helladą, i nie da jej umrzeć. Hellada jest wieczna! Grecy to wiedzą i Grecy w to wierzą!
Hellado, wielka Hellado! Byłem tam dwa razy. Na Wielkanoc i na Boże Narodzenie 2011 roku. Czemu właśnie Grecja? Nigdy nie przypuszczałem, że tak daleko będę spędzał dwa najważniejsze święta katolickie. Los, szczęśliwy los – tak powiem – wywiódł moją córkę Olę z Suwałk do Aten. Pojechała za głosem serca do Mariusza, Polaka, teraz męża. Ja zaś do córki i zięcia.
Hellado, jak się cieszę!
Moja przygoda z Grecją zaczęła się kilka dni przed Wielkanocą. Z berlińskiego lotniska Tegel wystartowałem do Budapesztu. Leciałem węgierskimi liniami lotniczymi MALEV więc obowiązkowe lądowanie w stolicy Węgier i tankowanie na dalszy lot do Aten. Godzina przerwy. Lotnisko na miarę XXI wieku. Przepych i luksus. Niemcy nie mają takiego przepychu na lotnisku jak w Wiedniu, Budapeszcie czy nawet w Atenach. Tu się czuje i widzi wielki świat. Półtorej godziny lotu i już jestem w Grecji, serdecznie witany przez córkę, wnuka Olgierda i Mariusza.
Polacy zaprzyjaźnieni z moją córką i zięciem Mariuszem Kosińskim, a także brat Mariusza Sławek i siostra Asia z rodzinami postanowili śniadanie wielkanocne spędzić na piątym, najwyższym piętrze na obszernych tarasach zadaszonych od słońca, przy obficie zastawionym stole w polskie wyroby z tradycyjnymi pisankami – wcześniej poświęconymi – oraz ze specjalnie pieczonymi golonkami na oryginalnym greckim grillu. Wykorzystali moje hobby, czyli „kucharzenie”. Zapeklowałem im sześć dużych golonek, takich od trzech do pięciu kg. Jest kilka dni do świąt. Powinny dobrze wyjść. I wyszły!
Następny dzień upłynął mi na spacerach po Atenach w towarzystwie wnuka, bym nie zabłądził. Co kilkadziesiąt metrów krzyżują się wąskie uliczki. Jedne prosto, inne pod skosem i placyk, od którego odchodzi innych sześć ulic, więc zgubić się nie jest trudno.
Robię dużo zdjęć. Stoję pod palmami lub drzewami z owocami pomarańczy lub cytryn rosnącymi przy chodnikach w mieście. Wieczorem poznaję siostrę Mariusza Asię, która jest w ciąży i niedługo urodzi drugie dziecko. Poznaję także brata Sławomira i jego dziewczynę Dagmarę. Jest bardzo miło. Wracamy do domu i śpimy przy otwartych oknach, bo w Grecji już jest koniec kwietnia. Na balkon wchodzą gałęzie kwitnącej pomarańczy. Drzewo gęsto obsypane białym kwiatem. Rano wychodzę do pobliskiego parku, gdzie kwitną kwiaty, jest zielono i tak ciepło. Lubię taki klimat.
Ciekawe jest spojrzenie na Agorę (stary rynek), gdzie przyjechaliśmy kupić warzywa i wędliny w polskim sklepie. Mały szok! U nas Sanepid zamknąłby 90% sklepów. Tam jednak się handluje, nie ma zarazy, epidemii, choć towar jest praktycznie na ulicy. Wędliny mieszają się w dywanami, rowery z warzywami. ze starociami i galeriami obrazów. Wszyscy sprzedawcy głośno krzyczą i zachęcają do zakupów. I ten, co rybą handluje, i ten, co odskórowane kozy wywiózł na wieszaku, by klient mógł przeglądać i wybrać taką sztukę, która mu się podoba. Są sprzedawcy i naganiacze.
Hellado, jakaś Ty inna niż kraje, które chcą sprowadzić Cię do ich europejskich standardów. Grożąc krachem. Chcą zakorzenione od wieków lenistwo, wasze sjesty, kamienie na sznurkach, zimne kawy pite przez słomkę, życie w tawernach zabrać Wam i zrobić z Was Niemców, Duńczyków, Szwedów. To się nie uda. Hellada jest wieczna. Ma swoje prawa i najstarszą demokrację w Europie.
Grono Polaków z dzielnicy, gdzie mieszkam (Kesariani) poprosiło duchownego grekokatolickiego o poświęcenie naszych tradycyjnych koszyczków z pokarmami wielkanocnymi. Udajemy się więc przed kościół, który po chwili otwarty tylko dla Polaków, staje się Sanktuarium, gdzie chwalimy Pana Naszego i czekamy tego błogosławieństwa dla pożywienia i naszej tradycji. Ksiądz w bogatych szatach grekokatolickich modli się po grecku, następnie każdy koszyczek odkrywa, święci, modli się i tak dalej. Potem przemawia do nas. Ja nie rozumiem, ale zięć tłumaczy. Na koniec wręcza każdemu z nas obrazek Ojca Św. Jana Pawła II, mówiąc, że pierwszego maja zostanie wyniesiony na ołtarze. Zaznacza, że w kościele będzie ustawiony billboard i jeżeli nie mamy możliwości obejrzenia tej uroczystości to zaprasza nas do wspólnego oglądania. Jestem zaskoczony dużą serdecznością grekokatolików do wyznania rzymskokatolickiego. W ukłonach opuszczamy świątynię.
Byłem zadowolony, jako człowiek z innego pokolenia, że te rodziny, które przyszły były stosownie świątecznie ubrane z całym szacunkiem do ceremonii i tego Święta. To było w Wielką Sobotę.
Niedziela. Święto! Uruchamiamy naszego grilla (na sześć golonek) z elektrycznym mechanizmem obrotowym. Tu wszyscy Grecy grillują na tarasach, my już na piątym piętrze, więc nikomu to nie przeszkadza. Miasto wyludnione, świętują poza Atenami. Przy stole dwanaście osób. Polskie jadło, pisanki, śledzie – przywiezione z Polski – nasze wędliny, sałatki, surówki i ciasta. Golonki się udały. Dobrze doprawione, posolone, z zapieczoną skórką. Rarytas na greckiej ziemi. Tyle że nikt dużo nie zjadł, bo już miejsca w żołądku nie było. Pozabierali do domu. Mięsko było troszkę zakrapiane, ale rozsądnie i w miarę. Cieszy mnie to, że Polacy na obczyźnie kultywują nasze tradycje i naszą kulturę, co ważne jest, by nie zatracić polskości.
Następne dni spędziłem na zwiedzaniu Aten. Jednego popołudnia pojechaliśmy na Likavidos. Największe wzniesienie nad Atenami. Do połowy można wjechać samochodem. Wyżej, już niestety, po schodach, które wiją się wśród agaw. Niektóre kwitą. U stóp Likavidos olbrzymie białe miasto. Miasto białych domów. Widok przepiękny. Wysoko w górze trochę chłodniej. Na szczycie jest kawiarnia – tawerna i mała cerkiewka. Stara Greczynka opiekuje się świątynią. Widząc mnie z aparatem fotograficznym, podchodzi i mówi no, foto, no, foto! Wyciągam z kieszeni jedno euro, daję, a Greczynka: foto, foto please! Za chwilę widzę, że inni turyści też mają zakaz fotografowania. No, jest to jakiś sposób na życie. Schodzimy z Likavidos. Nogi bolą. Śpię jak aniołek.
Byłem w chińskiej dzielnicy. Brudno! Na skrzyżowaniach ulic sterty śmieci. Chińczycy grzeczni, uśmiechnięci, ale handlują tylko tandetą „Made in China” i papierosami z przemytu. Nie zaczepiają obcych, bo wiedzą, że jak przyjedzie policja, to nie mają żadnych praw. Policja w Atenach jeździ patrolami – trzy motocykle po dwóch policjantów. Razem patrol sześcioosobowy. Siła chłopa. Podobno są niesympatyczni i najważniejszym atrybutem jest pałka, a potem długopis i notatnik. Widocznie jest taka konieczność. Bardzo dużo napływowej ludności z północnej Afryki. Od brązowych do bardzo czarnych, Azjatów i Arabów. To jest dla nich raj. Ale pracy dla nich nie ma. Z wyjątkiem Wietnamczyków i Chińczyków to raczej leniwe narody. Polaków jest niewielu i maja pracę, bo nie strajkują, nie marudzą, nie maja sjesty i pracują nawet po godzinach, za które Grek uczciwie płaci. Grecy tego nie robią. U nich sjesta, tawerny, muzyka i taniec. Po przetłumaczeniu na nasze – lenistwo! Ale to są prawa przez nich nabyte przez wieki demokracji i chcąc zmienić te nawyki na standardy Unii Europejskiej, trzeba kilku pokoleń.
Taka jest Hellada!
1 maja na Akropol wpuszczono wszystkich turystów bez biletów. Ucieszyło to nas, gdyż wejście od jednej osoby to koszt od piętnastu do osiemnastu euro. Przy grupie kilkuosobowej jest to znaczny wydatek. Wybraliśmy się na górę Akropolis, niewielkie wzniesienie w centrum Aten, gdzie wchodzi się piechotą. Samochód został przy Łuku Hadriana, skąd niedaleko do świątyń greckich bogów.
Chcąc zaznaczyć obecność Żółtowskich w centrum greckiej starożytności europejskiej, włożyliśmy nasze żółte koszulki rodowe. Specjalnie zabrałem je do Grecji. Wyglądaliśmy jednolicie, ciekawie i od razu wzbudziliśmy zainteresowanie oraz zachwyt innych polskich grup. Nadmienię, że nie jest to pierwsze spotkanie z europejską starożytnością. W 2000 roku w Rzymie na Zjeździe Rodzin herb nasz i koszulki były znakiem rozpoznawczym w tłumach pielrzymów. A wtedy łatwo było sie zgubić.
Nie będę pisał o świątyniach greckich bogów. Moja wiedza o nich jest znikoma w stosunku do wydanych mitologii, historii i materiałów umieszczonych w Internecie. Byłem i widziałem Akropol Ateński i u jego stóp leżący teatr Dionizosa. Widziałem Wieżę Wiatrów i Świątynię Zeusa Olimpijskiego. Widziałem także starożytny stadion olimpijski cały z marmuru.Piękny! A wszystko to w błogim cieple wśród soczystej zieleni palm, pomarańczy i cytryn. Hellado, jak pięknie u ciebie!
Dużą pomocą dla nas, a zwłaszcza dla mnie, był mąż Asi, siostry Mariusza, mego zięcia Tomek Karpiniec, który chętnie i rzetelnie przybliżał nam historię odwiedzanych miejsc, znał skróty i przejścia i prowadził profesjonalnie po Atenach.
Swego czasu, nim osiadł w Grecji, był polskim pilotem wycieczek do Aten. Dużo się od niego dowiedziałem i bardzo mu za to dziekuję!
Ciekawostką geckiego handlu są Panagiria, organizowane w dzielnicach Aten. Jest to uliczny handel całodobowy. Sprzedawcy rozkładają swoje kramy, stragany na ulicy, często na wewnętrznych uliczkach między blokami. Sprzedają wszystko po cenach znacznie niższych niż w stacjonarnych sklepach. Asortyment przeróżny. Wieczorem montują zadaszenia, gdyby ewentualnie padał deszcz, co raczej jest mało prawdopodobne. Montują także oświetlenie. Jedni podłączją się do sieci miejskiej, inni mają własne akumulatory, inni jeszcze oświetlenie gazowe. Jest to takie urokliwe. Handlują do świtu, a rano już ich nie ma. Panagiria są chętnie odwiedzane przez mieszkańców danej dzielnicy i cieszą się popularnością.
Czas wracać do kraju. Mój kochany wnuczek Olgierd nawet się nie rozbierał na noc, by dziadka odprowadzić na lotnisko. Przysnął o czwartej nad ranem. Już go nie budziliśmy, bo tylne siedzenie, gdzie siedziała Ola i moje walizki, wypełnione było do końca. Dzieci oddały mnie w ręce celników, a w oczach Oli widziałem kroplę łzy. Właśnie po to ma się dzieci.!
Ja Wam to wspomnienie poświęcam. Za piękne przyjęcie, za ogrom wrażeń, za dobroć i serdeczność.
Oleńce i Mariuszowi. Dziękuję!
Tam, gdzie niebo swym błękitem dotyka morza a morze, w ten błękit wchodzi, gdzie słońce praży, smagając lekkim wiatrem twarze mieszkanców, tam jest Hellada!
Rafał z Korycina